Wyjazd II – dzień II – Nowe wody

Planowana 4.00 rano jako czas pobudki, to pobożne życzenie. Mówię do Pawła czy śpimy jeszcze pół godziny – rzuca krótkie „dobrze” i zapada w sen. Nad wodą jesteśmy przed 6.00. Dzień jest pochmurny i senny. Zero wiatru – tak zresztą zostanie do wieczora. Z rana chłodno. Tylko 12 stopni. Po szybkiej naradzie idziemy na odcinek, gdzie byłem wczoraj. Wydaje nam się, iż tutaj będzie największa szansa na kontakt z czymś dużym.  To kawał wody i dzielimy go na pół. Paweł bierze leśny początek, a ja mniej więcej od połowy – łąkowy. W powietrzu wisi deszcz i niebo wygląda tak, że nie będzie to kapuśniaczek tylko porządna ulewa. Montuję kij i już wiem czemu wydawało mi się, że idąc do auta mam coś za bardzo puste ręce. Zapomniałem neoprenowych skarpet, których nie zostawiłem w aucie, by schły w możliwie optymalnych warunkach. Cóż, trzeba wracać. Około 7.30. Mam pierwsze branie, a łowię od godziny. Coś nieprawdopodobnego. Krótki Czytaj więcej [...]

Wyjazd II – dzień I – Obiecująco

Pojechałem bez większej napinki. Wiem już, że dwa lata temu  miałem po prostu niewiarygodne szczęście, gdy za każdym razem [trzy wypady] miałem szanse mierzyć się z okazowymi pstrągami, jeśli coś około pół metra lub więcej uznajemy za granicę, gdy o kropkowańcu mówimy „duży”. Wtedy spartaczyłem, nazbyt ufając sile sprzętu, mając równocześnie znikome doświadczenie w starciu z rybą poza tym, że dużą i bardzo silną, to nieprawdopodobnie szybką, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary rzeczek, gdzie na nie trafiłem. Skończyło się i tak chyba na niezłym wyniku – 46cm. Nie najkrótsza podróż skradła więcej czasu niż planowaliśmy, gdyż silne opady parę dni wcześniej spowodowały jakieś lokalne podtopienia dróg i podmycia małych mostów, zmuszając nas do dość długich i kłopotliwych objazdów w środku nocy. Nie mniej, nad wodą stanęliśmy planowo -  tuż po piątej. Dzień okazał się maratonem, jakiego nie miałem od chyba 15 Czytaj więcej [...]

Kropki przed oczami – cz.II

Dzień drugi – popołudnie. Jestem nad rzeczką nr 1. Znam ją najlepiej z tych czterech, które widziałem. Jest usypiające późne popołudnie. Tu jednak nie ma nic z duchoty, ani upalnego słońca. Woda zimna, a wokół łagodny cień mnóstwa drzew i większych krzewów. Zanosiło się na potężną burzę, bo w drodze, gdy przemieszczaliśmy się z pierwszej rzeczki, w tej około czterdziestominutowej jeździe [z małym przystankiem], na niebie pojawiły się wielkie szare bałwany i parę razy tak walnęło w asyście nagłych porywów wiatry, że … Ale na huku się skończyło. Wybieram odcinek no kill. Nie czuję tego jedynego w swoim rodzaju dreszczyku, gdy staję nad nową wodą, ale mimo iż nie byłem tu dwa lata, a spędziłem wcześniej zaledwie z pięć półdniówek, to prawie wszystko pamiętam. Oczywiście że są zmiany, ale niewielkie. Nie mniej rzeczka, szczególnie w półmroku zakrętów, wygląda tajemniczo z jej jak się zdaje gliniasto – popielatą wodą. Czytaj więcej [...]

Kropki przed oczami – cz.I

Wstałem niedawno. Już w domu. Kropek, a raczej mroczków przed oczami już nie mam. Byłem cztery dni w stanie wędkarskiej, pstrągowej psychozy. Niestety tak wyczerpujący rytm dnia swoje robi. Pewnie z 15 lat temu dałbym radę, ale teraz już nie ta kondycja. By nie marnować czasu wstawałem o 3.00 – 3.30. Tura poranna - przeciętnie od 5.00 do 11.00 i potem wieczorna od 17.00 do 20.30. Sumienie nie wytrzymało i wziąłem ze sobą rodzinę, więc nie było szans przespać tych jałowych wędkarsko godzin około południowych i nabrać sił. Do rzeczywistości już wróciłem, ale kropki w głowie mam nadal. Zacznę od początku. Dwa lata temu zaliczyłem pstrągowe wody z prawdziwego zdarzenia. Nie z setkami rybek po 20cm, tylko z realną szansą na pięć dych. Wtedy ustanowiłem, jak na razie skromny jeszcze, prywatny rekord kropkowańca – 46cm. Dla przykładu powiem, że Karol, który mnie zaprosił w te strony w tym roku ma swoją życiówkę liczącą 57cm, a pewnie to Czytaj więcej [...]

Sklonować się

Ktoś, kto nie łowi zawodowo, a wędkarstwo ma we krwi, to trochę wariuje jeśli ma ciut więcej czasu. Szczególnie gdy jest ciepła pora roku i wody dosłownie gotują się od życia. Oczywiście mam na myśli rybie życie o ile takowe ma miejsce na poziomie co najmniej średnim z punktu widzenia nas wędkarzy. Właśnie mam teraz taki czas, że momentami trochę trudniej podjąć mi decyzję, gdzie jechać niż potem złowić w wybranym miejscu coś konkretnego. Człowiek chciałby się sklonować i najlepiej być wszędzie, cokolwiek przyjdzie mu do głowy, a zarazem by te odczucia sumowały się w jednym jestestwie… Ot, takie z lekka filozoficzne marzenie. Niżej, wybrany wycinek tego, co było ostatnio moim udziałem. Rzeczka wydawała się jeszcze mniejsza niż zazwyczaj, a to za sprawą girland traw, dzikich jaśminów i pokrzyw. Słownie, miejscami może metr otwartego lustra nurtu. Na ogół woda do pół uda, lekko zmącona po przechodzących deszczach. I zimna! Czytaj więcej [...]