Koniec sezonu

W końcu znalazłem trochę czasu, by podzielić się wrażeniami z końcówki roku. A było ich niemało. W ostatnim wpisie sygnalizowałem, iż zanosi się na emocje w związku z nową miejscówką. I były. Poza tym byłem grzeczny cały wędkarski rok i wypuściłem wszystkie ryby jakie złowiłem:) Rzeka się odwdzięczyła na koniec sezonu.

Zaliczyłem tam, licząc z opisywanym poprzednio wypadem – cztery świadome wyjazdy. Za każdym razem miałem 1-2 kontakty z relatywnie dużymi rybami . Wcześniej byłem tam dwa razy w środku dnia, tak „na pałę” i pojedyncze, bardzo przypadkowe kontakty już mnie zachęciły.

Najpierw może opiszę miejscówkę. Jest to około 200m fragment rzeki, prosty i na oko niczym się nie wyróżniający. Dno ze sporych otoczaków, równe jak stół. Uciąg bardzo wyraźny, a zarazem niezwykle majestatyczny; chyba nie wymusza na rybach dokonywania cudów, by spokojnie w nim stać. Jeden brzeg płaski, bardzo wolno schodzący ku najgłębszemu miejscu. Przy czym to najgłębsze miejsce to nie jest jakaś dziura, czy rynna. Po prostu na odcinku właśnie tych około 200m koryto w odległości jakichś 30m od krawędzi opisywanego brzegu osiąga 1,5 – 1,8m głębokości i wypłyca się na ostatnim dosłownie metrze pod brzegiem przeciwległym. On właśnie jest istotny – wysoki, stromy, gliniasto – piaszczysty, niesamowicie porośnięty krzakami. W tym metrowym marginesie  przy tej części lądu są mini zastoiska i leży bardzo dużo grubych konarów oraz kilka niedużych pni. Jest to ewidentne zimowisko – ryby siedzą w tych zastoiskach, w konarach i chyba nigdy nie przejawiają specjalnej aktywności w dzień, gdyż z tego wysokiego brzegu [stopy są jakieś 1,5m nad lustrem wody] nigdy nie udało mi się jakichś zobaczyć w pełnym świetle. Wychodzi na to, że ryby wypływają ze swoich kryjówek na dosłownie godzinkę od mniej więcej 6.30 rano. Potem jakby woda była pusta, choć pojedyncze kontakty miewałem też później [tak do 10.00], ale miało to miejsce zawsze przy bardzo silnym wietrze i opadach deszczu, które w połączeniu ze sobą, mocno wzburzały powierzchnię rzeki i [chyba] utrudniały rybom dostrzeżenie mnie.

Żeby podjąć tu rybę, trzeba mieć podbierak na sztycy, albo wskakiwać do wody od razu po pas, przy czym trzeba uważać bo łatwo zjechać z tego krótkiego marginesu w wodę pod 2m. Potem wygramolić się na burtę to też trochę zachodu.

Żeby była jasność – nie ma tu jakiegoś festiwalu brań. Zazwyczaj jedno – dwa o szarówce i  2-3 za dnia. Ale prawie każde to potencjalnie pokaźna ryba danego gatunku. Nie miałem tu kontaktu z rybami zupełnie małymi. Najmniejszą rybą jak do tej pory był tu 37cm kleń.

Co ciekawe z tego płaskiego brzegu, łatwo osiągalnego dla wszystkich, nie miałem kontaktu, chociaż – na co zwrócę uwagę: bez kłopotu osiąga się strefę brań jeśli idzie o długość rzutu. Ryby atakują przynęty najczęściej 20-25m od kraju brzegu płaskiego i 10 – 15m od krawędzi brzegu stromego. Całe koryto ma około 40m szerokości. Najchętniej pokazałbym zdjęcie odcinka w kilku ujęciach, ale sami wiecie…Tym bardziej, że to nie jest odludny kawałek rzeki. Plusem, a dla większości minusem  jest dojście na ten drugi brzeg. By stanąć na stromym brzegu trzeba zdecydować się na bardzo, bardzo długi marsz w mało przyjaznym terenie i faktycznie rzekę można przejść po kolana w wodzie, ale potem schodząc w dół do omawianego fragmentu rzeki, czeka nas taki gąszcz krzaków, że trudno to opisać. Nie próbowałem, ale oceniam całą wędrówkę na jakieś 1,5h. A trzeba wziąć pod uwagę, że ryby żerują od świtu. Tak więc ktoś, kto by się zdecydował na taki manewr, musiałby zacząć około…5.00. O tej porze roku to średnio zachęcające.

Jest druga opcja, na którą sam się zdecydowałem za pierwszym razem. Dosłownie do pół łydki bród około 500m niżej końca opisywanego odcinka. Niestety, moja kalkulacja, iż potem jest jakaś ścieżka okazała się błędną i pokonanie tych kilkuset metrów [a szedłem w dzień i z jednym kijem], zajęło mi około 30 minut. Ponieważ część trasy zrobiłem dosłownie szurając na kolanach, by zmieścić się pod powalonymi tu licznie drzewami, po ciemku, nawet z jedną wędką [a warto mieć tu dwa zestawy] pełzłbym z godzinę jak nic.

Wybieram opcję trzecią, nieco ryzykowną o tej porze roku. Mianowicie przechodzę rzekę na drugą stronę tuż powyżej początku miejscówki. Wody maksymalnie po krawędź kieszeni spodniobutów, tak, że czasem się w nią naleje. Niebezpieczne jest to, że bywają wahania poziomu wody, a podniesienie się lustra o nawet 10cm sporo już tu utrudnia. Do tego piekielnie śliskie są kamienie na dnie. Ale siła nurtu bardzo nieznaczna. Ta trasa pozwala mi osiągnąć drugi brzeg w ciągu 10-15 minut idąc od samochodu, nie zajeżdżając się na amen. Co więcej będąc tam te kilka razy, na tyle „uprzątnąłem” teren [poświęcałem na to czas, wracając już w świetle dnia], że mogę sobie pozwolić na względnie spokojne przemieszczanie się z dwoma wędkami.

Zastanawiałem się z kolegami, czy wieczorem nie ma aby powtórki z porannej aktywności ryb. Skusiłem się raz – niestety było bardzo słabo. Ale może taki dzień…

Jaki jest  tu skład gatunków. Na pewno są klenie i świnki, oraz bolenie i  brzany. Jest [niestety] co najmniej jeden około 80cm szczupak. Wg mnie fragment zamieszkuje kilka dużych już sandaczy [70+], ale uczciwie powiem, że nie widziałem żadnego. Sądzę tak po braniach, których nie miałem szans zaciąć delikatnymi zestawami.

Tu od razu się wytłumaczę, że łowię tam tak lekko niekoniecznie z zamiłowania do tego typu sprzętu. Wprawdzie na testy miałem jak łatwo się domyśleć – bardzo mało czasu, ale brania miałem wyłącznie na bardzo lekko obciążone wabiki, poruszające się tuż nad dnem. Co ciekawe – woblery są kompletnie nieskuteczne. Jednego dnia trafiając na bardzo brudną wodę [to było wtedy, jak próbowałem łowić też wieczorem, stąd wiem, że była brudna], ucieszyłem się, bo od razu uznałem, że woblery będą rządzić. Nic z tego. Choć może właśnie taki był nieciekawy dzień? Mało czasu na wyciąganie pewnych wniosków, ale fakt faktem – poprowadzić z odpowiednią prędkością i na pożądanej głębokości przynętę w poprzek nurtu, udaje mi się tylko na dwóch zestawach: z żyłką 0,10mm i przynętach na 1g oraz  z żyłką 0,14mm i główkach 2g. Coś jest w tych niuansach, bo inne kombinacje nie dały mi powodów do zadowolenia. Zresztą dwóch facetów ewidentnie mnie podpatrzyło i raz poszli moim śladem. Trochę mnie to wkurzyło, ale ich prawo. Jak widziałem, łowili głównie twisterami z przedziału 10 – 15cm na główkach, na oko od 8 do 12g. Zaliczyli zero i co ciekawe nawet jednej podcinki. To z kolei świadczy o tym, że fragment nie jest wybrukowany rybami.

Tak lekki sprzęt stosuję też, ponieważ największym wzięciem cieszą się tutaj przynęty z zakresu 4 – 6cm. I ciekawostka: uznałbym, że przy tej głębokości i zimnej porze roku, a do tego prawie po ciemku ryby będą zauważać głównie większe i silniej pracujące wabiki. A nic z tego! Tutaj, im guma pracuje oszczędniej, tym lepiej. Najwięcej brań miałem na ripperek Arrowfish na 2g i żyłce 0,14mm [na to złowiłem opisywaną poprzednio brzanę i klenia, to ta przynęta skusiła trzy duże ryby, których za nic nie byłem w stanie zaciąć]. Z woblerów miałem brania tylko na prawie niepracującego w tym nurcie najmniejszego boleniowego Gusmana i jedno na Rapalę, ale to raczej przypadek o którym niżej. Próbowałem przynęt robakopodobnych, większych i zupełnie małych. Zero.

Zacznę od końca, od wizyty ostatniej. Byliśmy z Tomkiem, który gościł w tych stronach pierwszy raz. Niestety zbieg okoliczności trochę pokrzyżował nam plany i jak zaczynaliśmy to miała miejsce w zasadzie końcówka tej godziny około świtu. Tomek zaliczył dwa ostrzejsze pobicia – to też jakaś chyba anomalia, bo mnie, cokolwiek nie wzięło na gumę, to było takie narastające obciążenie kija, jak jakiś miękki, poddający się zaczep. Żadnych uderzeń, szarpnięć. Dopiero za dnia i głównie na Gusmana były zdecydowane ataki. Ja miałem wtedy dwa kontakty z czego jedno rewelacyjne branie, które przegapiłem, próbując wyjąć sobie zza kołnierza jakiś suchy badyl.

Na odchodne postanowiłem potestować  jeden z woblerów jakie dostałem pod choinkę. Na oko Rapala Shadow Rap Shad może być fajnym boleniowym wabikiem z zacięciem do tzw. twitchingu. Zresztą z myślą o tym gatunku wziąłem go z sobą. Rzuciłem zaledwie dwa razy. Pierwszy rzut pokazał, że przynęta pracuje jak zakładałem. W drugim, już blisko kija kłapnął go szczupak . Taki minimum 3kg. Niestety, mimo że wobler ma około 10cm, to ryba dosłownie go pochłonęła. Gdyby to była parę metrów dalej nie miałbym pojęcia o jego wielkości. Szkoda przynęty, ale jeszcze bardziej ryby, gdyż z dwoma kotwicami w mordzie [nawet bezzadziorowymi], łatwo mu nie będzie. Choć z drugiej strony nie z takimi cudami w paszczy łowiłem szczupaki, które żerowały.

Wyjazd trzeci był pechowy. Po ciemku tylko jeden kontakt. Jak pisałem wcześniej – po charakterze zatrzymania wabika, dopuszczam, że było to najechanie gumką ryby. Choć z drugiej strony kontakt się urwał tak gwałtownie, jakby ryba uznała, że jednak coś jest nie tak i nagle rozluźniła uścisk szczęk. Miało to lekko ze 3kg, a mogło mieć i piątkę…

Już za dnia w drodze powrotnej, przystanąłem pośrodku rzeki i oddałem kilkanaście rzutów. W Gusmana dość szybko uderzył  kleń w okolicach 40cm. Potem cisza. Wróciłem na brzeg i zamieniłem zestawy, biorąc ten z żyłką 0,10mm. Na końcu linki był na gramowej główce Arrowfish. Dość szybko szybko skusił się kolejny kleń, taki już 40cm z małym okładem.

(fot. A.K.)

Wyraźna mżawka przy silnym wietrze przybierała kształt sporego deszczu. Po kilku rzutach miałem w odległości może 10m narastające silne zatrzymanie gumki. Nie mógł być to zaczep – tu nic nie ma, poza tym przynęta była z pół metra pod powierzchnią. Zrobiłem coś co miało markować zacięcie [niewiele można wykrzesać z już ugiętej w okrąg zapałki do 5g z tak cienką żyłką]. „Szarpniecie” było za słabe, ryba puściła wabik. Ponowiłem rzut w ten sam obszar. Prawie pod szczytówką miałem krótkie, ostrożne puknięcie jak większego pstrąga. Zacięcie. Zero reakcji po drugiej stronie – żadnej szamotaniny. Majestatyczny, narastający opór. Dociąłem na ile pozwalał delikatny sprzęt. Kilka sekund bezruchu, po czym czułem, jak ryba otwiera pysk i puszcza przynętę. Stojąc po pas w wodzie i w tych warunkach, nie widziałem nawet w zarysie co to mogło być. Stawiałbym na bolenia, lub cokolwiek dużego z twardym pyskiem, bo nie ma klenia, który po takim braniu by nie wisiał.

Z tarczą wróciłem z wyjazdu nr dwa. Jeszcze po ciemku było jak zwykle. Spudłowane jedno ładne branie, coś dużego uwiesiło się na chwilę, po czym spadło. Mogło być podhaczenie, ale ryby które złowiłem po ciemku, normalnie mające gumę w pysku walczyły, jakby nie wiedziały co się dzieje i w zasadzie nie uciekały. Myślę, że to też kwestia miękkich zestawów, minimalnym oporem nie wywołujących  paniki w zdobyczach. Eksperymentalnie założyłem wtedy 11cm ripper. Piękna, wierna i bardzo miękka imitacja czegoś między płocią , a ukleją. Dałem główkę tylko 4g. Podciągając przynętę już blisko brzegu, dość szybko by uniknąć kijów, zaliczyłem wspaniały strzał, a nie typowe dla świtu powolne uginanie się wędki. Niestety ryba złapała przynętę na bank przed hakiem.

Potem, już w świetle dnia zaliczyłem jakiegoś klenia 40cm.

Następnie mimo dość silnej bomby, jakaś ryba nie zapięła się, atakując Gusmana. Obstawiałbym bolenia. Miałem wracać, ale wyszedłem na brzeg, pobiegałem i ponownie przeszedłem w rzekę.

Na marginesie powiem, że na taką aurę mam jeden kłopot – stopy. Łowię w kombinezonie morskim w którym z trudem wbijam się w spodniobuty, wyglądam jak pokraka i ruszam się jak kosmonauta. Ale nic nie marznie i mógłbym sterczeć  w wodzie przez parę godzin, gdyby nie stopy. Kombinezon nie jest typem „śpiochy” i nie chroni stóp. Mistrzostwem byłyby zimowe spodniobuty z butami jak te do połowów na lodzie, ale takich nie spotkałem. Jakby ktoś miał jakiś pomysł to chętnie skorzystam.

Wracajmy jednak do samego łowienia. Ryba wzięła w miejscu, gdzie nie miała prawa w normalnych warunkach. Już grubo po 9.00. Tam są słownie dwa miejsca, gdzie cicho da się zbliżyć do stromej burty. Są jeszcze dwa – trzy kolejne, ale zajęcie stanowiska, to hałas łamanych badyli. Z braku kontaktów wszedłem na „chamszczaka” na jedno z tych stanowisk, nawet nie siląc się na ciszę. Pomagał wicher i całkiem silne opady deszczu. Ryba raczej mnie nie widziała i nie słyszała. Rzuciłem na skraj wielkiej kupy młodych gałęzi, zatopionych pod wodą przez bobry.  Gramowa główka gdzieś tam tonie na cieniutkiej lince. Pyknięcie z natychmiastowym szarpnięciem się ryby, zacinam i odjazd w nurt. Jakieś 15 – 20m bez przerwy. To mnie uratowało, bo na tym sprzęcie nie miałbym szans cokolwiek zrobić [niepogrubiona żyłka 0,10mm – 1,4kg wytrzymałości]. Ryba tam stanęła, ale sam odjazd [no wiem, że przy takim sprzęcie hamulca nie ustawimy Bóg wie jak mocno] jednak pozbawił zdobycz siły. Gdyby tylko uciekł w gałęzie do których miał może 2m, nawet bym nie wiedział co było na kiju. Rybę zawracam i spokojnie podciągam na 5-7m od burty na której już niebezpiecznie wiszę. Kalkuluję czy nie zsunąć się wodę, ale jak nic jest ze 120cm głębokości przy czym dno zdaje się być gliniaste lub muliste z opcją zapadnięcia się głębiej. Rezygnuję więc z tej możliwości. Podbierak na krótkim trzonku niby jest w pogotowiu, ale widzę, że nie dotknę nim nawet powierzchni. Ryba jest już blisko, choć gwałtownie ucieka chyba z dwadzieścia razy. Ale to takie skoki po parę metrów.  W końcu błyska na złoto, bo już wariowałem, nie wiedząc co jest po drugiej stronie. Piękny kleń! Na ten sprzęt i w tak trudnym miejscu – istne wyzwanie, no byk. Podbierałem go ładnych parę minut, zsuwając się po centymetrze. Końcówka była taka, że w palcach trzymałem żyłkę z metr nad rybą i tak naprowadzałem na siatkę luźno wrzuconą do wody [pętlę miałem na nadgarstku]. Udało się!

(fot. A.K.)

Różnie to może ocenicie, gdyż generalnie miałem słabą skuteczność, ale ja jestem wniebowzięty z faktu, że te ryby są na tym odcinku i kontakty z nimi mam powtarzalne. Szczerze powiem, że w świetle nędzy z około krakowskimi pstrągami sezon w lutym zacznę chyba tam.

Kilka razy zaliczyłem też, niejako po drodze starorzecze. Raz było w niemałym stopniu zamarznięte. No, nie całe, ale wzdłuż brzegów owszem – marginesy na 1-1,5 metra całkiem grubego lodu. Nie było eksplozji brań, ale ilość kontaktów zadowalająca, a samo łowienie bardzo łatwe. Wystarczyło zarzucić, najlepiej jakiś ciut większy wabik [koło 6cm], możliwie lekki, nawet na samym haku. Ściągało się to bardzo, bardzo wolno po lodzie, by wabik zjechał w toń z samej krawędzi. Brania były właśnie w tym momencie. Mam wrażenie że ryby przez lodową taflę obserwowały co się dzieje i tylko czatowały. Brały przyzwoite klenie pod 40cm. Kabaret był przy wyjmowaniu ich, gdyż uciekały pod lód już po mojej stronie, zaczepiając żyłkę o krawędź lodu. Wydobycie ich było siłowe i momentami byłem pewien, że żyłeczka nie da rady. Potem zagarniałem je z lodu podbierakiem.

(fot. A.K.)

 Z Tomkiem także zaliczyliśmy starorzecze. Tu także kolega był pierwszy raz  –i od razu miał rybę dnia. Świnka miała już koło 40cm.

(fot. A.K.)

Dzień był w ogóle z tych niezłych i powiem szczerze, że w tym marnym dla starorzecza sezonie  jedyny, który nawiązał do tego, do czego tutaj się przyzwyczaiłem.  Wprawdzie szybko złowiłem pięć kleni, ale potem woda jakby zamarła. Do południa było tak słabo, że zostaliśmy sami nad wodą. Ryby zaktywizowały się dopiero w drugiej połowie dnia. Była temu jeszcze jedna przyczyna – znaleźliśmy fragment starorzecza, gdzie one najzwyczajniej były. Dlaczego akurat tu, to nie było jakąś tajemnicą, tylko zapomniałem o tej regule [przepraszam, że nie zdradzam na czym rzecz polega, ale nad starorzeczem pojawia się ostatnio cała masa nowych wędkarzy – patałachów, zaczynających wędkowanie od wyciągnięcia nawet nie siaty, a reklamówki na ryby, a i to głównie podhaczane].

W każdym razie od około 12.00 było co robić. Strzały, a nie mizerne skubnięcia, ilość kontaktów rewelacyjna.  Znów jak rok temu królowały przynęty Fischaser`a – Tomek też z nich korzystał. Do rybich łask wróciła pierwszy raz w tym roku larwa ważki, do tej pory ignorowana. Tyle, że pod koniec 2017r najlepiej sprawdzały mi się te ciut mniejsze na około gramie, a tego dnia bezkonkurencyjna była ta największa ważka, ale na główce 0,3g. Pięknie i długo szybowała w relatywnie płytkiej, niespełna metrowej wodzie. Zanim wpadła w kije, ryby zdążały ją dostrzec, dogonić i połknąć.

(fot. A.K.)

Ale trzeba powiedzieć, że brały na wszystko. Dwa złowiłem nawet na żabę! Podrzuciłem ją na drugi brzeg [ataki były generalnie przy brzegach] i powolutku ściągnąłem z zeschłych traw w wodę. Przy pierwszych susach było po wszystkim. Zabawa wspaniała.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Mistrzowsko sprawdziły się też najnowsze, autorskie już Fisjchaser`y , a nie miniaturki Polarisów. One akurat znalazły uznanie okoni. Przynętom tym poświęcę najbliższy tekst.

(fot. A.K.)

W każdym razie w te ostatnie 2 godziny zaliczyliśmy kilkadziesiąt kontaktów. Udało mi się wyjąć ponad 40-kę ryb, co w tym roku na starorzeczu jest moim najlepszym wynikiem.

Sama końcówka końcówki w moim wydaniu była najsłabsza wśród kolegów, którzy wybrali się na ryby pod sam koniec grudnia. Źle wybrałem odcinek, a poza tym uległem pokusie i zamiast, jak planowałem – zmienić miejsce, pozostałem na nim do wieczora. Trochę zamieszania wprowadziła podniesiona woda, co przy niżówce jest spoko, ale na odcinku, który zaplanowałem dość utrudniała sprawę: w miejscach zastoisk był nurt.

(fot. A.K.)

Do południa nic się kompletnie nie działo. Dopiero wtedy miałem pierwszy kontakt – mały około 45cm boleń odprowadził wobler pod sam kij. Uznając, iż jest ich więcej wykonałem tu konsekwentnie z 30-50 rzutów trzema różnymi przynętami. Nic. Postanowiłem dać szansę kleniom. 6cm mleczny Keitech Easy Shiner na 2g poderwałem tuż przed wielkim pojedynczym głazem, o którym wiem, że tam jest. I…wabik utkwił w kamieniu. Podciągając stopniowo, jak to mamy w zwyczaju przy zaczepie, nagle dotarło do mnie, że „zaczep” odwraca się o 360 stopni. Ładny boleń [taki w okolicach 70cm] wypiął się pod samą powierzchnią. Słabo zacięty. Tak mnie to nakręciło że zostałem do nocy.

(fot. A.K.)

Niestety nie doczekałem się brania. Ale i tak miałem najlepszy od lat sezon, pobiłem cztery swoje prywatne rekordy: tęczaka [53cm] i karpia [43cm] – te akurat mało mnie rozpalają, ale bardzo cieszy mnie wzdręga [38cm] i dumą napawa kleń na 57cm. Poza tym to był pierwszy sezon w moim życiu, gdy złowiłem więcej boleni niż jazi.

Jak wspomniałem, kolegom poszło znacznie lepiej. Paweł na wodzie stojącej zaliczył dwa szczupaki , takie typowe pod 5 dych, ale brań mniejszych miał kilkanaście [łowił 30cm wabikiem!]. Wymacał też dwie wzdręgi, co i mnie podkręciło, bo pokazuje, że, jak podejrzewaliśmy nadal żerują tylko okropnie ciężko je znaleźć w miejscu, gdzie nie ma roślin, które uniemożliwiają dotarcie leciutkim wabikom do dna.  Jest czysto – nie ma wzdręg. Trzeba trafić na krawędzie ścian zielska osiągalne z brzegu i liczyć, że ryby są na jego skraju.

Jak zwykle nad Wisłą najlepiej z nas wypadł Maciek, który na krótkim spacerze zaliczył trzy potężne brania kleni [jednego wyjął – ryba 40+], oraz dwa sandacze: jeden taki z 55cm , a drugi już szczerzący fajnie zębiska.

(fot. M.K.)

W 2019 roku życzę wszystkim szanującym nasze wody i to co w nich pływa po pierwsze przede wszystkim zdrowia, po drugie dużo wolnego czasu, a po trzecie okazów na kiju!

Wraz z kolegami, którzy już zadeklarowali udział [9 osób] – zapraszamy wszystkich do zabawy w ligę spinningowo – muchową 2019. Warunkiem jest wysłanie maila na adres: wedkarskiewakacje@gmail.com

Losowanie proponowanych łowisk odbędzie się najpewniej 9 lutego, na co każdego zainteresowanego ligą zapraszamy. Liga startuje w marcu.

7 myśli nt. „Koniec sezonu

  1. Koncowka roku rzeczywiscie sympatyczna. Nie moge jednak tego powiedziec o reszcie sezonu. W moim wydaniu byl naprawde slaby. Gorzej. Fatalny. Prawie nic nie złowilem. Pod koniec listopada wedkarstwo praktycznie mi zbrzydlo.

    Nie wiem co jest tego przyczyna. Moze krotkie i czeste wypady sa mniej skuteczne , od np. rzadszych, ale juz calodziennych, lub calonocnych?
    Jestem glownie nocnym wedkarzem. Lubie lowic na spore wabiki. Nie wiem dlaczego , ale podoba mi sie zlowienie ryby na duza przynete. Zdazalo mi sie rzucac nawet 16, i 19 cm gumami za sandaczem na Wisle . Rozwazalem tez woblery ponad 15 cm, ale zdązylo mi sie odechciec na poczatku listopada wedkarstwa i na 13 cm sie skonczylo.

    W skrocie moj sezon wygladal tak:
    Poczatki sezonu. Dzienne wypady. Do konca maja boleniowe ataki liczylem na palcach jednej ręki. Sprawdzony w zeszlym roku spot i taktyka nie sprawdzily sie kompletnie. Pojezdzilem gdzies indzniej. Przeszedlem na bezsterowce. Duze przynety 19, 20 g. Prawie zero.

    Wakacje spedzilem lowiac lekko. Nie popelnilem bledu poprzedniego sezonu i odchudzilem maksymalnie zestaw. Wedka do 5g. Bylo ok. Polecam, a jezeli w lecie bedzie taka nizowka jak w 2018 to wręcz zalecam 🙂

    Nadszedl wrzesien. Zapowiadalo sie dobrze. Zlowilem pieknego sandacza, ktorego zreszta mozna bylo zobaczyc na blogu dzięki uprzejmosci Adama.
    Pozniej bylo juz tylko gorzej. Najlepsze zeszloroczne spoty, milczaly. Wieczorami i w nocy nie dzialo sie kompletnie nic. Odechcialo mi sie siedzenia w krzakach rzucając w otchlan.
    Pazdziernik. Wyskoczylem pare razy do miasta . Miejsca ktore znam najlepiej, i z ktorego kiedys nie ruszalem sie na krok. Lowilem juz tylko na gumy. Szalu nie bylo , ale i tak o dziwo wiecej bran niz poza miastem. Tfu ..poza miastem ich w ogole nie bylo !
    Zadnych. Zero przylowow klenia czy czegokolwiek. Nawet wszedobylski sum sie nie pokazal. Kompletna klapa. Tak minal pazdziernik/listopad na totalnym sandaczowym „0”.
    Nadszedl grudzien. Cieply grudzien. Wiedzialem ze popelniam blad przenoszac sie na miejsca typowo zimowe , ale nie mialem juz wiary w jesienne woblerowe lowy.
    Pare wypadow na zero. Choc ryby znajomym jakies podbieralem. Nie byly to jednak sandacze. Koncowka roku nawet nie chcialo mi sie myslec o wypadzie nad wisle.

    Nie oczekuje odpowiedzi na moj monolog. Chcialem tylko przyblizyc jak wygladalo to u mnie, aby pokazac jak odmienne odczucia moga nam towarzyszyc po mijajacym sezonie.

  2. Tomku diabeł tkwi w szczegółach, może w tym przypadku problem jest używanie zbyt dużych przynęt? Też je lubię, ale już dawno przestałem. Odkąd oduczyłem się łowienia na grubo – zacząłem na Wiśle łowić cokolwiek. Z sandaczami u mnie też krucho – w ubiegłym sezonie zaliczyłem 13, ale żadnego miarowego. Największy miał 55cm, cala reszta w przedziale 35-48cm. Na Wiśle bywały u mnie miesiące kiepskie i dobre-na zmiane. W zeszłym roku polowałem głownie na sandacze – 2018 przyniósł mi sporo fajnych przyłowów w postaci sumów i boleni. Trafiły się fajne okonie i piękny jaź. Zero sukcesów w połowie kleni – było ich sporo ale sama drobnica. Ale też nie chodziłem w znane mi miejsca gdzie wiem, że są grube klenie.

    W żadnym innym sezonie nie spadło mi tyle ryb co w tym.To była jakaś plaga i chyba tak głownie ten sezon zapamiętam. Obstawiam że gdybym wyciągnął połowę z nich to 2018 określił bym nie jako średni lecz udany. Podkreślę że spadały te najfajniejsze sztuki. W żadnym innym sezonie nie miałem też tylu podchaczeń białorybu. Stoczyłem 30 min walkę z mocarną brzaną (żyłka 0,18) murującą do dna która na brzegu okazała się dużym sazanem zachaczonym za płetwę grzbietową. Wyciągnąłem gigantycznego leszcza 70cm (podchaczony za ogon). To tylko największe z tych Wiślanych podchaczeń.

    Co do sandaczy – obserwuję wodę i zaczynam dochodzić do wniosku, że wcale nie jest ich w Wiśle tak mało jak myślałem, i że nie brakuje tych dużych. Są jednak bardzo cwane i mega trudne do złowienia. I bardzo dobrze bo w przeciwnym razie by ich już w krakowskiej Wiśle nie było. Narazie szukam na nie recepty i wyciągnąłem już pierwsze wnioski. Prawdę mówiąc nie spotkałem się jeszcze nigdzie z sandaczem tak chytrym i trudnym do złowienia jak właśnie w tutejszej Wiśle.Nie sprawdzają się tu zupełnie standardowe metody połowu sandaczy z wędkarskich magazynów i programów – można je wyrzucić do kosza.

    • Powiem szczerze, iż w temacie samego sandacza to mam jeszcze inny pogląd na sukces lub jego brak. Swój pogląd opieram na doświadczeniach kilku osób, które te ryby łowią jednak regularnie, duże i jak widzę bez cudowania. Za mało jednak sam łowiłem z nastawieniem się na te ryby w tym konkretnym łowisku. Nie mniej obiecuje wrócić do tematu za rok.

  3. Na zimne stopy polecam skarpety neoprenowe i dodatkowo do środka skarpety z merynosa ? ważne żebyś miał sporo luzu w butach by skarpety nie opinały zbytnio stopy .

    • Nie działa niestety. Luz luzem, ale podeszwa spodniobutów jednak łatwo łapie temperaturę z zewnątrz i odprowadza do środka. Testowałem już różne skarpety [mam nawet dla himalaistów] – na razie lipa.

  4. No właśnie Kris sandaczy nie jest tak mało. Co nie zmienia faktu że ten sezon był dla mnie marny.
    Mój kumpel Mati łowi regularnie( choc ten rok uważa za salby) Tak jak Adam pisze, on w ogóle się nie patyczkuje. Stosuje mocny sprzęt. Używa nienagannych kotwic najwyższej jakości. Łowi głównie na woblery 9-12 cm o drobnej pracy. Oblawia okolice brzegów jednostajnym tempem.
    I tyle. Ja łowie podobnie.
    Sandaczy nie szukamy tylko na nie czekamy. Jak nie żerują to zazwyczaj kończy się to słabo.
    Czasem się przemieszczamy na inny spot. Wzdłuż opasek dużo nie chodzimy. Czatujemy w swoich miejscach. Zauważyliśmy ze te ryby przemieszczaja się wzdłuż opaski. Czasami bywa tak ze jak ktoś stoi poniżej Ciebie i ma branie, to możesz spodziewać się go również u siebie w odstępie kilku minut.
    Dużo studiujemy mapy i szukamy nowych miejsc.
    Nie tylko pod kątem sandacza. Natomiast on jest zawsze gdzieś podswiadomie celem wyprawy.
    Praktycznie co roku odkrywamy coś nowego. Ja niestety zaufałem tym bardziej sprawdzonym miejscom i nie polowilem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *