Zamknięcie sezonu 2014

Proszę nie myśleć, że nie mam o czym pisać. Miniony rok, oraz bieżące sprawy wędkarskie w moim najbliższym otoczeniu dostarczają mi tyle tematów, iż ostatnio mam dylematy, co opisać, a z czego zrezygnować, gdyż nie stać mnie na pisanie co drugi –  trzeci dzień. Poniższe podsumowanie roku 2014 jest trochę pochwaleniem się jakimiś moimi sukcesami, trochę zachęceniem do wprowadzania zmian w swoim podejściu do wędkowania, gdyż na własnym przykładzie widzę, iż eksperymenty, takie przemyślane, prowadzą często do znacznie lepszych wyników.

Dla mnie ten sezon był całkiem inny, niż zazwyczaj, gdyż w okresie najcieplejszym praktycznie nie łowiłem ani kleni, ani boleni, poświęcając czas pstrągom. Cóż mogę powiedzieć? Pstrągi są dla mnie niezmiernie fascynującymi rybami, ale nie bardziej niż wszystkie pozostałe gatunki. Pstrągowa gorączka dopada mnie, owszem, ale nie różni się poziomem od emocji, jakie towarzyszą mi np. przy łowieniu świnek późną jesienią, takim bardzo świadomym łowieniu tego gatunku, a jest to – bez przesady znacznie trudniejsze niż łowienie pstrągów, jeśli mówimy o spinningu.

Wprowadziłem w swoim zeszłorocznym, bardzo intensywnym pstrągowaniu dwie zmiany, wynikające jedna z drugiej. Otóż przemogłem się i po raz pierwszy z zaciśniętymi zębami od maja do końca sezonu łowiłem z prądem, tzn. szedłem pod prąd, a wabik spływał z prądem. Zaciskałem zęby tak do końca maja, gdyż okazało się, że technicznie jest to tylko trochę trudniejsze od łowienia schodząc w dół rzeki, a wyniki o wiele, wiele lepsze. Druga kwestia, wynikająca z powyższego, oraz z bezpieczeństwa [kleszcze], to przeproszenie się ze spodniobutami na cały sezon pstrągowy. Kiedyś, na początku całej zabawy, chodziłem w nich tak do kwietnia, bo bałem się wpaść do zimnej wody, a potem korzystałem tylko z woderów. Spodniobuty latem, ubierane tuż nad wodą, pozwoliły nie łazić po krzakach, tylko po wodzie i unikać kleszczy, a poza tym podejść do wielu miejscówek, jak mało kto, albo zgoła nikt, gdyż drugiego wędkarza w spodniobutach nie spotkałem na naszych wodach [Kraków] pstrągowych. Spodniobuty były także niezastąpione w ekstremalnie małych ciurkach, gdzie niekończący się kołtun gałęzi nad głową i masakryczna ściana zielska na brzegu pozwalała jedynie na przemieszczanie się na kolanach, metr po metrze, krokiem pokutnika. Mimo na ogół płycizn, w postawie na klęczkach wodery były już niewystarczające, a w spodniobutach mogłem myśleć, jak i gdzie rzucać, a nie zawracać sobie głowę, czy przez nieuwagę mi się przeleje. Przekonałem się też, iż biorąc pod uwagę, charakter naszych rzeczek i podejście pstrągów do zdobywania pożywienia, że najlepsza przynęta, to taka, co się ledwo rusza, albo wcale… Tak śmiałe spostrzeżenie może i niektórych zdziwi, ale podeprę się identycznymi wnioskami Wojciecha Krzyszczyka w lutowym numerze WŚ. Moja ulubiona przynęta – wahadłówka własnego wykonania, nie jest ulubiona, bo ją zrobiłem, tylko jej niepracujący styl spływania plus reszta sprzętu spowodowały, że w moich rękach okazała się znacznie lepsza, niż większość tzw. pewniaków, choć nie ma zamiaru zrezygnować z gum, wirówek, mikrojigów  czy 2-3 typów woblerów, ale używam ich raczej, albo w warunkach specyficznych, albo w miejscówkach wymuszających inny wabik niż wahadło.

Powiem krótko: pstrągom tylko w naszym okręgu poświęciłem 49 wypadów. Jedne były krótkie [do góra 2-3 godzin samego łowienia], inne dłuższe –  6 do 7 godzin. Średnio wyszło mi 4,5h. Spora część wyjazdów to była strata czasu, bo złowienie czegokolwiek miarowego w Cedronie, Rudnie, Głogoczówce, Stardomce czy Harbutówce uważam za duże szczęście, a byłem nad tymi wodami nie raz. Gdybym odliczył te „lipne” rzeki, to sensownych wyjazdów pozostałoby  26. W sumie złowiłem  nieznacznie ponad 400 pstragów, co nie jest niczym szczególnym, biorąc pod uwagę ich na ogół małe rozmiary. Nie mniej wśród tych ryb było 55 sztuk ewidentnie miarowych, czyli około 15%. Sam nie wiem, czy to dużo, czy mało. Co innego jest ważne. Jak podliczyłem wyniki z sezonów poprzednich [ponad 10 lat] i porównałem z tym sezonem,  to zarówno procentowo, jak i wielkościowo mam fajny progres. Ilość wyholowanych pstrągów miarowych w stosunku do całości wzrosła o prawie 5%, czyli o 1/3, natomiast – co mnie szczególnie ucieszyło – średnia wielkość złowionych, miarowych kropasków zwiększyła się ze śmiesznych 31,5cm do 34,5cm. Te niby tylko 3cm w skali tego gatunku, to chyba całkiem sporo. Uważam, że poprawa wyniku to wypadkowa głównie zmiany stylu łowienia, plus chyba jednak powiększająca się ilość ludzi, którzy wypuszczają pstrągi bez względu na ich wielkość, co nie zdarzyło mi się oglądać na naszych wodach nigdy [nie licząc kumpli], a w tym roku byłem świadkiem takiej postawy cztery razy.

Chcę przez to pokazać jeszcze jedno. Nie wiem, może wyjdę na głupka, ale tyle miarowych pstrągów na naszych wodach to chyba niezły wynik. Otóż osobiście znam dwóch patałachów, którzy mają jeszcze więcej czasu niż ja i taki wynik robią zazwyczaj do końca maja z tą różnicą, że wszystkie te ryby dostają w łeb. Jakiś obłęd. Czasem się zastanawiam, czy ktokolwiek ogląda rejestry naszych połowów. Nawet biorąc pod uwagę nikłe prawdopodobieństwo kontroli, to przecież nawet tych dwóch zapisuje te ryby, co sam widziałem, bo nie chcą ryzykować. A jest przecież limit roczny. No i zastanawiam się jak taki jeden z drugim  „hecok” [tam skąd pochodzi część mojej rodziny, tak mówiło się o pazernych cwaniakach] robi to, że pod koniec sezonu ma grubo ponad pół setki zatłuczonych trzydziestek, zapisanych w rejestrze? Chyba jednak nikt tego nie sprawdza. To przez takich pajaców,  zwykli wędkarze  nie mogą się powstrzymać, by wziąć od czasu do czasu pstrąga, którego w końcu udaje im się złowić. Jednego na ileś tam wypraw. I choć mnie to doprowadza do szału, to trochę ich rozumiem. Kłopot tylko w tym, że tych niedzielnych, zwykłych wędkujących jest tak wielu, że to „od czasu do czasu” skutkuje wodną pustynią, jeśli chodzi o ryby dorosłe…

Dla kontrastu dodam, iż będąc 10 dni nad dużo lepszymi rzeczkami pstrągowymi w porównaniu z naszymi, krakowskimi i złowiłem tam blisko setkę ryb w kropki, z czego patrząc naszą krakowską miarą, aż połowa, to ryby miarowe. Do tego miałem trzy spotkania z naprawdę dużymi już rybami i choć je przegrałem, to i tak złowiłem kilka sztuk wyraźnie powyżej 40cm. W ogóle ten rok pod względem pstrągów był dla mnie super, gdyż trzykrotnie pobijałem swój rekord odnośnie tego gatunku [fakt, że dużo nie trzeba było, by przeskoczyć dotychczasowe 39cm]. Najbardziej dumny jestem ze złowionego 3 maja potokowca na 44cm, a miało to miejsce w rzeczce, gdzie taka ryba nie miała prawa w ogóle żyć. Najlepsze to, że jakieś dwa tygodnie później, mój kolega Paweł złowił na tej samej rzeczce, tylko jakieś 50m wyżej także pstrąga na 44cm, choć porównując zdjęcia nie było wątpliwości, iż to dwie różne ryby. Potem zaś, już na dalszych wodach udało mi się wyjąć pstrągi 45 i na koniec 46cm. Jak na razie to mój „the best”.

Na koniec trochę kosmetyki, choć z perspektywy zakończonego właśnie sezonu kwestie, które na stałe zakorzeniły się w moim pstrągowaniu, bez względu na to jak rzadko lub często będę próbował je łowić. Pierwsza sprawa to haki bezzadziorowe. Uczciwie powiem, że bardzo opornie na to dałem się namówić. Po tych prawie sześciu miesiącach odkąd likwiduję zadziory, lub kupuję firmowe haki bez żądła, mogę powiedzieć, że łowiąc pod prąd [schodząc w dół rzeki] ilość ryb, które spadają jest duża.  Natomiast bardzo miłym zaskoczeniem była porównywalna, jak przy hakach konwencjonalnych liczba spadów, czy ryb niezaciętych, gdy szedłem pod prąd. Druga sprawa to podbierak z delikatnej siateczki, którego nie mam ze sobą tylko wtedy, gdy go zapomnę. No i żyłka. Tam gdzie regularnie są kontakty z tymi większymi nie ma co się wybierać bez przynajmniej 0,20mm,a oprócz takiej numeracji zakupiłem jeszcze 0,22mm, choć na moich wodach nadal będę się bawił „pajęczyną”. Na jej zerwanie na razie się nie zanosi.

Na pstrągach w temacie bicia prywatnych rekordów rzecz się nie skończyła. Mianowicie w 2014 padł jeden ze starszych moim rekordów, mianowicie szczupak. Udało mi się wyraźnie przekroczyć, skromniutkie jak dla szczupaka 71cm. Różnica taka, że mam w zasięgu łowisko, gdzie już teraz dość śmiało myślę o 80-ce.

Zupełnym przyłowem i czymś, co mnie niewiele ekscytuje, było złowienie największego jak na razie – pstrąga źródlanego. Do tej pory złowiłem zaledwie kilka takich ryb i były to maluchy do może 25cm. W połowie października na Skawie skusił się 33cm przedstawiciel tego gatunku. Zawsze coś.

Dużo więcej emocji dały mi późnojesienne świnki, łowione na chyba ostatecznie dopracowane wabiki. Ostatnie „ryjki” złowiłem pod sam koniec grudnia. Wprawdzie żałowałem dwóch z jedynych  trzech podciętych sztuk, bo się nie liczą, a były piękne [45 i 47cm], ale i tak wyrównałem mój dotychczasowy rekord z 2008r. Świnka miała 41cm. Obiecuję większy tekst na ten temat pod koniec tego roku, jak zweryfikuję dotychczasowe spostrzeżenia, ale biorąc pod uwagę trudne i małe zarazem, późnojesienne okonki na podkarpackich rzekach typu Dunajec, to 40cm świnki na cieniutkim zestawie spinningowym są piękną zdobyczą, choć oczywiście nie tak liczną jak pasiaczki.

Świetny wynalazek Meps`a [Streameps] otworzył mi fenomenalne wędkowanie odnośnie jelców. Te zazwyczaj lekceważone przez spinningistów rybki dają kupę frajdy, a przede wszystkim uczą bardzo specyficznego prowadzenia wabika. Wcześniej zdarzało mi się łowić ten gatunek, ale rzadko przekraczałem te 20cm i były to pojedyncze ryby. Tej jesieni [koniec października] w Sole miałem istne jelcowe eldorado, a ryby rzadko schodziły z wielkości 24cm. Trafiały się sztuki po jak nic 30cm, ale te akurat spadły. Jelce to dla mnie jeden z punktów na przyszły rok.

Drugim punktem jest sandacz w Wiśle – myślę o jesiennych rybach.  Jak pokazują wg mojej wiedzy bardzo, bardzo nieliczne przykłady, udaje się jednak łowić te ryby w przyzwoitych rozmiarach i dość regularnie.

Nr 3 w moim planie to bolenie, za którymi byłem celowo w 2014r zaledwie cztery razy. Tym razem mam raczej powtarzalne łowisko, choć spodziewam się ryb około półmetrowych – nie jest to Wisła – aczkolwiek boleni jest tam sporo.

Trochę zawiodłem się na jaziach. Otóż złowiłem dziewięć sztuk 50+ [dwadzieścia siedem sztuk 45+], ale spodziewałem się znacznie więcej. Niestety szyki pokrzyżowała aura. Najpierw, na początku maja ostro polewało, a  brak chodzenia po zielsku spowodował taki jego rozrost, że druga połowa maja, czerwiec i miesiące wakacyjne można sobie było darować, a nikt z nas się nie zdecydował poświęcić i przyjechać z kosą spalinową, choć serio rozważaliśmy taki pomysł. We wrześniu znów przez trzy tygodnie Wisła płynęła brudnawa. Sezon jaziowy skrócił się więc do dwóch tygodni marca, kwietnia i tygodnia w październiku.

W tym roku miałem chyba najwięcej „czarnych chwil” od paru ładnych lat. „Czarna chwila” to urwanie/wypięcie się pięknej już ryby. Najbardziej żałuję dwóch: jazia – olbrzyma, jedynego, który jak na razie poradził sobie z żyłeczką 0,10mm, ale pomogła mu w tym wybitnie awaria kołowrotka. Nie mniej nie wiem czy szybko spotkam takiego byka [lekko 60+]. Drugą taką rybą był pstrąg, jakiego raczej już chyba w polskich realiach nie będę mieć na kiju, choć wiem, że wciąć łowi się potokowce jeszcze większe. Mimo to, te około 60cm śni mi się do dziś. Było jeszcze kilka takich ryb w tym sezonie, ale żadna, nawet około 170 – 180cm sum nie był tak żałowany, jak powyższe.

To, co zasmuca to żenująco mała ilość sensownej wielkości szczupaków w około krakowskich wodach płynących i niestety spadająca liczba wiślanych boleni, które z braku sandaczy i wspomnianych szczupaków są gonione przez wszystkich rządnych kontaktu z czymś większym. Ponure, że nadal duża grupa ludzi zabija te piękne i w porównaniu z zębaczami nieciekawe kulinarnie ryby. Nie złowiłem  w tym roku brzany, choć nigdy się na ten gatunek nie nastawiałem. To już trzeci sezon z rzędu, co jest dla mnie niepokojące, bo dawniej chcąc nie chcąc miałem takie przyłowy.

Zmieniłem trochę punkt widzenia na ilość ryb w ogóle w naszym okręgu. Jest jednak lepiej niż oceniałem rzecz przez ostatnie trzy lata z tym, że trzeba coraz bardziej udziwniać sposób wędkowania, by ryby skusić, a to udziwnianie musi się jednak mieścić w wąskim bądź co bądź zakresie, „strawnym” dla ryb. Poza tym może tak uważam dlatego, że coraz częściej jeżdżę dalej, a potem chodzę/dopływam na odcinki, gdzie cudów nie ma – żadne auto nie dojedzie.

Cieszą mnie skromne, ale jednak idące w dobrym kierunku ruchy obecnego zarządu. Podtrzymanie odcinka no kill na Rudawie, wprowadzenie tej zasady na Podgórkach Tynieckich to świetne posunięcia, podobnie jak górny wymiar ochronny sandacza. Nie wiem tylko dlaczego ze wszech stron płynęły informację, iż będzie to 70cm, co byłoby bardzo sensowne, biorąc pod uwagę, że już o takie u nas niełatwo, a okazało się iż jest standardowe w przypadku tego gatunku 80cm… Mam tylko cichą nadzieję, że co roku, takimi małymi kroczkami wprowadzi się zasady, które spowodują wyraźne odrodzenie się około krakowskiego rybostanu. Uważam, że wszelkie zmiany powinny iść w kierunku ograniczenia zabierania ryb, a nie zakazów ograniczających wędkarzom dostęp do łowisk, czy skracania czasu ich pobytu nad wodami, przez np. wydłużanie okresów ochronnych.

Jeśli Was nie zanudziłem, to poniżej szczegółowa statystyka, czego, ile i na co złowiłem.

Łącznie złowiłem 1456 ryb [w przewadze rybek 🙂 ]. Gatunkowo przedstawiało się to następująco:

– okonie – 43%

– pstrągi – 32%

– klenie – 12,5%

– wzdręga – 4%

– jaź – 3%

– szczupak – 2%

– sandacz – 1%

– boleń – 0,5%

Ryby inne [świnki, ukleje, jelce, jazgarze, krąpie, leszcze i płocie – wszystko na spinning] stanowiły 2%.

Średnia z dziesięciu największych ryb wyniosła 61,2cm [rok temu zaledwie 54cm], a w tegorocznej dziesiątce nie było nawet jednego suma, który zazwyczaj mocno naciąga średnią. Czyli nie najgorzej, choć miewałem sezony duuużo lepsze. Na prawie ćwierć tysiąca ryb miarowych wszystkich gatunków z 2014r, 34% z nich złowiłem na gumy, 30% na wahadłówki [ale to skutek pogoni za pstrągami], 21%  – woblery, 10,5% to wirówki, a mikrojigi skusiły 4,5% ryb.

Na koniec mam prośbę. Weźcie udział w akcji „Stop sieciom w PZW”. Stosowny  formularz można wypełnić na stronie WŚ [www.wedkarskiswiat.pl], który jest organizatorem całej akcji.

13 myśli nt. „Zamknięcie sezonu 2014

  1. Piękne wyniki panie Adamie. Proszę mi wierzyć, dla 90% wędkarzy nieosiągalne w naszym kraju.
    Jestem totalnym amatorem, który do wędkowania powrócił po kilkunastu latach przerwy (poprzedni rok był 3. od powrotu), łowię nie tylko na spinning i moje wyniki w ubiegłym roku wyglądały następująco: (353 szt. + ukleje): 121 krąp, 50 wzdręga, 45 płoć, 43 okoń, 29 leszcz, 17 szczupak(tylko 2 miarowe 50 i 54cm), 20 kiełb, 12 karp, 5 jazgarz, 1 karaś, 1 lin, 9 dorsz + uklejki.
    Jak widać pańskie wyniki są nieporównywalne z moimi (i moich znajomych). Gratuluję i życzę aby ten sezon był jeszcze bardziej udany.

  2. Bardzo dziękuję. Przyznaję, że jestem zadowolony z tego sezonu. Z drugiej strony, proszę wziąć po uwagę, że ja praktycznie jestem każdą sobotę i niedzielę nad wodą, a bywa, że jeszcze jeden dzień w tygodniu. No i 3 – 4 razy/tydzień w wakacje. Moje wyniki byłyby na bank słabsze, jeśli byłbym tyle na rybach, co większość wędkujących, czyli jakieś 35 – 45 razy.

  3. Witam,
    Mimo, że sam nigdy pstrąga nie złowiłem (łowię wyłącznie na wodach nizinnych, gdzie nie występuje) to jednak z uwagą czytam każdy Pana tekst.
    Chciałem się zapytać jak wypada Pan w starciu z kleszczami?
    Udało się Panu uniknąć ukąszeń?
    Może ma Pan jakieś własne patenty na te stworki?
    Pozdrawiam!

    • Cóż. Nie mam jakichś szczególnych patentów. Dużo zależy od poruszania się nad wodą. Ja mam kilka nawyków, które stosuję automatycznie: staram się nie potrącać krzewów i wysokich traw, szczególnie tych zwisających nad głową. Robię slalom między wysokimi roślinami jeśli jest możliwość; tak stawiam stopy, by przydeptać przed sobą jak najszerszy pas zieleni. Poza tym wydaje mi się że kleszcze unikają niektórych roślin, jak np. pokrzyw, mięty. Wiem jedno: te pajęczaki jak ognia boją się najbliższego sąsiedztwa wody. Obszary, które regularnie zalewa woda przy okazji deszczy są raczej bezpieczne, więc najbardziej uważam na dochodzeniu do wody: łąki, nieużytki itp. Stosuję repelenty. Mogę polecić muggę – droga ale mocna jak diabli, trzeba tylko uważać na oczy. Do tego wodery, a najlepiej spodniobuty i idę wodą, unikając kontaktu z lądem.Kleszcz reaguje na ciepło oraz zapach. Unikają rzeczy syntetycznych, toteż używam dobrej, choć niestety drogiej kurtki oddychającej – z wierzchu jest trochę „plastikowa”. I czapka na głowie. Mnie kleszcz jak na razie uwalił trzykrotnie i raczej tylko raz złapałem go bezpośrednio nad wodą w miejscu, gdzie był wodopój dzikich zwierząt. Pozostałe dwa to raczej w drodze nad rzekę. Dodam, że nie znam nikogo, kto złapał kleszcza nad Wisłą, jeśli szedł ściśle jej brzegiem, a wcześniej dotarł nad wodę, jakąś wydeptaną ścieżką. One ewidentnie unikają bliskości wody, szczególnie dużej. Unikam łażenia po nocy, po roślinności wyższej niż wodery/spodniobuty. Człowiek porusza się wtedy wolniej, a kleszcze są aktywniejsze. Nie szczepię się. Mój lekarz twierdzi, że jeśli nie jeżdżę na północ i północny wschód Polski, to na południu mały proscent kleszczy jest nosicielem wirusa zapalenia opon. Na boreliozę zaś nie ma jak na razie szczepionki.

      • Dziękuję za cenne uwagi.
        Ja osobiście staram się dosyć szczelnie ubierać, nawet w ciepłe miesiące. Zaraz po powrocie znad wody zrzucam wszystkie ciuchy i proszę żonę, żeby mnie obejrzała. Rzeczywiście to, że kleszcze nie sąsiadują z wodą wydaje się całkiem logiczne (inaczej zawsze spływałyby z każdą podwyższoną wodą).
        Sukcesów życzę!

  4. W „mojej” rzeczce jelce dosyć chętnie biorą na obrotówki ze zmatowionym skrzydełkiem. Przynajmniej tak mi się zdaje, że o ten szczegół chodzi. Rozmiary były różne, od 0 d 2, kolory i typy skrzydełek też, również muchy na kotwiczkach się różniły, ale wszystkie błystki miały opalone nad ogniem skrzydełka i były polerowane na matowo, korpusy również zostały podobnie potraktowane.

  5. Na Sole głównym czynnikiem jest na bank wielkość wirówki i takie szczególne przyśpieszenie w skos do powierzchni przed nosem ryby z zakłóceniem powierzchni nurtu, ale to inny charakter wody. A jak z wielkością tych rybek?

    • Do 30 centymetrów, większego nigdy nie złowiłem.
      U mnie najlepiej sprawdza się (nie tylko na jelcach) długie trzymanie błystki w miejscu, obrotówkę traktuję jako transporter muchy i w sumie wielkość skrzydełka nie jest aż tak istotna, jego rola to umożliwienie tego dłuższego postoju, kotwiczki i tak są najczęściej w rozmiarach 10 – 14, więc bywa że i ukleję skuszę na aglię 3. Łowię tak ze względu na jazie, to leniuchy i nie zawsze chce im się ganiać za przynętą.

      • 30cm to już chyba bardzo ładny jelec. Największy jakiego widziałem na własne oczy z bliska miał 32cm, chociaż w zeszłym roku kilka razy obserwowałem rybki tego gatunku, którym dałbym więcej. Ale to większa odległość i woda – swoje robią…

  6. W temacie kleszy powiem tak, Fakt po tylu latach nad Wisła nie tylko krakowską i haszczach do 2m, kleszcze złapałem chyba 4 razy w jednym tylko miejscu. Było to Dąbie nasze i to od strony parku jak i od strony portu. Winą było właśnie było zrezygnowanie z długich spodni + gumiaki – takie minimum.

    • Dziękuję za potwierdzenie spostrzeżeń. Dodam tylko, że wszelkie materiały nienaturalne [np. oddychające kurtki, spodnie] świetnie zniechęcają te pajęczaki do próby zaczepienia się na nas. Natomiast wszelkie choroby odkleszczowe są masakryczne. Mój znajomy niedawno skończył leczenie boleriozy. Miał minimalne, śladowe wręcz występowanie czynnika chorobowego w testach, a i tak proces leczenia stawia włosy na głowie.

      • Dokładnie w temacie boreliozy mam znajomą Pani lekarz z Karkowa, która zajmuje się tego typu przypadkami i dokładnie jeśli wystąpią objawy to już jest źle…. Ja póki co nie byłem na żadnych badań po wizycie kleszczy ale odradzam czekania aż choroba się ujawni – leczenie to nie raz 2 lata „walki o życie”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *