Złowić cokolwiek

Na początek pochwalę się, bo nie wytrzymam. „Trzepnąłem” jednego dnia dwie życiówki, za każdym razem większą. Już wkrótce relacja.

Teraz małe wyjaśnienie odnośnie zapytań o moją osobę, jako przewodnika. Takie zapytania trafiają mi się nieczęsto, ale się zdarzają. Ponieważ ostatnio było kilka na raz, odpowiem hurtem i na forum, by nie tracić czasu na indywidualne odpowiedzi.  Otóż nie zajmuję się czymś takim. Są dwa, prozaiczne powody. Pierwszy, to moje podejście do wszelkiej współpracy: klient musi być zadowolony! Ja chyba bym się zapadł pod ziemię, jakby ktoś pod moją opieką nie złowił tego, co było w planie i nie myślę tu o szarżowaniu na medalowe okazy. Po drugie, musiałbym mieć nie wiem jak tragiczną sytuację finansową, by ujawniać komuś, kogo zwyczajnie nie znam, świetną miejscówkę, skazując ją najpewniej na „upowszechnienie”.  Dlatego żadne trzy, czy nawet pięć stów mnie nie skusi. Sparzyłem się na mojej pisaninie, zdjęciach i wierzcie – mam nauczkę, by zbyt wiele nie pokazywać. Za dużo napisałem o pstrągach – odcinek ten został zajechany w jeden sezon mimo, że to nie były żadne okazy. Boleniowa miejscówka? Ostatnimi laty znów mało uczęszczana, choć nie jakieś tajne miejsce. Mimo, że starałem się za wiele nie pokazywać, łatwo było niektórym namierzyć, gdzie łowię. I co? Takich tłumów  jak w tym sezonie, to ja tu nigdy nie widziałem. Z opowiadań miejscowych wiem, że około 90% boleni dostało w łeb. Teraz ci sami, co bez opamiętania ładowali w siatę kolejnego bolenia, łażą jak pijani i jęczą, pytając , co się stało z tymi rybami. Po prostu zeżarliście je [piszę o tych, którzy mają je na sumieniu], a może i nawet nie to, bo w niejednym przypadku dostał kot czy pies.  I bolki mam z głowy. Jak chcę je połowić, to muszę teraz zapierniczać po 70-90km w jedną stronę…Przykro. Okoniowa miejscówka. To już jest jakaś paranoja. Trzy lata temu na całym obszarze trzy pontony i z rzadka jedna łódka. Dwa lata temu z pięć – sześć pływadeł. Za okoniem nikt nie pływał. W tym roku naliczyłem już 16 różnych jednostek, a od lipca nie złowiłem ani jednego sensownego okonia. Ciekawe dlaczego? Dwa weekendy temu, nawet nie rozłożyłem gratów, tylko pojechałem gdzie indziej. Na miejscówce stały burta w burtę trzy kolejne, nowe pontony. Dziesięć żywcówek… Nie wierzę, że ci ludzie zwracają wodzie cokolwiek, co ma wymiar.

Za to bardzo chętnie zabieram ze sobą ludzi, którzy ryby wypuszczają. Kłopot tylko w tym, że ja muszę mieć pewność, czy ktoś nie udaje, więc siłą rzeczy, jak kogoś nie znam, ale widzę po raz kolejny nad wodą, jak wypuszcza sześćdziesiątkę szczupaka, że to samo robi z kolejnym, ładnym kleniem, to taki ktoś ma szanse. W innym przypadku – niestety.  Proszę więc nie składać mi takich propozycji, choć domyślam się, iż część pochodzi od  młodych ludzi, mających rzeczywiście dobre intencje.

A teraz do tematu. Napisał do mnie młody wędkarz.

„Witam. Mam 16 lat […] Chciałem zapytać, co powinienem robić, by choć trochę częściej złowić cokolwiek. Nie chodzi mi o duże ryby, ale o takie choć troszkę większe. Na razie nie mam możliwości jeździć w jakieś odległe rejony. Łowię w ogólnie znanych miejscach i wyniki mam bardzo słabe. Mój kolega podobnie. Początkowo z zapałem próbowaliśmy różnych woblerów, błystek, czy gum. To były takie zazwyczaj stosowane wielkości. Podobne widzimy u innych spinningistów. Prawdą jest też, że obserwowani wędkarze też bardzo rzadko coś łowią, ale jednak częściej niż my. Czy jakoś można na to wpłynąć? Bartosz”

Powiem, że najpierw miałem zamiar odpowiedzieć  tak trochę wymijająco – jak długi może być mail? – lecz potem pytanie  autentycznie mnie zainspirowało i być może to, co poniżej, przyda się jeszcze komuś.

Na nasze wyniki nad wodą składa się niesamowicie dużo zmiennych. Ogarnięcie ich w jednym „pakiecie”, jest dość trudne logistycznie. Najzwyczajniej, trudno o wszystkim pamiętać. Zacznę od kwestii ogólnych.

Zakładam, że jak Bartek, nie odkrywamy nowych łowisk, tylko korzystamy z takich, gdzie łatwo dojechać.

Kiedy warto? Mówimy o miejscach, gdzie okresowo dochodzi do sporej kumulacji ryb, a co za tym idzie i wędkujących, którzy siłą rozpędu są tu w dużej liczbie, praktycznie cały rok. Od lat nie jeżdżę w takie rejony w pierwszych dniach sezonu [szczupakowo-boleniowego, sandaczowego itd.] Nie ma to raczej sensu, chyba, że chcemy sobie pogadać z ludźmi, na czym zazwyczaj się kończy. Omijam takie miejsca w weekendy. Pozostaje więc środek tygodnia. Tu również bardzo istotna jest pora dnia. Ja w takich miejscach nie kieruję się  najlepszą porą żerowania danego gatunku, czy ryb w ogóle [na ogół świt, zmierzch], bo po pierwsze w tych godzinach prawie zawsze ktoś łowi – często przed pracą lub po niej i nie są to jednostki, a po drugie – ryby w takich miejscach bardzo często mają totalnie „wywrócone”, do góry nogami swoje niby typowe dla gatunku zwyczaje. Dzieje się tak właśnie przez ogromną presję jaka ma miejsce w takich fragmentach wody. To dlatego lwią cześć moich ryb zarówno małych, jak i tych większych, łowię w takich miejscówkach między 11.00 a 15.00. Mam wtedy małą konkurencję, a bywa, że jestem sam i nie ma co ściemniać – wielu osobom daje to ogromny komfort psychiczny, który czasem przekłada się na dużo większą skuteczność, a ta wynika z tego, że nie odczuwając presji np. zmiany miejscówki [ktoś nam ją zajmie], jesteśmy bardziej mobilni, czy skłonni do eksperymentów, bywa, że trafionych. Na koniec dodam, opierając się na opowieściach wiarygodnych osób i moich skromnych jednak doświadczeniach, że bardzo często takie znane punkty  z pozornie bezrybną wodą, okazują się rewirem, w którym coś nie coś pływa,  tyko trzeba spróbować nocą. Odradzam to jednak w pobliżu dużych miast, bądź w najbliższym sąsiedztwie cywilizacji. O ile „w dziczy” może nas użreć szerszeń, możemy złamać nogę, to jednak prawdopodobieństwo takie nie jest duże, za to dostanie po nosie nie jest odosobnione blisko cywilizacji, czego sam, raz czy dwa o mało nie doświadczyłem.

Co w wodzie pływa. Tu kieruję się bardzo prostą ideą: nastawiam się na te ryby, których jest najwięcej. Pisząc to, kierują się tym, że chcemy po prostu połowić. Pula gatunkowa i ich orientacyjne wielkości ilościowe, są na ogół powszechnie znane w okupowanych non stop miejscówkach. Jeśli więc wiem, że np. boleń w danej wodzie jest rzadki, to chcąc miło i treściwie spędzić czas, nie zawracam sobie nimi głowy, tylko „celuję” w klenie, bo widzę ich w danej wodzie dużo.

Pora roku i pogoda. Dla mnie to piekielnie ważny element , bez znaczenia gdzie łowię. O ile pstrągi, szczupaki są dość chętne do współpracy nawet jak jest bardzo zimno, o tyle pozostałe gatunki stają się bardziej powściągliwe [o kleniach też mówi się, iż żerują cały rok, ale moim zdaniem to zasługa tego, że jest ich dużo, dużo więcej i często jakieś są skore do żerowania nawet przy mrozie]. Nie napalałbym się więc na suma w listopadzie… Podobnie z pogodą danego dnia. Osobiście w bardzo uczęszczanych miejscach staram się łowić  przy relatywnie niekorzystnej z punktu widzenia ludzi aurze [deszcz, pochmurno, burzowo], ale jednocześnie, gdy jest względnie ciepło jak na dany miesiąc. Wędkarzy zazwyczaj mniej, a i na jakieś rybki są widoki, jeśli nie nastąpiło gwałtowne załamanie pogody.  W tym fragmencie umieszczę też stan wody. Niezła w takich miejscach jest duża niżówka, zniechęcająca wielu, wymaga ona jednak odpowiedniego sprzętu, o czym dalej. Równie dobra ale trudniejsza jest też duża woda, pod warunkiem, że świetnie znamy dany fragment cieku [ukształtowanie dna]. Dość ważne by przy niżówce nie panowały dzikie upały, co niestety jest ze sobą często powiązane, lub niska temperatura przy dużym przyborze.

Ludzie. Dla mnie są tu dwie kwestie. Są non stop nawiedzane miejscówki, ale przez grunciarzy. Na oko nie mają typowych cech wody „pod” spinning. Stąd rzadko widuje się tu kogoś ze sztucznym wabikiem, albo zgoła nikogo. Często okazuje się, że w takich miejscach można świetnie połowić, jeśli dostosujemy sprzęt do wody, a ryby zobaczą coś co je zainteresuje, co nie jest trudne, jeśli nie są zmanierowane. Kolejna kwestia, to łowienie w zespole, nawet dużym, jeśli jest zgrany. Można znacznie szybciej ustalić, co jest skuteczne, jeśli dogadamy się i łowimy różnymi przynętami, różnie je podając itp.

Wszystko musi się ze sobą zazębiać, podobnie jak z poniższymi szczegółami, których zmianę utrudnia sztywność postawy. Chodzi mi o kurczowe trzymanie się tego, czego do tej pory doświadczyliśmy. Krytycznie powiem, że sam nie należę do przesadnych entuzjastów zmian, choć w wędkarstwie jestem ciut bardziej plastyczny. Najlepszym przykładem są tu moje wyjazdy z ojcem – wędkarzem bardzo wytrwałym, jak na swój wiek, ale niesamowicie, uparcie wręcz, trzymającym się utartych schematów. Na przestrzeni ostatnich lat, chyba tylko raz, w tym właśnie roku połowił lepiej niż ja. Zazwyczaj wynika to z tego, że albo nie chce założyć cieńszej żyłki, albo mniejszej gramatury wabika, ewentualnie uparcie „czesze” jeden i ten sam fragment wody. Tu dochodzimy do dość niewygodnego dla większości wędkarzy problemu, jakim jest odchudzenie zestawu. Większość z  nas doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Ilu jednak na to się decyduje? To podobnie jak z niekonwencjonalnymi metodami. Drop shot, trok boczny, mikrojigi… A ilu spinningistów widzicie z czymś takim nad wodą? Sam jednak zauważę, że są trzy gatunki, przy których stosowanie lżejszych zestawów [traktowanych całościowo, czyli kij, linka, przynęta] nie ma sensu. To sandacz, szczupak i zapewne sum, którego łowię już przypadkiem. Natomiast zejście z gabarytami w którymś z elementów [najczęściej gramatura, czy wielkość  przynęty], takie bezsensowne już nie jest nawet przy największych rybach.

Odejście od schematu. Trzeba uważnie się przyglądać czym i w jaki sposób łowią inni. Jeśli widzimy, że królują w danym miejscu gumy, to sprawdźmy, jak zareagują ryby, na inny typ przynęty, choćby nie wiem co mówili na ten temat stali bywalcy. Bardzo istotna jest wielkość przynęt. Dominują zazwyczaj przynęty „średnie”. Jak woblery to z przedział 3-8cm, jeśli błystki to w numeracje 1-2, a gumy zazwyczaj sprowadzają się do perłowych kopyt i twisterów po 7-10cm i paprochów motor oil… A ryby widzą tego mnóstwo.

Zacznę od przynęt, jako elementu faktycznie moim zdaniem najbardziej strategicznego. Tak jest niestety na wodach „słowiańskich”. Gdzie indziej wabik nie ma już aż takiego znaczenia, no chyba, że chcemy bić jakieś rekordy. U nas niestety ma to wielkie znaczenie, dlatego, że niewielka pula ryb widzi masę wszelkich dziwnych „dań” wokół siebie, i nawet jak na kiepski intelekt tych zwierząt i raczej beznadziejną ich pamięć, wypracowują one coś, co sam sobie nazywam „gatunkową bazą doświadczeń” w jakiś przedziwny sposób przekazywaną potomstwu, bo jak wytłumaczyć ignorowanie przynęt w momencie, gdy miarowa ryba w polskiej rzeczywistości  na ogół myli się tylko raz?

I co teraz? Krótko mówiąc warto mieć coś skrajnego w zanadrzu. W tym jednym zdaniu zamyka się wszystko. Schodzenie z wielkością przynęt bywa bardzo korzystne głównie w przypadku wzdręg, okoni, jazi, brzan [choć to trudne przy tym gatunku] kleni [na ogół w większych rzekach nizinnych], wreszcie pstrągów, czy z pewnymi zastrzeżeniami szczupaków i boleni. Pójście w odwrotną stronę [podanie relatywnie dużej przynęty], ma sens głównie w temacie szczupaków, pstrągów, boleni czy moim zdaniem kleni w zimie.  Co do sandaczy to nie mam zdania- może ktoś ma jakieś szersze doświadczenia?

Kłopot w radykalnej zmianie przynęty polega głównie na dostosowaniu do niej i linki, i kija. Czyli mamy problem, jeśli nad wodę nie jedziemy…autem. Zachęcam jednak do tego by brać nad wodę dwie wędki. Niech jedna będzie nawet ekstremalnie krótka, niech to będzie nawet teleskop, których ja nie cierpię w spinningu, ale niech ma cechy sprzyjające diametralnie innej koncepcji wędkowania. Chyba milion razy widziałem łowiących, którzy jeśli dostrzegli sukcesy sąsiadów, zakładali podobne wabiki i okazywało się, że …nadal nic nie łowią. Nie łudźmy się: podanie na kiju do 25g, [najczęściej dość sztywnym, a takie królują] i żyłce 0,20m mikro wobka, kończy się niezdarnym lotem na 5m. Niczym więcej. Sama praca takiego malucha, na takiej wędce bywa niekoniecznie akceptowalna dla ryb, choć my na oko nie widzimy różnicy. Niektórzy więc idą na ryzyko i zmieniają żyłkę na bardzo cienką. Do pierwszego kontaktu zakończonego zerwaniem zestawu.

Podam dwa przykłady jak można polec z powodu złego doboru sprzętu. Kiedyś pojechałem nad Wisłę. Był to czas fenomenalnych brań kleni. Nad wodą okazało się, że rzeka sporo się zmąciła i jest wyższa. Zszedłem dłuższy odcinek bez szczególnych wyników, aż doszedłem do miejsca, gdzie grasowała horda boleni. Miałem na nie przynęty, ale część odpadła na wejściu ze względu na dużą gramaturę, a ja miałem kij do 10g. Założyłem taki wobler, jaki od biedy kij był w stanie wytrzymać. Doczekałem się dwóch pobić: około 60cm ryby i drugiego, bardzo już okazałego bolenia. Oba mi spadły, nie pierwszy zresztą raz z tego kija, gdy łowiłem woblerem. Wędka była za miękka, szczególnie w zestawieniu z woblerami właśnie. Drugi przypadek. Dawne czasy. Okoniowe paprochy krótko goszczą na naszym rynku. Mój rodzic ma kompletnie w pogardzie, nawet nie je, ale lekki sprzęt, jaki raczej należy do nich zestawić. Zmienił zdanie po moich niedużych ale było nie było kilkunastu kleniach. Sam zerował.  Do takiego łowienia przekonało go zupełnie jesienne łowienie małych ale bardzo licznych okoni. Teraz ma inny problem: nie wyobraża sobie żyłki dwunastki i 1,5 kilowego klenia, choć widzi, że to działa.

Sprzęt – wyposażenie dodatkowe. Banał. Dla mnie spinningowanie bez spodniobutów w dużej rzece nie ma na ogół sensu, podobnie jak brak woderów na pstrągach. Bywa, że nawet kilka metrów więcej, które w ten sposób „zdobędziemy” zaważy o naszym sukcesie. Przykład. W 2008 roku wybrałem się na bolenie z kolegą. Ja zabrałem wodery i spodniobuty, on – tylko wodery. Okazało się, że woda jest znacznie wyższa niż się nastawiliśmy. Ryby nawet dość spektakularnie żerowały, ale trzeba było naprawdę machnąć, by dorzucić. Do tego silny wiatr wiał akurat w kierunku przeciwnym, niż ten, z którego warto było posyłać wabiki. Ja wchodząc dobre 10m dalej wyjąłem dwa ładne bolki. Kolega zerował.

Inny przykład. Wpadł do mnie kumpel z zagranicy. Zapalony wędkarz. Lipiec. Pechowo, ryba nie żeruje. Sporadyczne klonki i małe okonki. Do tego zimno jak diabli. Na dokładkę zaczyna padać i to nie na żarty. Kumpel siedzi więc pod powalonym drzewem, a ja mając sztormiak próbuję dalej. W godzinę deszczu mam zabawę z czterema brzanami, które wyjmuję, kilka brań pudłuję. Deszcz ustaje, żerowanie ryb też. Bądź tu mądry…

Znów to wszystko trzeba dopasować ze sobą i powyższym w jakąś harmonijną całość, pamiętając jeszcze o charakterze wody. Nie ma wielkiego sensu łowienie finezyjnym zestawem z centymetrowym wobkiem na końcu, na wodnej autostradzie o głębokości 3m z szybkim nurtem.  Podobnie w drugą stronę. Jako bardzo zielony spinningista zostałem zadziwiony kiedyś przez majętnego gościa, który rzucał na metrową, dość szybką wodę 15-20cm rippery i rwał w zwałowisku kamolców jeden za drugim. A robił tak w grudniu. Mnie już wtedy nie bardzo to pasowało. Te rippery mam do dziś, bo nie bardzo jest co na nie u nas łowić.

Ja w takich miejscach, szczególnie gdy ludzi jest bardzo dużo, celuję nie tyle w miejscówki wolne, co w te bez wędkarzy, a zarazem na oko najmniej ciekawe. Bardzo często spłoszone ryby siedzą na najmniej atrakcyjnych wędkarsko fragmentach, ale ich koncentracja jest na tyle duża, że mimo strachu, konkurencja robi swoje, i coś się kusi na sztuczne żarełko.

Warto też łamać przyzwyczajenia „terenowe”. Ludzie z wygodnictwa czy uwarunkowań psychologicznych najczęściej łowią do jakichś punktów charakterystycznych [dopływ, ściana zarośli]. Wielokrotnie sam doświadczyłem, że przebycie 50m faktycznie strasznych zarośli, czy niewielkiego i do przejścia w woderach dopływu, otwierało przede mną łowisko z rybami może nie okazowymi, ale licznie współpracującymi. Jeszcze jedna z tym związana kwestia: w danym miejscu, teren często narzuca kierunek podania wabika. I tak robią wszyscy. Czasami dobrze rzucić zupełnie inaczej, nawet jakby nasz rzut był niezdarny i bliski.

Można by tu dopisać pewnie jeszcze dziesiątki bez mała innych czynników, równie ważnych, które mi umknęły, albo o których sam nie zdaję sobie sprawy. Jednak jeśli nie idzie nam łowienie, a innym często również wiedzie się podobnie źle, jeśli widzimy, że inni podobnie jak my stosują żyłkę 0,16 i 2cm wobka, a mimo to klenie nie chcą współpracować, to załóżmy żyłkę 14-kę i wabik o pół centymetra mniejszy, albo tonący, jeśli wszyscy mają pływające.  Liczy się pomysł! Woblerek jest tonący i leci tylko 15m? Połóż go na liść lub patyk który nie utonie i tak wyekspediuj w rejon przewidywanych stanowisk ryb. Zerwanie wobka z liścia wymaga ciut wprawy, by go nie zaczepić o środek transportu, ale efekty bywają zaskakujące. Sami się przekonajcie.

W następnym tekście – wielkie kleniska z Dunajca.

19 myśli nt. „Złowić cokolwiek

  1. Z jednej strony człowiek chciałby się pochwalić, z drugiej strony strach o to czy jakiś mięsiarz nie wyczyta miejsca ze zdjęcia i nie spustoszy „mety”. Sam kiedyś zebrałem ochrzan na „moim” forum za wklejenie zdjęcia ze sporym sandaczem, bo łatwo można było odgadnąć miejsce. Dlatego tez po części forum obumiera – mało kto już wstawia fotki, a jeśli już to takie na których niewiele, poza rybą , widać. Takie nastały skundlone czasy 🙁
    Dlatego popieram nie zabieranie nieznajomych w swoje rewiry, mogą nam sprawić później niemiłą niespodziankę.

  2. Zwłaszcza, że ze zdjęć i opisów można łatwo dojść gdzie łowisz. Więc chyba lepiej robić zdjęcia plecami do wody. Albo jak jest coś charakterystycznego w kadrze, to zamazać w photoshopie. Mnie się nie musisz obawiać, bo wszystko co złowię, wypuszczam 🙂

  3. Szkoda,ze wedkarze ukrywają miejscówki, ale w ogóle sie temu nie dziwię. Zaraz lowisko byloby ogolocone, bo trzeba zezrec. .. eh…norma w naszym kraju. Pozdrawiam wypuszczających.

  4. List który dostałeś od młodego wędkarza to list rozpaczy, który szkoda że nie trafił do Okręgu PZW. Młody łowi na miarę swoich logistycznych możliwości i co mu oferują miejskie wody? A no gó*** i ciekawe kiedy się zrazi…. A potem PZW płacze, że mało wędkarzy nowych przychodzi, że starzy umierają i że coraz mniej w kasie ze składek. A tu jest przyczyna – pustynie wodne.
    Jak złowić cokolwiek? Jak najczęściej bywać nad wodą. Z dala od popularnych miejsc, tam gdzie nikt nie chodzi. Często trzeba pokonać trochę kilometrów autem i pieszo, ale warto. Ja łowię głównie na wiśle i ostatnio unikam jak ognia obleganych miejsc, za to przez jedną wyprawę robię kilka ładnych kilometrów z buta. Spotykam sarny, lisy, dziki (niestety trochę strach jest), ale ryby też spotykam 🙂

    • Mam to samo. Czasem jak stado zwierza mija mnie o kilkanaście metrów to ciut nieswojo, ale potwierdzam – ryby można wtedy również spotkać. Tyle, że często przy tak krótkim dniu jak obecnie, to nie wiadomo na co się zdecydować: pigalak czy godzinę na dobrym miejscu.

  5. Niestety to prawda – doczekaliśmy takich sk…ałych czasów ,ze nawet jak nie publikujemy zdjęć i się nie chwalimy to ryzykujemy, że przypadkowe podpatrzenie miejsca gdzie łowimy / wypuszczamy ryby skazuje je na pożarcie przez podglądaczy i ich znajomych. I żeby ich nie narażać czasem trzeba zrezygnować z łowienia w tych miejscach ! Inna sprawa ,że ryby szybko się uczą – jeżeli przeżyją spotkanie z nami stają się znacznie ostrożniejsze i znacznie zwiększamy ich szanse na długie życie. A jakby kto pytał to : tu nie brały ,nie biorą a w ogóle to tu nie ma ryb…

    • niestety szczupaki raczej nic sobie nie robią ze spotkania z wędkarzem C&R, dlatego tak szybko trafiają na innego i już wtedy nie mają tyle szczęścia, sam miałem przypadek ze po kilku min holu spinam sporego szczupaka przy brzegu, dosłownie minutę po tym łowię go jeszcze raz w odległości 3m od brzegu 🙂

      • Szczupaki niestety tak , ale też nie wszystkie : widziałem np. żerowanie ok. 80 – 90 cm sztuk w zadeptanym miejscu cały sezon okupowanym przez żywcarzy. Natomiast obserwowałem przez kilka miesięcy zachowanie kilkunastu stadek wzdręg( liczące najczęściej po 20 -40 szt .rybek między 10 a 25 cm – z których większość miałem w ręku) – wiedzą już czym grozi pojawienie się na brzegu człowieka machającego kijem i jak go unikać. Podobnie szybko uczą się wiślane klenie na moich miejscówkach.

  6. Fajny tekst. Pomyśl o ksiązce. A co do miejscówek to rzeczywiscie przykre, człowiek chciałby sie podzielic radością a to niesie ze sobą ryzyko, ze juz się dłuzej tym mijescem nie pocieszy, bo kultura łowienia w naszym kraju jest na żałosnym poziomie. c^r

  7. Panie Adamie,
    Jestem pełen uznania dla Pana wielkiej wiedzy i umiejętności wędkarskich. Widzę, że poprzez wieloletnie własne doświadczenie i praktykę wypracował Pan swój własny „styl”, który pozwala Panu łowić dowolny gatunek ryb w sposób nie szablonowy. Opisy sposobów połowu są często innowacyjne i nieznane szerokiej rzeszy spinningistów. A teskt powyższej jest po prostu rewelacyjny i całkowicie prawdziwy. Często zamiana tylko jednego czynnika lub zmiennej może spowodować sukces wędkarski (spinningista nie powinien być leniwy). Dodam jeszcze tylko, że zamiast pytać o miejscówki, warto czasem zrezygnować z jazdy autem na rzecz np. pociagu i skartować samodzielnie rzekę, tak właśnie, przedzierając się kilometrami przez krzaki. Cieszę się że dzieli się Pan swoją wiedzą i co najważniejsze – propaguje zasadę aby złowioną rybę wypuszczać Dzięki Pana stronie, na którą trafiłem przez przypadek, po 5 latach przerwy wróciłem do spinningu. Jestem zapalonym wędkarzem muchowym i mając Wisłe pod nosem, jeżdzę 450 km nad San lub Dunajec. Wcześniej spinningowałem na Odrze, gdzie o rybę nie było trudno.
    Wczoraj strasznie zaspałem i na wyjazd nad Dunajec z muchą brakło czasu. Ale przypomniałem co Pan pisał o Wiśle i boleniach, więc odnalazłem na strychu zakurzone wędki spinningowe i wybrałem się w ciemno nad Wisłe. Po kilku pudłach trafiłem do Niepołomic, gdzie w okolicach mostu pomiędzy główkami w klatkach namierzyłem kilka boleni. Wcześniej miejsce okupowane było przez miejscowych spinningistów – oczywiście łowili na stojąco ze szczytu główki rzucali w warkocz… oczywiście bez brania. Kiedy poszli, skradając się na klęczkach, za krzaków wykonałem kilka rzutów swoimi starymi woblerkami „made in hand” i w 2 godziny zaliczyłem 2 sztuki po ok 55cm. Wracając szczęśliwy do auta spotkałem spinningistę, który wcześniej biczował tej fragment bez powodzenia. Ze zdziwieniem wysłuchał mojej relacji, a brak ryb w moim plecaku tylko go utwierdziło, że ze mnie typowy bajerant…
    W odróżenieniu od Panu nie robie już zdjęć rybom i ich nie mierze, no chyba, że trafię na ładnego lipienia jesienią (to przepiękna ryba). Niestety wielu wędkarzy mimo dobrych chęci przeciąga w nieskończoność wypuszczenie ryby – fotka, mierzenie, taplanie w piasku i kamieniach itd. Dla ryb zwłaszcza łososiowatych taki no kill w upalny dzień kończy się śmiercią. Może napisze Pan jakiś tekt o zwracaniu rybom wolność – jak to robić by to „Release” było skuteczne?

    Pozdrawiam serdecznie
    Artur Klimkiewicz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *