W bogactwie nadzieja…

Jeśli czytasz ten tekst, to tak naprawdę jest już nieźle. Dlaczego? Bo chyba się nie zraziłeś przewodnią ideą mojej strony [C&R], albo się z nią zgadzasz. W najgorszym wypadku zgadzasz się częściowo. Mam na myśli propagowanie daleko idącego umiaru w zabieraniu ryb, a wręcz naciskanie na wypuszczanie wszystkich. To odważne i ryzykowne zarazem. Marketingowo patrząc, to można stracić wielu potencjalnych odbiorców, gdy większość [nielicznych z resztą magazynów/portali o bliskiej nam tematyce], kunktatorsko lansuje model „weź ile ci potrzeba” – dla wielu oznacza to „wszystko co złowię”, a tuba propagandowa niezniszczalnego chyba związku, między wierszami [regulamin], zwyczajnie rozgrzesza i przyzwala na wydarcie z wody wszystkiego co możliwe. Zaskakującym, pozytywnym wyjątkiem jest, że najczęściej WŚ pierwszy  pisze o różnego rodzaju akcjach, pomysłach itp. projektach, a dopiero potem gdzieś indziej, ktoś tam coś stęknie i to na ogół ktoś, kto powinien wiedzieć [wie o tym?] dużo wcześniej niż WŚ.  I nie piszę tak, ze względu na to, że czasem drukują moje teksty…Odkąd wróciłem do spinningu w 1999r, od początku miałem nastawienie, że wypuszczam ryby. Wędkarski Świat [wtedy też Świat Spinningu i Muchy], zacząłem kupować dopiero rok później.

W marcu jest Dzień Wędkarza. Mam do tego taki stosunek jak do Dnia Kobiet, Dnia Wolności Mediów itp. debilnych „dni”, które są wymysłem chorego systemu, odbijającego się nam jeszcze czkawką. Mamy np. Dzień Kolejarza, a jak jest z kolejami wszyscy wiemy. Mamy Dzień Wędkarza i jak jest na naszym poletku też wiemy. Mam wrażenie, że jak jest w kalendarzu dzień czegoś tam, to z tym czymś musi być kiepsko. Nie wierzę, że za moich czasów będzie lepiej. Na to trzeba co najmniej dwóch-trzech pokoleń, w dostatku i względnym bogactwie. Liczę na to, że komputery i gry, najbardziej głupie filmy i inne popkulturowe bzdury do reszty rozleniwią wszystkich i nad wodę nie będzie się chciało nikomu chodzić, a co dopiero łowić ryby. To jak jest, mnie nie daje żadnych złudzeń czy nadziei, chyba, że takiej niechcianej, iż dostanę w końcu w ryj za czepianie się nad wodą różnych palantów, myślących o sobie, że są wędkarzami. I piszę tak nie dlatego, że miniony sezon był jakiś szczególnie słaby i jestem sfrustrowany. Kilka przykładów, fakt, że skrajnych, wszystko Okręg PZW Kraków.

  1. Wisła, kwiecień. Chodzi dwóch facetów, taka średnia krajowa naszego hobby. Dochodzą do mnie, tak trochę nieśmiało, bo gapię się bezczelnie i jednoznacznie na ich gumy po 15cm. Coś tam próbują zagajać, że lipa, ale nawet nie podejmuję tematu, pokazując palcem na przynętę na główce chyba z 20g. Schodzę kilometr w dół rzeki, poniżej progu. Po kilkunastu minutach ci dwaj są na przeciwległym brzegu. Widać, że chyba u nich nadal słabo, bo dowiązują do swoich zestawów dopalacze i na szarpaka „jadą” bez obciachu. Ale nadal nie idzie. Opada mi szczęka, bo jeden z nich wyciąga z auta wiatrówkę i idzie pod sam próg. Ewidentnie strzela do ryb. Mam dosyć i dzwonię po straż. Oczywiście cisza. Na nr komórkowy który mam – też nic. No ale przecież jest sobota. Tymczasem frustracja tego debila sięga zenitu bo zaczyna strzelać…do gołębi. Na szczęście, podobnie jak do ryb – bezskutecznie. Po chwili zrezygnowani wsiadają do auta i odjeżdżają.
  2. Ten sam próg na Wiśle, chyba tydzień później. Ekipa szarpakowców – miejscowi, stali bywalcy, tylko jeden z nich ma kartę [kto mu ją dał?], koszą leszcza za leszczem, jak się da. O, tym razem nie sięgam nawet po telefon. Kilka lat temu, coś mnie podkusiło i tej samej ekipie, zwróciłem uwagę. Szef całej drużyny, napakowany „kark” – on właśnie posiada kartę, ku mojemu zdziwieniu bardzo kulturalnie zwrócił mi uwagę, że tu różne rzeczy się dzieją, a ja jestem tu często, że jak wypalają trawy, to może mi się auto zapalić… Więc tylko patrzę sfrustrowany. W pewnym momencie mają sandacza, dobrą czwórkę, pękatą samicę. Koleś rzuca ją ostentacyjnie na piasek, a inny pomagier już ją taszczy do auta obok. Na to widzę zbliżający się radiowóz. Nadzieja wstępuje w serce. Ale gdzie tam. Policja ma ważniejsze sprawy niż jakieś głupie ryby. Nawet nie spojrzeli.
  3. Ten sam rejon. Końcówka kwietnia.. Pędzimy z dwoma innymi wędkarzami do zaparkowanych prawidłowo, na betonowym parkingu samochodów, bo wypalają trawy. Ściana ognia na 1,5m wysoka, niebezpiecznie blisko aut. Straż pożarna jeździ jak oszalała, słychać non stop wycie syren, dobiegające ze wszystkich kierunków. Zdążyliśmy. Przejeżdżamy na drugi brzeg. Za parę godzin z tych samych przyczyn znów musimy się wynosić. Kilka dni potem, zaczadzone jaszczurki, które jakimś cudem przeżyły, zbieramy rękami z ziemi wypalonej jak po napalmie. W ogóle nie uciekają. Są tak ogłupiałe.
  4. Maj. Matury. Z racji tego, że nadal, chyba bardziej z pasji, bo nie zapeszając jeszcze inaczej zarabiam pieniądze, wciąż jestem nauczycielem. Wysyłają mnie jako osobę do komisji egzaminacyjnej, do szkoły położonej akurat nad Wisłą. Jestem przed czasem, więc ucinam sobie krótką pogawędkę z dyrektorem szkoły, sympatycznym skądinąd facetem. Deszcze już leją mocno i tak od gadki o deszczu do ryb. „Wgięło” mnie. Człowiek bez najmniejszego zażenowania, opowiada mi jak to łowi na Sanie nie mając na to zezwolenia, a tu nad Wisłą to jego syna kłusującego [łowi bez karty], non stop gonią wędkarze. To mówi dyrektor szkoły średniej, urzędnik państwowy! To kogo taka szkoła potem puszcza w świat?
  5. Połowa czerwca. Wisła. Ten sam rejon. Po powodzi. Woda powolutku opada. Nad spokojną zatoką siedzi czterech ludzi. Karp za karpiem. Jeden chwali się, że ma już trzynaście sztuk! Ryby typowo hodowlane: 1-1,5kg. Po kilku dniach już nic nie bierze. Ci sami klną i narzekają. Nie karpi mi żal tylko brak słów by opisać taką mentalność.
  6. Koniec czerwca. Duża woda zupełnie opadła. Kilka kilometrów niżej. Pozostały dołki z wodą. Miejscowi strażacy z OSP wpadli na genialny pomysł. Nałapią ludziom ryb. Niech społeczeństwo wie, że strażacy-ochotnicy działają. Bronują okoliczne bajora czym się da i na ciężarówkę. Przeważają piękne, kilogramowe jazie. Ryb około tony. Mołojcy jadą na centralny plac wsi i żywe w większości ryby wysypują na ziemię. „Bierta ludzie. Darmo dajem”. Tak słyszę choć nikt tak nie mówi. No to się wszyscy rzucili. Potem były pretensje do strażaków, że ryby były nie do zjedzenia, tak śmierdziały chemią. Jak cała Wisła. Liczę szybko – tona ryb, około 800 pięknych jazi… Jaka szkoda.
  7. Wisła. Lipiec. Cud. Podchodzi policjant i mnie kontroluje. Zachowuje się tak jakby mój gwałtowny ruch miał go spłoszyć. Ogląda papiery w takim spięciu, że ja wiem, iż on nie rejestruje, co widzi. Jeszcze się mnie pyta, gdzie zaczyna się woda „krakowska” bo on nie wie. Na swoim terenie! Policjanci w Czernichowie sprawiają wrażenie nieagresywnych zombie, a mentalność zdecydowanej większości okolicznych mieszkańców nie odbiega od tego co pamiętam z lat 70-ych zeszłego wieku, gdy sam mieszkałem na wsi. Wiocha pełną gębą w najbardziej negatywnym znaczeniu tego określenia.
  8. Wisła. Lipiec. Cud po raz drugi. Kontroluje mnie straż PZW. Mówię im, że kilometr niżej jest ekipa z Sosnowca, która jeździ tam z budą kempingową i siedzą od poniedziałku do piątku. Całe wakacje. Przy mnie już  nie łowią, bo się czepiam, każdego małego sandacza, który idzie od razu na patelnię. Na miejscu . Albo jak chłodno to w bagażnik.. Mimo, że ich dwóch to jakoś nie mają odwagi mnie pogonić. Niżej na dzikich burtach czują się bezpiecznie. Idę o zakład, że zawsze coś mają nie tak. A jak nie ryby, to 8 kijów na dwóch. Strażnik mamrocze, że tam nie dojadą. Frustracja. A to tylko kilometr. No ale jest upał. Nie rozumiem tego. W 2009r kontrolowano mnie w tym miejscu z 10 razy, a strażników widziałem tu z 20 razy. Skutecznie przegoniono szarpakowców i pazernych z kartami wędkarskimi. I były ryby. W kolejnych latach znów lipa…

Pewnie mam pecha. Łowię w jakimś feralnym wędkarskim trójkącie bermudzkim… Tylko mam wrażenie, że cała Polska to jakiś zaklęty rewir. Wędkarze, prawdziwi wędkarze są marginesem ze swoimi potrzebami. W morzu problemów nasze zmartwienia nie są nawet trzeciorzędne. Ja jestem marginesem  wśród wędkarzy z tym całym złów i wypuść. Frajerem od ponad dziesięciu lat. Tak naprawdę mam świadomość, że ludzie jedli ryby i to się nie zmieni. Mam tylko wrażenie, że „mafia”, która nam kosi ryby to my sami. Milionowa banda, która w przytłaczającej większości nawet jeśli nie zje sama, to przynajmniej zabije wszystko co złowi. Częstokroć w gazetach wędkarskich nadużywa się określenia „wędkarstwo jest atawistycznym odruchem”. Pozwólcie, że Wam to przetłumaczę: ci z nas , którym jeszcze nie zmieliła mózgów cała ta cyfrowo-plastikowa szopka nazywana cywilizacją, którzy są w stanie nie oglądać TV, nie korzystać z komputera, mogą nie dosypiać i marznąć nad wodą, mogą obejść się bez alkoholu, fajek, MUSZĄ czasem złowić rybę. I ten unikalny moment, czyni, że czujemy to co czujemy. Nasz uśmiech jest tym samym uśmiechem naszych prapraprzodków, którzy łowiąc dużą rybę wiedzieli, że oni i ich najbliżsi nie będą tego dnia głodni. Tylko my na szczęście nie głodujemy…

Zajrzałem na stronę PZW. Stworzyli specjalną podstronę gdzie można się wypowiadać odnośnie propozycji wprowadzenia górnych wymiarów ochronnych, co zaproponował Wędkarski Świat. W sumie pomysł, którego jestem gorącym zwolennikiem nie ma chyba szans. Nie wiem ilu czytelników ma WŚ, ale petycję podpisało podobno ponad 2 tysiące osób w tym ja z czego jestem dumny. Tylko wydaje mi się, że to strasznie mało, jak na czasopismo o tak dużym prestiżu i nakładzie… PZW zrobiło świetny ruch, otwierając forum, by weryfikując propozycję WŚ, wędkarze się wypowiedzieli. Wpisałem się tam jako chyba 5-6 osoba… Bez względu na to, czy wpisy będą popierać petycję, PZW uzna, że mała ilość głosów sugeruje brak zainteresowania środowiska tym pomysłem. Link do dyskusji na stronie PZW: http://www.pzw.org.pl/home/forum/12/2096/petycja_w_sprawie_wprowadzenia_gornych_wymiarow_ochronnych_niekt

Tak chyba jest. Kilka dni temu na stronie Przyjaciół Szreniawy, przeczytałem, że koło w Słomnikach przegłosowało wniosek o likwidacji odcinka „no kill” na tej rzece. Oczywiście zatwierdzić [zatwierdziło?] to musi lub nie PZW Kraków. Ale sam taki pomysł świadczy o podejściu. Mięcho, mięcho, mięcho.

Niestety, w kraju, gdzie przyjęcie na oddział do szpitala przypomina zapisanie się do snobistycznego klubu golfowego, a zarejestrowanie auta można porównać z otrzymaniem pozwolenia na posiadanie pistoletu maszynowego, takie duperele jak wędkarstwo stawiające sobie za główny cel złowienie, a nie zabicie ryby, będą tylko śmiesznym kaprysem paru czubków.

Tak czy inaczej, wszystkim Wam, mającym unikatową, jak na ten kraj świadomość i wypuszczającym ryby, życzę możliwie największych okazów, jak najwięcej wyjazdów na ryby i zrozumienia u partnerek. Należy nam się.

Oby nasze hobby nie sprowadziło się tylko do podziwiania pięknych widoków (fot:A.K.)

3 myśli nt. „W bogactwie nadzieja…

  1. mocny tekst, niejednemu się nie spodoba, ale doceniam odwagę i otwartość. „no przecież nie po to płaci (o ile się płaci), żeby sobie rybki nie zabrać”, taka nasza mentalność, ale tez dlatego właśnie nie ma już w polskich rzekach czego łowić… niestety

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *