Spacerkiem po…rekord!

Często piszę, że zanosi się przy okazji naszej zabawy w ligę na duże emocje, ale tym razem, za sprawą wyraźnie większej liczby uczestników, jak i wędkarzy, którzy na odległość nam kibicują, bądź korespondencyjnie jakby podejmują z nami rywalizację – nastroje są rzeczywiście ogniste. Zabawa zabawą, ale te wszystkie detale: gdzie, na co, na jaki gatunek, jaka taktyka itd. podkręcają całkiem mocno. Nie tylko nas. Przed tegoroczną, drugą turą ligi te w sumie proste zapytania zostają raczej bez konkretnych odpowiedzi, ponieważ okoliczności są na tyle dynamiczne, że można spekulować bez końca. Z żalem stwierdzę, że sam mam mało do powiedzenia, gdyż byłem słownie jeden raz. Nie mam czasu. Wprawdzie obiecałem sobie, że nie zamierzam się tak nakręcać jak rok temu, ale wpadłbym nad zbiornik dla samej przyjemności. Po prostu połowić, a przy okazji coś tam sobie poukładać w głowie. Tak, że wszystko poniżej opieram na informacjach od kilku uczestników, którzy bardzo intensywnie rozpoznają sytuacje, wręcz z dnia na dzień, oraz kilkunastu znajomych, którzy w ligę się nie bawią, ale byli w ostatnich dniach i skrobnęli coś nie coś o swoich spostrzeżeniach.

Wszyscy są zgodni, że nie ma sensu nastawiać się na coś innego niż wzdręgi, a przykład kilku ludzi pokazuje, że na płocie też [choć ciężko przewidzieć, co będzie przy tych temperaturach za kilka dni]. Sam w płocie wątpiłem i twierdziłem nawet stanowczo, iż te, złowione przez Wojtka tydzień temu to ostatnie spinningowe.

(fot. W.F.)

Tymczasem, dosłownie kilka dni temu Paweł złowił ich sześć w około 2,5h bez żadnych niekonwencjonalnych sztuczek. Twierdzi, że brały, ponieważ znalazł je na zdecydowanie głębszej, zimniejszej wodzie, niż zwykle łowiliśmy i być może dlatego wciąż atakowały przynęty mimo, że panuje w dzień termiczne…lato.

No właśnie – to kolejny czynnik. Oczywiście na aurę nie ma się wpływu, ale nikt nie zaprzeczy, iż jednak w tym roku jest szaleństwo, bo po zaskakująco silnych mrozach na koniec niby zimy, po paru dniach mamy temperatury prawie jak z czerwca. U mnie od kilku dni w cieniu, w ciągu dnia termometr pokazuje od 17 do nawet 26 stopni, a w bluzie z długim rękawem można się zgrzać nic nie robiąc. Wygląda na to, że w przypadku wzdręg z tego powodu odpadł środkowy etap zachowań wczesnej wiosny [statyczne przebywanie w toni w wybranych miejscach] i ryby już w przed tarłowym  rytmie są w trzcinach. W każdym razie na to wygląda…

Nastawianie się na okonie jest w naszych realiach chyba jednak utrudnianiem sobie drogi do wygranej. Niby jak się trafi, to raczej większy, ale ileż ich można złowić? Podobnie tęczak.  Jazie są tu tak krótko, że ja przynajmniej nie podjąłbym się doradzania czegokolwiek, bo też i trudno powiedzieć, jak ten gatunek będzie się zachowywać. Zakładając, że będą w polu widzenia, albo będą brać, to też nie ma co się napalać, bo jednak nieznacznie tylko przekraczać będą 30cm, a i to pewnie nie wszystkie. Liny biorą, ale akurat trudno opierać spinningiście strategię tury na tym gatunku.

Pozostają więc wzdręgi i chyba jednak płocie.

Kolejna zagwozdka – zarybienie. Jak ktoś zaplanował sobie jakiś wypad typu trening, to od środy do soboty rano nic z tego. Z tym zarybieniem to sporo innych „przygód” może nas czekać. Wprawdzie niektórzy twierdzą, że trzeba się liczyć z karpiami na końcu zestawów, ale ja byłbym sceptyczny. Rok temu było podobnie i padł słownie…jeden karp, który był przy tym jedyną rybą całej zabawy, ale twierdzę, że trafiliśmy na jeden z tych dni kiedy nic, nigdzie i na nic…

Zgadzałbym się natomiast z głosami, które zwracają uwagę na trzy inne kwestie:

– te wpuszczone karpie, jakby nie było –  małe nie są i być może w niektórych miejscach sama ich obecność wypłoszy krasnopióry lub płocie

– o wiele groźniejsze jest co innego – mianowicie – już tuż po zarybieniu kilku wędkarzy zaczęło nęcić sobie stanowiska [słownie zaraz po wpuszczeniu ryb!];  obecnie, po informacjach od znajomych, liczbę tak napalonych na karpie można lekko oszacować na jakieś 20 – 30 osób i jak zwykle nęcą w najbardziej dostępnych miejscach; efekt może być taki, iż wszystkie ryby tak się nażrą, że nic ich nie zainteresuje

– zapowiada się oczywiście niemała ilość ludzi z kijami, a co za tym idzie trzeba się liczyć, że miejsca do łowienia może nie być zbyt dużo

Z krótkich relacji, czy rozmów telefonicznych wynikają dwa następne wnioski, co do których wszyscy, którzy próbowali coś niecoś połowić są zgodni.

Pierwszy taki, że ryby są na maxa rozproszone i jedynym miejscem, gdzie nikt nic nie złowił, nie licząc szczupaczków, był północny brzeg zbiornika. Poza tym enigmatycznie można powiedzieć – są wszędzie.

Kolejne spostrzeżenie, to fakt, iż ciężko połowić dobrze ilościowo. Zazwyczaj kończy się na dwóch – trzech rybach. Na przestrzeni ostatnich dwóch tygodni, znam tylko trzy sytuacje, gdy spinningiści mieli wynik wyraźnie lepszy niż pozostali, którzy zdradzają jak im idzie. Najpierw kolega Sławka, miał siedem wzdręg, potężną, ponoć blisko 40cm płoć i tęczaka. Tyle, że to było ze dwa tygodnie temu i choćby termika wody była wtedy inna. Ostatnio stałem z godzinę do pół uda i owszem – woda jest zimna, ale nie zmarzłem ani trochę.

Drugim szczęśliwcem, a może po prostu lepszym niż pozostali, był Paweł, który w lidze startuje. Dwukrotnie zrobił wynik około 1000 pkt. jak skrupulatnie podliczyłem. Za pierwszym razem, po chyba czterech godzinach bez brań [!], trafił na ryby i szybko wyjął dwa liny…

(fot. P.K.)

(fot. P.K.)

oraz 11 wzdręg z czego dziewięć to były ryby 35 – 37cm [nie mierzył ich dokładnie, tylko przykładał do kija, gdyż widział…znacznie większe]. Dwie ostatnie to były typowe około 30cm krasnopióry.

(fot. P.K.)

Liny wzięły około 10m od brzegu, a krasnopióry blisko lądu. I bądź tu mądry…

Z kolei ten sam Paweł w dniu zarybienia, między 7.00 a 10.00 wyjął 6 pięknych płoci i kilka wzdręg do 34cm.

(fot. P.K.)

(fot. P.K.)

Nijak ma się to jednak do zeszłorocznych wyników, gdy trzy – cztery razy, udawało nam się złowić 30 – 40 ryb, z czego 25 – 30 sztuk punktowałoby. Te najlepsze w tym roku wyniki ilościowe, to takie przeciętne rok temu. Ale w 2017r pogoda była całkiem inna w marcu i pierwszej połowie kwietnia.

Cieszy mnie to, że dla części z nas, takie lekkie łowy to ich totalny debiut, podobnie jak gatunki łowione w ten sposób. Najważniejsze że są zachęcające efekty.

(fot. S.M.)

Jak napisałem – byłem tylko raz ale w pełni potwierdzam powyższe spostrzeżenia. Sam miałem wynik nijaki, choć nie tak mało brań. Realnie spinningowałem jakieś 3,5h. Zacząłem jak dla mnie nietypowo, bo po południu, od 14.30. Wiało okropnie ze wschodu, choć było oczywiście bardzo ciepło. Nie mniej spora fala raczej nie napawała nadzieją.

Najpierw próbowałem łowić głęboko z otwartej wody, nad dnem. Niby nie było totalnej ciszy, bo w jakieś dwie godziny doczekałem się ewidentnych i ładnych sześciu pobić. Co z tego, jak jedyną rybą jaką zaciąłem był szczupaczek.  Nie wiem, czy właśnie to były ostatki płociowej agresji przy tej głębokości [4m], czy coś innego? Trochę irytująco.

Potem łaziłem przy trzcinach. Sam już nie wiem, czy wzdręgi są w każdym pasie roślin, a kwestią jest podejść na tyle cicho, by nie zwiały, czy w pływają jednak przy niektórych trzcinowiskach?… W każdym razie, w końcu trafiłem na ryby, dosłownie na długość kija. Brały najlepiej na czerwone mikro polarisy Fishchaser, na główkach 0,5g. Udało mi się złowić 8 sztuk z tym, że trzy były małe. Spadły trzy nie tyle w holu, co przy podnoszeniu ich do powierzchni w tym jedna piękna około 35cm. Strasznie szkoda było mi też prawidłowo zapiętego, naszego rodzimego karasia – też sporego bo na bank 30+. Zaskoczył mnie tym, że kompletnie nie walczył i nie ruszał się. Byłem pewien iż podniosłem z dna jakiś worek.

Natomiast niezwykle miłą niespodzianką było pobicie mojego prywatnego rekordu krasnopióry. Przez sekundę nawet pomyślałem o rekordzie kraju, tym bardziej, że ta ryba zmusiła mnie do wejścia dosłownie po pierś, tak się wbiła w rośliny. Gdybym nie miał plecionki, urwałaby się bez wątpienia, albo zrobiłbym to ja, mało subtelnie wyciągając ją z badyli.

Była piękna, kolorowa i niezmiernie masywna. Miała 38cm, tak że podniosłem sobie poprzeczkę o jeden centymetr w stosunku do rekordu z 2012r.

(fot. A.K.)

Powiem szczerze, że dodało mi to trochę otuchy, bo niezależnie od takiego rekreacyjnego łowienia, to cudów nie było i tak. Jeśli znajdę czas, to zajrzę na niedzielny plac boju w sobotę.

Śmiem twierdzić, iż będzie to jedna z 2-3 najciekawszych tur tegorocznej ligi, bo niezależnie od umiejętności poszczególnych uczestników w warunkach i okolicznościach, jakie nastały, każdy będzie mieć niemałe szanse na dobry wynik. No chyba, że obierze jakąś egzotyczną strategię…

P.S. Z ostatniej chwili: pogoda tez zapowiada się „znakomita” – totalna lampa, upał jak na połowę kwietnia i cudowny, wschodni wiaterek 🙂

6 myśli nt. „Spacerkiem po…rekord!

    • Najczęściej kij Savage`a LRF do 5g, plecionka [firma mniej istotna, ale raczej z tych nie najtańszych] 0,05mm, agrafka nr 20 z krętlikiem. Przynęty – tu gama jest nieskończona. W skrócie: mniejsze ważki i jętki Fishchaser lub podobne na czeburaszkach 1-2g oraz sztuczna ochotka z atraktorem na główkach 0,2 – 0,5g.

  1. Piękna rybka Panie Adamie, gratuluje!

    Próbowałem ultralekkiego łowienia białorybu na spinning (kilka razy w tamtym roku, raz w tym), na różnych łowiskach, niestety nie wychodzi ! 🙁
    Używam głownie gumowej imitacji ochotki (1,5-2cm), maleńkich gumowych imitacji larw (nimfy, ważki itp), na 1,5 gr główkach. Próbuje z opadu, turlając po dnie, podskokami po dnie. Próbuję raz w toni, innym razem przy trzcinach. Używam leciutkiego kijka do 10gr (2,40m), żyłki 0,16mm (zapewne ciensza byla by lepsza ale taką akurat mialem). I nic, coraz bardziej się zniechęcam. Coraz bardziej nachodzi mnie chęć żeby rzucić ten kijek w diabły i poświęcić się innym metodom spinningowym, które skądinąd przynoszą mi fajne ryby.

    • Tak na szybko, do tego, co napisałeś, to dwie uwagi: kij do 10g niby daje radę, ale nie ułatwia. Żyłka 0,16mm, szczególnie wczesną wiosną, to istny powróz. Nie dawno rozmawiałem z kolegą, który łowiąc podobnym jak Ty zestawem nie miał brań. No i raczej nie miał prawa ich mieć. Co do prowadzenia przynęty – unikam przy płociach i wzdręgach wszelkich zygzaków, skoków itp. Leniwe najprostsze liniowe prowadzenie wabika. Jak chcesz, to coś możemy podziałać o ile jesteś z Krakowa i dostosowałbyś się do moich wolnych godzin -mam ich niestety bardzo mało ostatnio. Jak coś to pisz na mail.

  2. Cześć Adam.
    Od jakiegoś czasu interesowałem się łowieniem UL białorybu a ostatnio nastał dzień w którym wybrałem sie na Bagry (mieszkam 3km od nich) i złowiłem swoje dwie pierwsze wzdręgi na własne nakręcone jigi na główkach wolframowych dociążonego lametą waga ok 1g, zestaw jakim dysponuje to wedka mikado feeling 210cm do 7g
    Kołowrotek malutki od wędki podlodowej z nawiniętą żyłką 0.10mm byłem pod wrażeniem zasięgu tego zestawu ok 20m, do ciebie mam prośbę jak prowadzić skutecznie przynęty, najlepsze rezultaty miałem podciągając płynnie przynętę i wybierając luz, i czekając aż opadnie do dna.
    Bardzo fajny blog, mam nadzieje ze kiedyś spotkamy się na tym zbiorniczku 🙂
    Karol

    • Jeśli ryby są aktywne to kwestia odgadnięcia głębokości chyba że żerują pod powierzchnią – to widać. Ja prowadzę możliwie wolno i liniowo, bez żadnych skoków. Natomiast jak jest słabo, albo w roślinach, to tak jak napisałeś: rzut, łagodny opad do dna i jeśli nie ma ryby, to bardzo łagodne podniesienie wabika i znów opad.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *