Liga spinningowo – muchowa. V tura – rzeczka pstrągowa

Jesteśmy na półmetku naszej zabawy w ligę spinningowo – muchową. Za nami piąta tura.  Trochę namieszała w punktacji, bo też i dzień minął całkiem ciekawie. Zaważyły na tym chyba dwie rzeczy. Pierwotnie ten etap ligi miała się odbyć na Krzeszówce i Prądniku – do wyboru. Tyle, że to były łowiska proponowane z perspektywy ubiegłego sezonu. Jak jest w naszym okręgu z pstrągiem po tej zimie, nikomu nie muszę mówić. Było wiadomo iż prawie na bank wszyscy zejdą z zerem. Rok temu byliśmy twardzi i nie zmienialiśmy łowisk, ale ten sezon niestety nas do tego przymusił. Podobnie więc jak miesiąc temu zamieniliśmy „górską” Dłubnię na Kanał Łączański, teraz postąpiliśmy podobnie. Ponieważ Krzeszówka i Prądnik były moim typem, miałem prawo zmienić łowisko. Z racji, że są wakacje i mamy trochę więcej czasu, zaproponowałem podobną gabarytowo do Rudawy pstrągową rzeczkę w jednym z sąsiednich okręgów. Mnie najbardziej kojarzyła się z Uszwicą poniżej Lipnicy, tylko ciut mniejsza, ale też i mniej zaśmiecona.

(fot. A.K.)

Jedynym mankamentem cieku było to, iż do dyspozycji był ekstremalnie krótki odcinek. Reczka w ogóle jest bardzo krótka i w górnym biegu ledwo płynie. Potem szybko wytraca prędkość,  wody przybywa, lecz zaledwie po około 3km łączy się z dużą rzeką. Zawsze chcę by było nas jak  najwięcej –  najlepiej komplet, czyli jedenastu; tym razem liczyłem, że mogłoby nas być mniej. Powód jeden – długość sektorów. Większość z nas zwyczajnie nie wyobraża sobie rywalizacji na takim niewielkim potoku, na zasadzie „każdy łowi gdzie chce”. Tymczasem frekwencja była niezła – stawiło się nas dziewięciu.

(fot. W.F.)

Brakowało tylko Kuby i Patryka. Nie mniej wybór łowiska okazał się trafiony, bo choć nie było cudów, to na bank lepiej niż na Krzeszówce i Prądniku razem wziętych.

Druga ciekawa innowacja polegała na tym, że łowiliśmy w dwóch mini turach. Najpierw losowaliśmy sektory. Pół godziny na dojście i dwie godziny łowienia od 14.30. Po powrocie kolejne losowanie z tym, że jeśli ktoś wylosował ponownie swój sektor, to losował dalej, by mieć inny niż w pierwszej rozgrywce. Tu łowiliśmy od 17.30 do 20.00. Odcinki były bardzo różne i przy optymalnym żerowaniu ryb nadawały się jedne do prostego, szybkiego łowienia, a inne do finezyjnego dłubania po dziurkach i głęboczkach. Łowiliśmy przynętami uzbrojonymi wyłącznie w bezzadziorowe haki. Nawet jeśli były to woblery, to miały tylko dwa pojedyncze haczyki.

Z Wojtkiem poświęciliśmy sporo czasu, bo już wczesnym rankiem obeszliśmy odcinek i oznaczyli na kartkach A4 oraz jaskrawą niebieską taśmą początek i koniec każdego sektora.  Kierowaliśmy się zasadą: fajne na oko miejscówki – krótki odcinek, bardzo płytki i nieciekawy nurt – odcinek dużo dłuższy.  Szczęśliwym trafem nad wodą nie pojawił się nikt spoza całej zabawy, na co nie mielibyśmy wpływu i każdy, w pierwszej turze łowił na nieschodzonym danego dnia fragmencie.

Zaskoczył nas stan rzeczki, gdyż mimo kilku gwałtownych ulew w ostatnich dniach, wprawdzie krótkich ale intensywnych – poziom wody był niezwykle niski, a przy tym nurt był wyraźnie zmącony. Potok jednak nie poddał się upałom i woda była bardzo zimna, jak na połowę lipca.

Wg wywiadu z miejscowymi w rzeczce było trochę dzikich pstrągów potokowych, trochę tegorocznych wpuszczaków. Sporadycznie łowione są okonie i lipienie, a już ekstremalnie rzadko pojedyncze tęczaki i szczupaki.

Pogoda była litościwa, a zarazem niosła ze sobą coś dziwacznego. Z jednej strony tego dnia nie lało, choć w południe zaczęło, tyle, że natychmiast przestało. Było bardzo słonecznie, chmurki nieliczne, ciśnienie wysokie [to ostatnie akurat w temacie pstrągów, jak jest ich choć trochę więcej, to nie ma znaczenia]. Cyrkulacja zachodnia ze słabym wiaterkiem. Nie mniej ryby były znacznie bardziej aktywne podczas tej pierwsze mini tury. Obiecywany wieczorny ostry żer, na jaki się nastawiliśmy, tego dnia nie zaznaczył się…

Zaczynamy. Losowanie. Większość z nas idzie w nieznane. Cały szkopuł w tym, by możliwie efektywnie wykorzystać wszystkie dobre miejsca, czyli nie iść za szybko, by nie spalić całego odcinka, ale też nie za wolno, by nie kończyć przed spenetrowaniem całego fragmentu jaki się wylosowało.

Mnie trafił się krótki, około 300m kawałek tuż powyżej małego mostka. Miałem przed sobą wielkie jak na rzeczkę wymycie w dnie. Od brzegu do brzegu i długie na jakieś 15m. Dno wszędzie twarde, na początku kamieniste. Głębokość duża: przy brzegu, wzdłuż którego szedłem wodą pod prąd – do biodra. W środku nurtu i pod brzegiem przeciwnym, lekko z półtora metra. Woda płynie wyraźnie ale spokojnie, z nieznacznym przyspieszeniem na początku miejscówki.

Było mi o tyle łatwiej, że kojarzyłem odcinki, bo je oznaczałem z kolegą. Wiedziałem, że powyżej jest bystrze z wodą do kolan na sporych kamieniach, a powyżej niego wolniak z głębszą rynną po lewej stronie i dołkiem po prawej. Dalej w górę rzeczki muł, muł z wodą do kolan. Po drodze ze trzy ciut głębsze podmycia, ale bez cudów i prawie na końcu piaszczysty, nieco tylko głębszy wlew, którego osią był stary, gruby pień bez drobnych gałęzi, zwalony do wody.

Założyłem że pierwsze plus – minus aż 40 minut poświęcę na pierwszą dużą miejscówkę, kolejną godzinę na całą resztę, po czym wrócę brzegiem i jeszcze przez ostatnie dwadzieścia minut pomęczę krótko jedyne trzy miejscówki.

Mając na uwadze, że jest lato, upał i środek dnia, uznałem, że za bazuję na możliwie małych wabikach. To narzucało cienką linkę, ale na szczęście wiedziałem, że raczej nie grożą nam potokowce większe niż 40cm. Łowiłem więc kijkiem do 6g, ale o mocnym dolniku i żyłką 0,12mm. Z plecionki zrezygnowałem, bo przy takiej wędce miałem 90% spadów łowiąc na naszym odcinku no kill.

Pierwszy rzut. Dostałem super maleńkie i rewelacyjnie pracujące twisterki. Założyłem jednego na główkę 0,7g. Od razu branie. Na końcu dynda mały…lipień. Chcę mu zrobić fotkę, ale nie wyjmować z wody, no i jak odpinałem kieszeń, sięgając po aparat to skubaniec dał drapaka.

Obrabiam płytszą cześć beła. Parę rzutów i znów branie. Silniejsze niż poprzednio. Twister stracił ogon.  Rzucam mikrojigami. Różnymi. Są takie nijakie jakby podszczypywania. Ewidentne kontakty, ale chyba bardzo małe ryby. Próbuję maleńkiej wahadłówki. Znów kilka rzutów, ale nadal nic. Gumy. Twister biały, twister czerwony, motor oil… Główki gramowe, dwugramowe, pięcio… Cisza.

Larwa ważki. Szara i nie mała. Na gramówce. Czeszę dno i tuż nad nim, niskimi, bardzo łagodnymi susami przynęty. Sporadyczne zaczepy o pojedyncze większe kamienie, małe gałęzie. Wszystko odpuszcza, nic nie rwę.

Kolejny rzut. Przynętę prawie pod szczytówką coś drapieżnie zatrzymuje. Kij fajnie pulsuje, ryba odchodzi spokojnie ale zdecydowanie pod prąd. Zestaw mam delikatny, lecz pstrąg prawie na bank punktujący.  Kilkanaście sekund i spiął się. Oj, zabolało.

Patrzę na zegarek i pół godziny za mną. Trochę kiepsko to wygląda.

Miałem plan minimum – zapunktować. Nie ważne jak byle nie zejść z tej tury z zerem, bo będzie raczej pozamiatane. Zero na Bagrach w turze nr 2 i brak punktów na Kanale Łączański miesiąc wcześniej, lekko mnie zestresował, bo byłem pewien co najmniej trzecich miejsc na tych łowiskach.

Na granicy głębokiej wody i początku kamiennego bystrza mam jakiś grubszy zaczep i końcówkę jednak spalam by ocalić wabik.

Kolejne 15m żywego tym razem nurtu jest niezłe. Nawet nie takie płytkie, ale absolutnie nic się nie dzieje. W głębokim wolniaku  miałem przynajmniej kilka brań w tym jedno zwiastujące punkty.

Wchodzę w kolejny, spowolniony bieg potoku. Piach i trochę mułu.  Rzucam z 15metrów wyżej na początek rynny, która się pogłębia wraz zbiegiem nurtu w moją stronę. Ze trzy przepuszczenia i fajny, agresywny strzał. Ryba błyska i wiem, że jak nie spadnie to cokolwiek dziś zapunktuję. Udaje się. Mały, dziki potoczek ma 31cm, ale jest. Wziął na wojtkowego pawika.

(fot. A.K.)

Dwa kroki w górę i mała dziura pod przeciwległym do rynny brzegiem. Znów wyraźne branie. Nie wiem, ale gęba mi się chyba uśmiechała. Tymczasem brakło pół centymetra. Nie przekroczył tych 30 „centów”. Cóż.

Potem ciut szybciej przeszedłem całość, ale wyjąłem tylko maleńkiego palczaka. Do tego sporadyczne brania jemu podobnych.

Ostatnia miejscówka. Mały wlew. Ale wody do pół uda. W porównaniu z ostatnimi 200 metrami – głębia.

Rzucam znów drobnymi wabikami. Coś ewidentnie je „maca”. Niestety, nasty rzut był zbyt długi i zaczepiłem o wystające przed wlewem na płyciźnie patyki. Niby puściły, ale kilka wyszło z dna i spłynęło dość gwałtownie w moja stronę. Brań brak.

Wracam więc i jeszcze raz: duże, spokojne beło, rynna i dołeczek. Nic. Z daleka widzę Jacka, jak schodzi w moją stronę. Robił swój kawałek wody od góry, z nurtem.

Miał kilka brań. Wszystkie na nurtowych odcinkach. Wyjął jedna rybę 25+, ale nie do punktacji.

Docieramy na miejsce zbiórki. Wszyscy już są.

Pierwsze wrażenia, pierwsze podsumowania.

Szymon trochę zły. Dostał mu się kawałek dość długi z kilkoma grubszymi miejscówkami. Zaliczył jak mówił około 25 – 30 pewnych kontaktów, z czego co najmniej dwie ryby na bank miarowe. Spadły jednak. Największy którego wyjął, miał 27cm. Łowił głównie czarnym twisterem na 1,5g i jigami.

Łukasz bez miarowej ryby, za to ze złamana wędką. Śmieje się, że w końcu ma powód, by kupić coś nowszego. Miał najdłuższy, ale raczej bardzo płytki odcinek, praktycznie bez charakterystycznych typowych miejscówek. Może była jedna.

Jest Darek, który niestety po tej pierwszej rozgrywce musi wracać. Widział kilka pięknych zbiórek. Na tyle dynamicznych, że jakby „małym kamieniem rzucił”.  Brania mu się zaczęły dopiero jak założył mocno dociążonego kiełża.  Miał trzy takie przynęty. Jak relacjonował – kilka rzutów i na bank ma potokowca 35+. Niestety ryba kilka razy rzuca łbem i się spina. Zaraz zaczep i kolega traci wabik.

Krótko później do drugiego kiełża ma wyjście ryby mniejszej, ale raczej miarowej, tyle, że zanim pstrąg się zdecydował, to kiełż wpływa w kije i …tam zostaje. Darek ma już ostatniego kiełża.

Na dosłownie 10 minut przed końcem rozgrywki, pod niewielkim, naturalnym wodospadem wyjmuje grubego potokowca – wpuszczaka. Ryba ma 33cm. Darek miał duże szczęście, bo ryba trochę zgłupiała w holu. Pod nogami się wypięła, ale kolega zdążył go „zawinąć” w podbierak.

(fot. D.D.)

Wojtek nie ma wiele do zrelacjonowania, choć nastrój dopisuje. Kilka brań, kilka malców w ręce i jeden lipień. Łowi na muchę [nimfa i sucha].

Maciek także zerował z tym, że przeszedł odcinek w 40 minut.  Zaskoczony, że tak szybko się skończył. Nie mając wyjścia, wrócił i znów idąc pod prąd, robił swój sektor kolejny raz. Wyjął kilka małych pstrągów do 25cm, nie mając kontaktu z ryba punktującą.

U Rafała też bez cudów. Już nie chcę zmyślać, ale chyba nie miał kontaktu z miarowym pstrągiem, choć jak mówił  – brań nawet sporo.

Paweł zalicza dwa wyjścia około wymiarowych ryb, ale żadna skutecznie się nie zapina. Łowi „łasicą” – takim spinningowym zonkerem z futra.  Do tego kilka maluchów.

Po pierwszej rozgrywce wychodzi, że jestem drugi, a wygrywa Darek, który musi nas opuścić.

Kolejne losowanie. Wszyscy obiecują sobie dużo lepsze wyniki. Wszak późne popołudnie trwa, a wieczór tuż, tuż.

Trafiam sektor, na którym łowił Darek. Jestem bardzo zadowolony, licząc na agresywne żerowanie ryb.  Prosty, nijaki odcinek, ale  z żywa wodą średnio po kolana, pozwalający daleko rzucać.

Minęła 20.00. Większość z nas ma nietęgie miny. Tura wieczorna była dużo, dużo słabsza.  Ryby sporadycznie zbierały coś z powierzchni i praktycznie nie wykazywały oznak żerowania.

Ja w moim kawałku wody wydłubałem palczaka i małego okonia. Znów z 40 minut katowałem głęboką po pierś dziurę pod wodospadem, ale bez dotknięcia.

Wojtek, łowiąc konsekwentnie na muchę znów ma tylko kilka malców.

Podobnie Paweł – tym razem nawet bez kontaktu z rybami miarowymi.

Do punktacji także nic nie dorzuca Jacek. Jak sam powiedział miał fajny odcinek z grubsza wodą, ale brania wyłącznie na płyciznach, a rybki małe.

Szymon tym razem ma tylko pięć brań. Wyjmuje jednego potoczka na około 25cm.

Łukasz, podobnie, jak Maciek tuż po południu, dał się zaskoczyć niewielką długością  odcinka. Błyskawicznie go obłowił. Miał wyjścia dwóch małych pstrągów. Jak mówił na jego fragmencie, nawet nic małego nie uciekało.

Były tylko dwie osoby, które wróciły w trochę innych nastrojach. Pierwszy Rafał. Wprawdzie zerował, ale miał wyjście wyraźnie miarowego pstrąga oraz już blisko miejsca gdzie stał, stracił w holu kropkowańca minimum 35cm. Był chyba jedynym, który miał w tej turze sporo brań. Z tego wszystkiego zapomniałem zapytać, na co łowił…

Maciek także był skuteczniejszy od nas, a co ważne zapunktował.  Wylosował najmniejszy fragment rzeki, bardzo powolny, ale najgłębszy. Jakieś 200m do dyspozycji. Wykorzystał je znakomicie. Zaliczył osiem brań plus kilka stuknięć i odprowadzeń przynęt. Wyjął cztery ryby. Dwa małe, oraz chyba dzikiego pstrąga [fotka mało wyraźna – utopił telefon i cud, że jest zdjęcie] na 32cm.

(fot. M.K.)

Stracił po kilkunastu sekundach rybę zdecydowanie pod 35cm. Odcinek przeszedł, łowiąc z brzegu aż cztery razy!

W tej mini turze złamał końcówkę kija, ale jak mówił – dało się wędkę jeszcze używać. Łowił głównie na jasne około 5cm twistery.

Cała turę wygrał więc Darek, mimo, że zaliczył tylko pierwszą rozgrywkę. Miał pstrąga na 33cm.

Drugi był Maciek – pstrąg 32cm, a ja trzeci z wynikiem 31cm.

Na półmetku naszej ligi punktacja jest następująca:

Prowadzi bardzo zdecydowanie Maciek, który ma  16,5 pkt [527 „małych” punktów].

Potem jest ciasno, jak w kolarskim peletonie 🙂

– drugi Darek – 27 pkt [64 „małych” punktów]

– trzeci Szymon – 28 pkt [ale „małych” punktów 179]

– czwarty Wojtek  – 28,5 pkt [185 „małych” punktów]

Piątą, ostatnią jak na razie, punktowaną pozycję zajmuję ja i cieszę się z tego jak diabli, że w końcu coś zawalczyłem – mam 29 pkt [42 punkty „małe”]

Pozostała szóstka jak na razie zeruje.

Następny etap rywalizacji w sierpniu, na dolnej Skawie.

8 myśli nt. „Liga spinningowo – muchowa. V tura – rzeczka pstrągowa

  1. Właśnie wróciłem z rybek, Połowiliśmy z młodym, że hej 😃. Zabrałem się za lekturę i po przeczytaniu nie chcę wracać do kraju… Pozdrowienia z Chorwacji!

  2. Dzień dobry. A pro po spiningowania w zimie Pisze Pan,że w okresie jesień, zima guma to nr.1 na klenie, zwłaszcza na wolnej wodzie i na dziurach. W okresie jesień, zima, nie używam klasycznego kija kleniowego na klenie 2.70 cw. 3-15g, w okresie jesień , zima, używam kongerowskie Tango WC dł. 3m . Od pierwszych przymrozków, czyli październik, listopad łowię i używam kongerowskie tango WC do połowu kleni , gdyż na klasycznym spinie o cw. 3-15g nie można wyczuć brania klenia, na kongerowskim Tangu czuć każde pukniecie w woblera, kiedy woda jest zimna i klenie stoją przy dnie. W zimie łowię na agresywnie chodzące woblerki ,łowię na swoje przeróbki invaderów 4cm FL Dorado, wklejam do inwaderów 4cm FL ster z invaderów 5cm, taka przeróbka chodzi jak jugol. Na wiosnę i w lecie prowadzę te przeróbki invaderów 4cm Dorado tradycyjnie, czyli 2 lub 3 obroty korbką kołowrotka i przerwa, zaś od pierwszych przymrozków w okresie październik, listopad, jak zima jest łagodna także w grudniu prowadzę woblerka bardzo, bardzo, bardzo powoli, zwijam żyłkę bardzo wolno jakby w zwolnionym tempie, woblerek choć chodzi agresywnie, ledwo macha ogonkiem i to rajcuje klenie. A pro po pstrągów ,które nagle zniknęły z niektórych rzeczek, o których pan pisze, to uważam ,że po prostu zostały w zimie skłusowane przez miejscowych na robaka, a nie zabiła je zima. Jeszcze jedna możliwość, że spłynęły z bardzo wysoką wodą w dół rzeczki lub przeszły do innej rzeki wraz wysoką wodą. W przyrodzie nic samo nie ginie, ryby tak nagle nie znikają. Miejscowi także czytają na internecie, gdzie ryba stoi, i gdzie można ją łatwo skłusować. Nagłośnienie,że w danej rzeczce występuje duża populacja pstrąga, kończy się dla takiej rzeczki i pstrągów tragicznie, bo wiedzą o tym fakcie wszyscy miejscowi kłusole oraz wędkarze , którzy zabierają wymiarowe ryby. Ryby zostały w zimie po prostu skłusowane , a wody nie miał kto pilnować.

    • Dzięki za tak długi wpis. Odniosę się tylko do końcówki o pstrągach i tylko odnośnie sytuacji na Rudawie/Krzeszówce, bo tu mam wgląd dosłownie prawie codzienny. Jeszcze w listopadzie ludzie z muchą łowili chcąc nie chcąc liczne potoki do 40cm. I teraz:
      – ryb na bank nie zniosła żadna większa woda. Po pierwsze nie było takowej na przestrzeni grudzień – luty; wręcz przeciwnie, panowała nieprawdopodobna niżówka
      – dwa – mieszkam tu 40 lat i żadna [ani ta z 97r, ani z 2010r] wielka woda pstrągów tu nawet nie „napoczęła”
      – może miało miejsce jakieś tajemnicze przemieszczanie się ryb do dopływów, ale niczego takiego nigdy tu nie widzieliśmy, a i – jak napisałem – nie sprzyjała temu niżówka
      – gdzie jak gdzie, ale kłusownicy u nas akurat odpadają
      Postawiłbym na prozaiczne zatrucie, puszczenia w rzekę jakiegoś syfu, gdy była zamarznięta i nic nie było widać, gdyby nie fakt, że taka sytuacja jest na każdej dosłownie rzeczce w okręgu krakowskim. Słyszałem wytłumaczenie przekonujące, ale zarazem tak niewiarygodne, że go nie będę tu poruszać.

  3. Witam!!

    Świetna relacja, bardzo szczegółowy tekst ale niestety jak dla mnie za mało zdjęć samej wody. Rybki piękne! Osobiście wolę łowić spinningowo ale to tylko dlatego, że całe życie spędziłem na wodach nizinnych (głównie jeziora) i mało było okazji do tego aby wypróbować się w łowieniu na muchę.
    Nie mniej jednak podoba mi się ta technika, która w rękach prawdziwego profesjonalisty wygląda jak kawał dobrej sztuki:)

    Dzięki za relację i czekam na więcej,
    Pozdrawiam Kolegów

    • Tłumacząc się z małej ilości zdjęć – powód prozaiczny. Już nieraz za dużo pokazałem i skutki były opłakane. Tym bardziej odnośnie wody pstrągowej: mały najazd mięsnych i woda pusta. Dlatego ostatnio pokazuję niewiele.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *