Coś drgnęło

To będzie krótki wpis. Wiem, wiem – już nieraz tak pisałem, a potem jakoś tak wychodziło dłużej. Ale tym razem naprawdę się streszczę.

Coś w wodzie drgnęło. Niestety nie w pstrągach. Wprawdzie, w temacie kropasków na Prądniku, a i ostatnio na Wildze cokolwiek zaczyna potrącać przynęty. To „cokolwiek” nie jest częste i na ogół  bardzo małe. Na pozostałych rzekach jest strasznie licho [piszę to na podstawie informacji z perspektywy ubiegłej niedzieli]. Ja poważnie zastanawiam się czy my nie pilnujemy pustej wody. Po pierwszej fali na początku sezonu ludzie bardzo ostygli. Teraz, ze wzrostem temperatury znów wylegli bardzo licznie. 5-6 osób na półtora kilometrowym kawałku Krzeszówki nie jest rzadkie. Tyle, że wszyscy solidarnie deklaruję: brań brak, albo są niezmiernie rzadkie. Ja ostatnio już odpuściłem sobie wędkę i chodzę tylko na monitoring rzeki. Wojtek, który był po mnie, po południu – zrobił to samo. Objechał/obszedł nasz rewir, ale bez kija. Wszystkich bardzo zastanawia fakt, że bywało, iż pstrągi kompletnie nie brały, ale było od czasu do czasu coś widać, coś się spłoszyło. Nie inaczej jest ze mną. Ja w tym roku widziałem dwa potoczki, które jakimś cudem skoczyły do gumek. Poza tym nawet cienia w kropki. Poświęciłem w ostatnią niedzielę z godzinę. Fajne miejscówki, dobra widoczność, lekko podniesiona woda, polaroidy… Zero.

(fot.A.K.)

Pod koniec tego tygodnia ma być zarybienie palczakiem Rudawy i Krzeszówki. Z jednej strony fajnie, z drugiej okropnie zafałszuje to stan rzek. Gdyby tak poczekać te dwa tygodnie… Albo by się w końcu ruszyło, albo…

Nie mniej fajne jest to, że w temacie zarybień pstrągiem w moich stronach, pozostano przy funkcjonującym od dwóch lat schemacie: najpierw małe, a potem selekty, o ile w ogóle nimi będzie zarybienie.

Natomiast cokolwiek drgnęło na innych wodach. Ja miałem niezłe 30 minut w ostatni piątek. Dlaczego tylko tyle? Padłem ofiarą wędkarskiej, wyposzczonej chcicy. Kolega zadzwonił w piątek, a była już 14.00, że u niego, na dużej żwirowni zupełnie już  nie ma lodu. Zerwałem się jak dzik, wrzuciłem podstawowe graty do najlżejszej zabawy i o 15.00 byłem nad najbliższym mi zbiornikiem wody stojącej. A tu lipa: zalodzony w jakichś 95% powierzchni. Okazuje się iż nawet w zbiornikach odległych od siebie w linii prostej raptem o 10 km, panują diametralnie różne warunki. Wszystko zależy chyba od powierzchni, kubatury i otoczenia.

W każdym razie obszedłem kawał brzegu i znalazłem prawie odciętą od reszty zatokę. Tu lodu nie było. Wiatr nie ułatwiał, bo hulał bez opamiętania, tyle, że zachodni i było realnie z 16 stopni. Piękne słońce. Ryby jak zwykle o tej porze w tych warunkach [bajorowaty klimat, mętnawa woda po zejściu lodu], brały słownie do 15.30. Mimo to zaliczyłem z 15-17 pewnych brań. Wyjąłem 10 krasnopiórek, płotkę i klenika. Ryby brały ochoczo na super mały jig 0,2g ze sztuczną ochotką.

(fot.A.K.)

Na ogół były to rybki naprawdę niewielkie. Spadła w zacięciu jakaś spora około 30cm ryba – na bank nie leszcz bo miała kolorowe płetwy, ale czy płoć, czy wzdręga to nie odważę się powiedzieć. Mógł być nawet spory krąp, bo jego ceglaste płetwy też potrafią błysnąć kolorem, a odległość była spora [z 12m, bo wiatr wiał mi w plecy i jig leeeciał], a i kąt widzenia był bardzo ostry. Poza tym buszował już jakiś ciut większy drapieżnik, który 2-3 razy siał postrach na tej około 70cm wodzie.

Łaziłem potem jeszcze z 30 minut, ale nie było dotknięcia. Włóczyłbym się pewnie jeszcze drugie tyle, ale przetarta podeszwa trzyletniego buta w końcu pękła i ewakuowałem się prosto do sklepu ze sprzętem, pytając o nowe spodniobuty.

Co do pory brań: znajomi w ostatni weekend, jeśli w ogóle trafili na jakieś żerowanie, to z reguły od 11.00 do około 14.00. Potem zawsze było już słabiej.

Nie mniej po tym miłym, półgodzinnym brodzeniu, bo jednak odzew po drugiej stronie był niezły, sporo obiecywałem sobie na drugi dzień.

Nad wodą byłem o 11.00. Pierwszy rzut – wzdręga, drugi – branie – spada, branie – spada. Trzeci – płotka. I tak jakieś dziesięć rzutów. Rybki malutkie – do 15cm. Ale zwalnia się lepsza miejscówka. Spławikowiec zwija żagle, twierdząc, iż nawet nie ma brań, a co dopiero mówić o wyjęciu czegokolwiek. Natychmiast jestem na jego miejscu. Pewny swego. Rzut, drugi, dziesiąty… Mija z 20 minut – cisza.  Wracam na pierwsze stanowisko. Rzut – mała wzdręga i  w tym momencie zaczyna wiać. Bardzo mocno, jak dzień wcześniej, tyle, że tu jest totalnie nieosłonięte, a i wiatr nie jest zachodni, tylko południowy z wyraźnym wschodnim odchyleniem. Jak nożem uciął. W wodzie śmiertelna cisza.

Zmieniam przynęty – mam dużo nowych, to i patrzę, jak te okruszki zachowują się w toni, na dnie itp. Przy którymś prowadzeniu, mam stanowcze stop. Szczupak [lekko 60+] nie daje jednak szans. Nie łyknął mocno, ale te 2-3 cm plecionki, jeździło bo zębach. Nie wiem nawet czy on to poczuł. Wykombinowałem, że to on spłoszył towarzystwo, a nie wiatr. Cienka stalka i 4cm ripperek na 1g. Trzeba oczyścić teren. Niestety ten już nie wziął. Wyjąłem dwa mniejsze..

(fot.A.K.)

Niestety nie wpłynęło to na brania.

Kolega zaliczył ten sam zbiornik i też zerował. Mam trzy hipotezy, które najpewniej wspólnie miały wpływ na kiepski wynik:

– wiatr powodujący bardzo silne falowanie

– szczupaki

– wiatr gdy ruszył, gnał obłamane i w oczach topiące się kry, które kończyły swój żywot pod moim brzegiem, wydatnie chyba chłodząc wodę w tym obszarze, co mogło także zniechęcać ryby do aktywności

A czemu nie pojechałem nad kałużę z piątku? Ano nie było mojego rozmiaru spodniobutów…

P.S. Kolejny znajomy zaliczył jakieś stojące wody okręgu śląskiego. Miał dużo brań, choć właśnie w tym relatywnie krótkim czasie około południowym. Nie miej zaliczył do ręki plisko pół setki okoni i wzdręg. Miał fajną zabawę i zazdrościłem mu jak diabli, bo bez spodniobutów odpuściłem niedzielę, a na pstrągi – widmo mi się nie chce.

Jedna myśl nt. „Coś drgnęło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *