Niezły efekt w krótkim czasie

Pewnie niektórych rozczaruję, ale o długim weekendzie będzie w następnym tekście. Tak mi się jakoś porobiło, że kompletnie nie miałem czasu cokolwiek skrobnąć, a nad wodą byłem sporo. Tzn. dużo razy, ale w krótkich sekwencjach. Nie cierpię takiego „zrywanego” spinningu, ale nie mam wyjścia. Taki czas.

Poniżej o akcji sprzątania okolic w mojej gminie, ale najpierw chciałem zaprezentować fotki z ostatniego, drugiego już na przestrzeni może miesiąca zatrucia rzeczki Dulówki [dopływ Krzeszówki, a finalnie też Rudawy]. Obrazki doszły z małym opóźnieniem. Nie mam pojęcia jak ma się strona wizualna do skali zatrucia, ale jak na taki siurnik, to wyglądało to chyba całkiem poważnie.

(fot. W.F.)

(fot. W.F.)

Napiszę tylko, iż po pierwsze straż pożarna znów zadziałał błyskawicznie. Wydaje się, że usunięto przytłaczającą większość zanieczyszczeń, zanim te popłynęły w dół rzeczki. Dwa, to podobno ustalono sprawcę i wszczęto jakieś dochodzenie. Trzy – nie zaobserwowano martwych ryb. Obecnie mieszkam prawie nad Dulówką. Mam nad nią w prostej linii kilometr. Szkoda, że woda ta nie jest dopuszczona do wędkowania. Wprawdzie jej skromne rozmiary wielu by odstraszyły, podobnie jak warunki terenowe, bo rzeczka płynie miejscami w bardzo wąskim i dość głębokim jarze o stromych ścianach, co czyni ją niemożliwą do obławiania z brzegów. Natomiast jest trochę dość głębokich odcinków. Pstrągów jest sporo i nie wątpię, że na niższym odcinku są miarowe, aczkolwiek odcinek ten regularnie odwiedzają wędkarze – aroganci, mający w nosie przepisy. I łowią sobie. Niestety są to ludzie nastawieni wyłącznie na mięcho, tzw. emeryci [najczęściej byłe górnictwo]. Szkoda, że woda ta nie jest w rejestrze, bo trzydziestak z niej, to jak 45cm z Rudawy.

A teraz o innej rzeczce. U mnie w gminie miało miejsce w kwietniu kilka akcji o charakterze sprzątania okolicy. Ja doliczyłem się trzech takich „zrywów”; nie wiem – może było ich więcej. Sam wziąłem udział w jednej z akcji, której inicjatorem był burmistrz. Tu powiem tylko, że facet jest otwarty na różne rozsądne, ekologiczne kroki, sprzyja nam – wędkarzom. Ma też zrozumienie, że czasy się zmieniają i postawy ludzi także. Wdaje mi się, że gdyby odcinek no kill istniał na Krzeszówce, to w skali Polski, mógłby chyba być mały pozytywny precedens, co do zaangażowania się władz gminy w ochronę takiego fragmentu wody [policja, straż miejsca jako wsparcie SSR ]. Ale na razie tego nie zweryfikuję.

Długi weekend dla mnie zaczął się już 30 kwietnia. Po południu spotkaliśmy się w kilkanaście osób na skraju miejscowości Paczółtowice, gdzie przepływa niewielka rzeczka zwana na tym odcinku Racławką.

(fot. A.K.)

Ciek ten łączy się dalej z innym potoczkiem – Szklarką i jako Rudawka [Racławka] toczy wody, by połączyć się z Krzeszówką.  Do naszego koła zwrócono się z prośbą, by pomóc w sprzątaniu tego górnego fragmentu, znajdującego się w i na granicy parku krajobrazowego w Dubiu. Chodziło o to, aby był ktoś, kto jest w stanie zbierać śmieci, także te, zalegające koryto rzeczki. Zjawiło się nas czterech – wszystko strażnicy [Wojtek, Kuba, Tomek i ja].

Uczestnicy bez wędkarskich wdzianek koncentrowali się na brzegach i terenach w najbliższym sąsiedztwie Racławki.

(fot. A.K.)

Wędkarze natomiast zajęli się tym, co w wodzie, a było tego niemało. Uzbrojeni w spodniobuty byliśmy zdolni wejść dosłownie w każdy fragment wody, sięgającej zazwyczaj do pół łydki, często do kolan, a okazjonalnie głębiej.

(fot. A.K.)

Szczerze powiem, że mimo, iż mieszkam w gminie ponad 40 lat, to byłem w tym miejscu…pierwszy raz. Pewnie dlatego, że nigdy nie wolno było tu łowić. W sumie dość odludna część naszej gminy, zadziwiła mnie jednak ilością śmieci wszelkiego rodzaju. Mój udział był symboliczny z racji „obstawy” jaką robiła mi moja córa, z która akurat kompletnie nie miałem co zrobić. Uznałem, że dwuletniego dzieciaka wezmę ze sobą, tym bardziej, że pogoda była całkiem przyjemna. Poza tym niech się uczy od najmłodszych lat normalnych postaw. Młoda przez pierwsze pół godziny dzielnie pilnowała swojego wora ze śmieciami i póki nie był za ciężki wlokła po trawie za mną.

(fot. A.K.)

Później jej się znudziło i większość czasu to było dreptanie po okolicy i z rzadka podrzucanie kolegom znalezionych śmieci. Dlatego zebrałem tylko półtora wora.

Wiem, że poziom ludzi w Polsce wciąż odstaje od  – tu akurat godnej naśladowania – zachodnioeuropejskiej, przeciętnej co do świadomości ekologicznej – ale ilość syfu mnie zmiażdżyła. Szczególnie w kwestii  wszelkiej maści plastików. Bo co powiedzieć, jeśli kilkanaście osób zbiera w półtorej godziny ponad 60 wielkich worków? Jakaś masakra, a z tego, co zauważyłem, to przytłaczająca większość dziadostwa leżała właśnie w korycie rzeczki i relatywnie daleko od domostw, bądź na odcinkach zupełnie pozbawionych ludzkiego sąsiedztwa.

(fot. A.K.)

Nie mam wątpliwości, że tego rodzaju akcje są potrzebne, choć mam mieszane uczucia. Przekorą losu jest to, iż zazwyczaj organizują je i biorą w nich udział osoby, które na bank nie oddziałują tak destrukcyjnie na środowisko. Niestety, skuteczność takiego sprzątania także bywa krótkotrwała, gdyż wraz z większymi opadami, woda znosi z wyższych odcinków kolejne śmieci. Natomiast jest to jednak jakiś pozytywny przykład.

(fot. A.K.)

Mnie ciężko się pogodzić z faktem, że podobnie urokliwe miejscówki w Austrii czy w Niemczech są niesamowicie zadbane, albo raczej pozostawione w spokoju: kuszą dzikością i naturalnością, a znalezienie śmieci jest możliwe, ale trudne…

(fot. A.K.)

Trochę o rybach. Na ostatnią godzinę, o którą zahaczyłem ze względu na dziecko tylko symbolicznie, zjechaliśmy do Dubia, by ogarnąć na ile to możliwe skraj wspominanego parku krajobrazowego.

Urok tamtych fragmentów jest niezaprzeczalny. Nie byłem tam chyba z dwadzieścia prę lat, ale powiem szczerze, że gdyby wolno tam było łowić, choćby tylko na muchę, to dla tej wody, skłonny bym był kupić sobie trochę sprzętu muchowego. Oczywiście jest tu zakaz wędkowania, czego, podobnie jak śmiecenia jakoś nie umiem zaakceptować. Na całym świecie w wielu takich miejscach łowienie jest jak najbardziej legalne. Nie wiem dlaczego ktoś, kto zarządza parkiem krajobrazowym nie wpadł jeszcze na taki pomysł. Przecież to byłyby jakieś całkiem sensowne kwoty w skali roku dla budżetu danej instytucji. Proste: tylko licencje dzienne z reglamentowaną ilością nie większą niż powiedzmy pięć – siedem/dzień. Cena 5 – 10zł i zakaz zabierania ryb. No, ale pewnie wszystko by ginęło w czeluściach urzędniczej, biurokratycznej studni. Może gdyby ewentualne zyski wpływały do gminy na terenie której znajduje się park/dana woda, [a tak powinno moim zdaniem być], to zapewne już ktoś by o tym pomyślał. Natomiast z perspektywy biurka kogoś, kto nad Racławką pewnie nigdy nie był, coś takiego nawet nie przyjdzie mu do głowy.

(fot. A.K.)

Uderzyła mnie jedna kwestia: brak oznak rybiego życia. Kiedy bywałem tu dość często w okresie podstawówki, a potem liceum, zawsze widywałem wręcz całe stada pstrągów z przedziału 15-25cm. Żyły tu głównie tęczaki, choć pstrągi potokowe też się trafiały, aczkolwiek stanowiły jakieś 20%. Sądzę tak na podstawie wyników wędkarskich z odcinka poniżej parku, gdzie kiedyś wolno było wędkować. Tego dnia nie widziałem ani jednej, słownie ani jednej zbiórki, a roiło się jakieś robactwo. Woda na oko jest niebywale czysta. W spokojnych zastoiskach masa chruścików, pod kamieniami liczne jętki kilku gatunków i kiełże. Tak mnie to zaintrygowało, że dwa dni potem, pojechaliśmy tam całą rodzinką na godzinę. Specjalnie wybrałem czas około południowy, gdy w relatywnie dość mrocznej dolince jest najwięcej światła. Nie wiem, może miałem pecha, ale nawet jednego oczka na wodzie, nawet jednego cienia w nurcie, dającego choćby domniemanie, że coś tam żyje. Nie mam pojęcia dlaczego tak jest. Ale przyszło mi do głowy, że jakby ktoś chciał wprowadzić taki pomysł na wędkarstwo w życie i zarybił lipieniem? Gatunek na bank miałby świetne warunki do egzystencji i zero konkurencji innych ryb. Wszystko 35 minut jazdy od Krakowa. Marzenie…

4 myśli nt. „Niezły efekt w krótkim czasie

  1. Często bywam w okolicy Radwanowic i w miejscu gdzie znajduja sie stawy hodowlane koło Dubia, widziałem w tej rzeczce sporo małych pstrągów.

    Rzeczywiscie jest to piekna rzeczka czasami zatrzymuje sie tam na papieroska bo miejsce jest klimatyczne. Szkoda że dostępne tylko dla spacerowiczów , ale skoro jest jakies zainteresowanie gminy tym miejscem to może uda Ci sie przekonać burmistrza.

    Bo z tego zapyziałego PZW to pewnie pies z kulawą noga tam nie zaglada

    • Gdyby było tak, że gmina ma jakąkolwiek decyzyjność odnośnie użytkowania wody, to już dawno byśmy tu łowili. Niestety są te bzdurne operaty, które wszystko utrącają.

  2. W 2002 roku kończąc jeszcze wtedy Akademię Rolniczą w Krakowie na specjalności Rybactwo i Ochrona Wód pisałem właśnie pracę magisterką na temat populacji pstrąga potokowego na tej małej choć bardzo urokliwej rzeczce (właściwie połączeniu dwóch potoków). Inni kumple z roku pisali na temat pozostałych małych dopływów Rudawy. Powiem tak jeśli chodzi o rybostan a dokładnie przekrój jeśli chodzi o rozmiar i zagęszczenie ryb to „moja” rzeczka wypadła najlepiej. Z tego co pamięta bo było to już 14 lat temu innych ryb poza salmo trutta morpha fario nie stwierdzono. Pamiętam jednak, że zagęszczenie tych małych ryb w granicach 11-18cm było imponujące. W okresie jesiennym obserwoaliśmy gniazda tarłowe których na tej rzeczce w porównaniu z innymi dopływami Rudawy też było najwięcej. Efektywne sztuczne tarło, zarybienia prowadzone wówczas przez KTWS dawały efekt. A jeszcze jedno ! Kiedyś uważałem to za głupotę, zresztą obecnie jest to zakazane, ale coraz bardziej jestem przekonany, że moja kontrowersyjna teza tj. zarybianie wód otwartych pstrągiem tęczowym ,który się u nas nie rozmnaża dałoby wytchnienie rodzimym gatunkom. KTWS tak stosowało na odcinku komercyjnym pod Skałą Kmity. a 1-2 km wyżej była masa pięknych wymiarowych potokowców tylko że były to na przełomie i początku bieżącego wieku. Pozdrawiam

    • Ja pisząc o tęczakach miałem na myśli lata 85 – 91. To byli uciekinierzy ze stawów hodowlanych. Wg mnie jednak tęczak tłamsił potokowce przy takich ilościowych proporcjach ryb w rzece i [chyba] nie funkcjonujących tu wtedy zarybieniach potokiem. Natomiast pamiętam czas początku dekady 2000 i faktycznie na Rudawie były fragmenty „tęczakowe” i odcinki z ładnymi, prawie wyłącznie potokami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *