Jak w książkach…

Tytuł trochę na wyrost. Tak naprawdę było bardzo, bardzo ciężko, choć nie przegrałem wirtualnego zakładu, w którym postawiłem nowy kij. W tym marcowym łażeniu za jaziem jest dużo prawdy, ale głównie w wyniku doświadczeń wędkarzy gruntowych. Faktycznie, ten gatunek żeruje już nieźle, ale właśnie w taki sposób i chyba na takim pokarmie, że spinningistom aż tak lekko i łatwo nie jest. Może inaczej wygląda to z perspektywy Dolnego Śląska, gdzie temperatury łaskawsze, ale na moich terenach, to ja, poza przypadkowymi złowieniami, na ryby te mogę liczyć w celowy i powtarzalny sposób, dopiero w kwietniu i to raczej w jego drugiej połowie. Na szczęście, w tym roku przyroda wynagrodziła nam zimę długą w zeszłym sezonie jak tasiemiec  i już teraz nie jest utopią zapolowanie na jazia, grubego jaziola. Porównując warunki nad wodą do analogicznego czasu 2013r, to u mnie było wtedy minus 11 w nocy i tuż poniżej zera w dzień. Pierwszego jazia 2013r złowiłem dopiero 14 maja, a temperatury, jak w miniony weekend, to nad wodą zanotowałem w zeszłym roku od 3 maja. Bez przesady można powiedzieć, że jesteśmy obecnie 5-7 tygodni do przodu.

Wszystko, ale to wszystko, co napisałem ostatnio o warunkach w jakich można z dużym prawdopodobieństwem liczyć na jazie sprawdziło się w 100%. Nie mniej było to raczej męczące łowienie, gdyż nie przewidzimy wszystkiego, co zastaniemy nad wodą. Dlaczego? O tym poniżej, ale po kolei.

Pierwszy dzień wiosny do południa spędziłem dość pożytecznie, angażując ponad pół setki licealistów w sprzątanie pstrągowej rzeczki. Niesamowite, jak zaśmiecone są nasze wody. Ponad 50 worków o pojemności 112l każdy, zapełniono na pierwszych 700m. I to samymi foliami i plastikami. Ale to przedstawię w szczegółach na początku czerwca, gdyż cała akcja ma szerszy wymiar i trwa od października 2013r.

O 13.00 wracałem na luzie coś zjeść, będąc w zasadzie pewnym, że co, jak co, lecz dziś jakiegoś pulpeta potarmoszę. Jak mieć inne nastawienie, gdy nie dla szpanu, tylko z konieczności chodzi się w podkoszulku. Piękne słońce – totalna lampa [to może nie taki duży plus], cieplutko – realna temperatura do 16.00 to 20 stopni. W słońcu znacznie cieplej. Ciśnienie 983hPa, czyli prawie, prawie. Jedyną przeszkodą wiatr. Niby z zachodu i ciepły ale bardzo silny. Do tego doszła zmienna, która moim zdaniem zaważyła na całościowym wyniku także kolejnych dni, a której się nie spodziewałem: poziom wody. Niby przez poprzednie trzy dni padało, ale nie aż tak. Może inaczej było w górach? Fakt, że woda podniesiona z 30 – 40cm. Choć wydała mi się czystą, ale zapewne dlatego, iż nad brzegiem byłem dopiero przed 16.00. Słońce już na tyle nisko, że z tych płaskich brzegów, ciężko cokolwiek ocenić. Wobler widzę dopiero pod powierzchnią, więc coś jest nie tak. Ciut szersze na co dzień obszary dziś bardziej zalanych traw, nie dawały wielkiego pola do popisu.

(fot. A.K.)

Tym bardziej, iż w tych warunkach ciężko było określić granicę końca zarośli. Nad rzeką wiele owadów. Przeliczyłem się z wiatrem. Ustał dopiero o 16.30. Dopiero wtedy spłoszyłem trzy jazie. Spore. Być może wcześniej też jakieś uciekały przede mną, lecz nie zauważyłem tego z powodu dość dużych fal i wysokiego stanu rzeki. Jak jest już te 70-80cm mętnawej wody, to nawet taki niezgrabniak jak duży jaziol, ucieka w sposób trudny do zauważenia. Faktem jest, że w okolicach, gdzie stały ryby rzucałem wiele razy, a mimo to nie reagowały. Skończyło się na jednym nerwowym braniu jakiegoś mikro klenia. Kolega miał podobne spostrzeżenia i podobny wynik. Lekko rozczarowany,  wracałem jednak spokojny. Przede mną cała sobota. Aha, jeszcze jedno zaskoczenie: gryzły komary. Te typowe letnie, nie jakieś wczesnowiosenne insekty. I to nie jeden – dwa, tylko stada. Szczerze, to nie przypominam sobie takiego marca.

Ostatecznie nad wodą byłem następnego dnia dopiero o 14.00. Jestem pełen nadziei. W nocy 11, w dzień 19 stopni. Będzie dobrze. Powinno. Tym bardziej, że na niebie obok słońca liczne spore chmury. Ciśnienie spadło od 978 do 972hPa. Też moim zdaniem był to dobry omen. Znów tylko dwa minusy: wiatr – słabszy niż dzień wcześniej, lecz nadal wyraźny; za to zmienny – początkowo wschodni, od 16.00 zachodni, a ostatnie 40 minut to południowy. I wiało nawet po ciemku. Druga kwestia to woda. Dziś już nie mam wątpliwości – jest dość mętna, szaro – popielata. Wszystko wokół zdaje się jednak krzyczeć, że będzie czadowo. Wszelkiego rodzaju muchy, muchówki, komary. Chrząszcze wodne i pluskwiaki. Jedne z wody wylatują, inne właśnie odwrotnie. Sporo różnych motyli. Nad głową kłócą się rybitwy. Widzę trzy kołujące bociany. Co krok ucieka żaba. Do wyboru gatunki. Nie chciałem tracić na nie czasu, więc tylko dwie foty. Widać, że na lądzie, gdzie cieplej nabrały już letniej sprawności. Takie zielone, jak poniżej umykały momentalnie.

(fot. A.K.)

Ropuchy przebywające w zimnej wodzie praktycznie nie reagowały.

(fot. A.K.)

Po suchych trawskach szeleściły pierwsze jaszczurki. Co więcej, bardzo aktywne były uklejki. Nieszczególnie liczne na tym fragmencie, ale co i raz robiące delikatne kręgi na wodzie. Chwilami nawet lekko wynurzające się nad powierzchnię.

Po dniu wczorajszym i dzisiejszych oględzinach wody, postanawiam zmienić taktykę. Staram się by wobler szedł w pół wody – mniej więcej 30cm pod powierzchnią. Potem poprawiam wirówką nr 1, zakładając, że tak silny bodziec rybom nie powinien umknąć. Na koniec, by rozprostować żyłeczkę – perłowy twisterek na 1g, co metr – dwa osiadający na dnie. Zaczepów tu niewiele, wiec ryzyko małe.

Przy wschodnim wietrze zaliczyłem jeden kontakt. Bardzo wyraźny, dość długi jak na branie spinningowe, ale nie do zacięcia. Trudno to jednak było nazwać puknięciem. Woda nawet lekko się zbruździła na powierzchni, ale klin, który się pojawił był tak nieznaczny, że nie ośmielę się powiedzieć, co to był za gatunek. Raczej nie kleń.

Z chwilą, jak powiało z zachodu coś się ruszyło i w około godzinę, mam kolejne dwa brania i namierzam, tym razem jestem pewien  – dużego jazia. Z tych dwóch brań wykorzystuję jedno. To była chyba zresztą ta sama ryba, która po pierwszym, niewykorzystanym przeze mnie ataku, spłynęła za sporą gałąź. Licząc na cokolwiek, aparat miałem w pogotowiu. Drugiej próby już nie zmarnowałem. Pierwsza sekunda, to dość gwałtowna chlapanina, inna zupełnie niż robią to jazie. Niestety.

(fot. A.K.)

Po sekundach uspokojenia sytuacji, mam pierwszego w tym sezonie klenika. Taki z 30cm.

(fot. A.K.)

Pierwsza ryba wyjęta na ten kij, ale jakoś nie mam satysfakcji. Nie mniej łudzę się, że ryby cokolwiek się ruszają. Jazia namierzam w szczególny sposób. Idąc brzegiem pod prąd, dość daleko od wody, obserwowałem pojedyncze, dłuższe, wystające nad nurt badyle traw. Jeden nagle zdecydowanie pochylił się pod wiatr i zarazem pod prąd wody. Przystanąłem. Nie ma mowy, że jakieś złudzenie. Po chwili widzę dość chaotycznie kręcącego się jazia. Ma z pewnością 45+. Ryba stoi na około półmetrowej wodzie, ledwo, ledwo smużąc powierzchnię i robiąc drobniutką falkę, nie do odróżnienia od tej co zostaje po uklejkach. Do ryby schodziłem z nurtem. Udało się go podejść na jakieś 10m. Bliżej nie chciałem ryzykować, tym bardziej, że z zachodnim wiaterkiem bez kłopotu rzucałem po 20m nawet tak małymi wobkami. Poświęciłem rybie z kwadrans. Nie zareagowała na nic, po czym ruchy ustały. Byłem pewien, że odpłynął. Gdy powoli podszedłem do samotnego badyla, jaź wyprysnął spod okapu zielsk, pływających jak parasol przy tak podniesionej wodzie . Myślę, że to też był kłopot. Ryby generalnie z jakiegoś powodu nie żerowały [ojciec był na odległej o 50km żwirowni i miał w polu widzenia ponad pół setki wędkarzy – nie widział akcji wyjęcia choćby płotki], a ponad to wciskały się pod te zgniłe okapy, a tam nie dało się sięgnąć przynętą.

Jak napisałem, już o wyraźnym zachodzie słońca, wiatr znów zmienił kierunek. Te ostatnie 40 minut było najbardziej efektywne. Maiłem cztery pewne kontakty. Najpierw znów wyjąłem małego klonka. Potem w sprawdzonym już wielokrotnie miejscu, jakaś ryba zdecydowanie zassała tuż nad dnem prowadzony wobek. Ryba nie jest duża i w pierwszych sekundach ciężko mi powiedzieć, czy to jazik, czy kleń. Szybka kapitulacja i jest dobra informacja.

(fot. A.K.)

Jednak się jakiś skusił. Kij uznaję za ochrzczony, ale w sumie to mam niedosyt, bo ryba chudziutka. Ma tylko 41cm. Łagodna zima, łagodną zimą, lecz daleko mu do podobnej ryby z końca lata.

(fot. A.K.)

Morale jednak wzrosło i to wyraźnie. Kolega daje mi znać, iż miał tylko takie same przygody, jak ja wcześniej z jaziem – niejadkiem. Kilka namierzonych okazów, po dłuższym ich bombardowaniu różnymi wabikami, zwyczajnie zniecierpliwiona odpływa.

Ja nie odpuszczam już do zmroku. Zaliczam, jak na początku dnia kolejne dwa mocne, miękkie zassania – bez wątpienia brania ryb, ale nie wiem jakim cudem, nic nie zaciąłem. Przy drugim kontakcie postanowiłem oddać wszystko w ręce, a raczej w płetwy ryby, ale i tu wynik podobny. Ani szarpnięcia spinającego się jazia. Po prostu cisza. W ostatniej miejscówce zniecierpliwiony na końcowych metrach, zacząłem zwijać żyłkę jak dla bolenia, równocześnie idąc po bagnie. Zmarnowałem tymi głośnymi krokami chyba kolejną rybę, która tuż pod powierzchnią gwałtownie zawróciła. I znów, jeśli by było płytko, to po fali na powierzchni wcześniej bym się zorientował. Nie był to żaden okaz. Też tak z 40cm, ale co do gatunku to nie powiem, bo widoczność była już kiepska. Mógł być i niewielki bolek.

Powrót był, że tak powiem markotny. Pal licho moje przechwałki we wcześniejszym tekście. Po prostu mi szkoda, że te duże na razie nie biorą. Niedziela miała być bez ryb, ale…

Rano kolega dzwoni, że był od około 8.00 i zero. Totalne zero. Nawet już nie oczkują uklejki. Dzień jest faktycznie całkiem inny. Spokojny, senny i leniwy. Choć to dziwnie zabrzmi w marcu, ale jest parno. 19 stopni, gdy ruszam dla relaksu na pstrągi. Towarzyszy mi słońce, którego z każdym kwadransem jest coraz mniej. Robi się dość ponuro. Początkowy, lekki wiatr ze wschodu szybko zamiera.

Rzeczka jest piękna. Niesamowicie czysta. By nie być ściganym prze innych wędkarzy wybieram odcinek mega nieatrakcyjny. Płytko, niefinezyjnie. Za to nie aż tak zdeptane. W wodzie, co jakiś czas wysepki ładnej zieleni.

(fot. A.K.)

Po około trzech godzinach mam jednak dość. Niby nie jest źle: masa kontaktów, lecz rybki w wielkości akwariowej. Owszem spinam trzy pstrągi: dwa pod wymiar, jeden może nawet miarowy. Mam też przez ułamek sekundy kontakt z naprawdę sporym egzemplarzem. Nie widzę go dobrze. Jedynie ciemny cień i mino silnego nurtu wzburzenie powierzchni, pozwala przypuszczać, że był zdecydowanie ponad standard. Nieznacznie skubną wahadłówkę i na tym koniec.

Dochodzę do niby ładniejszych miejsc i jak to bywa rozpalających wyobraźnie.

(fot. A.K.)

Odpuszczam jednak, bo w zasadzie jestem pewien, że w najlepszej sytuacji uszczęśliwi mnie taki do 35cm. Fajnie, jeśli tak jest na początku sezonu, ale potem… Niekoniecznie. Zwijam graty.

I dobrze zrobiłem. Znów przed 16.00 jestem nad Wisłą. Jest inaczej. Woda opadła co najmniej z 20cm. Tafla równa jak stół. Ani powiewu. Szara woda sunie leniwie i bezgłośnie jak jakaś masa. Widać każdy ruch w rzece. W międzyczasie wiem, że ciśnienie zjechało do 971hPa. Jest już nisko.

Na początek włażę na głowę jakiemuś niemrawcowi, który miał za nic moje chyba z trzydzieści przepuszczeń różnych przynęt. Ryba musiała widzieć przynęty, ale nie reagowała, a była nie do zobaczenia w swym bezruchu.

Kolejny kontakt mam z 300m niżej. Już z daleka mam wrażenie, iż przy samym brzegu spławiła się jakaś mała rybka. Ale obserwując rejon, wygląda to tak, jakby coś delikatnie zaburzało powierzchnię. Nie, no małe rybki tak nie robią i nie kręcą się uparcie na przestrzeni pół metra kwadratowego. Podchody trwały  dobre kilka minut. Żadnych krzaczków, trzcin.  Łysy, podlany wodą brzeg i przegniłe resztki wodnych trawsk. Ostanie 25m, to jak pokutnik  – na kolanach. Woda sięga mi w tej pozycji po pas. Uważam tylko, by nie chlapnąć, nie klęknąć na czymś ostrym i nie trafić  w jakieś zagłębienie, co się zdarza.

15m do ryby. Ładny. Pływa jak pijany, albo w zwolnionym tempie. Bardzo ospały. Tyle, że ewidentnie żeruje. Z rzadka sam koniuszek ogona lub płetwy grzbietowej, dosłownie na kilka milimetrów wychodzi nad powierzchnię. Rzucam wobkiem 15mm. Leci dalej niż ryba i asekuracyjnie w środek nurtu. Dopiero stąd naprowadzam go z boku rybiej głowy. Reaguje od razu. Rusza łagodna ale wyraźna już falka pod prąd. Po chwili mam wyczuwalne zatrzymanie. Zacinam…

Nie wiem. Niepotrzebnie, za wcześnie? Ryba odskakuje z dwa metry od lądu, ale jednak wraca. Nie ukłuł się może. Lekko się kulę i nieruchomieję. Czuję zimno przez spodniobuty. Kilka długich minut i znów zaczyna się ten magiczny taniec ryby. Zmieniam na delikatnego wobka 10mm. Podchodzę na max 5m. Gdy ryba lekko przechyla się na bok widzę jej oczy. Fajny jaziol. Nawet nie otwieram kabłąka. Te ponad trzy metry kija pozwala zarzucać wobek na wymaganą odległość bez wspomagania się kołowrotkiem. Jeden, drugi, piąty rzut. Ryba się kręci, ale jakby nie zauważała przynęty. Jaź w pewnym momencie odwraca się psykiem do brzegu. Udaje mi się zarzucić tak, że przynęta wchodzi w szczelinę między jazia, a trawy. Ten mały wobek lepiej znosi leniwy hol po praktycznie stojącej wodzie. Cały czas nerwowo drga. Jaziol jakby z westchnieniem zasysa okruszka i znika pod wodą. Kij już się ładnie ugiął. Dopiero teraz docinam, ale bardzo lekko. O, to już jest chrzest kija, który w pierwszym oporze wygiął się jak na dawnych obrazkach w książkach. Zaraz jednak odpuścił. Ryba ewidentnie zgłupiała. Odeszła w toń, ale bardzo, bardzo łagodnie.

(fot. A.K.)

Podczas kolejnego wynurzenia widzę, że zapiąłem skubańca za jeden haczyk kotwiczki i dosłownie za koniec końca rybiego pyszczka. Robienie zdjęć już mi przechodzi. Wszelkie jednak ostrzejsze jazdy jazia wędka amortyzuje fenomenalnie. Ryba wygląda jakby nie miała ochoty, albo nie wiedziała, jak się szarpnąć, by coś spróbować urwać. Szybkie podebranie. Stoję już, ale wody nadal po pas. Zszedłem z  zalanych trawsk i wjechałem w muł.

Oceniam go na 47-48cm. Daleko mu do tych „miśków” z końca lata i początku jesieni, ale jest ładny. Pomiar zaskakuje. Ryba ma 50cm z maleńkim okładem. Uznaję, że pół metra.

(fot. A.K.)

Robię kilka fotek w tym parę ze statywu. Jest ciut kombinowania, ale rybka cierpliwie czeka w zalanych trawach.  Jeszcze tylko wobek na tle głowy.

(fot. A.K.)

Weekendowe męki przyniosły jednak sensowną rybę. Chwilę potem leje. Przechodzi dziesięciominutowy ostry deszcz, połączony z silnym wiatrem. Na szczęście się skończyło. Znów cisza. Widzę kolejnego. Podobne podchody kończą się na pierwszym etapie szczęśliwie. Jestem z 5-7m od ryby. Też podobna wielkość, może nawet ciut lepiej. Też żeruje. Coś wybiera z dna, to znów obskubuje łodygi traw. Wody z pół metra. Pechowo, tuż przy jaziu „zaliczam glebę”. Zwalam się jak kłoda na bok. Mogę sobie pozwolić na to w spodniobutach. Jakaś paskudna nierówność na dnie. Upadek amortyzuje zalane zielsko i grube, suche trawy na skraju lądu. Jaź jakby nie słyszał.  Wyszedł do pierwszego podania, ale zassał jakby z ociąganiem. Nic z tego nie wyszło. Znów zakładam najmniejszy wobler, bo ryba dalej gmera w mule. Niestety w tym czasie lądują dwa łabędzie. Może 50m od miejscówki. Hałas hałasem ale te fale. Jaź znieruchomiał, więc nie ryzykowałem. Niestety, gdy pierwsza fala dotarła do nas, ryba jakby zniecierpliwiona odpłynęła. Zaliczyłem jeszcze kleniowe skubnięcie i tyle.

Wiem jedno: przy tym łowiku musi być ciepło jak na daną porę roku i bezwietrznie. Do tego mała woda. Jeśli cały weekend byłby stan jak w niedzielę, to dość realnie mógłbym liczyć na co najmniej jedną taką rybę, na dzień. Pozostaje czekać, aż się rozkręcą na całego.

P.S. Dwie godziny temu dostałem szybką fotkę od Pawła z jego pierwszym w tym sezonie. 44cm. Jak widać żerują mimo chłodu, który pojawił się, mam nadzieję na chwilę.

(fot. P.K.)

2 myśli nt. „Jak w książkach…

  1. Gratuluje wyników i udanego rozpoczęcia sezonu jaziowego;)

    Być może umknęło mi to w poprzednich tekstach,ale chciałem zapytać na jaki kij (po powiekszeniu zdjecia wygląda na St. Croix,ale pewności nie mam) się Pan zdecydował i jakie wrażenia z jego użytkowania ?

    Pozdrawiam

    Kamil

  2. Tak, to ta marka, tyle, że bardzo rzadki model w Polsce [3,15m; 1-7g, parabolik – na rynek w USA wszedł z początkiem 2013r]- trzeba zamawiać i czekać aż przypłynie. W skrócie: kij ma wszelkie plusy podobnych jakie miałem z tego gatunku wędek i kilka walorów, jakich tamte były pozbawione. Złowię na niego jeszcze kilka rybek i opiszę bardziej szczegółowo. Na chwilę obecną nie widzę wad, poza pokrowcem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *