Ryby z metra kwadratowego

Ryby są nieobliczalne. Możemy dywagować o wpływie pogody, budować teorie itd. Na szczęście one mają swoje narowy, co może powodować, że w teoretycznie świetny dzień wychodzimy na zero, innym razem, w dniu, w którym poważnie zastanawiamy się nad wyjazdem, biorą jak zwariowane. Mój ostatni weekend był dowodem na takie rybie kaprysy.

Z piątku mimo szczerych planów nic nie wyszło. Zostałem dłużej w pracy…

Sobota. Pogoda na oko wspaniała: silny, momentami bardzo silny wiatr południowy i zachodni. Rano 11 stopni; około południa 24. Od 10.00 coraz więcej chmurek. Ciśnienie stabilne i że tak powiem – przeciętne jak dla rejonu Krakowa. Poza tym słońce, słońce, słońce. Mój ojciec uparł się na duży zbiornik, bo w tym roku jeszcze tam nie był. Odradzałem. Ostatecznie, pomimo mojego sceptycyzmu jedziemy. Osobiście wolę na duże wody stojące znacznie późniejszy czas [koniec października, listopad czy grudzień, jak pozwoli pogoda]. Nie twierdzę, że to najlepsza pora. Po prostu ja miewałem wtedy znacznie lepsze wyniki. Pewnie dlatego, że nie lubię łowić lekko w dużych zbiornikach, a ryby schodzą do dna po wymieszaniu się wody i w miarę wyrównaniu jej późnojesiennej temperatury. No, a gumą, na co najmniej 10-12g, powoli w toni albo na płyciznach, [których ten zbiornik praktycznie nie ma] łowić trudno.

Podsumowując: zrobiłem 200km, użerałem się z wiatrem, który umożliwił mi dwa sensowne kotwiczenia, niekoniecznie tam, gdzie chciałem. Poza tym cały czas dryfowaliśmy na kotwicy z prędkością 1,5-3km/h. Może to samo w sobie jeszcze nie byłoby kłopotem, ale ryby na wlokący się po dnie ciężar, reagowały jednoznacznie. Co z tego, że na ekranie piękne echa niemałych raczej ryb, bo przetrałowanie 5kg ciężarkiem danego miejsca, czyniło go natychmiast pustym. Nie zaliczyłem ani brania. Nawet wirówki, za którymi niekoniecznie przepadam w takiej wodzie, nie dały choćby mizernego okonia. Po czterech godzinach podziękowałem, zły, że nie postawiłem na swoim i nie zaliczyliśmy łowiska o zupełnie innym charakterze.

Jedyny, znikomy zresztą pożytek, to dokładne oględziny gumy sprzed tygodnia. Tuż przy główce odszarpnięty jest spory kawał gumy, który trzyma się na „włosie”, a czego nie dostrzegłem w szarówce wieczoru tydzień temu. Wygląda to na akcję większego drapieżcy, który jakoś niefartownie dla mnie, złapał przynętę od głowy, tuż za ołowiem, a przed hakiem, który [chyba?] próbowałem w zacięciu wbić mu od zewnątrz, ale inny kąt, inne siły, a i pewnie moc uścisku ryby spowodowały, że skończyło się na domysłach.

Dodam jeszcze przy okazji, że mając w ostatnim czasie do czynienia z różnymi zestawieniami pontonów pod silnik spalinowy, poświęcę wkrótce większy tekst temu tematowi. Intensywne zabawy na wodzie od sierpnia, pozwoliły zgromadzić sporo spostrzeżeń, raczej nie poruszanych ani w gazetach, ani nawet na forach wędkarskich. Myślę, że pomogą dokonać wyboru każdemu, kto myśli o własnym pływadle.

Wieczorem w sobotę, niespecjalnie przekonany umawiam się z Pawłem, na krótki rejs po Wiśle kolejnego ranka. Wszak ma padać i zapowiada się całodzienny spadek ciśnienia…

Niedziela, 7.00. Gęsta mżawka. Jedenaście stopni. Z której strony nie spojrzę – totalne zachmurzenie. Ponuro, mokro i przy tej wilgotności zimno.  Na dokładkę umiarkowany, ale jednak ten najmniej lubiany wiatr ze wschodu. Momentami dłuższe bardzo silne porywy i wtedy hula z północy. Aura nie warta grosza. Dzwonię, jak leci – Paweł miał być wcześniej. Okazuje się, że jeszcze nie pływa. Sprawdza jak rozwinie się sytuacja. Umawiamy się, na telefon za 30 minut. U mnie akurat mżawka ustaje. Powierzchnię kałuż sporadycznie burzy pojedyncza kropla. Na niebie zwiastuny ewentualnej poprawy: niebo bezlitośnie szare, ale już nie tak jednolite; można odróżnić pojedyncze chmury na niskim pułapie. Jadę.

10 km od domu. Wycieraczki trochę się wysilają. Znów dzwonię do kolegi, jak jest u niego. Twierdzi, że znów dość gęsto mży – właśnie wypłynął. W zasadzie jestem pewien klęski. Znów nawet ogonka…

No tak. Jesień, jak dla mnie okres na ogół bez większych ryb, czasem – bywa – zupełnie bezrybny.  Pewnie nie jestem jedyny, ale… Z zadumy wyrywa mnie telefon.

– Mam rybę w pierwszym rzucie – Paweł dzwoni z optymizmem w głosie. – Jestem na zupełnie nowej miejscówce – ciągnie dalej.

– To fajnie – odpowiadam, bez większej ekscytacji  – Będę za kwadrans.

Miło, że dobrze się zaczęło, lecz obawiam się podpuchy od losu. Nie pierwszy to raz, ryba w pierwszym rzucie. Nawet w takich warunkach. Jadę dalej. Akurat w środku pięknego lasu, kolejny telefon.

– Stary! Przyjeżdżaj. Jakiś kosmos! Nie miałem rzutu bez pobicia! Głównie okonie, ale wyjąłem też szczupaka. – Kumpel strzela jak karabin maszynowy.

– To zostaw cokolwiek dla mnie  – mówię podkręcony już do granic  z błaganiem w głosie.

Gas, gas, gas. Byle jednak rozsądnie. Nie przeginać. Uspokajam się w myślach. Wszak te pozostałe mi 7km przebędę szybko. Nic mi nie da, że pojadę dwadzieścia kilometrów na godzinę szybciej. Na takiej trasie prawie nic nie zyskam. A stara i wąska  asfaltówka  nie należy do sympatycznych. Byle tylko nie przestały brać…

Na miejscu wyskakuję z auta jakby się paliło. Łapię plecak, kij i kamizelkę asekuracyjną. Mało co w biegu montuję kij. Wybiegam na wał i …widzę ponton kolegi z 400m ode mnie. Stoi na wodzie 1,2m głębokości z dnem równym jak stół o jednostajnym uciągu. W pobliżu stare, ale solidne umocnienia graniczą z niewielkim trzcinowiskiem, dając nadzieję na jakąś odmienność w tej monotonii brzegu.

(fot. A.K.)

Miejsce jako tako chroni przed zacinającym wiatrem i deszczem. Kończę wiązać gumę. Rzut oka – Paweł ma wyraźnie ugięty kij. Nawet z tej odległości widzę wyraźnie. Ryba wraca do wody, a kolega uruchamia silnik.

Jestem na pokładzie. Płyniemy z powrotem. Ponoć atakują każdą, większą gumę.

Moje pierwsze rzuty. Za bliskie. Kolega ma przyzwoitego pasiaka. Według niego ryby są różne: od drobnych po takie pod 30cm, choć nie tak rosłe jak na „uskoku” kilometr wyżej. Kumpel wyjmuje następnego. Brania następują dosłownie na kilku metrach kwadratowych.

Mam pierwszego. Kijek fajnie się gnie. Rybka około 25cm. Zwróćcie uwagę – jeszcze jest ogon ripperka.

(fot. A.K.)

Brania są świetne. Co ja mówię: brania. Raczej ataki. Ryby zachowują się jak piranie. Przynęta wpadając w wodę miedzy kamiennym umocnieniem, a małym trzcinowiskiem, jest natychmiast kąsana. Nieudane zacięcie nic nie zmienia, kolejny atak jest po metrze – dwóch. Ryby ścigają gumy aż pod ponton i tu często następuje skuteczne pożarcie gumy.

Paweł, podobnie jak ja wyjmuje kolejne pasiaki.

(fot. A.K.)

Działamy jak automaty. Zderzenie przynęty z wodą można traktować od razu z lekkim zacięciem, bo faktycznie sto na sto, będzie atak. Okonie rzeczywiście ustępują na ogół, tym upasionym pobratymcom, mieszkającym kilometr wyżej. Cały czas mówimy, że jeśli ustanie deszcz, to płyniemy tam natychmiast. Nie mniej, teraz trudno wytrzymać tutaj, a co dopiero tam, gdzie układ brzegu zupełnie nie ochroni nas przed wiatrem.

Następny agresor pozbawił, jak się okazało gumę ogona, ale nie odpuścił i atakował dalej. Postanawiam sprawdzić, co będzie i nie zmieniam przynęty. Z radością stwierdzam, że nic się nie zmienia.

(fot. A.K.)

Okonie atakują dalej. Warunek jeden. Przynęta musi zacząć swą drogę w bardzo konkretnym rejonie brzegu. Teraz, można ewentualnie rzucać bliżej, byle na linii trzcinowisko – ponton  i liczyć na atak ryby, które nie były na tyle szybkie by wyprzedzić kolegów, a stoją teraz pośrodku trasy po nieudanej pogoni. Zaczynamy eksperymenty. Gumy mają pełną akceptację. Kolor i waga główki nieistotne, byle przynęta miała przynajmniej te 6-8cm.

(fot. A.K.)

Przy dużej [powyżej 10g] gramaturze jedynie zacięcia są puste, lecz ataki mają miejsce. Coś rewelacyjnego. Przypomina mi się końcówka lat 90-tych. Teraz w zadeptanym 3km niżej odcinku, nawet nie ma co marzyć o ataku nawet dużego okonia [jak jakimś cudem żyje] na taką gumę. W dobrych dniach atakują tylko paprochy plus malutkie wirówki.

A właśnie. Wirówki – jakaś egzotyka. Nawet dotknięcia. Nie pomaga podrywanie z dna, muskanie dna, wleczenie po dnie. Nie wiem, co tu jest grane, ale chyba pierwszy raz zdarza mi się na wodzie, gdzie okoni jest wiele, na ogół w średnich oraz sporych rozmiarach jak na rzekę, gdzie te ryby w ogóle nie chcą atakować błystek obrotowych. Niby próbuję tylko srebrnych, ale w rozmiarze 00 – 3 i nic. Wszystko na przestrzeni koniec sierpnia – początek października… Do woblerów doszedłem jak brania wyraźnie słabły, więc to mogło być powodem braku zainteresowania. Małe paprochy atakowały liczne, lecz niewielkie sandaczyki [max do 40cm i taki był chyba tylko jeden Pawła]. Stały w poprzek koryta, rzec można od brzegu, do brzegu. Nie robiliśmy tym malcom zdjęć, ale było ich sporo nawet w stosunku do okoni.

Przestało padać, jak się okazało na chwilę. Prujemy na uskok. Jeden rzut. Branie. U mnie i kolegi. Pudło. Drugi – mam rybę. Spada. Trzeci rzut. Leje! Przychodzą mega porywy z północy, dodatkowo potęgujące skutki opadów. Zmykamy na poprzednie miejsce. Znacznie spokojniej. Okonie poszły spać. Za to szczupaczki… Niewielkie, ale jednak. Kumpel wyjmuje pięć sztuk z jednego tego samego bez przesady metra kwadratowego. Najlepszy cyrk jest wtedy jak obaj mamy branie, gdy przynęty upadły w rybodajnym rejonie i na obydwu zestawach mamy po niewielkim szczupaku. Można by przyjąć, że małe zębacze polują wręcz stadnie. Świadczy to tylko o tym, że musi być ich całkiem dużo.

(fot. A.K.)

Rozpoznajemy teren, praktycznie zupełnie tu nie eksploatowany wędkarsko. Czy są większe egzemplarze pokażą najbliższe tygodnie, bo nie odpuścimy na pewno.

Po około dwóch godzinach ryby jakby poddały się usypiającej aurze. Jedynie sandacze z rzadka już porywały się na większe gumy siłą bezwładu toczące się po dnie. Ciężko było zaciąć takie brania tym bardziej, że ryby małe jak na ten gatunek. Jeszcze tylko mały rachunek strat. Urwaliśmy tylko po jednej – dwie przynęty, ale ryby zrobiły nam demolkę w ogonach gum. W silnym już deszczu, robię zdjęcie w naprędce znalezionym pogryzionym. Pozostałe leżą gdzieś na dnie plecaka, ale nie chce mi się w ulewie ich szukać.

(fot. A.K.)

Mimo wszystko syci, zaspokojeni potężną dawką licznych brań i holi uznajemy, że jak na taka kulawą pogodę, to wspaniały, choć bardzo krótki wypad. No i zupełnie przypadkiem, deszcz spowodował, że kolega odnalazł obiecujące łowisko.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *