Przemyślenia (nie tylko o pełni)

Witam wszystkich, szczególnie tych, którzy zabrali ostatnio głos w temacie wpływu księżyca. Sprawdziła się ta „reguła”? Chyba zbyt niewielu było nas tego dnia nad wodą, choć niektórzy może jeszcze nie napisali. Na razie z nadchodzących informacji wynika, że brak jednoznacznej odpowiedzi.Czyli nic nie można powiedzieć.

U mnie było generalnie słabo, a  biorąc pod uwagę sprzyjającą pogodę [słonecznie, ale bez totalnej lampy – jakieś drobne chmurki były, stabilne ciśnienie i umiarkowany wiatr płn. – zach., no i w końcu po całej nocy deszczu, a nie deszczyku], to bardzo słabo, lecz w porównaniu z poprzednim weekendem i fakt, że realnie łowiłem tylko 4 godziny, to ilość kontaktów była większa niż 7 dni temu.

Ze względu na późny powrót już w niedzielę, zebrałem się do wyjazdu dopiero tuż po południu. Tak naprawdę, sam sobie chciałem udowodnić, że będzie to pierwsza pełnia, która zaprzeczy wcześniejszym doświadczeniom. Po drugie, chyba ważniejsze – chciałem przetestować kolejne rozwiązanie dodatkowego „przesztywnienia” pawęży w moim pontonie, którego to wymagał silnik spalinowy. W wolnej chwili opiszę moje pod tym względem doświadczenia z ostatnich trzech tygodni. Może komuś się przydadzą. Wynik tych poszukiwań był średni do tego stopnia, że czekam no drugi ponton. Ale o tym innym razem.

Łowić zacząłem o 14.00, a skończyłem równo o 18.30. By nie przeciągać powiem, że przez te 4,5 godziny zaliczyłem piętnaście pewnych brań i jedno domniemane. To, co mogę powiedzieć: okoń nie istniał. Na uskoku, przez pierwsze około 90 minut, zaliczyłem jednego, wyjątkowo małego, jak na tę miejscówkę pasiaczka [20cm]. Miałem jeszcze parę skubnięć. W ręce wpadł mi mały sandaczyk; dwie ryby [małe] spadły tuż po zacięciu. Zdarzył się piękny atak sandacza [zostały zęby], który przegryzł mi na pół 5cm ripperek, a ślady pokazują, że ryba mogła być nawet miarowa, że tak ironicznie to skomentuję.

By nie opierać się wyłącznie na swoich wynikach, obserwuję cały czas trójkę ludzi z żywcówkami [sześć kijów] plus jeden rzuca jeszcze spinningiem – dość powszechna w Polsce praktyka, takie skłanianie się ku Białorusi [o ile się nie mylę, tam dozwolone jest 9 wędek na głowę]. Odpowiadają, że siedzą od rana i zaraz kończą, bo nic nie złowili. Ten od spinningu tłumaczy się, że rzuca już z nudów. W innym miejscu, starszy spinningista, rozbawia mnie, bo na dyskretne „Jak jest? Dzieje się coś?”, odpowiada: „Panie – nic. Przecie jest pełnia”.

Z racji tego, że pogoda pierwszy raz od dłuższego czasu pozwalała sądzić, że wzdręgi mogą żerować, a dodatkowo dało się bez kłopotów użyć mikrojigów, bo wiatr słabł, postanowiłem zobaczyć jak będzie, tym bardziej, iż zębate drapieżniki milczały już zupełnie. Miałem pewne obawy, ponieważ obiecywałem sobie, że te okazałe tutaj krasnopióry zostaną do późnej jesieni, tymczasem, chyba od dwóch weekendów, mimo prób ani jednej nie złowiłem. Pojawiło się zwątpienie, czy aby nadchodzące ochłodzenia i jesień nie powodują jakiejś migracji moich ulubionych obok bolków ryb.

Przyłożyłem się bardzo solidnie. Spływałem po 5-10 metrów, cichutko i powoli, penetrując bardzo sumienne dno. Na pierwszych 70 metrach trasy kompletnie nic się nie działo. Potem wiatr zawiewał delikatnie tylko z zachodu i łowienie stało się jeszcze łatwiejsze. Dopłynąłem do kolejnego, zatopionego drzewa. Wielkie konary i masa mniejszych patyków 3m pode mną – tu jest lekkie wypłycenie. No i jednak wzdręgi są nadal. Złowiłem ich trzy i tyle brań miałem. Niewiele, ale bardzo się cieszę, że są tu nadal. Nie były to duże sztuki, jak na tutejsze warunki, to nawet niewielkie. Wszystkie ocierały się o trzydzieści centymetrów, ale żadna z nich tej długości nie przeskoczyła. Cała trójka wzięła na dużej głębokości, z samego dna i tylko jedno branie poczułem tak naprawdę. Dwie rybki były już na kiju w momencie lekkiego poderwania okrucha z dana.

(fot.A.K.)

Przy okazji przetestowałem przydatność plecionki 0,10mm do takiego łowienia. Paweł kiedyś też to uskuteczniał i paradoksalnie, twierdził, że przy jigu 1g nie czuje kontaktu z dnem. Zastrzelcie mnie, ale potwierdzam ten fakt. Natomiast przy żyłeczce 0,10mm może nie czuję kontaktu jako takiego, lecz bardzo miękka żyłka przy tej grubości, reaguje wyraźnym klapnięciem na powierzchni, na kontakt przynęty z dnem, czyli odwrotnie niż można by sądzić. Plecionka dziesiątka jest chyba za sztywna przy tak małym ciężarze przynęty i tych głębokościach. W każdym razie czułem się z nią niepewnie, choć dała radę niektórym zaczepom. Żyłka kapitulowała raz za razem.

W międzyczasie rozmawiam z kolejnym spinningistą, spacerującym brzegiem. Gość nastawia się na duże ryby. Na końcu zestawu naprawdę spory wobler. Wyniki ma zerowe. Potwierdza to, w drodze powrotnej, po około pół godzinie.

Ja, nie licząc czterech urwanych w tej gęstwinie jigów, nie mam już brań. Dzień kończy się wyraźnie, więc postanawiam, [tym bardziej, że w rejonie „uskoku okoni“ stanęła jakaś łódka], popłynąć szybko na nowo odkryte kamienisko. Na silniku, te 1,5km upływa błyskawicznie.

Szarzeje. Cóż, trzeba się przyzwyczajać, że wieczór zapada błyskawicznie. Rzucałem może kwadrans. Miałem jedno anemiczne, choć pewne branie.  Szybki powrót. W drodze widzę, że łódka odpływa z uskoku. Pytam jeszcze o wynik. Dwóch młodych gości mówi, iż byli krótko, lecz poza zaczepami, to nic się nie działo. Księżyc tuż po 18.00 świecił już w całej okazałości, a na zdjęciu wygląda jak słońce tuż po wschodzie w mgliste dni.

Ustawiam się już prawie po ciemku. Zaliczam kilka brań, wyjmując trzy sandacze, ale takie do 35cm. Malizny. Żałuję, ze następnego dnia praca i nie chcąc składać wszystkiego w totalnych ciemnościach spływam.

Miałem w ręce 8 rybek. Słabiutko, choć odwołując się do pełni, długości łowienia i ilości kontaktów, to jeszcze raz powiem, że wyszło trochę wg opinii Jinxa, który nie uznaje tej reguły. Wiem też, że inny wędkarz łowiący na przepływankę z brzegu w rejonie gdzie byłem, wyjął trzy przyzwoite leszcze. Dodam, że mój wujek dzień wcześniej trafił sandacza 68cm. Na wodzie stojącej. Myślę jednak, iż zawsze może zdarzyć się fuks, bo jak stwierdził, zleciało się ludzi z pół kilometra brzegu. Tylko on miał takie szczęście. Z drugiej strony, smutne, że ludzie „jarają się” niespełna siedemdziesiątką [skądinąd piękna już sztuka]. Takie czasy…Podsumowując, powiem: ten jeden dzień, to za mało i mimo wszystko nadal jestem przekonany ku teorii negatywnego działania pełni.

Przy okazji nasunęło mi się kilka refleksji. Ktoś skomentował – mam wrażenie – nieco ironicznie, ilościowy wynik Jinxa. Otóż abstrahując od wszelkich niedowierzań [ wszak napisałem w poprzednim tekście, że szczupak jest jedną z ryb, moim zdaniem mniej wrażliwą od innych na warunki pogodowe, w tym pełnię, a sam, choć to zamierzchła przeszłość, złowiłem w jednym dniu 22 sztuki jakby się licytować], powiem, że tego samego dnia, znajomy znajomego, [ale info pewne], był na starym, dużym hodowlanym stawie, który obecnie jest puszczony totalnie samopas, lecz nadal dostęp do niego jest pilnowany przez właściciela. Łowiący zaliczył ponoć hordę okoni i kilka szczupaków. Tak, więc potwierdzenie/zaprzeczenie jakichś założeń, jest niełatwe. W rybnej wodzie prawie zawsze znajdzie się coś chętnego do współpracy… Niezależnie, czy to będzie łowisko komercyjne, dobrze utrzymany odcinek specjalny, czy jakiś zadbany zbiornik „wspólnoty”. Z pewnością nie są to akweny, na których wyniki danego dnia można porównywać z dziką wodą, generalnie nie pilnowaną. Nie piszę tego by bronić swojej teorii – mam nadzieję, że wszyscy potraktowaliście to jednak jako zabawę, niż dyskusję na mega serio. Wszak napisałem, że mimo pełni i tak jeżdżę na ryby. Ciężko tylko porównać różne wody, gdzie dominują zupełnie inne gatunki, a i odległość czasem robi swoje. Do dziś pamiętam wyjazd z zeszłego roku na duży zbiornik: totalna klapa. Złowiłem jednego szczupaka na 53cm i drugi, podobny mi spadł. Kumpel był na oddalonym w linii prostej o 70km starorzeczu i połowił bardzo dużo okoni, kleni, w tym jeden wspaniały już okaz. Pogoda u mnie i u niego była taka sama…

Coś innego przyszło mi do głowy. Skoro, jak widać ryby są w łowiskach [inna sprawa, że na ogół niewielkie ryby, ale nie kapryśmy], gdzie albo nic się  nie robi, ale pilnuje, lub w tych w które regularnie wsypuje się dużo ryb hodowlanych [zarybienia], to czy nie iść taką drogą. Przeznaczyć wszystkie pieniądze na zarybianie wód zamkniętych: stawów kół, wspólnot. Mam wrażenie, że niezależnie od mniejszej czy większej skuteczności zarybień, ryby by były. Byłoby więcej zadowolonych wędkarzy. Niech kosztuje to ciut więcej i niech można wziąć więcej, choć piszę to z mieszanymi uczuciami, bo już można wziąć kosmicznie za dużo. Ale niech będzie. Niech wszyscy rządni zjedzenia ryby, czego im nie odmawiam, mają swoje miejsca, gdzie wyżyją się totalnie i bez wyrzutów sumienia.

Teraz zaryzykuję. Za to dzikie wody, głównie rzeki, pozostawmy bez zarybiania, bez opieki, bo i tak jej nie ma, ale choć z zapisem na papierze, że nie wolno zabierać…żadnych ryb drapieżnych [szczupak, boleń, sandacz, sum, nawet okoń], powiedzmy przez trzy najbliższe lata, ale opłaty za wędkowanie na tych rzekach niech będą symboliczne. Takie sobie majaczenia…

Zarybianie np. Wisły czymkolwiek, jeśli ma miejsce, wydaje mi się śmieszne. Ileś tam tysięcy, jeśli w ogóle ktoś to liczy maleńkich szczupaczków czy sandaczyków, to jakaś pomyłka. Te ryby są w jeden dzień zjedzone przez dzikie ryby wszelkich gatunków, a tylko nieliczne przeżywają. Jak ktoś uważa inaczej, to chyba rzadko bywa nad wodą, albo nie widzi, co się w niej dzieje. Myślę, że po tych trzech latach [nawet biorąc pod uwagę bardzo rzadkie kontrole i „sprytnych” chowających złowione ryby po krzakach] okazałoby się, że ryb jest całkiem sporo…

Jeszcze raz powiem: są wody, gdzie ryb jest dużo. Dotyczy to zawsze tych wód, do których dostęp jest mocno reglamentowany. Wniosek niestety taki, iż jest nas zbyt wielu i opierając się tylko na regulaminie, a nie na zdrowym rozsądku, proporcje ryby – wędkarze będzie coraz bardziej zaburzony na naszą niekorzyść.

(fot.A.K.)

2 myśli nt. „Przemyślenia (nie tylko o pełni)

  1. To ja dopowiem jeszcze coś. W niedzielę szedłem za jakimś gamoniem (żeby nie nazwać go wulgarniej 🙁 ) , który znaczył swoją obecność na miejscówce opakowaniami po przynętach spinningowych. Początkowo mało mnie szlag nie trafił widząc te tekturki po błystkach. Dosłownie co drugie stanowisko to takie opakowanie leżało. Powoli jednak oburzenie zaczęło ustępować zdziwieniu, następnie osłupieniu by na koniec zamienić się w pusty wewnętrzny śmiech. Wszystko po tym jak z każdego takiego zaśmieconego przez gnoja stanowiska zacząłem wyciągać ryby! Zrozumiałem wtedy, że pacjent nie miał pojęcia o łowieniu ryb natomiast natracił mnóstwo przynęt na z pewnością nieznanym mu łowisku! Zaczepów tam nie brakuje i bez plecionki drogo to niektórych kosztuje. Także kara go w pewnym sensie nie minęła…
    Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że słysząc narzekania niektórych wędkarzy, na brak ryb lub jak kto woli brak brań to ja mam takie powiedzenie:
    Co z tego, że sprzętu kupa jak wędkarz to doopa? 🙂
    Tyczy się to i gościa opisanego powyżej i gościa spinngującego opisanego przez Adama jak i innych podobnych. Pamiętam jak podczas kontroli trafiliśmy na Rudawie w Zabierzowie złapaliśmy robaczkarza, który tłumaczył się, że na spinning nic nie brało więc założył robaka… Miał w torbie 29cm potoka… Również „władcy trzech wędek” jak ich nazywamy podobnie się tłumaczą. Nic nie bierze to trzeba łowić na tyle wędek ile się ma w pokrowcu. Żałosne!
    Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *