Do trzech razy…

Rzecz będzie o kleniach, a raczej o kleniskach. Zanim zacznę, to małe ostrzeżenie. Kupiłem ostatnio sporo gratów do łowienia, w tym plecionki i kotwice. O tym dwa zdania. Mam wadę: otóż nigdy nie pamiętam marek produktów, a opakowania natychmiast wyrzucam. Tylko dlatego obejdzie się bez podawania producentów, a chętnie bym im wystawił fatalną ocenę, po tym, co miałem przez ostatnie dni.

Trzy lata temu kupiłem plecionkę 10-kę. Niestety też nie pamiętam marki. Fakt, że za 150m dałem sporo kasy, ale nawet nie miałem cienia obaw, jak holowałem na niej metrowego suma, czy mojego największego bolenia. Miała bodajże 6,2kg wytrzymałości. Miała tyle rzeczywiście. Niestety, trzeciego sezonu nie będzie, bo się skosmaciła, [co jest naturalne po tak długiej eksploatacji] i pozostało mi może 50m. Poszła w kosz, a ja do mojego ulubionego sklepu wędkarskiego. Kupiłem jakąś plecionkę za 70zł [110m]. Wytrzymałość liniowa 5,9kg. Owszem, rzuty były kosmicznie długie, ale na pierwszej wyprawie, coś urwało mi najbardziej zasłużonego tarnusa. Ryba była duża, to fakt, tyle, że na bank nie szczupak i nie miała prawa po dwóch targnięciach pójść w głębiny… Cóż, pomyślałem, że może pomylili się w nalepkach, że może to 0,08mm. Raz miałem taką akcję z żyłką. Co miałem zrobić? Kupiłem, tym razem w najbardziej chyba markowym sklepie w Krakowie, kolejną szpulę. 150m, 5,1kg wytrzymałości liniowej za stówę. Na wszelki wypadek robię test, bo obie plecionki są tej samej grubości. Biorę miękką reklamówkę, wkładam do niej 4kg [2 krążki od hantli do ćwiczenia], za uszy wiążę „miękki” węzeł, jaki zaleca np. Rapala i …obie plecionki pękają jak nitki. Powtarzam, ten sam eksperyment, lecz w reklamówce mam tylko 2kg. Krążek nawet się nie unosił z reklamówką, a nitki już się rwały. Ciut się wkurzyłem. Nawijam jeszcze dla pewności po parę zwojów na jedną i drugą dłoń. Nie wiem czy wykorzystałem 1,5-2kg „ciągu” – plecionki rwałem jak pajęczynę. Może to jakieś podróby, może zleżałe. Żałowałem, że nie mam opakowań i szpul, bo bym obu sklepom zaproponował test na żywo u nich na ladzie. Wniosek tylko jeden: każdą cienką plecionkę, którą będę chciał kupić, od dziś odwijam w sklepie i próbuję rwać w rękach. Jasne, że wytrzymałość podawana jest różna: węzłowa, liniowa, obciążenia statyczne, dynamiczne. Ale bez chec, nie może być tak, że linka, co ma mieć 5kg, ma w rzeczywistości 1,5kg…

Teraz drugi kleks – kotwice. Rzecz miała miejsce już nad wodą. Ponieważ mocno pilnowałem, by nie przegapić w moim leśnym bajorze kleniowego, owadziego amoku, co miało miejsce rok temu, toteż odwiedzam je tam, co trzy-cztery dni. Ze względu na to, że to małe łowisko, a metoda specyficzna, to poświęcam godzinę – półtorej na wypad. Nie więcej. Klenie, jak to klenie – mają tarło porcyjne. W leśnym stawie zaloty zaczęły te średnie sztuki 35-40cm. Mniejsze i większe czekają na swój czas. Nie mniej są już piekielnie agresywne [jak na klenia]. Specyfika łowiska, naprawdę bardzo trudnego, bo ze stojącą wodą i nieprawdopodobnie zawalonego większymi i wielkimi konarami w połączeniu ze smużkami, które z kolei wymagają stosunkowo bardzo cienkiej żyłki, a same smużki finezyjnych kotwic, czyni całe wędkowanie bardzo ambitnym wyzwaniem.

(fot:A.K.)

Oczywiście celuję w ryby 40+, a priorytetem są te w okolicach 50cm, które w tym specyficznym, wygrzanym latem, a zarazem świetnie natlenionym zbiorniku, ważą około 1,8kg, może dwa. Przypominają wielkie, tłuste pływające krokiety. Jakoś tak mi się kojarzą. W zasadzie potrzeba kilku, trudnych do wyzyskania jednocześnie czynników:

– trzeba znaleźć rybę

– powinniśmy ją sprowokować do brania

– docięcie ryby

– w miarę litościwe miejsce na sztywny, siłowy hol

8 maja. Jest 14.00 Wiatr generalnie wschodni i silny, ale w najmniej oczekiwanych momentach zamiera, lub zmienia kierunek na południowy. Bez chmur, czyli jak w ostatnich dniach – lampa. Woda podniesiona około 20cm, czyli sporo jak na bajorko. Szukam minizatoczek lub wcięć w brzegu, gdzie wiatr nawiewa nasiona, pyłki, resztki liści oraz niestety szpilki z drzew iglastych. Te ostatnie są istnym utrapieniem smużaków. Klenie uwielbiają taki śmieciowy filtr na powierzchni.

(fot:A.K.)

Najpierw rzucam na zupełnie czystej wodzie, między płaskim brzegiem z kępą trawy, a wystającym nad powierzchnię wielkim kijem. Taka cieśnina na 1,5m. Nawet nie patrzę, czy cokolwiek tam stoi. Woblerek „biegnie” po powierzchni z metr, a od kępy rusza za nim złoty tłuścioch. Taki z 45cm. Klin na stojącej i płytkiej wodzie jest w tych okolicznościach ogromny. Prawie widzę jak ryba rozdziawia pysk, gdy wobler…odrywa się od powierzchni. Żyłka zawisła na gałązce zwisającej nad wodą, której nie zauważyłem, czy też nie wziąłem pod uwagę. A może to wiatr tak zepchnął żyłkę, zanim upadła na wodę lekka przynęta? Oczywiście kleń zawrócił.

Ryb chmary. Widać, że od hormonów w wodzie wszystkie powariowały. Większe płotki gonią się z mniejszymi klonkami. Widzę, podobnie jak dwa lata temu, samotnego „zaczadzonego” leszcza. Niewielki, około czterdziestki. Kolejna zatoczka, gdzie dwie piękne kilowe ryby z pomarańczowymi płetwami, tańczą wokół siebie, a na trzeciego wpycha się niewielki karpik. Pewnie jeden z nielicznych, jeśli nie jedyny. Ten gatunek widzę tu pierwszy raz. Podchodzę do zachodniego krańca tej wody, naturalnej zatoczki. Stoję w cieniu kilku wielkich sosen. Na powierzchni istny kożuch. Rzucam na jego skraj. Wobek jakby z mozołem przepycha się po czarnej błonce. Nagłe, spore bulgnięcie na granicy czystej i „opruszonej” powierzchni. Śmiga tylko duża pomarańczowa płetwa. Nie wiem, czy nie trafił, czy w ostatniej chwili ominął mikrusa. Tak się dzieje dość często. Sprawdzam przynętę, ale kotwiczka jest czysta. Żadnych paprochów, glonów czy innych słomek. Kolejny rzut i mam zaczep. Albo jakiś „turysta” wrzucił wielką, świeżą gałąź liściastego drzewa, albo złamał ją wiatr i spłynęła w to miejsce. Kij ma z 1,5m i ledwo, ledwo przesuwam go na żyłce czternastce. Udaje się. Wprawdzie pod brzegiem „laga” zaklinowała się bocznymi gałązkami o dno, tyle, że sięgam ręką. I tu lenistwo. Nie przewiązuję żyłki, a chyba się nadtarła. Rzucam w to samo miejsce, przekonany na milion procent, że nie ma szans na branie, po tych szarpankach z zaczepem. A ja mam branie i to jakie! W mroku cienistych drzew, powierzchnia zasypana drobinami unosi się jak jakiś dywan, słychać tylko głośne cmoknięcie, a ja dolnik kija układam wzdłuż przedramienia, by miał podparcie. Naprawdę wielka ryba, jak na tę kałużę, choć nie widzę dokładnie jaka, leniwie lecz bardzo mocno kręci się na boki, po czym pęka żyłka. Co za paskudne uczucie. No, ale bywa, zdarza się. Jeszcze analizuję, czy mógł to być bardzo nieczęsty tutaj w tych rozmiarach, [tzn. miarowy] szczupły. Ale chyba nie.

Idę dalej. Na otwartej przestrzeni wykonuję kilka rzutów, bardziej dla rozprostowania żyłki. Opad drewnianego żuczka, staje się od razu sensacją dla 20-25cm maluchów. W niektórych przeciągnięciach przynęty, kleniki biją w niego na wyścigi. Szkoda, że te wielkie tak nie mają.

Powalone drzewo, które nie raz już pokazywałem na zdjęciach. Po obu stronach mała flotylla. Około 8 ryb w granicach 35-45cm. Stoją leniwie i się grzeją. Rzut, rzut, rzut. Zero reakcji. Nawet nie uciekły, może dlatego, że klęczę z 15m od nich. Obchodzę je szerokim łukiem i podaję sztucznego owada z przeciwnej strony. Wobek poleciał fatalnie, centralnie w martwe kikuty drzewa. Szczęśliwie, niezbyt już gęste. Jakoś wytrzymałem nerwowo, a wobek jak po schodkach z kija na kij – pac w wodę. Natychmiast ruszyła dobra czterdziestka, ja czuję pobicie, opór, docinam i nic. Nie wiem w czym rzecz. Moim zdaniem, te nieco większe klenie mają „japę” na tyle wielką, że maleńka kotwica, nie zawsze zapnie rybę.

To tylko parę sytuacji. Miałem wtedy takich o kilka więcej. Nic większego nie mam w ręce. Zawiedziony wracam po 90 minutach. Odbiłem sobie za dwa dni na boleniach, ale o tym przy innej okazji.

11 maja. Ma być załamanie pogody i już od rana to widać. Trzeba iść postraszyć kleniska, bo deszcz wisi w powietrzu. Jest 8.00, ale ledwo powłóczę nogami, po koncercie, potem ostrym dniu pracy, zakończonym wytężonym boleniowym maratonem.

Dochodzi 9.00. W lesie jest dość chłodno. Słońce świeci jak zza mgły. Cały czas wzmaga się wiatr z zachodu, który pcha wielki niż w moją stronę. Mimo wysokich drzew widać, że od zachodu niebo robi się sine. Ryby też to czują. Jedne w tarle, inne nie, ale wszystkie zainteresowane żerowaniem. Urwanego wobka zastępuje nowy z niby markową kotwicą. Jest finezyjnie cienka, lecz zdradza [pozornie jak się okaże!] sporą wytrzymałość. Zaczynam w zatoce z torfową wodą. Wielka kępa bagiennej trawy, przy jedynym tu stromym brzegu.

(fot:A.K.)

Rzucam, stojąc cofnięty w głąb lądu o jakieś 4m, celując między gałęziami młodych buków. Wobler spada jak planowałem. Zasuwa po powierzchni, mija zwisające trawy, jest z 20cm od krawędzi lądu. Uznaję, że nic się nie wydarzy i zdecydowanym ruchem wyrywam go z wody by pewnie wrócił mi pod nogi. No i przynęta śmiga wpół drogi przez gałęzie, a ja podziwiam leniwie wychylający się za nią pysk o średnicy 5-7cm. Klenisko szykowało się więc na żarcie. Może jakbym pokręcił jeszcze te 20cm…

Jak na początek jest super. Dwa miejsca odpuszczam, bo przytulają się tam do siebie około 30-35cm sztuki. Kawałek otwartej przestrzeni. Nie mogę się oprzeć. Parę rzutów i znów młody gniewny zatkał się żukiem.

(fot:A.K.)

Niestety, ma jak wszystkie maluchy około 20-23cm. Zauważam, że poziom wody jest tym razem bardzo niski. Patrząc na końcówkę zatoki, najeżoną drewnem jak skład stolarza po eksplozji z obawami dumam o ewentualnym braniu „kluski”. Obchodzę całość, lecz tym razem płoszę tylko pojedyncze okazy różnej wielkości, raczej poniżej 40cm, uciekające spod samych nóg. Słońca już w zasadzie niema, choć jest wręcz gorąco. Dają się we znaki pojedyncze, lecz zdesperowane komary. Na wodzie lądują cztery kaczki. Dwa samce zaczynają się mocno przepychać. Tylko tego jeszcze brakło… Tyle że ryby zajęte sobą, na szczęście nic sobie z tego nie robią, mimo, że kręgi od brzegu do brzegu. Normalnie zamarłoby wszystko na przynajmniej godzinę. Ale wiosna, maj. Im też się pokręciło w głowach. Wracam, bo jestem pewien, że dopadnie mnie ulewa. Coś jednak kusi i idę ponownie nad zatokę z brązową wodą, czego na ogół nie robię. Pierwsze, co widzę, to gruby cień pod powierzchnią, na samym środku, marszczący wodę. Nawet się nie zastanawiam, co by było jakby wziął. Nie chcę przesadzać – ryby dobrze nie widzę, ale to, przynajmniej wagowo, byłaby życiówka w tym gatunku. Ciapnięcie o wodę, szybki start, a kleń gwałtownie zawraca w stronę wobka. Emocje trwały 2 sekundy. Zrezygnował. Po kolejnym rzucie, tym razem w ciemno, bo ryb się domyślam, mam pod przynętą charakterystyczne „plum”. Jednak bez szarpnięcia. Może się przestraszył, a nie zaatakował? Ta sama kępa trawy, co na początku. Znów kombinowanie by trafić między gałęziami. Drewienko zasuwa po powierzchni , tym razem ciągnę do samego lądu. Nie dociągam, bo mam wspaniały strzał, porównywalny z tym, jak orki atakują na płyciźnie foki. Kleń aż osiadło na płyciźnie. Jak na wodę i mój sprzęt – kolos. Pod 5 dych. Ryba po mikrosekundzie już tnie w gałęzie po jakimś iglaku, leżące ze 3m od brzegu. Rany, jakie doznanie. Po prostu „ile fabryka dała” ciągnę w swoją stronę. Żyłka daje radę. Ryba wyrywa w krzaczory ze 4-5 razy, lecz chyba połapuje się, że nie da rady, podobnie jak dociera do niej to, o czym ja przekonam się za 5 minut. Osiada na mieliźnie; napięta żyłka wyciąga jej łeb nieznacznie nad powierzchnię, z żuczkiem w kąciku paszczy. Wielki oliwkowo – złoty kleń, jakby pozował: patrzcie, tak się bierze smużaka. Zdjęcie na nagrodę Pulitzera. Mam rzeczywiście pokusę o szybką  fotkę. Boję się jednak. Macam nogą, jakie jest dno – bywa, że wody jest 20cm, a dno, to luźne liście i igliwie – kolejne 20cm. Mam tylko zwykłe gumiaki. Twardo. Pochylam się nad kleniem. No, nie  – cudo!!! Wiem, że coś jest nie tak, bo żadną miarą taki spaślak nie skapituluje po 30 sekundach, nawet tak forsownego przeciągania liny. Nastawiam się, że jak go dotknę, to zacznie się druga runda. Obejmuję go za kark, a raczej staram się to zrobić. Druga runda się zaczęła i skończyła. Zwiał, wypiął się. Powiem, że dawno, bardzo dawno,   naprawdę nie roztrząsłem się na rybach. Tak naprawdę. Siadam mechanicznie na jakimś zwalonym drzewie. Nic nie jestem w stanie wydumać. Siedzę chyba długo, bo robi mi się zimno. Wracam, bo jestem załamany. W drodze zwijam sprzęt. Odpinam wobler i mam! Jedno ramię kotwiczki rozgięte. Tu wpisz najgorsze przekleństwa, jakie znasz. Masakra. Może za trzecim razem się uda. Tylko, żeby taki kafar się skusił. Przez kilka dni z kleniami przerwa, jak nic, bo temperatura wynosi tylko 13 stopni, a wiatr na razie rzuca w twarz pył i piach z drogi; kwestia czasu jak będzie to deszcz.

Wiem. Łatwo koloryzować. Ktoś zapyta: gdzie jest tyle kleni po 2kg. Mam nadzieję, że nie wyjdę na blagiera i może niedługo, jednego z nich Wam przedstawię. Strasznie bym chciał, po ostatnich przeżyciach.

2 myśli nt. „Do trzech razy…

  1. Kolejna, ciekawa relacja, choć szkoda,ze bez happy endu;/
    Moze jakichś kleniowych kabanów nie łowie,ale polecam grubsze,czarne, niklowe kotwice. Tu juz klucha bedzie się musiała napocić by wyprostowac kawałek drutu.
    Co do plecionki to moze podróba? Tych niestety nie brakuje na rynku….

    • No, dokładnie masz rację z tymi kotwicami. Takie właśnie kiedyś założyłem, ale jak kupiłem, te trefne, to coś mnie podkusiło i je zmieniłem… Teraz założyłem z powrotem niklowane. Żeby tylko ciepło wróciło, to może klenie dadzą mi jeszcze szansę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *