Zimą na Kanarach

Poniżej zamieszczam tekst Zygmunta na temat doświadczeń jakie miał podczas zimowego pobytu na Wyspach Kanaryjskich. Od lat jest to cel wypoczynku wielu z nas. Może spostrzeżenia kolegi się przydadzą, tym bardziej, że zwrócił uwagę na kilka tematów formalnych, które często umykają wędkującym turystom. Mimo, iż nie ma trzaskających mrozów i śniegu za oknem, a zima jaka by nie była, dopiero się zaczyna, to pewnie miło będzie przenieść się w wyższe temperatury. Tym bardziej, że porąbana sytuacja na świecie póki co raczej utrąca wszelkie dalsze wyjazdy. Zapraszam do lektury.

Alarm w telefonie delikatnie zaczyna odgrywać swoją melodię i po kilku nutach mnie budzi. Wstaję z łóżka, na zewnątrz jeszcze jest przed świtem. Ciepło. Na noc wystarczyło przymknąć okiennice. Przyjemnie spać przy otwartym oknie na przełomie stycznia i lutego. W kraju nawet w lecie trudno o tak miłą temperaturę nocą, a do tego jeszcze komary, których tutaj na szczęście nie ma. Dzisiaj kawę wypiję dopiero za dwie godziny, gdy wrócę znad wody i zrobimy rodzinne śniadanie na tarasie.

Wszystko przygotowane, kij stoi przy drzwiach, obok sandały z grubą gumową, antypoślizgową podeszwą i maleńki plecak. Wewnątrz tylko kilka przynęt w pudełku spożywczym (dzięki Adamie za doskonałą podpowiedź!), szpulka fluorocarbonu 0,30mm, dobra osełka do haków, clipper i obowiązkowe rękawiczki BHP. Krótkie spodenki, koszulka i to jest cały mój ekwipunek.  Stąd te rękawiczki do odhaczania „dziwnych” stworzeń jak i do rwania plecionki – kto rwał namoczoną w słonej wodzie plecionkę wie, że przecięte palce to norma. Uśmiecham się na myśl o ilości warstw, kilogramów, jakie wciągam na siebie o tej porze roku wchodząc do wody za lipieniem na Łupawie.

Do „mojego” miejsca mam raptem 5 minut spacerem po nabrzeżnym deptaku. Słońca jeszcze nie widać, mijam w sumie kilkanaście osób uprawiających jogging. Można oddychać pełną piersią, cieszyć się przyrodą. Cudowny zapach oceanu, zero smogu. Ach, chce się żyć!

Miejsce na którym staję, to nic innego jak wypiętrzony o przynajmniej 0,5m ponad otaczające skały jęzor lawy wulkanicznej wchodzący na dobre 20-30m w ocean. Taka wiślana główka na brzegu Atlantyku. Dzięki temu mogę swobodnie obławiać przyległe blaty, a łamiące się fale przeboju i odboju tworzą całe mozaiki nurtów i nurcików we wszystkich możliwych kierunkach, po których górą przewalają się bałwany morskiej piany.

(fot. Z.B.)

Istotne tylko znaleźć się tu o odpowiednim czasie. Może to być zarówno odpływ jak i przypływ, ważne, by po zejściu fali pozostało minimum 0,5m wody w której będą pływać i intensywnie poszukiwać pokarmu labraksy. No i muszą być fale. Nawet sztormowe, ale muszą się łamać i robić pianę, zamieszanie w wodzie. To jest klucz do sukcesu o tej porze roku. Mogę tu łowić przeciętnie przez dwie godziny, przy każdej fazie cyklu, o ile nie pojawią się surferzy. Potem jest albo za płytko, albo za głęboko na brodzenie. Mam szczęście, bo miłośnicy deski na fali dopiero się budzą i piją kawę w swoich kamperach. Dzisiaj pierwszy jestem ja!

Do końca około metrowego odcinka fluorocarbonu doskonale zabezpieczającego przed momentalnym obcięciem plecionki na ostrych jak żyletka skałach wulkanicznych, przywiązanego bezpośrednio do plecionki 15 lb, wiążę krętlik z agrafką. Na agrafce wieszam Jaxona Tabias 9 cm z dodatkową silikonową ośmiorniczką na kotwiczce. Dzięki temu przynęta jest większa, a dodatkowo wabik na kotwiczce zmniejsza ilość zaczepów o skały unosząc groty. Przy tym nie przeszkadza w locie i wyciąganiu dziesiątek metrów plecionki z mojego klasycznego multiplikatora ABU 4601. Przy drugim rzucie łapię zaczep. Podczas próby wyszarpania z zawady pęka mi kij na połączeniu 2 z 3 segmentem.

(fot. Z.B.)

 Ale jak to możliwe? JAK? Przecież kupiłem podobno niezniszczalnego Penna Squadrona o cw. 20-80 g. Cieniutka plecionka się nie urwała, ale kij się złamał nawet nie przy dynamicznym, a na pewno nie mocnym przygięciu. Po raz kolejny przekonuję się, że najlepsze wędki jakie mam mają w składzie włókno szklane. Rwę i zwijam linkę, idę zrobić kawę. Koniec połowów, jutro wracamy do kraju. Szkoda, bo dopiero pod koniec wyjazdu udało mi się rozpracować sposób na ryby.

Siedząc na tarasie podziwiam wschód słońca zza brzegu zatoki. Woda, piasek, zieleń palm i trawy, zapach kawy. Jednak jest pięknie!

Kilka podstawowych informacji.

Na obszarze Wysp Kanaryjskich obowiązują pozwolenia wędkarskie. Wody oceanu nie są otwarte do bezpłatnego wędkowania nawet z brzegu (nie dajmy się zmylić danym z Hiszpanii kontynentalnej). Są trzy klasy pozwoleń, nas interesują najtańsze uprawniające do połowu z brzegu. Koszt to 27 euro, pozwolenie jest ważne na trzy lata od chwili wystawienia. Można je wykupić w niektórych sklepach wędkarskich lub w urzędzie. Oprócz pieniędzy i dowodu osobistego, nie potrzeba do jego wystawienia dodatkowych zdjęć itp. Swoje pozwolenie odebrałem w kolejnym dniu po zamówieniu, gdyż jest wystawiane w urzędzie, a nie w sklepie. Polecam sklep gdzie kupiłem pozwolenie (Sayo Sport Pesca) w Las Galletas. Można ich znaleźć na facebooku, na stronie sayosport.es, mają też drugą lokalizację na Teneryfie w Adeje. W tym gdzie byłem, właściciel był bardzo otwarty, pomocny, ma duże ilości przynęt, sprzętu, służy pomocą i tłumaczy w jaki sposób można próbować skusić ryby. Pamiętajmy, że ceny są europejskie. Można zapomnieć o kopytach czy główkach za ceny nawet dwukrotnie wyższe jak u nas. Z kolei kołowrotki, wędki, akcesoria są w cenach do przełknięcia. Jeśli jesteśmy jeszcze przy temacie sklepów, to w razie potrzeby polecam również zdecydowanie większy i lepiej wyposażony sklep w Los Cristianos – Pesquera y Navales Tenerife (https://www.facebook.com/Pesqueraynavalestenerife). Jest tam doskonały wybór zarówno sprzętu wędkarskiego do połowów z brzegu, z łódki, nurkowania, połowów z kuszą, naprawy łodzi itp. Niestety pozwoleń tam nie dostaniemy.

Warto pamiętać, że jest zakaz połowu z niektórych falochronów (są oznaczenia) i całkowity zakaz wędkowania na obszarze portów. Co prawda widuje się śmiałków wchodzących na takie falochrony, szczególnie w nocy, niemniej nie jest to rozsądne, gdyż pomijając kwestie bezpieczeństwa, widziałem wielokrotnie policję przeganiającą osoby z takich miejsc. Na szczęście nie zauważyłem, by policjant wyciągał bloczek mandatowy, choć nie mogę tego wykluczyć, a patroli jeździ naprawdę sporo.

(fot. Z.B.)

Byłem w kilku miejscach w poszukiwaniu interesujących ryb. W większości napotkani wędkarze „zmagali” się z okazami mieszczącymi się w dłoni, co najwyżej ledwo wystającymi z jednej jej strony. Dominuje wędkowanie na spławik, a na haku kawałek pieczywa. Atrakcją w centrum miejscowości byli dwaj gentlemani z Niemiec, którzy w nadbrzeżnym basenie okresowo wypełniającym się morską wodą, ku uciesze gawiedzi, poławiali na pływające pieczywo okazy po mniej więcej 20 cm. Oczywiście, po wyeksploatowaniu łowiska, poszli skonsumować pozyskane w ten sposób białko. Z kolei w innym miejscu, już w otwartym morzu (zatoce) pierwszy raz widziałem połów ryb metodą spławikowo – wzrokową. Jeden wędkarz, również zza naszej zachodniej granicy, obsługiwał z brzegu wędkę spławikową z kołowrotkiem, drugi z kolei, mając na sobie ABC obserwował co się dzieje pod wodą i dawał mu znać kciukiem kiedy ma zacinać. Widok naprawdę zapadający w pamięci! Okazy – zapewne pod całe 12 cm, bo 15 na pewno nie osiągały (były zbyt małe, by przytopić spławik).

Ogólna nędza w kwestii połowów z brzegu, jak wynika z moich doświadczeń, jest jedynie zimą, gdy nie ma drobnicy za którą podchodziłyby większe ryby. Gdy wędkowałem w lecie i późnym latem w tych samych miejscach, widywałem naprawdę spore ławice drobnicy za którą pojawiały się całkiem konkretne okazy. Największy jaki wyszedł do mojego streamera i się przewinął jakieś 5m ode mnie, oceniam na około 60-70 cm. Widziałem płaszczki (takie ok. 40 cm średnicy), łowiłem labraksy, dorady.

(fot. Z.B.)

Zimą jednak ich nie namierzyłem, pomimo tego, że spędziłem z wędką zdecydowanie więcej czasu i odwiedziłem o wiele więcej interesujących miejsc.

Odmianą jaka nas zaskoczyła były kalmary, które chętnie chwytały sandaczowe kopyto. Warunkiem było prowadzić przynętę wolno i skokami, głęboko (3-5m), po wewnętrznej stronie falochronu jaki jest uformowany wokół sztucznej plaży, udając ruchem krewetkę. Niestety, nie zrobiłem zdjęcia „podciętego gardła” jakie zostawiał kalmar swoim dziobem na gumie, ani nie udało nam się wyjąć żadnego, który chwytał przynętę, gdyż puszczał ją podczas próby wyjęcia z wody. Z braku podbieraka spadały i wracały do swego środowiska, a były całkiem pokaźne – powyżej 30 cm. W sumie oglądaliśmy przynajmniej sześć takich sztuk, zanim nie zdemolowały jedynych gumek jakie mieliśmy a blaszki były najzwyczajniej przez nie ignorowane. Najskuteczniejsze były kopyta w kolorze pomarańczowym. Kupiłem właściwe do ich połowu przynęty, jednak nie udało mi się na nie już wybrać, gdyż przekonałem się, że eldorado jest tuż pod moim nosem… A było to niestety już pod koniec naszego pobytu…

A mama mówiła: podglądać nie wolno!

Prawdę mówiąc, nie jest to moje osiągnięcie. Nie jest nawet moim pomysłem, po prostu w sposób małostkowy podpatrzyłem skutecznego wędkarza. Inaczej: nie podpatrywałem, bo się przecież z tym specjalnie nie krył w centrum turystycznego deptaka, gdyż najzwyczajniej nie mógł. Na swoje usprawiedliwienie mam myśl, że tylko siedziałem na kamieniach podziwiając sztormowe fale bijące w brzeg, dziwiąc się, co ten wariat z wędką będzie próbował tam robić? Jaki narwaniec próbuje spinningować w pianie oceanu, gdy fale mają kilka metrów wysokości, a on nie jest w stanie przecież poza nie dorzucić! Przecież tam nic nie może być, a tylko będzie rwał przynęty. Siedziałem więc i siłą rzeczy musiałem się na niego patrzeć, nawet jeśli uznałem, że to co robi nie ma sensu. Co innego zrobiłby każdy inny wędkarz na moim miejscu? Prąd przeleciał po moim kręgosłupie po kilku rzutach obcego, gdy jego kij zaczął głęboko pracować. Zanim doleciałem do niego, pakował do plecaka rybę – dobre 60 centymetrów. Zapytałem, czy to labraks, co niechętnie potwierdził. Na rozmowę nie było szans, wręcz był niezadowolony z mojego zainteresowania. Wtedy szufladki mi się w moim umyśle pootwierały. Co może jeść taki okonio-sandacz w okresie zimowej posuchy? Przecież gdy walą fale w skały, w których jest masa dziur, kryjówek, MUSI wypłukiwać z nich babki, ślimaki, krewetki, kraby. Jednym słowem to jest wspaniale zastawiona stołówka dla ryb! A jeśli tak, to właśnie w takim miejscu należy łowić! Nie minęło 10 minut gdy w okolicy stałem już z własnym kijem w ręce. Po kilkunastu rzutach miałem pierwsze branie. Potem kolejne, zanim woda nie zaczęła sięgać na tyle, że stanie w tym miejscu było niebezpieczne wyjąłem trzy ryby, dwie mi spadły. Nie były to egzemplarze wielkością dorównujące tamtemu w plecaku, ale wreszcie zrozumiałem mechanizm i mogłem go doskonalić.

(fot. Z.B.)

W sumie udało mi się wygospodarować ledwie trzy wyjścia nad wodę, wliczając w to pierwsze połowy i pechowe ostatnie. Pozwoliło to jednak na usystematyzowanie spostrzeżeń, które zawarłem w tekście. Nie złowiłem żadnego okazu, ale i tak ryby jakie miałem były porównywalne wielkością, a nawet większe, do tych w chłodniach restauracji jakich wokół było pełno. Za każdym razem miałem brania, hole, wyjmowałem ryby. Nie robiłem dużo zdjęć, gdyż ciągle łudziłem się, że złowię „tę wielką”, a śliskość ostrych skał, walka z falami, zniechęcała do ekwilibrystyki z telefonem nieodpornym na wodę. Zastanawiałem się, jaki sprzęt byłby pomocny i byłby to podbierak. Chwytak typu Boga Grip nie wchodzi w rachubę, gdyż falowanie skutecznie uniemożliwia jego sprawne użycie – lepiej się wycofać i lądować ryby wyślizgiem.

(fot. Z.B.)

Jedna myśl nt. „Zimą na Kanarach

  1. Tez mialem okazję tam polowic w październiku 2019. Zlowilem tylko lizard fisha na gume z dna z samego rana.
    Mialem kilka mocnych bran na z klasycznego opadu które skończyły się odgryzieniem kawałka ogona.
    Lowilem w Santiago kolo Los Gigantes.
    Tylko 3 razy widzialem atak drapieznika .

    Raz podpłynęły do brzegu 2 około 60 cm barrakudy po czym zniknęły.
    Szybko założyłem taka sama przynętę jak Twoja . I rzuciłem w strone gdzie zniknęły.
    Zwijałem ekspresowym tempem i jedna z nich od razu zaatakowała . Nie trafiła w przynętę..kolejny rzut i taki sam atak. Nie do zacięcia.
    Na tym się skończyło. Nie mialem juz dotkniecia.
    Bran ogólnie jest mało, ale i tak wiecej niż u nas. Najlepsze efekty uważam sa w srodku dnia.
    Poranek i wieczór nie przyniosły mi bran choc Francuzi których poznałem mowili ze wirczor to najlepsza pora na barrakude.

    Wybrałem sie raz z nimi ale moim zdaniem źle wytypowali miejsce i nie mieliśmy brania.

    Opowiadali mi o wycieczce na trolling ktora sobie zafundowali. Zlowili kilka tuńczyków . Jedna ryba ich potargala. Najprawdopodobniej Amberjack. Nie do końca byli zadowloeni gdyż walkę z duza ryba toczy sie na zmianę z innymi.

    W okolicy los gigantes jest duzo delfinow. Można też spotkać niedużego wieloryba .

    Poplynalem w taki rejs jachtem za który slono zaplacilem. Kilkaset metrów od brzegu jest juz gleboko na 1000. Delfiny byly wszedzie. Widziałem tez latająca rybe. Cos niesamowitego. Lot na 50-70 metrów.

    Bylem w hotelu Barcelo Santiago który jest naprawdę kozacki. Zaplacilem sporo jak na moją kieszen ale bylo warto i polecam go wymagającym wczasowiczom.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *