Klonki, klenie, kleniska – zakończenie sezonu

No i witam Wszystkich w nowym sezonie. Jedni zawiesili wędki na kołek, inni właśnie ruszyli za trocią. Ja należę do tych pierwszych. Założyłem, że w tym roku nie łowię w styczniu.

W poniższym wpisie podzielę się wrażeniami z ostatnich wyjazdów moich i moich znajomych. Jak się domyślacie z tytułu tekstu – będzie głównie o kleniach. Mam wrażenie, że ryby te zastąpiły nam okonie i jeśli kiedyś dojdzie do takiego stanu jak z okoniami obecnie, to…nie bardzo będziemy mieć co łowić.  Zanim powrócę do niedawnych wypraw, kilka innych tematów.

Zajrzałem na stronę okręgu i z niejakim zdziwieniem przeczytałem, że są w końcu górne wymiary ochronne dla większości liczących się gatunków. Późno, ale jednak są. Jedyne do czego bym się przyczepił, to te granice określające konieczność wypuszczenia zdobyczy; są że tak powiem – dość abstrakcyjne. Przynajmniej wg moich doświadczeń.

Kleń i jaź mają ten wymiar ustalony na 55cm. Powiem szczerze, że znam dwóch – trzech wędkarzy, którzy w naszym okręgu łowią  klenie w tej i większej wielkości, w ilości nieosiągalnej dla przeciętnego Kowalskiego z kijem [kilkanaście, do nawet 30 szt. w sezonie]. Można by wysnuć wniosek, że takich ryb jest niemało. Może i nawet tak jest. Z tym, że kleni w ogóle na szczęście jest sporo i jeżeli ktokolwiek nie może sobie odpuścić i musi cokolwiek przytargać do domu, to ryb z tego gatunku w rozmiarze około 40cm jest faktycznie niemało [jest co do gara włożyć]. Co by szkodziło, aby ta granica wynosiła więc  50cm?

Odnośnie jazia, to mając znakomite ich łowisko, tylko raz złowiłem takiego na 55cm i kilka razy miałem okazję takowe, a może i większe obserwować/spiąć. Ale od jakichś czterech lat takiego nie widziałem, a i pięćdziesiątka już nie jest tak częsta. Złowienie jaziowego kloca w samej Wiśle uznaję w ogóle za przypadek, bo te ryby – mam wrażenie – znikają z tej rzeki w niewiarygodnie szybkim tempie. I gwarantuję:  za parę lat nie będzie ich. Nie wiem czym to jest spowodowane, ale gatunek ten znika z krakowskiej Wisły. Tak, że to 55cm nic nie zmieni.

Wyznaczenie górnego wymiaru ochronnego pstrąga na 50cm w realiach Krakowskiego Okręgu PZW oceniam zaś jako przejaw albo ignorancji, albo arogancji. Sam nie wiem. Jest to kompletnie oderwane od rzeczywistości.

Podobna jest moja ocena wymiaru ochronnego okonia. 40cm?!!! Cóż, wody naszego okręgu są pewnie pełne okoni  w tym niewiarygodnie licznie reprezentowane przez ryby 30-o centymetrowe, którymi każdy się zadowoli i odmówi sobie tej 40-ki. Ale, co ja tam wiem o krakowskich wodach.  Łowię pewnie na innych i tylko się czepiam.

Czemu takiego wymiaru nie ma boleń – jedyny obecnie realnie duży i jeszcze liczny drapieżca w Wiśle? Dlaczego górnego wymiaru nie ma tak zacny gatunek jak lin? Pominięto płocie, wzdręgi… Jasne – zapomniałem – około krakowskie wody są takimi rybami wybrukowane.

To, co napisałem na początku o wprowadzeniu tych wymiarów, to był taki mało finezyjny sarkazm.  Górne wymiary, jako jedna  z nielicznych osób, a nie będzie nieskromnością – być może jedyny, proponowałem w naszym okręgu już z 10 lat temu. Nie na jeden gatunek, nie na dwa, tylko na wszystkie będące w orbicie zainteresowań wędkarzy. Tak przez trzy lata to się ze mnie śmiali. Potem już nie. Od około pięciu lat taki mój wniosek u nas w kole zawsze zyskiwał większość. Co z tego.

Parafrazując klasyka powiem, że PZW musi upaść. Nie ma innej opcji i nadziei dla wód. Zarządzający tym ludzie, jeśli cokolwiek zrobią, to i tak zrobią to o dużo lat za późno. To chory twór, chora organizacja łupiąca w skali masy wędkarskiej niebotyczne pieniądze, a w zamian rzucająca jakieś ochłapy [czytaj wody spustoszone rękami tej samej masy]. Ale jestem optymistą patrząc na naszą scenę polityczną, czyli totalną indolencję lewactwa bezbożnego [jedynie tzw. nowa lewica zdaje się być świeża, co akurat mnie przeraża], kończenie się  500+ rzucany pospólstwu przez socjalistów pobożnych. Proporcje się zmienią i to bardzo. Bo musi się zmienić scena polityczna, bym nie musiał czytać niby prowędkarskich zapisów w regulaminach monopolisty ciemiężącego nas i nasze wody.

Nie mogłem się powstrzymać 🙂 Porzućmy jednak tego typu dywagacje.

Różnie różne osoby kończyły ten sezon. Wojtek trafił na tak wielką wodę, że nie zaliczył brania.

(fot W.F.)

Dwa dni przed nim,  Bartek na tym samym łowisku trafił dla odmiany dwadzieścia minut, że zaliczył trzy piękne świnki. Wszystko grubo 40+. Oprócz tego złowił jeszcze inne mniejsze ryby. Nie nudził się.

(fot B.K.)

Wędkarski 2019 rok pożegnał z niemałym hukiem Maciek, łowiąc klenia – smoka. Dla mnie to właśnie ryba 55cm lub większa w tym gatunku. Wiem, że to drażniące, ale prosił bym nie zdradzał tajników połowu [łowi w dość oryginalny sposób, nieszablonowo też zmontowanym zestawem z bardzo konsekwentnie realizowana taktyką]. Jedyne co zdradzę, to fakt, iż jako przynęty stosuje boleniowe wabiki. W każdym razie po podobno bardzo lekkim stuknięciu, potem już pewnie dość forsownym holu ujrzał swojego największego jak na razie klenia.

(fot M.K.)

Klenisko miało 57cm i już dość ciężko było mu zrobić fotę z ręki.

(fot M.K.)

Tym samym w gronie uczestników ligi jest nas już czterech mających takie duże klenie na rozkładzie i wszystkie właśnie w tej długości [obok kolegi jeszcze Wojtek, Rafał – swojego złowił w Nysie Kłodzkiej i ja mamy takie smoki].

Przy okazji ligi: jest nas już siedemnastu pewnych uczestników. Jeśli ktoś to czyta i waha się równocześnie, to niech rzuci w kąt obawy. Gwarantuję świetny klimat, swego rodzaju troskę, by jeśli ktoś jest totalnym wędkarskim dyletantem – nie czuł się jak mięso armatnie. Na naszych spotkaniach nie gadamy ani o polityce, pieniądzach, samochodach ani o laskach, ani o alkoholu. Gadamy tylko o rybach. Zapraszamy!

Z drugiej strony wiem ze sprawdzonego źródła, iż w tym mniej więcej czasie złowiono w tamtym rejonie klenia, któremu brakło milimetrów by przeskoczyć obecny rekord kraju. A jak już mówię o wielkich rybach:  w ostatnich dniach grudnia pewien wędkarz złowił poniżej Krakowa w Wiśle troć. Mam jej zdjęcie, ale nie wiem, czy życzyłby sobie jej pokazania. Ryba ma  w mojej ocenie około 95 – 105cm, może nawet ciut więcej. Normalnie zaniemówiłem. Istny noworoczny fajerwerk. Jest to największy okaz tego gatunku o jakim słyszałem w ostatnich 4 – 5 latach, złowiony na naszych wodach [tak, tak – zdarzają się takie przypadki, choć rzadko].

Jak zwykle napiszę najwięcej o moim wypadzie. Był niezły, choć pozostawił mi niedosyt. Są takie łowiska [fragmenty rzek, miejscówki], gdzie w określonej porze roku i w określonych warunkach pogodowych, można walić w ciemno, właściwie z gwarancją sukcesu.

W związku z rosnącą wodą, czekałem jeszcze dwa dni, by mieć pewność, że będzie jej duuużo. Przedobrzyłem chyba o jeden dzień. W dniu samego wyjazdu trochę zawiodła sama aura, gdyż było tylko dwa stopnie na plusie przy  szatańskim, zachodnim i płn. – zach. wietrze. Jadąc, po drodze dogoniłem jakąś chmurę z której deszcz ze śniegiem tak naparzał, iż poważnie zastanawiałem się, czy wytrzymam choć dwie godziny. Czemu tylko tyle? Miałem łowić na dość otwarty terenie, gdzie przy tych kierunkach wiatru nawet ciut wyższy brzeg mnie nijak nie osłaniał.

Poza tym było ponuro jak diabli, tyle, że zachmurzenie nie było jednolitą, szarą płytą nieba [niezależnie od innych czynników uważam taką pogodę za najgorszą].

Łowiłem jak na siebie dość nietypowo. Zakładając, że klenie na które się głównie nastawiałem, będą stać na granicy lub wręcz w zalanych teraz obszarach, porośniętych różnego rodzaju suchymi już, ale grubszymi badylami, zmontowałem taki oto zestaw:

– kij 2,7m do 15g [bardzo szybki i w swojej klasie jeden z najmocniejszych, jakie miałem okazje trzymać w ręce]

– kołowrotek 3000 z plecionką 0,12mm [6kg]

– jedynie wabiki pozostały bez większych zmian: gumki w wielkości  3 – 5cm na gramaturach od 0,5 do 2g.

Jasne było, że szczególnie po dłuższym czasie, przynęta poleci mi za bardzo w krzaki. Na podchodzenie tam przez wodę głębokości około 1m raczej się nie nastawiałem o tej porze roku. Zaliczenie kąpieli w Wiśle przy tych warunkach – morsem nie jestem, dzięki. Trzeba było albo rwać chwasty, albo prostować haczyk. Mój typowy zestaw na łowienie kleni na gumy, w takich okolicznościach nie wytrzymałby zderzenia z realiami. Każdy zaczep to prawie pewność zerwania przynęty.

A propos wabików. Wszystkie ryby tego dnia złowiłem na jasno fioletowy Keitech Easy Shiner 5cm na główkach 0,8g. Wiejący mi po skosie w plecy wiatr spokojnie, nawet tak lekką przynętę pomagał posłać na 20 -25m.  Więcej nie trzeba było.

Poza dwoma rybami, wszystkie pozostałe złowiłem dosłownie na granicy wystających spod wody szarych badyli. By też nie koloryzować: przez siedem godzin, bo tyle wytrzymałem, miałem zaledwie 14 pewnych brań i trzy domniemane. Do tego trzy najechania. Tyle, że wyjęte ryby całkiem przyjemne. Wszystko na około 50 – 60m brzegu w prawie stojącej wodzie [był minimalny nurt wsteczny]. Mój niedosyt wynika z tego, iż w tych warunkach nastawiłem się na bardzo dużo brań mniejszych klonków i że trafię choć jednego 50+.

Pierwsze branie miałem po około 40 minutach łowienia. Dość daleko od ściany zalanych roślin. Być może ryba spływała na odpoczynek, albo na żarcie [co jakiś czas widać było, jak wśród roślin przeciskała się wyraźnie większa ryba, a narybek dość gwałtownie jak na koniec grudnia, odskakiwał na boki, robiąc na chwilę żywą rozetę na powierzchni].

Branie było miękkie mimo plecionki, ale dość silne. Od razu czuć było, że to jednak trochę większy kleń ni z zazwyczaj. Miał 46cm.

(fot A.K.)

Na kolejny kontakt czekałem ponad czterdzieści minut. Szczerze mówiąc – byłem już wtedy lekko zniechęcony. Dłonie traciły powoli czucie, mimo rękawiczek, a wystające z nich palce piekły niemożebnie. Wabik upadł dosłownie trącając wystające suchary roślin i opadł nad muliste tu dno. Powolne poderwanie i natychmiastowy strzał, godny i bolenia. Ostra ale nieszczególnie długa szamotanina. Ryby na tym zestawie nie miały żadnych szans. Z resztą m. in. dlatego takim zestawem łowiłem, bo w pierwszym odruchu wszystkie uciekały w krzaki. Witką do paru gram i żyłeczką 0,12mm żadnego bym nie powstrzymał. Zdobycz miała 47cm.

(fot A.K.)

Następnie trafiłem klenie 45 i 42cm. Oba w identycznych okolicznościach, jak ten powyżej. Ponieważ było mi zwyczajnie niezbyt ciepło, przeszedłem się robiąc jakieś 300m brzegu. Łowiłem w butach do kolan i do większości potencjalnie dobrych stanowisk nie mogłem nawet dojść przy Wiśle podniesionej o 1,5m. Zaliczyłem tylko jedno kleniowe skubnięcie – malec nie miał raczej 30cm. Wyjąłem go, ale z oczywistych względów nawet nie przyłożyłem do kija.

Zaliczyłem za to 3 – 4 brania, które przypisałbym około 20cm okoniom, tyle, że żadnej z tych ryb nie widziałem.  Do tych brań jeszcze wrócę.

Na sam koniec doszedłem do miejsca, gdzie wsteczny prąd miał już bardzo wyraźny charakter. Założyłem boleniowy wobler. Jak tylko wabik wyszedł z głównego nurtu i zaczął przecinać ten wsteczny prąd, spod brzegu, z dość jak się okazało – obszernej płycizny, wystrzelił niemały boleń. Widziałem go z około 25m – taki około 70cm. Przywalił w letnim stylu, tak, że kij tylko jęknął. Ryba momentalnie odbiła w nurt, idąc bokiem do powierzchni i…się spięła. Nie mam pojęcia jak, bo nie miał prawa na tym sprzęcie i po takim łupnięciu. Jedyne, czym sobie to tłumaczę, to, że złapał wobler płynący na niego od przodu, wraz z plecionką, która jakoś tam uchroniła go od lepszego zacięcia. Natychmiast po spadzie powtórzyłem rzut w tamtą okolicę, choć w sumie nie wiem dlaczego tak zrobiłem. Wobler minął miejsce ataku, przebył kolejne kilka metrów i znów spod brzegu ruszyła kolejna ryba. Gatunku już nie rozróżniłem na bank, ale też chyba boleń [ryba tak około 60cm]. Ta już tylko w dosadny, wyczuwalny jak diabli, ale wredny sposób [jak to robią?] skubnęła przynętę i tyle… To drugi powód mojego niedosytu.

Wracając, rzucałem co parę metrów ale niekoniecznie z wiarą. Tymczasem doczekałem się kolejnego pstryknięcia. Zaciąłem i coś niemrawo zatrzepotało. Okonek, jak nic. Ponieważ przynęta była zaledwie kilka metrów od nóg, to chciałem malca wyjąć na kiju. I się zaczęło! To znaczy, żadne tam cuda, ale wiecie, jak jest, gdy ryba, której się spodziewaliście jest kilka razy większa…

Ku mojemu zaskoczeniu i zadowoleniu, na powierzchni pokazała się piękna świnka. Perfekcyjnie zapięta za pysk.

(fot A.K.)

Miała 45cm i tym samym pobiła mój dotychczasowy skromny rekord o 3cm 🙂

(fot A.K.)

Obok karasia 35cm, [gdzie o 2cm pobiłem życiówkę], lina 45cm [gdzie aż o 8cm pobiłem swój rekord] i płoci 37cm [skok o 1cm] – świnka była moim czwartym życiowym rekordem, jaki udało mi się w tym sezonie pobić. Pewnie, że wolałbym sandacza, czy szczególnie szczupaka, bo tu nie mam się czymkolwiek pochwalić, ale to konsekwencja jednak łowienia UL, oraz tego co u nas nie pływa. No i trochę pech, bo fakt faktem – miałem w tym roku na normalnym zestawie, tyle, że bez stalki ze cztery naprawdę większe szczupaki, ale wszystko skończyło się obcinkami.

Wróciłem na odcinek, gdzie miałem brania na początku. Kontakt był natychmiastowy, a branie dość spektakularne. Udało mi się rzucić przynętą na wysokość jakby wycinki w zalanych chwastach.  Ta wąska ścieżka wrzynała się w badyle na jakieś 2m. Od razu, po ruchu wody w tej podwodnej przesiece widziałem, iż coś tam zmierza do mojego wabika. Znów miękki ale silny strzał, chwila szaleństwa na granicy krzaków i ryba ląduje w podbieraku. Też niezła – znów 47cm.

(fot A.K.)

Dziesięć minut po nim mam kolejnego na 46cm. Jak się dobrze przyjrzycie, to zauważycie, że na główce nie ma przynęty. Dość mocno już poturbowany braniami i holami niemałych  ryb, Keitech gdzieś odpadł w wodzie bezpowrotnie.

(fot A.K.)

Jak widać, żerował jakby wyłącznie ten sam rocznik. Nie wiem co spowodowało późniejszą przerwę. Trwała aż dwie i pół godziny. Ryby tam ewidentnie stały, ale z jakichś powodów nie chciały atakować żadnych z moich wabików. Wiem to stąd, iż w którym momencie założyłem identyczny wabik ale na 2g. Miałem dość szybko dwa najechania. Też były to większe klenie – zostały łuski na haku. Poza tym, nie licząc około półmetrowego leszcza, który musiał przepływać i przywalił ogonem w wobler, co perfekcyjnie odczytałem, jako pobicie – nic się nie działo.

Dopiero grubo po 15.00, kiedy już miałem zamiar się zbierać, zaliczyłem mocny strzał – jedyne silne kleniowe pobicie dnia, którego nie zaciąłem. Ale już dziesięć minut później, następne branie sfinalizowałem z pozytywnym dla mnie skutkiem. Trzeci  w tym dniu kleń 47cm.

(fot A.K.)

Tak po prawdzie, to te ryby mogły mieć ten centymetr więcej. Mierzyłem je przykładając do kija, a w takiej opcji mam tendencje do zaniżania wymiaru.  Było z jednej strony za zimno, z drugiej na oko – nie były to jakieś moje prywatne rekordy, by stresować ryby precyzyjnym pomiarem. Ale były to przyjemne zdobycze.

Prawie każdy ma jakieś mniej lub bardziej sprecyzowane plany na nowy sezon.  Ja mam jeden, taki konkretny: chciałbym, podobnie jak w 2019r poświęcić się i obadać temat bolenia na W2. Będzie to zdecydowanie trudniejsze wyzwanie niż klenie, ale może się uda. Chodzi mi o pewne miejsca, powtarzalność brań.  Zobaczymy.

Życzę dużej ilości godzin z wędką w dobrym zdrowiu nad wodą!

 

22 myśli nt. „Klonki, klenie, kleniska – zakończenie sezonu

  1. Hahah 50 cm pstrag w Krakowie 🙂 W życiu takiego tu nie widziałem. Raz w zyciu 48 i moze pare razy 40 a lowie juz 15 lat. No to bravo. PZW musi upaść Adam.

    Dzis pochwalili sie porozumieniem z Bialymstokiem na łamach swojego fejsbooka.
    Nie omieszkalem tego skomentować z moimi kolegami . I wam też radzę tam zaglądać i napisać im co o tym sądzicie.
    Połowę komentarzy usunęli . Może Waszych nie nadążą.
    Proszę żeby było łatwiej.

    https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=777687512728501&id=372718949892028

    Apeluje do Was. Jeżeli macie w sobie jeszcze odrobinę honoru komentujcie ich działania na ich stronie. Niech wiedzą co sądzimy. Nie lajkujcie ani jednego ich wpisu. Oni nie robią naprawdę nic nowoczesnego.
    To że tam czasem cos wrzuca to jest nic. 2 wiaderka sczupaczkow pod Wilga?? Proszę Was ! Napiszą czasem klusownika zlapali. Dziadka kulawego z wędka z kleparza co karpika zlapal ..wstyd wspominać w ogóle. To oni są największym klusownikiem.

    I co ?? Lowimy sobie klenika. Taka jest prawda.

    Jakie dzialania zostały podjęte aby dojść do przyczymy braku pstrąga i braku jego rozwoju??
    Albo się zabierzemy wreszcie w 300 osób i tam pójdziemy pod ten ich budyneczek albo dalej będziemy dymani. A będzie gorzej, tak jak pisze Autor. Zobaczycie.

    Na co nam te No Kille jak placimy tyle samo co Ci co zabierają??? I tego się domagajmy. To wykrzyczmy wreszcie.

    Oni nas po rękach powinni całować ze ryb nie zabieramy .

    • Co do zabierania ryb – to jest rzecz o której nigdy nie pomyślałem. Żeby nie popadać w megalomanię-nie myślę o sobie. Ale jak pisałem: znam kilku wędkarzy, którzy, gdyby brali ryby, przy skuteczności i czasie jaki spędzają nad wodą, to w Wiśle pod Krakowem pływałyby co najwyżej leszcze i mniejszy białoryb… Sławek Radzik [uczestnik wielu zawodów, zajmujący czołowe pozycje w szeroko rozumianym wędkarstwie gruntowym] – wprost zadał pytanie Panu Fornalikowi, odnośnie zniżek dla osób zupełnie niezabierających ryby. Byłem na tym spotkaniu. Cisza i jakby nikt nigdy o nic nie pytał… Aż chyba fejsa założę…

  2. Kapitalne łowienie, co najważniejsze rozmiarówka kleni na poziomie, o którym wielu może tylko pomarzyć. Ja kończyłem sezon na starorzeczu. Na trzy wyjścia w ostatnim tygodniu roku dwa razy trafiłem na bardzo słabe żerowanie. Trzecie (ostatnie) uznałem więc za dzień konia, bo złowiłem 16 kleni, z czego kilka z przedziału 40 – 43cm. Do tego kilka małych świnek, jelca i okonka.

    W temacie PZW, obawiam się jeszcze innej rzeczy. Rozmawiając z kolegą, który wędkuje ostatnio częściej poza Polską niż w kraju, doszliśmy do wniosku, ze europejska polityka może doprowadzić do tego, że wędkarstwo wcale nie długo może zostać zakazane w ogóle. Mozę się więc okazać, że kiedy w Polsce coś się zmieni (jeśli w ogóle) to będzie musztarda po obiedzie…

    • To koniec roku jednak finalnie bardzo udany. Na starorzeczu takie wyniki na spinning powoli odchodzą w przeszłość.
      Co do losów wędkarstwa – wcale nie jest nierealne to co piszesz. Tendencja jest taka by ludzie byli pozbawieni inicjatywy, wyzuci ze wszelkich agresywnych i „agresywnych” zachowań. Tamtejsi „zieloni” to taki parszywy gatunek, że oficjalnie zgłaszają projekty by w majestacie prawa można było bzykać się z 12-o letnim dzieckiem, a zarazem uważają wędkarzy [tamtejszych wędkarzy którzy poza Niemcami praktycznie nie zabierają ryb], za bandę sadystów. Co więcej – ja już słyszałem za pośrednictwem ludzi, którzy są blisko organizacji Gaja, że takie pomysły są i u nas, ale na razie wierchuszka uważa, że Polacy nie są na razie aż tak postępowi, a są ważniejsze fronty ideologicznej walki.

  3. Ludzie powtarzają masę bzdur zasłyszanych w mediach. Mają nierealną wizje przyrody i tego jak ten swiat działa. Myślą o ludziach jak o intruzach w przyrodzie a o niej samej jak by była rajskim ogrodem. Taki swiat jaki nam szykują opisał Lem w ” POWROCIE Z GWIAZD” . W dziwną stronę to zmierza. Przepraszam za ten wpis. Dziękuję za kolejny ciekawy artykuł Panie Adamie.

    • Nie ma za co przepraszać. To ja za niego dziękuję.Kto z młodego pokolenia czytał Lema, kto czytał cokolwiek…Ja znam osoby, które by się dały „zaczipować” bo im się wydaje że to jest nowoczesne. Nigdy nie będzie idealnie, ale zmierzamy w jakimś chorym kierunku. Najgorsze, że większość uwierzyła, iż to…właściwa droga. I wcale nie zdziadziałem. Piszę to jako naprawdę wyluzowany człowiek [zagrałem z 600 – 700 niemałych koncertów, z których prawie każdy, to był kolejny odcinek American Pie]. Ale jestem jednak optymistą 🙂

  4. Zazdroszczę takiego zakończenia sezonu. Mimo iż w okresie wiosenno-letnim uganiam się praktycznie tylko za kleniami (w mojej Wiśle to już praktycznie ostatnia, poza boleniami, względnie liczna ryba do łowienia na spinning), to na warszawskich i okołowarszawskich wodach taki wynik zachacza o kosmos. A jeszcze zimowy kleń to już w ogóle dla mnie science-fiction. Gratulacje. A co do tych górnych wymiarow – albo ktoś ma duże poczucie humoru, albo wali w człona, pozorując działania prowędkarskie na odczepkę. W kolejce już pewnie kolejne wymiary do wprowadzenia – boleń do 100cm, sum do 220cm 😉 Pozdrawiam

  5. Osobiście jestem zdania, że tylko brak możliwości zabierania ryb sprawi, że te ryby w wodzie będą. Bo dopóki ryby nie będą miały możliwości odbycia naturalnego tarła, a rzeki będą „poprawiane”, dopóty zarybienia (w szczególności narybkiem, którego przeżywalność jest znikoma) + beretowanie ryb = bezrybie.

    Dobrym przykładem jest Skawinka. W ubiegłym roku, późną wiosną, w miejscu żwirowym, głębokim do kolan, obserwowałem tarło brzan. Jakiś miesiąc potem, na ten odcinek wkroczyli „panowie regulatorzy”. Teraz dno i brzegi wyłożone są kamieniami, woda zapieprza z wielką prędkością, a jej głębokość sięga kostek.

    O tym, że Skawinka co krok posiekana jest bezsensownymi progami, które uniemożliwiają rybom jakiekolwiek wędrówki tarłowe, to nawet szkoda wspominać. Podobnie jest na Skawie. Swój próg/jaz ma też Cedron i Prądnik. O Wiśle poprzecinanej w Krakowie tamami, to nawet szkoda gadać.

    Do tego dochodzą jeszcze naloty kormoranów w zimie. No i tym sposobem mamy, co mamy, czyli bezrybną niemalże pustynię.

    Martwi w tym wszystkim bezczynność PZW, który od wielu, wielu lat nie robi absolutnie nic, by ten stan rzeczy zmienić. Nie widziałem nigdy, by ktoś ze związku zorganizował akcję ochrony czy budowy tarlisk, by zorganizował akcję odstrzału kormoranów, czy udrożnienia rzek. Raz do roku (jeśli wierzyć ich papierom) sypną ileś tysięcy sztuk narybku i tyle !!! Ani nie dbają o to, czy ten narybek przeżyje, ani czy (jeśli przeżyje) będzie miał możliwość odbycia tarła.
    To takie coroczne wrzucanie pieniędzy w błoto od wielu, wielu, wielu lat.

    • Bawiąc się w adwokata diabła, powiem, że na niektóre kwestie, które opisałeś, władze związku, nawet na poziomie okręgu mają mały wpływ, a na niektóre w ogóle nie mają wpływu. Natomiast to, co wg mnie przekreśla sens tej organizacji to kompletnie nie podejmowanie działań w obszarach na które ma wpływ:
      – edukacja dziadów [do bólu]
      – ulgi dla wędkujących no kill
      – w kontraście do tego podwyżki dla zabierających ryby
      – lobbing na rzecz drastycznego wzrostu kar za jaskrawe naruszenia regulaminu
      – likwidacja Pionu Ochrony Wód [tfu -co za parszywa nazwa] – długo by się rozwodzić co to za badziew
      – do minimum likwidować wszelkie zakazy, umożliwiając wędkarzom łowić możliwie długo i na możliwie jak największym areale wód, ale za cenę minimalnego pozyskiwania ryb
      – absolutnie nie chcą zmian statutowych [głównie myślę o chorej kolegialności, rozwadniającej wszelką odpowiedzialność i czyniącą wszystkie obszary mało przejrzystymi]
      Ludzie płacą generalnie za lichotę, klną, złorzeczą i nadal płacą. Administracyjnie nie byłoby niczym trudnym, nawet przy zostawieniu tego całego PZW, podobnie jak teraz wymuszającego opłaty za „lipę”, wymusić inne zachowania, a z czasem nawet patałachy doceniłyby fakt, że ZAWSZE coś by tam się działo po drugiej stronie kija. Tych wszystkich dziadów trzeba by zwyczajnie zmusić do innych zachowań, tak jak się wymusza opłaty na chcących łowić. Tyle i tylko tyle. Ale do tego musi zmienić się system, bo jakakolwiek władzuchna pookrągłostołowa nie ruszy PZW. To część układu…

    • Do Grześka: Unijna Ramowa Dyrektywa Wodna zabrania i zakazuje: regulacji rzek i potoków, betonowania rzek i potoków, oraz wycinania drzew nad rzekami i potokami, potoki i rzeki mają być w stanie dzikim i nienaruszonym, koryta rzek mają być nienaruszone w celu zachowania bioróżnorodności. W unijnym prawie i unijnych dyrektywach , w tym Unijnej Ramowej Dyrektywie P-Powodziowej nie ma ani jednego słowa i zdania ,że można rzeki i potoki regulować i dewastować, taki zapis nie istniał i nie istnieje. W unijnym prawie i unijnych dyrektywach nie ma ani jednego słowa i zdania o pracach utrzymaniowych i odmulaniu , taki zapis nigdy nie istniał i nie istnieje. Melioranci przerobili zapis o utrzymaniu rzek i potoków w stanie dzikim i naturalnym w Unijnej Ramowej Dyrektywie Wodnej , na utrzymanie rzek w celu ochrony p-powodziowej, zapis ten został celowo przekręcony i przeinaczony, oczywiście taki zapis w prawie unijnym i unijnych dyrektywach nie istnieje. Prawo unijne i unijne dyrektywy zabraniają i zakazują regulacji i dewastacji rzek i potoków oraz wycinania drzew nad rzekami i potokami. W regulacje i dewastacje rzek i potoków w Polsce zamieszane są lokalne i regionalne gazety , w których dziennikarze biorą łapówki , w naczelni gazet, biorą łapówki od RZGW, a być może są i na prowizji w zależności od kosztów pseudo-inwestycji p-powodziowej. O każdej bezprawnej i bezpodstawnej regulacji i dewastacji rzeki lub potoku powinna być powiadomiona Komisja Europejska e-mailem lub telefonicznie. Jakakolwiek regulacja i dewastacja rzeki lub potoku jest to łamanie prawa unijnego i unijnych dyrektyw, za co grożą gigantyczne kary i sankcje finansowe łącznie z blokadą środków unijnych. W sprawie Skawinki powiadomić Komisję Europejską. Jeśli Skawinka nie stanowiła żadnego zagrożenia p-powodziowego to jest to przemielenie i zdefraudowanie pieniędzy z budżetu państwa pod pretekstem ochrony p-powodziowej, tym się powinna zająć Prokuratura Okręgowa, CBA i CBŚ. Zgadzam się z faktem ,że jeśli dalej będą bezprawnie i bezpodstawnie niszczone i dewastowane rzeki i potoki jakiekolwiek zarybianie traci sens, gdyż nie każdy gatunek ryby jest w stanie przeżyć na betonach.

  6. Adamie, jestem w pełni świadomy faktu, że np. do odstrzału kormoranów czy „zatamowania” Wisły na krakowskim odcinku PZW ma tyle do gadania co nic, ale np. tarliska mogliby budować lub pomagać w ich tworzeniu (popatrz co robi Artur Wysocki na Słupi), a mniejsze progi wodne mogłyby zostać, przy odrobinie samozaparcia, zamienione w bystrotoki (przykład Białej Tarnowskiej). No i na części wód bez trudu można wprowadzić odcinki No Kill i myślę, że akurat z tym aspektem nie byłoby najmniejszego problemu.

    No i jako prawny użytkownik wód, na ich regulacje nie zawsze musi się zgadzać.

    Ale to wszystko rozbija się o jeden „czynnik” zwany….CHĘCIAMI. Bo przecież lepiej i wygodniej siedzieć na Bulwarowej, pierdzieć w stołki i liczyć czy hajs się zgadza, aniżeli ruszyć w teren i działać. Nieprawdaż ?

    • Tekst brzmi, jak jakaś laurka, albo artykuł sponsorowany. Choćby z dwóch powodów nijak ma się do rzeczywistości:
      1. mianowicie wg mnie Pan Wrana koncentruje się wyłącznie na wodach stojących
      2. pisze to z perspektywy wędkarza gruntowego
      Tak odbieram punkt widzenia Autora.

  7. A mnie się wydaje że gość pisze to z perspektywy zalewu nowohuckiego, ewentualnie z odbywanych raz w miesiącu zawodów, w tym czasem na Wiśle, gdzie zawsze leszczy grubo połowione! Dramat…

  8. Piotrku, też mam takie wrażenie po przeczytaniu tego „peanu”. Ów człowiek zaczyna pewnie sezon w maju i kończy w październiku, a celem jego wypraw na Zalew Nowohucki/Brzegi/Przylasek są wpuszczane tam co roku karpie, karasie i tęczaki. Jakby wybrał się połowić w naszych wodach płynących pstrągi na wiosnę lub grubsze drapieżniki (szczupaki/sandacze) jesienią, to by się przekonał jaką bryndzę w okręgu mamy. Lub też może to być, jak słusznie zauważył Adam, artykuł sponsorowany przez Bulwarową…

  9. Może Was to Panowie zainteresuje, może nie, ale jeśli nie zachodzi zbieżność nazwisk, to autor artykułu, p. Piotr Wrana, jest….rekordzistą Polski w połowie klenia wg oficjalnych rekordów Wiadomości Wędkarskich 🙂

  10. Hehe widziałem. Klenik z głową wiszaca na włosku:) wiem ze to 2008, ale ja już w wieku 14 lat wiedziałem że smakuje obrzydliwie 🙂

  11. Bardzo cenie umiar i to we wszystkim. Zgadzam się z wymiarami górnymi, to jest podstawa racjonalnej gospodarki wędkarskiej. Odcinki nokill też są bardzo ważne. Natomiast przeraża mnie ekoterroryzm i absolutnie nie mam na myśli tego bloga. Na wiodących forach coraz więcej takich … delikwentów wypisuje bzdury które za chwile doprowadzą do tego że spinning będzie dozwolony od maja do grudnia, a potem być może jeszcze krócej. Dlaczego? Bo szczupak ma okres ochronny. Najgorsze jest to że wielu ludzi TO popiera, bo dla nich spinning to 20g blacha i wędka do 30g, a już o UL nie słyszeli.

    • Rzeczywiście tak jest. Horyzonty przeciętnych wędkarzy są…żadne. To mentalne „Lolki” niezależnie ile lat mają. PZW nie robi żadnej, kompletnie żadnej edukacji w tym kierunku, co akurat rozumiem. Im więcej dymu i podziałów, tym dłużej mają szansę ciągnąć taki kształt tej organizacji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *