Ruszyły się…

Moja cierpliwość i wytrwałość w ostatni weekend została nagrodzona, choć niemała doza szczęścia też musiała być w moich ostatnich dwóch wypadach na ryby. Faktem jest, iż złowiłem cztery ryby wyraźnie przekraczające średnią w swoich gatunkach. Najzwyczajniej skrzyżowało się tu kilka wiodących zmiennych, a wpływ każdej zdawał się być korzystny. Co więcej – odnoszę wrażenie, że ryby w ostatni weekend brały wszystkim i wszędzie. Niezależnie czy ktoś nastawił się na ilość, czy na wielkość. Odzew po drugiej stronie zestawów miał miejsce w bajorach, dużych zbiornikach, czy rzekach. Jakże to inny klimat i nastrój niż dwa tygodnie temu, gdy pierwszy raz na mojej „złotej miejscówce” miałem tylko jedno jedyne branie i około 35cm kleń spadł. To jeszcze tak mnie nie zdołowało, co fakt, iż nie zaobserwowałem nawet jednej małej rybki, jakich parę dni wcześniej były tu jeszcze grube setki… Wysnułem nawet teorię, że jest to jednak miejscówka jesienna, a nie jesienno – zimowa [co do wiosny, czy lata, to na razie się nie wypowiem, bo to wyjdzie w praktyce]. Sterczenie z kolei nad okoniową bankówką dało jednego kolczaka nieznacznie nad 30cm i spadek sandacza. Chyba brakło szczęścia, a i ryby miały prawo strajkować, gdyż dwa dni wcześnie, przed nadejściem mrozów, ludzie połowili tak, że można było klęknąć [wiem na bank o dwóch potężnych boleniach 80+, dwóch sandaczach 90+]. Już sam  pierwszy weekend grudnia był kiepski.

Tomek z Kubą próbowali poprawić tegoroczny rekord okonia w naszym gronie, który należał wtedy jeszcze do Kuby. Niestety pasiaki prawie nie współpracowały, a to co udało się skłonić do brań nie należało do okazów, choć karzełki to nie były.

(fot. T.M.)

 Jedynymi rybami skłonnymi do kontaktu były tęczaki.

(fot. J.P.)

Podobnie szczupaki – mam wrażenie, że je trochę przytkało.

Za to ostatni weekend był hojny, co jest zrozumiałe [Mikołaj i te sprawy]. A na poważnie: rybom przez kilka dni nieźle przymroziło ogony; u mnie nocami bywało minus 7. Od piątku było to, co podskórnie odbieram, jako dobrą aurę, szczególnie po okresie mroźnego zastoju, czyli silny wiatr zachodni, poszarpane chmurne niebo z nagłymi przebłyskami błękitu i krótkiego, ale gwałtownego słońca. No i jeszcze skoczyła temperatura 🙂  Ciśnienie zjeżdżało dość szybko, ale nie mam już wątpliwości, iż dla Wisły ważniejszy jest chyba poziom wody. Z tym to był cyrk, ale o tym później.

Wojtek postanowił rozeznać, jak tam na starorzeczu. Dzień wcześniej było jeszcze skute delikatnym lodem; teraz  – całkowicie już wolne od skutków mrozu. Na miejscu czekali Szymon z kolegą, tak, że w trójkę rozpoznawali temat. Tym razem prognostyk na naszą najbliższą i zarazem ostatnią w tym roku turę ligi, jest znacznie lepszy niż w listopadzie.  Jakie były wnioski:

– po pierwsze okoń jako gatunek nie istniał; na kilka osób nad starorzeczem, złowiono tylko jednego mikrusa

– patrząc na zdjęcia, wydaje się iż niewiele, ale trochę podniósł się poziom wody

– weszła cała masa drobnicy, setki uklei, dziesiątki drobnych świnek [Wojtek nawet złowił jedną, która miała tylko ok. 18cm – zaatakowała mikro gumkę]

– jest niewielka, ale za to dość aktywna grupa kleni i na co warto zwrócić uwagę – są to sztuki jak na starorzecze w ostatnich latach, całkiem przyzwoite

– bardzo aktywne były duże świnki, choć oczywiście, by je złowić dużo zależy od umiejętności, a i niemało od zwykłego przypadku

– uruchomiło się w końcu poranne „wielkie żarcie”, tyle, że koledzy byli jego świadkami dopiero od około 8.00; godziny świtu były raczej ciche, co nie znaczy, że nic się nie działo

 W każdym razie koledzy pięknie połowili. Z samego rana Wojtek spiął dużego jak na starorzecze klenia. Ryba wzięła jeszcze prawie po ciemku na mikrojig. Brań, potrąceń, najechań i innych kontaktów mnóstwo. Sporo podcinek dużych uklei. W zasadzie jest to nie do uniknięcia. Kolega złowił wspomnianą świnkę i punktowanego klonka.

(fot. W.F.)

Doskonały wręcz wynik miał Szymon i gdyby ktoś z nas powtórzył taki rezultat podczas tury, mógłby być pierwszy. Stosując m. in. mikro jaskółki [nie mam ich zdjęć niestety, ale kiedyś je oglądałem], Szymon wyjął dwie niemałe świnki:

42cm…

(fot. S.T.)

…i 44cm

(fot. S.T.)

…oraz dwa klenie w okolicach 40cm.

(fot. S.T.)

(fot. S.T.)

Do tego drobnica. W każdym razie, chłopaki się nie nudzili.

Ja, dzień wcześniej zacząłem od markotnej miny. Nawet o 9.00 było u mnie jeszcze minus 2 stopnie, a poziom oblodzenia dróg stawiał włosy na głowie. Hamowanie z prędkości około 30km/h na asfaltowej drodze, do pełnego zatrzymania wymagało z 50m, a samochód robił przy tym co chciał.  Nie chcąc kusić losu, zająłem się innymi rzeczami i jakoś tak mi zeszło, że „obudziłem się” dopiero koło 11.00. Nad wodą byłem tuż przed 12.00, po drodze oglądając co parę kilometrów istny festiwal skutków wcześniejszych stłuczek. Było tego…

Gdy dochodziłem do miejscówki i jeszcze wody nie widziałem, ale już słyszałem, od razu wiedziałem, że coś będzie nie tak. Liczyłem, że poziom będzie raczej wyższy; myślałem o stopieniu śniegu, którego w moich stronach była zauważalna ilość. A tu odwrotnie! Wiem – często piszę, iż woda była ekstremalnie niska, ale co zrobić, jak co i raz rzeczywistość pokazuje, że może być jeszcze mniej. W sumie nie wiem, jak nazwać to, co zobaczyłem.  W każdym razie na szczycie garbu, gdzie mam najwięcej brań, było może 30cm wody, a po stronie podwodnego wzniesienia od strony brzegu, cała tafla stała nieruchoma jak w stawie, nie licząc podmuchów wiatru.

Szału brań nie było. Początkowo, to w ogóle cisza. Ponieważ może nie przy aż tak niskim stanie, ale kiedyś wydawało się – nie do pobicia, nawet połowiłem nieźle, stosując ciut cięższe przynęty, licząc na to, że większy dystans spowoduje iż ryby mnie nie zobaczą. I tak wtedy było. Teraz zero. Około kwadransa jałowego przepinania różnych gumek, które aż do dziś, nie zawodziły. Ani podejrzenia o domniemany kontakt. Kolejny kwadrans – trzy różne woblery w akcji. Od ciężkiej nurtowej baryłki, przez powierzchniową uklejkę, po letniego, kolorowego, podpowierzchniowego ni to owada, ni to rybki. Cóż – jeśli się nastawiam w sprawdzonym miejscu, licząc na niekoniecznie duże ryby, a jest cisza, to za szczęśliwy nie jestem. Już, już zacząłem rozważać zmianę akwenu, ale jeszcze wróciłem do najbardziej sprawdzającego mi się tutaj sposobu „na trupa”. Mały Lunker City na 0,3g rzucony w poprzek koryta, ledwie doleciał za podwodny grzbiet. Tam od niechcenia zagarnął go bardzo słaby nurt. Odpuściłem, ściągając ręką parę metrów pletki i czekałem. Gumka spłynęła  z 15m niżej, powoli napinając linkę.  Oceniam, że osiadła anemicznie na szczycie górki.  Nic się nie wydarzyło. Zniecierpliwiony, z myślą, że trzeba się zawijać, zdecydowanie uniosłem wędkę i wykonałem kilka ruchów korbką. Przynęta niezbyt chyba naturalnie znalazła się pod samą powierzchnią, a za nią urósł tak gruby garb wody, ż zwątpiłem. Woda natychmiast jakby się zapadła. Boleń, boleń, jak nic – dlatego nie uderzył – tak rozumowałem, ale wykonałem natychmiastowy rzut, celując w to samo miejsce. Tyle, że zacząłem zwijać od razu, przy czym spokojniej. Rybsko ruszyło i dało się wyczuć profesorskie, chirurgiczne skubnięcie tych samych nitek w ogonku. No boleń, ale kloc! Ryby nie widziałem i nie wziąłem pod uwagę jak niska jest woda. Zwijając, kalkulowałem, co ja mam takiego bardziej rybiego, co by mogło nabrać rapę. Biały Keitech na 1g poszybował natychmiast w wodę. Atak nastąpił dosłownie po  obrocie korbki, jak tylko ogonek przynęty drgnął. Z wędką zaczęły się dziać dziwne rzeczy: kijek do 6g zginał się co i raz niewiarygodnie, a plecioneczka o wytrzymałości 1,6kg nie strzeliła tylko dlatego, że bardzo, naprawdę mocno odkręciłem hamulec.  Po drugiej stronie w na szczęście stojącej wodzie kotłował się piękny kleń. Gdy już był w podbieraku, targnął się tak mocno, że złamał hak. Był blisko już 50cm.

(fot. A.K.)

Zamieniam Keitech`a na jaskółkę Kongera. Pierwszy rzut. Strzał jeszcze silniejszy, kolejny kleń świruje na powierzchni, a kątem oka widzę osobny, wielki klin, uciekający w dół rzeki.  Drugi kleń jeszcze bardziej dynamiczny niż ten przed chwilą. Pierwsze wrażenie – ten jest jeszcze większy. Okazuje się, iż taką zawziętość prezentowała zaledwie 44cm sztuka.

(fot. A.K.)

Nie zmieniam wabika od około 10 minut w myśl zasady, że nie ruszam zawodnika, który strzela. Nie mniej brań nie ma, ale zakładam, że jeśli było ich więcej, a co najmniej jeszcze jeden był, to może powróci.  Gdyby chodziło o jakieś miejsce pod brzegiem, to bym się nie łudził, ale ta miejscówka jest z perspektywy rybiej psychiki dość bezpieczna od bezpośredniej ludzkiej ingerencji. Od drugiej ryby mija może 15 minut. Jaskółka prawie szoruje po nieznacznym spadku dna w stronę brzegu, gdy coś szarpie nią bardzo mocno, choć zarazem spokojnie.  W płyciźnie, kleń wykręcając jakiś dziwaczny piruet, staje przez chwilę na głowie, unosząc resztę ciała w skos nad wodą. Uff! Ten to naprawdę klocek! Jak na ten sprzęt – istne wyzwanie.  Ku mojemu zdziwieniu, ryba zasuwa w moją stronę, że nie nadążam zwijać. Po około 10m, [a wziął jakieś 25m ode mnie] już wiem co zamierza, choć jest za późno. Ryba zawzięcie próbuje owinąć plecionkę wokół jedynej [!] sterczącej tu w dnie gałęzi. Innych nie ma w promieniu co najmniej 50m. Klenie znakomicie znają swoje miejscówki. Konar jest na szczęście dość gruby i bez odgałęzień, a w wodzie musi leżeć bardzo długo, gdyż jest śliski. Plecionka dwukrotnie spada z niego, co widzę, próbując biec po wertepach w ocieplanych butach. Jak się w tym biega chyba każdy wie. Ledwo ledwo staram się utrzymać napiętą linkę i nie sprowokować czasem zbyt mocnego szarpnięcia. Dotarcie nad konar powoduje, ucieczkę klenia od brzegu, a w płytkiej i spokojnej toni powoli, ale nieuchronnie traci siły. Ostatni kwadrans lekko mnie oszołomił. Dokładny pomiar – 53cm.

(fot. A.K.)

Szybkie fotki, ryba zresztą ma dość. Pakuję go w siatkę i do wody, by złapał formę. Jak zwykle przy kleniach – długo to nie trwa.

Wiatr minimalnie słabnie, pojawia się silne słońce. Nawet grzeje. Wiedziałem, że muszą tu być, tylko jakoś do dziś nie miałem szczęścia. Owszem, wspominałem nieraz, że prawie zawsze mam kontakt z okazem, ale twierdzę na razie, że to bolenie, [a może sandacze?], gdyż energia tych brań jest taka, że te klenie się nie umywają. Tu nie chodzi o siłę szarpnięcia, tylko siłę spokoju i nieustępliwości w stosunku  do sprzętu, jaką te anonimowe na razie ryby prezentują. Gdyby to były klenie, to czeka mnie rekord kraju 🙂

Możecie się trochę krzywić, że bawię się sprzętem na wzdręgi, a mam w zasięgu przyzwoite ryby. Zapewniam – katowałem to miejsce w różnych warunkach z poważnym zestawem. Wniosek mam zawsze ten sam i on jest głównym powodem takiego pójścia w UL: w moich rękach wszelkie dostępne mi woblery są tu niewiarygodnie nieskuteczne, a w przypadku ryb 40+ prezentują zerową skuteczność. Poza tym prawie wszystkie ryby łowię głównie na bezwolnie spływającą gumkę, która najlepiej jakby miała tak do 4cm – pływa tu, a raczej pływało  mnóstwo tej wielkości narybku. Dziś znów ani rybki… Nie wiem, może drobnica się wyniosła po tym, gdy bobry pocięły i wciągnęły do nor kupę gałęzi, jaka leżała w wodzie?

W dobrym nastroju, naciągam kaptur na czapkę, bo znów chmury i wieje jak diabli. Od przynajmniej pół godziny nic. Wychodzę z założenia, że trochę narozrabiałem tu już, no i widać mnie jak na dłoni w pełni dnia, przy tak małej wodzie… Siedzą pewnie w tym nijakim ale jednak nurcie z 30m od brzegu. Rzucam 11cm  gumką Izumi na 2g. Tyle, że nawet takie obciążenie wymusza dość szybkie prowadzenie. Inaczej zbieram glony i jakieś śmieci z dna. Wydaje mi się, że mam dwa szarpnięcia za sam ogonek. Jak szaleć, to szaleć – dziś wszystko może się zdarzyć. Zmieniam przynętę na 9cm ripper, dość „tłusty”. Nadziewam go na duży hak do streamera. Innego obciążenia nie ma. Na plecionce 0,02mm i tak leci to z 40m, nawet w poprzek wiatru, choć balon robi się nieziemski.  Plecionka jest prawie na wykończeniu, tzn. mam jej z 50-60m. Podkładu nie ma. Na dodatek zauważam, że mam supeł, jakieś 20m od końca. Jak mocno rzucam, to pętelka leci gdzieś tam, a na szpulce kilkanaście zwojów. Nie rzuciłem za wiele razy. Guma jak wcześniej dotknęła tafli i nastąpiła, kolejna mała eksplozja. Wygięta przez wiatr plecionka zaczęła gwałtownie się prostować i uciekać pod prąd. Wobec tak szybkiego  rozwoju zdarzeń, gdy tylko zamknąłem kabłąk – zaciąłem. Linka tylko brzdękła, a ryba ze dwa razy miotała się na powierzchni. Nie było wątpliwości – kolejny kleń w okolicach pół metra. Jakoś zaskoczony nie byłem, pamiętając o suple. Szkoda mi było sznurka, bo  w wodzie znalazło się z 30 – 40m. Nie pozostało mi nic, jak założyć drugą szpulkę z żyłką.

Żeby nie przeciągać – przez około półtorej godziny nic się nie wydarzyło. Zszedłem niżej jakieś 20m, na ostatnie tu stanowisko. Miałem, jak na początku znów wyjście wielkiej kluchy, ale ryba zapadła w nieznacznie głębszą tutaj toń. Oczywiście poprawiłem, aczkolwiek nic już nie zainteresowało się przynętą. Za to…poczułem jakiś dziwny opór, którego początkowo nie skojarzyłem. Następnie już byłem pewien, że to jakaś żyłka albo plecionka. Gdy zobaczyłem, jak cieniutka plecionka biegnie gdzieś tam w nurt, zacząłem liczyć, że to moja zguba. Już, już wyciągałem rękę, a tu plecionka podskoczyła i odpłynęła pod prąd. Powróciłem  na poprzednie stanowisko i po kilkudziesięciu rzutach, znów zahaczyłem linkę, którą udało mi się pochwycić. Bardzo ostrożnie napinałem sznurek, bo z ręki jeszcze nic nie holowałem 🙂 Ryba była! Zaczęła się bronić dopiero jakieś 5 m od brzegu. Szczęśliwie wpadła w podbierak. Też otarła się o 5 dych.

(fot. A.K.)

Cieszyłem się jednak bardzo, bo uwolniłem rybę z przynęty, odzyskując zarazem tę ostatnią.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Po trzech i pół godziny musiałem wracać. Nie powiem – byłem tym razem zadowolony.

Na drugi dzień wykazałem się słabą wolą i Brandy mnie namówił na odwiedzenie dla mnie kompletnie nieznanego zbiornika. Rozsądek mówił, że może być lód. Ale ciekawość… Był lód. Na około 80% powierzchni. Złowiliśmy w około dwie godziny po okonku. Nie wiem czemu tylko tyle. Na sam lód nie zwalałbym. Bo jednak niemało miejsca bez lodu też było. Ani oczka na wodzie. Trochę zły, zahaczam o inny zbiornik w drodze powrotnej. Miejscówka już sprawdzona w kwietniu, dwa tygodnie temu straciłem tu okonia – kloca. Na szczęście nikogo nie ma.

Mam ten sam kijek co wczoraj, ale z żyłką 0,12mm. Na końcu największy Pintail Fishchaser ale tylko na 2g. Z wiatrem który hula, leci jak nic z 50m, a nie naraża zestawu na zerwanie, czy złamanie delikatnej szczytówki.

Bardzo szybko, na tak właśnie dalekim dystansie, na około 6-7m, jak znam tu dno, mam delikatny kontakt. Zacinam skutecznie i coś tam w głębinie nawet walczy. Wyjmuję okonia 32cm.

(fot. A.K.)

Humor mi się poprawia, ale nie na długo. Nie wiem, czy widzieli, czy przypadek, ale spływają jak na sygnał trzy pontony. Na jednej wisi siata z dwoma nieszczęsnymi garbuskami – jeden taki nawet niemały. Ja wiem, że można, że to  zgodne z regulaminem… Nienawiść, czy obrzydzenie to za mocne słowa, ale czuję…tak – czuję niesmak. To dobre słowo. W dzisiejszych czasach, zabieranie ryb, szczególnie niektórych gatunków, albo egzemplarzy wyrosłych powyżej tej przygnębiającej przeciętnej, jest …  w sumie nie wiem czym, nie wiem jak to nazwać…Dożyć czasów, gdy wypuszczający ryby zapłaci symboliczne 5 dych za sezon, a taki który ma zamiar pakować w siatę – 1500zł. A i tak przy ostrych limitach.

Dobra, nie ma co psuć sobie nastroju. Wymiksowałem się  stamtąd, bo nam się prawie linki krzyżowały. Na szczęście po około pół godzinie odpuścili i wszyscy zniknęli, rybożercy też.  Ja nie miałem nawet brania w tym czasie. Wiatr nie przestawał wiać, mimo słońca raczej niemiło. Kolejne pół godziny na zero. Ostatni rzut – nie zmyślam. Przynęta jest po mozolnej, niekończącej się w tych warunkach i na tej głębokości wędrówce po dnie. Czuję, że  jest u podnóża spadu. Szybkimi ruchami ją podrywam, bo mi się już nie chce. Instynktownie wiem, że mijam kant uskoku, jeszcze parę obrotów korbką i przynęta wyskoczy na powierzchnię, więc, już robię zwrot do tyłu nie przestając kręcić.

Jak coś nie palnie! Odwróciłem się na pięcie momentalnie, rejestrując mimo wiatru spokojne, majestatyczne zaburzenie powierzchni, oczekując zarazem obcinki. Tymczasem ryba darła w głębię. Więc tęczak. Ryba jednak szybko staje i emocje rosną, bo rejestruję po dwa – trzy charakterystyczne, jakby oburzone szarpnięcia, przerwa i znowu dwa – trzy podrygi. Musi być niezły. Jak się pokazał, to troszkę ręce się trzęsły. Okrągły kolorowy, wręcz z pomarańczowym nalotem na brzuchu, a może to tylko emocje?

(fot. A.K.)

Robię zdjęcie, wysyłam do kolegi. On podsumowuje krótko – Holandia.

Nie jest to mój największy kolczak, ale 42cm u nas w kraju to świetna rybka. Oczywiście z pietyzmem, po upewnieniu się, że nic mu nie jest [zresztą wziął jakiś metr pod powierzchnią i uciekł najwyżej z 5m w głąb], delikatnie go wypuszczam.

To był ciekawy weekend.

Co na miejscówce z kleniami mnie czeka – nie wiem. Mam – wydaje się – jeszcze lepszą, którą niedawno sobie uświadomiłem, analizując podejścia do jednego miejsca w wakacje. Co do okoni – cóż – jeśli starczy mi czasu i dopisze szczęście, nie będzie to ostatnia czterdziestka, bo wiem, że tu są.

12 myśli nt. „Ruszyły się…

  1. E, tam – zwiodłeś mnie na manowce w ogóle opowiadając mi o nim. Musimy tam jeszcze wpaść ale w optymalnych warunkach.

    • Jeden z lepszych, aczkolwiek miałem z 3-4 super wypady wiosenne [liny 42 i 45cm oraz płoć 37cm plus sporo drobniejszej ryby na jednej wyprawie w kwietniu i kilka takich podobnych].

  2. Ale okon ! To jest nobilitacja taki garbus. Ja tez czuje ze bedzie wiekszy ! Gumy pintail fajne. Ja juz nie mam w ogóle nic innego w pudelku.

    Początek nadchodzącego sezonu może być zupełnie inny. Uważam, że o wiele lepiej iść w styczniu w lutym za kleniem i okoniem, a najzd hunów na tragiczne pstragowe rzeczki ominąć , lub ograniczyć wyjścia do minimum, kosztem nowych rozwiązań.
    Nie szukać ryb na żadnych zimowiskach. W okolicy tej samej co w lecie. Najwyżej parę metrów niżej lub wyzej powinny stać tam okrągły rok. Mowa o kleniu.
    Dobrze że to starorzecze odpaliło. Przynajmniej będzie nadzieja. Może namówić tamtejsze władze na jakieś małe zarybieniem na przyszły rok. Sandaczykiem. Myslicie ze to ma sens?

    • Wg mnie żeby tam jakieś zarybienie miało sens, to musiałby być jednak no kil od 1października. Wcześniej ryba na ogół siedzi w rzece. Zarybienie sandaczem – nie mam zdania.Tam byłby opór ryby wszelkiej, gdyby nie możliwość zabierania ryb właśnie na jesień…

    • To fakt, jeśli idzie o tę konkretną miejscówkę. Zmusiły mnie poniższe okoliczności:
      – wyraźna dominacja bardzo lekkich/nieobciążonych przynęt gumowych
      – powyższe wymusiło stosowanie niewspółmiernie delikatnej jak na klenia w rzece wędki
      – plecionka pozwoliła rzucać jakieś 20% dalej
      – lepiej zacinało się niesamowicie ulotne brania
      Poza tym wolałbym łowić wszystkie ryby żyłką, ale są sytuacje, gdy rządzi jednak sznurek.

        • Przy tych najcieńszych plecionkach nie robię tego. To dodatkowo osłabia i tak bardzo delikatny zestaw. Poza tym plecionki jakich używam, są ponoć niewidoczne dla ryb i tak chyba jest, skoro ryby, jak są to biorą. Faktem jest, że cześć plecionek, którą producenci opisują, jako „niewidoczną w wodzie”, tak z kolei prezentuje się w świetle nad powierzchnią, iż w płytkich wodach nie nadają się kompletnie do łowienia. Nie mam co do tego wątpliwości. Z kolei okoniom przy głębokości 5-7m to już kompletnie nie przeszkadza.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *