Dwie życiówki w cztery godziny

Kolejne dziwne dni. Ryby biorą niezwykle kapryśnie, wyspowo i diametralnie różnie w różnych częściach zbiornika, w zależności od typu przynęt i ich animacji. Paweł ma masę brań. Jak przy końcówce kwietnia. Zacina skutecznie sporadycznie. Łowi grubo, jak na wzdręgowy UL, bo „tłustymi” larwami ważek firmy FishUp. Z kolei Bartek z Michałem mają fantastyczny ilościowo wynik, tyle, że ryby wyraźnie mniejsze niż te, na które tu przyjeżdżamy. Ja z kolei mam średnio 2 brania na godzinę. Ale skuteczność zacięć 100%. Z holami różnie, bo trafiają się obcinki, ale na szczęście bardzo rzadkie w ostatnich dniach.

Jeden wypad miałem na totalnym luzie, bo z córką. Więcej z nią gadałem i chodziłem niż łowiłem. Początek był znakomity – słońce wyciągnęło stada wzdręg z trzcin i z głębszej wody. Rybki, co typowe dla tego zbiornika – niewielkie, ale liczne. Słońce zaszło i się skończyło. Nie wydarzyło się nic poza odprowadzeniem do nóg mikrojiga przez około 55cm klenia. Nawet nie tyle duży, co naprawdę okaz przez duże „O”. Pod wieczór zaczęło kropić. Ruszył się drobniejszy, jak myślałem kleń. Stadko  5-7 sztuk w tym  – sądząc po spławach – dwa pod 50cm.

Zakładam największą jaką mam ważkę Fishchaser na 0,3g. Jest to najwolniejszy i najlepszy „szybowiec” z tych jakie mam do takiego wędkowania. Przynęta upada i natychmiast coś zaczyna prostować kij w ręce. Hamulec nastawiony na przeciwnika mniejszego kalibru, cicho rechocze, choć ryba nie ucieka w długim odjeździe, tylko miota się na wszystkie strony. Bardzo przyzwoity tęczak. Taki pod 1,8kg, może nawet dwójka. Jak się spodziewam  – dość szybko spada z maleńkiego haczyka. Sekundę rozważam, czy nie zamienić haczyka na większy, ale z automatu będzie większa główka. Ryby zainteresowane tylko tym co na powierzchni. Rzut – pewne branie, ale chyba zaciąłem za wcześnie. Ryba złapała ewidentnie przed hakiem. Nie była zresztą już tak okazała. Skuteczne było trzecie zacięcie. Niespełna 40cm, ale całkiem fajny. Nawet Julka się ożywiła, bo brak kontaktów od dwóch godzin uśpił ją totalnie.

(fot. A.K.)

Kolejny dzień, to próba sfilmowania od początku do końca, choć dwóch holi płoci 30+. Taki postawiłem sobie cel.

Zastanawiałem się czy pisać w szczegółach, na co łowię z tą 100% skutecznością zacięć i jak, bo mam wrażenie, że koledzy nabrali takiej praktyki, że za rok, jeśli będzie liga, to skroją mi tyłek. Takie mają już wyniki. Ale co tam. Zaryzykuję.

Chcąc wyeliminować wzdręgi stosuję trzy przynęty w tym jedną w dwóch wariantach. Łowię wyłącznie z dna. Jest to żmudne i nie ma co ściemniać – nudne, jak cholera. Wybieram jeden około 50m odcinek brzegu i czeszę go naprawdę decymetr po decymetrze kwadratowym. Jeśli jest fala, a w szczególności wiatr w poprzek linki – skaczę w okoniowym stylu, ale płoć tego nie lubi. Jak jest flauta, to ledwo, ledwo [i rzadko!], unoszę szczytówkę. Naprawdę mikro ruchy.

Moje topowe wabiki do takiego łowienia to:

– muchowa, ale ciut przeciążona i powiększona imitacja jętki – przynęta mistrzowska, bo leci niewiarygodnie daleko i mało poddaje się wiatrowi, a poza tym tonie, baaardzo powoli; jej ciężkość to woda, jaką chłoną materiały, a nie tylko umiarkowana ilość cieniutkiej lamety – wzdręgi jej wręcz nie lubią, natomiast kusi płocie i to najczęściej te z okolic 35cm; łowię nią bardziej agresywnie, przy silnym wietrze i/lub długiej fali, prowadząc w toni tuż nad dnem; jest tak wyważona, że idzie haczykiem do góry – mało łapie zielone nitki glonów; waga [0,5 – 07g]

(fot. A.K.)

– typowe muchowe brązki – rewelacja, jak jest spokojnie i  nie trzeba rzucać daleko; wlokę je z dużymi przestojami; minusem to, że trudno ich użyć w zielsku, czy na dnie pełnym roślinnych glutów – przynęta różnie ląduje na podłożu i  łapie śmieci [waga 0,3 – 0,5g]; te z pomarańczowym koralikiem używam w głębszej wodzie lub przy słabszym świetle; dałem sobie spokój z takimi samymi, ale o złotych i srebrnych główkach – chyba refleks świetlny powoduje że szczupaki lgną do tego jak nienormalne [na zdjęciu jeszcze przed zamalowaniem flamastrem wodoodpornym]

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

– kiełże – na haczykach ciut większych, niż wydawałoby się zasadnym przy płociach, ale dzięki temu są większe, bardziej zauważalne [waga 0,5 – 0,7g]; jak wszystko co kuliste – dość daleko leci, jak na swoją wagę; bez wątpienia zestawienie koloru oliwki lub brązu i fioletu wybija się nad inne; specyficzny kiełżowy haczyk pozwala prawie bezkarnie orać dno, nawet z butwiejącymi resztkami, czy glonami

(fot. A.K.)

A i tak w co drugim rzucie coś tam trzeba ściągnąć. To naprawdę dla wytrwałych. Nie ma przy tych wabikach tych potężnych, płociowych uderzeń, jak ma to miejsce zaraz po zejściu lodów, szczególnie, gdy łowimy na ważki.

Przynęty zrobił mi jak zazwyczaj Wojtek Feliksiak [można go znaleźć na FB]. Facet ma tę zaletę, że łowiąc na muchę, bez oporów dokonuje „profanacji|” i wprowadza do tradycyjnych, muchowych wabików spinningowe innowacje.

Filmu znów nie skończyłem. Popełniam najpierw błąd niewiary, a potem stawiania na jedną kartę. Otóż podchodzę do miejscówki i rzucam. Zakładam, że rozpoznaję czy są ryby. Sprzęt planuję rozłożyć po pierwszej rybie. Reguła jest taka, że mam w pierwszych rzutach branie. Ryba, jak poniższy lin wzięła w pierwszym podaniu. 42cm.

(fot. A.K.)

Rozkładam więc sprzęt. Muszą tu być! Mija pół godziny, godzina. Pada akumulator. Zmieniam miejsce. Niby kamera na statywie, ale wyłączona. Z dziesięć rzutów i jest. Walczy niezwykle mocno – jak nie jakiś karaś, czy kolejny mniejszy tym razem lin – może będzie nowy prywatny rekord.  W wodzie miga piękna płoć. Jest szansa… Dokładny pomiar – 37cm. Nowa życiówka! Przeskoczyłem poprzedni wynik o uczciwy centymetr.

(fot. A.K.)

Sam się siebie pytam, czemu znów powielam ten błąd, co dwa i trzy wyprawy wcześniej? Kadr całkiem zgrabny, wszystko byłoby jak na dłoni. Odpalam kamerę. Znów jałowe trzydzieści minut. Cisza. O nie, teraz zmieniam miejsce.

Kamera rusza, tym razem od pierwszego rzutu. Fajne branie – ach, jak rośnie morale! W końcu. Jedno mocniejsze targnięcie i…obcinka. Nie tracę ducha, ale kolejny akumulator pada. Zostaje aparat.

Oszczędzam go na sam wieczór. Oczywiście w międzyczasie są kolejne płocie. Jak na złość.

(fot. A.K.)

Cierpliwość jednak się opłaca. Już późnym popołudniem, przed uruchomionym obiektywem, całkiem blisko brzegu, na około 4-5m głębokości, po próbie drgnięcia szczytówką, plecionka skacze jak głupia, a kij gnie się w parabolę. W pobliżu masa zaczepów, więc hol jest niebywale forsowny, ale zaskakująco krótki. Ryba jakby zgłupiała. Dopiero w podbieraku zaczyna szaleć. Piękny ciemny, gruby lin. Mierzę dokładnie i… poprzedni mój rekord w tym gatunku pada po tygodniu. Misiek ma 45cm. Lekko 1,5kg. Jakaś pani [mam już dość kibiców] biadoli, że taki piękny i zakończy życie. Uspokajam, iż zostanie gwiazdą filmową i zaraz go wypuszczę.  Jeszcze tylko kilka fotek z telefonu.  Ucieka w głębinę.

(fot. A.K.)

Podchodzę do aparatu, a tu stan baterii świeci się na czerwono. Podgląd ciemny, jak w nocy. Ja pier… Na szczęście okazało się że to tylko tryb awaryjny przy słabych bateriach wyłączył podgląd. Wszystko się nagrało.

Do wieczora już nie miałem z czego nagrywać. Skusiłem jeszcze jakieś płotki, ale niewielkie. Trafiła się duża wzdręga wzdręga.

(fot. A.K.)

Sekundę emocji dał niewielki leszcz. Samą powierzchnią ciała mocno zwiększył opór, ale tylko na początku. Nie mniej taka w sumie sympatyczna niespodzianka.

(fot. A.K.)

Filmu nie skończyłem, ale dwa prywatne rekordy w cztery godziny – nie płakałem.

Lepszy numer miał znajomy. Przyjechałem tuż po samym wydarzeniu i opisuję wg relacji kumpla.

Widzieliście kiedyś wzdręgę pod pół metra? Ja nie. Kolega taką niby miał na kiju. Jeden z bardzo licznych kontaktów, jakie uzyskał w to popołudnie. Zacięcie szczęśliwie skuteczne, co też było raczej wyjątkiem tego dnia. Nic nie wskazuje początkowo na jakąś sensację. Jednak z sekundy na sekundę opór nieprawdopodobnie rośnie. Kumpel jest po pierś w wodzie i ogląda wszystko z bardzo ostrego kąta, nie mniej pod powierzchnią miga krasnopióra – gigant! Normalnie królowa królowych wśród wzdręg. Opowiadający, mówił, że początkowo zamarł. Nawet, jakby nie zmierzył ryby tylko wysłał zdjęcie – nie ma gazety wędkarskiej w tym kraju, która by nie uznała wyniku. Ryba walczy dość flegmatycznie jak na wzdręgę. Po chwili wszystko się wyjaśnia. W podbieraku ląduje duży…jaź. 47cm. Na tym zbiorniku, owszem zdarzało nam się łowić sztuki 29 – 31cm z zarybień sprzed dwóch lat. Są to niezmiernie rzadkie przypadki. Wg mnie ryby poszły w siaty zaraz po zarybieniu, jako płocie. Przeżyło bardzo, bardzo mało. Ale ten to albo jakiś ostaniec z dawniejszych lat, jeśli wcześniej też wpuszczano ten gatunek, albo jakieś dawne samozarybienie, przypadkowymi, aczkolwiek naturalnymi drogami. Niezależnie od końcowego w sumie rozczarowania, to dla takich sytuacji gnamy nad wodę. Zamiast żłopania piwa przed TV, zdecydowanie wolę ryby 🙂

3 myśli nt. „Dwie życiówki w cztery godziny

  1. Adamie zdradzisz o co chodzi z tym wyważeniem jętki ?
    cytuję: ” jest tak wyważona, że idzie haczykiem do góry – mało łapie zielone nitki glonów; waga [0,5 – 07g]”
    Wybacz argumentację, ale przecież to zwykły haczyk muchowy więc zakładając, że pod bażantem położono warstwę ołowiu, jak udaje się spowodować (tak uformować) aby w tak prostej przynęcie grot haczyka był zawsze skierowany do góry ? 🙂
    pozdrawiam

    • No dla mnie to nie jest takie oczywiste, pewnie dlatego, że na muchę nie łowię. Ale jest tak jak napisałeś.Z drugiej strony – brązki też są muchowe, ale nie mają tej właściwości.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *