Impreza wyborowa

Zacznę od informacji, która mnie bardzo zaskoczyła. Marek Szymański dał mi znać, że cały trzon redakcji  zrezygnował z pracy w czasopiśmie Wędkarski Świat. Mniejsza z tym, czego jest to wynikiem, nie mniej od marca tego roku rusza nowy wędkarski magazyn Wędkarstwo 360. Jestem niezmiernie ciekaw dwóch kwestii: jak poradzi sobie na rynku WŚ i czy w ogóle będzie istnieć [znam osoby które zapłaciły prenumeratę roczną za 2019]; czy ugruntuje swoją pozycję Wędkarstwo 360, czego bym bardzo sobie życzył, gdyż chciałbym dla tego nowego tytułu pisać teksty i publikować fotki, podobnie jak miało to miejsce przez ostatnie lata w WŚ.

Wg wstępnych zamysłów Wędkarstwo 360 ma poświęcać więcej miejsca metodzie muchowej, niż miało to miejsce w WŚ, a wędkarstwo sumowe będzie mieć swój stały, osobny dział. Czekam z niecierpliwością…

Z innej bajki.  U mnie w kole, w ostatni weekend miało miejsce coroczne walne zebranie. Jak na koło do którego należę, frekwencja była wyjątkowo niska [10%], a zazwyczaj oscylowała w przedziale 20-25% i była najwyższą w Okręgu Kraków. Ponieważ po raz pierwszy od chyba 4 lat nie prowadziłem spotkania, przysłuchując się temu wszystkiemu z boku, utwierdzam się tylko w tym, iż PZW w kształcie jaki ma, jest totalnie odrealnionym tworem, który – owszem – mógłby sobie istnieć, tak jak kluby wędkarskie w Anglii, ale dla maniaków:  sprawozdań, komisji ds. różnych itp. bicia piany. Pomijam fakt iż koła w zasadzie nie mają wpływu na nic, co wielokrotnie udowadniałem, mogą co najwyżej próbować kopać się z rzeczywistością na swoim lokalnym podwórku. Po prostu, jeśli ktokolwiek zada sobie trud i poczyta jak funkcjonuje wędkarstwo w krajach, w których ryb jest dużo, a wędkarstwo jest relatywnie tanie, lub bardzo tanie, dojdzie do co najmniej trzech wniosków:

– w takich krajach instytucje odpowiedzialne za – nazwijmy to – politykę wędkarską, zajmują się diametralnie czymś innym niż nasze PZW; po prostu kompletnie na czym innym się koncentrują [i jakoś mają więcej ryb]

– w tych krajach słucha się i rozważa, a bardzo często wprowadza w życie postulaty  wędkarzy, nawet znacznej ich mniejszości, jeśli meritum tego, na co zwracają uwagę dotyczy: ekonomii lub ochrony

– ma miejsce ustawiczny monitoring wód,  a w przypadku zauważenia zmian [nie ważne na plus, czy minus] dokonuje się prób możliwie szybkiego wyjaśnienia takiego stanu rzeczy

Konkluzja jest taka, że nawet jeśli dane państwo ma swój odpowiednik naszego PZW, to takie stowarzyszenie ma relatywnie wąskie kompetencje i zawsze NAD nim jest jakieś „environment agency”, które jedną decyzją jest w stanie wymusić zmiany. Nie ma tak, że ktoś ma wody na wieki wieków i robi jak mu się podoba.

W tym roku nie świrowałem i złożyłem tylko jeden wniosek: dotyczył wprowadzenia zakazu zabierania pstrąga potokowego na kilka lat [wg mnie minimum trzy]. Nie mam pojęcia co zrobi Zarząd Okręgu, aczkolwiek identyczny wniosek przegłosowano na „tak” w kole, w Myślenicach. Więc może jednak? Dodam, że wniosek u mnie przeszedł jednogłośnie, przy jednej osobie wstrzymującej się.

Poza tym złożono jeszcze dwa wnioski, już nie mojego autorstwa [też przeszły, choć  trudniej]:

– by zbiornik Cholerzyn był zbiornikiem no kill [12 osób się wstrzymało, pozostali na tak]

– by  około kilometrowej długości strefa poniżej wszystkich progów na Wiśle, była odcinkami, gdzie byłby całoroczny zakaz zabierania drapieżników [boleni, sandaczy, sumów, okoni i szczupaków] – nie pamiętam dokładnie proporcji, ale bodajże 13 za, 6 przeciw i pozostali wstrzymali się]

Sam już nie wiem, czy u mnie w kole ludzie przychodzący na walne mają zrozumienie dla takich pomysłów, czy po prostu pomysły te dotyczą wód, nad którymi nie bywają i jest im obojętne, jakie reguły będą tam obowiązywać. W każdym razie u nas aprobatę zyskują wnioski, które często w ogromnych bólach są dopuszczane do głosowania.
Z innych tematów: mój kolega  – Wojtek, został uznany drugim, co do skuteczności strażnikiem w Okręgu Kraków, a nasza ekipa jest w sumie jedyną, aktywną w zachodniej części Okręgu.

A teraz zupełnie inne klimaty. Było losowanie łowisk do ligi spinningowo – muchowej 2019. Bardzo się ucieszyłem, gdyż wpadli na tę okoliczność Bartek, Michał i  Brandy, których wspaniałomyślnie zabrał ze sobą Krzysiek – na razie nie startuje w lidze, ale też spinningista. Zjawili się jak zwykle Wojtek i Kuba. Był też Marcin – wędkarz, dla którego łowiskiem jest głównie Bug, ale od niedługiego czasu mieszka  w Krakowie i  tu pracuje.

(fot. A.K)

Dodatkiem do wszystkiego [poza innymi trunkami] była degustacja Mamajuany – takiego zajzajeru z Karaibów, który przywiozłem z wakacji. Smak tego cuda alkoholowego jest niepowtarzalny, bo praktycznie każda butelka smakuje…inaczej.  Jest to mieszanka liści i kory palm, jakichś pnączy, a wszystko zalane winem, rumem i miodem. W każdym razie nikt nie umarł.

Tak wygląda pusta butelka po tym specyfiku.

(fot. A.K)

Chłopaki podjęli też ryzyko skosztowania fast fooda kuchni arabskiej , którą ochrzciłem nazwą „soja a`la shoarma”. Akurat na polu kulinariów, jak i na arenie sztuki przenikanie się kultur jest spoko i nie niesie ze sobą chorych konsekwencji.  Mam nadzieję, że nikt się nie zmuszał do jedzenia. Niestety, tego cuda nie sfotografowałem, bo byłem już lekko „rozhuśtany”, ale w końcu to nie blog kulinarny. W odwodach była pizza.

Poza tym każdy pił co lubi i zrobiła się taka atmosfera, iż losowanie odbyło się dopiero koło 21.00 [a start był tuż po 17.00]. Ja od dłuższego czasu stronię od większych imprez – mam po prostu za sobą minimum pół tysiąca balang w stylu filmów American Pie, co jest skutkiem grania w zespole rockowym i lekko mam dość. Ale dawno, naprawdę dawno nie siedziało mi się tak przyjemnie i nie gadało o wszystkim, absolutnie wszystkim, co ma związek z wędkowaniem.

(fot. A.K)

Oglądaliśmy boleniowe nowinki jakie dostał Kuba, archiwalne cudeńka Michała, jakie ktoś mu podarował, katalog jednego z producentów sprzętu wędkarskiego na ten rok. Gadaliśmy o tym, o czym nad wodą nie mam ochoty, a co tylko ciut mniej mnie interesuje niż samo łowienie: o technikach, sprzęcie, zachowaniach ryb, różnych łowiskach, polityce PZW. Uśmialiśmy się, wspominając niektóre tury w zeszłym już sezonie. Testowaliśmy i porównywaliśmy „na sucho” różne kije, a było tak ogniście, że własnoręcznie złamałem sobie jedną z dwóch ulubionych wędek. Tak, tak – poniżej w moich rękach to nie travel, tylko rozkawałkowany jeden z Diaflexów.

(fot. A.K)

Stąd moja średnio rozgarnięta mina. Po prostu chciałem pokazać możliwości jego ugięcia, tak jak nigdy by tego nie zrobiła ryba. Nie chodzi o siłę, tylko kierunek naprężeń.

Powiem szczerze – skwasiłoby to mi imprezę, gdyby nie fakt, iż kiedyś firma Robinson przysłała mi górny segment, zupełnie nowy [ten kij łamałem już wcześniej dwa razy]. W każdym razie chłopaki mieli niezły ubaw.

Wojtek, co jest już tradycją – przytargał cały swój warsztat muszkarski i robił na poczekaniu uznane wzory, albo całkiem odjechane, nowe pomysły.

(fot. A.K)

Często w wersjach pod spina. Dla mnie szczególnie interesujące były mylarowe rybki, przeciążane żywicą, o wadze około 0,5g i w takich ciut bardziej stonowanych barwach. Uważam, iż tam gdzie nie grozi nam kontakt z czymś większym niż 45cm pstrąg, a więc na większości naszych wód i gdzie leciutki sprzęt z najcieńszymi plecionkami pozwala stosować takie wabiki, będzie to znakomita przynęta. Tego jestem pewien. Wydaje mi się także, iż na późne już, jesienne i zimowe klenie w wodach stojących, też powinna dać radę. Czy ponad przeciętnie? Przekonamy się.

(fot. A.K)

Skończyliśmy po 3.00 rano. Ale ryb na szczęście nie planowałem na drugi dzień. Zespołu dnia drugiego także nie miałem, ale wstałem zmęczony jak łosoś po próbach forsowania zapory we Włocławku. Otóż nie wiem czy całą noc, czy tylko nad ranem, śniło mi się, że z jednym, z kolegów wychodzimy za zakręt rzeki. Tyle tylko, że ciągle ten sam. I tak w kółko. Ciekawe, co by powiedział Freud?

(fot. A.K)

Samo losowanie. Za bęben maszyny losującej służył podbierak, propozycje łowisk na dany miesiąc wkładaliśmy do opakowań, jakie można znaleźć w jajkach – niespodziankach. A losowała siostra mojej żony i mój roczny syn [na zmianę]. Cieszyłem się z wizyty części uczestników ligi, ponieważ jakoś pewniej się czuję, gdy wszystko dzieje się przy świadkach. Pamiętam jak cztery lata temu losowanie robiłem sam. Był tylko filmik z niego.

Tym razem obyło się bez niespodzianek i zgodnie z rachunkiem prawdopodobieństwa. Wygrywały te propozycje, które najczęściej pojawiały się w danym miesiącu. Żadna z trochę bardziej egzotycznych propozycji nie została wylosowana. Nie pojawiły się więc Czarna Orawa i Skawinka i choć to nie moje propozycje to z ciekawości bym pojawił się nad tymi wodami [Skawinka jest obok zalewu w Zesławicach jedyną ogólnodostępną wodą Okręgu Krakowskiego, będącą dla mnie aqua incognita]. Nie wylosowano też wspomnianych Zesławic, a także Soły, czy  Ropy.

Wynik losowania jest następujący:

Marzec – Bagry

Kwiecień – Kanał Łączański

Maj – Kanał Łączański

Czerwiec –  Wisła [Przewóz – most w Górce]

Lipiec – Raba [Dobczyce – ujście do Wisły]

Sierpień – Raba [Dobczyce – most w Chełmie + Stradomka]

Wrzesień –  Wisła [Niepołomice – most w Górce] – tura wieczorowo-nocna

Październik – Wisła [Przewóz – most w Górce]

Listopad – starorzecze

Grudzień – starorzecze

Kusząc się o jakąś ocenę, zapowiada się bardzo wyrównana rywalizacja. Po pierwsze, co sami zobaczycie – po jednym roku udziału w lidze i poznaniu łowisk, lub bardziej tego na co i jak tam się łowi – poziom zeszłorocznych debiutantów bardzo zbliży się, jeśli nie dorówna tym, co startują w naszej zabawie już dłużej. Po drugie – wylosowane łowiska są dość równe. Bagry – tu bez wątpienia każdy ma szansę. Rok temu tylko jedna osoba zeszła tam na zero. Kanał Łączański w maju i kwietniu – łowisko trudne spinningowo jak diabli, ale bardzo sprawiedliwe dla wszystkich – w sumie wszędzie jest tak samo. Latem pół na pół podzieliły się Wisła i Raba. Tej drugiej nie cierpię, ale pewnie nie mam do końca racji w mojej negatywnej ocenie rzeki. Faktycznie trudniejsza dla spinningistów będzie tura sierpniowa [Dobczyce – Chełm + Stradomka] – tu muszkarze mogą nas złoić ile wlezie. W turze lipcowej zawsze można się ratować dolnym biegiem rzeki, mam nadzieję z sensownym pogłowiem choćby klenia – unikam tej rzeki i jak jest niżej też nie mam pojęcia. Tak naprawdę nie umiem do końca ocenić tur na Rabie. Sporo będzie zależeć od stanu wody. Nad Wisłę w czerwcu pojadę ze spokojem ducha i świadomością, że nie będę się błąkał szukając stanowisk ryb. Na tym łowisku wiele zależy  właśnie od wiedzy na jakim odcinku coś żyje w liczbie na tyle dużej, by warto było tam poświęcać czas. Nocna tura we wrześniu na Królowej to też inny wymiar zabawy. Tutaj sporo zależy najzwyczajniej od obycia z ciemnościami i troszkę od odwagi [siedzenie na kupie w kilka osób i jakieś gadki czy inne hałasy – szanse mocno spadają]. A starorzecze to jak Bagry – każdy ma szanse, tylko więcej zaczepów ale i więcej gatunków do wyboru.

Tu zrobię dygresję, ponieważ niemało osób sam podpytuję, czy by nie startowały i reakcje są zazwyczaj sceptyczne. Po pierwsze – do zabawy w ligę moim zdaniem trzeba podejść na jeden z dwóch sposobów:  albo „palę gumy” [trenuję, zasięgam informacji gdzie się da, czyli innymi słowy – poświęcam sporo czasu], albo, jak Maciek w zeszłym sezonie – bez ciśnienia jeździć na daną turę i wiadomo – robić co można, ale bez szaleństw. Sam zresztą mam zamiar w tym roku uskuteczniać ten właśnie wariant, co nie znaczy, że odpuszczam. O, takiej opcji nie ma.

Dwa  – my nie szukamy chłopców do bicia, na tle których wyjdzie, jacy to z nas kozacy i fachowcy. Lubimy rywalizację, ale zwycięstw nie traktujemy jako miażdżenie przeciwnika i powód do zadzierania nosa. To aż ryby ale i tylko ryby. W tym roku startuje 20-o latek, jak i ja z 50-ką na karku… Wiadomo – jak ktoś się zgłasza i potem go nie ma, albo jest 1-2 razy to jest słabe. Trudno jest jednak mieć pretensję do ludzi, którym czas pozwala być 4-5 razy, choć wiadomo, iż niska frekwencja nie daje szans na dobry rezultat.

Na chwilę obecną swój udział w tegorocznej lidze potwierdziło  trzynaście osób w tym dwie zupełnie nowe. Zapraszamy wszystkich, którzy mają ochotę na taki rodzaj zabawy. Można się spokojnie zgłaszać do czasu pierwszej tury, która będzie raczej pod koniec marca, chyba, że wiosna przyjdzie szybciej, czego Wam życzę🙂

2 myśli nt. „Impreza wyborowa

  1. Jedna prosta zmiana w prawie zmieniła by oblicze wędkarstwa i przeorała PZW. Wystarczy wprowadzić w ustawie zapis że jedna osoba prawna lub fizyczna może być dzierżawcą tylko jednego (ewentualnie dwóch) obwodów rybackich. Efektem będzie podział PZW i otwarcie przestrzeni dla nowych inicjatyw.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *