Spokój

Nastał chyba mój ulubiony wędkarsko czas. Zaczyna się robić zimno, leje, ludzie marudzą, że kiepska aura. Nie wiem – dla mnie to najfajniejszy wędkarski okres w roku. Mam zresztą wielu znajomych, którzy twierdzą tak samo, z tym, że oni celują w ciężkim łowieniu dużych i bardzo dużych ryb. Ja z kolei uwielbiam, szczególnie w tym okresie wszelkiego rodzaju kameralne łowiska, gdzie ryba 40cm jest już często okazem, niezależnie od gatunku.

Sporo ostatnio jeżdżę, poszukując nowych łowisk. Jak to często się zdarza, przypadkiem trafiłem na maleńką rzeczkę. Naprawdę śmiesznie małą. Kilka razy nad nią przejeżdżałem w drodze nad planowane łowisko i jej wielkość mnie zdecydowanie zniechęciła. Co można robić w cieku o szerokości 1,5m i głębokości ledwie 10-20cm? No, w rzeczce pstrągowej tej wielkości  to bym się skusił. Ale to na bank nie jest woda pstrągowa.

Testowane łowisko okazało się kolejnym niewypałem, ale okoliczności znów spowodowały, iż byłem blisko tej rzeczułki. Tym razem w pobliżu jednego z mostów. Tak, tak – mostów, bo strumyk płynie w głębokim jarze i wszelkie nad nim budowle nie są jakimiś tam kładkami. Okazało się iż przed oraz za mostami są fajne rozlewiska. Wynika to pewnie z tego, że potoczek nie jest uregulowany i pięknie kręci. Efektem tego są mini – jeziorka przy powalonych drzewach, mostach itp. Ich głębokość nie jest już taka mała, bo te gdzie łowiłem miały do 1,5m. Woda jest kryształowa, choć niewiarygodnie pełna gałęzi, a teraz jeszcze liści. Łowi się tu dyskomfortowo, ale tak, jak lubię: trzeba rzucać bardzo celnie, z daleka, lekkimi i raczej małymi wabikami. Tutaj zaczep, to spalona miejscówka.

Cudów jak na razie nie złowiłem, choć ilościowo jest fajnie. Na razie nie widziałem ryb innych niż okonie i klenie. Okonki jak na rozmiar rzeczki są do zaakceptowania – większość to rybki pod 20cm, trafiają się troszkę większe.

(fot. A.K.)

Jeśli idzie o klenie to za pierwszym razem [łowiłem jak na razie dwukrotnie] widziałem dwa około 45cm. Wyglądały w tej wodzie jak giganty.

Zaskoczyło mnie to, że póki co, nie stwierdziłem żadnych innych gatunków, nawet małych. Być może to powoduje, że te ryby mają dość dziwne gusta. W ogóle to ostatnio na łowiskach, które odwiedzam ryby się trochę zwichrowały. Już niezależnie gdzie jestem, biorą głównie na przynęty przypominające larwy ważek, jętek. O ile we wspomnianej rzeczce mniej mnie to zaskakuje [brak małych rybek], to już w innych, trochę dziwi, ale ten sezon jest jakiś inny.

Tu powiem, że wspomniana rzeczka ma dużą populację okonia, którego ilość w tym sezonie gwałtownie spadła w od lat odwiedzanych przeze mnie akwenach. Są nieliczne większe sztuki i wręcz narybek.

Moje ostatnie wyjazdy wyglądają następująco: wytypowany odcinek Wisły. Godzina, dwie, trzy – zero. No, czasem wpadnie klenik.

(fot. A.K.)

Wyniki mam jednak żałosne. Uczciwie przyznam, że zaczynam się godzić z faktem iż nie umiem łowić w takich warunkach. Albo inaczej – źle typuję miejscówki. Tylko ileż można… Finalnie kończę na oglądaniu nieboskłonu…

(fot. A.K.)

 …i jakimś pobliskim bajorze.

Nomen omen, przy robieniu powyższego zdjęcia straciłem potencjalnie rybę dnia. Stałem nad głębokim i bardzo spokojnym nurtem.  Ponieważ najbliższą przestrzeń przy brzegu obrzucałem do bólu czym mogłem [trzy małe klonki], to posyłałem gumki [choć to niekoniecznie przynęta na takie miejsce, bo za lekka] w sam środek nurtu. Tak zdecydowanie pod prąd, by paproch w ogóle choć kilka razy stuknął o dno. No i uległem chwili. Wrzuciłem gumę, zostawiłem otwarty kabłąk i zacząłem ustawiać aparat. Mimo luźno schodzącej żyłki rybę poczułem. Małe to, to nie było…

Co do bajor – tu też, jak wspomniałem,  jest egzotycznie, bo głównie klenie, jak ostatnio, kompletnie, ale to kompletnie nie były zainteresowane przynętami imitującymi rybki.

Ponieważ tak się dzieje już któryś raz, wykupiłem wszystkie świerszcze, jakie miał znajomy w sklepie.

(fot. A.K.)

Kolega się cieszył, bo nikt ich już nie chciał. Sam, chyba dwa lata temu rzuciłem się na nie  i…lipa. Nic nie złowiłem. W sumie to nie bardzo było wiadomo, co z tym zrobić.

Rok temu wpadłem na pomysł, jak ze świerszcza zrobić larwę ważki i działa znakomicie. Wprawdzie tylko w wodach stojących, ale na większość gatunków, jeśli nie wszystkie. Zachęcam. Inne ważki i robakopodobne gumy też działają, ale są jednak sporo droższe.

Ostatnio znów skończyło się nad wodą stojącą. Dzień był fajny i słaby zarazem. Po pierwsze jakieś  40 kontaktów [takich pewnych pobić], to wg mnie bardzo mało w tego rodzaju akwenie. Co więcej, zacięcie ryby graniczyło z cudem. Niby atak dość silny, ale jakoś tak…Może było to wynikiem aury: po pół godzinie łowienia przyszła krótka ulewa, która zamieniła się w notoryczną, nieprzerwaną mżawkę. Równocześnie ciśnienie było ponad średnią i stało w miejscu.

Z początkiem deszczu zostałem sam nad wodą. Dlatego było fajnie. Całą kałużę miałem dla siebie. Dodam, że lubię też, jak trzeba się tak mocno starać, o każdy kontakt. Czasem mi się wydaje, że to nawet lepsze niż rzut – okoń, rzut – okoń, rzut – kleń itd. Inna sprawa że zazwyczaj wtedy biorą naprawdę malutkie ryby.

Zanim jeszcze lunęło, miałem chwilę szpanu. Zagadnąłem gościa, który łowił na kukurydzę, akurat w miejscu, gdzie chciałem rzucać. Stwierdził zniechęcony, iż od rana zero. Nawet brania. Zapytałem, czy mogę rzucić. Zgodził się. No to rzucam. Czekam, aż gumka osiągnie dno. Facet z tych bardziej tradycyjnych, trochę z kpiącym uśmiechem gapi się na mnie [może mi się zdawało]. Ja wciąż czekam. Niby nic się nie dzieje, ale zacinam w ciemno. Jest. Klonek . Sytuacja powtórzyła się pięć razy w ciągu kwadransa. Facet nawet o nic się nie zapytał, miałem wrażenie, iż nawet nie podpatrywał na co, jak, tylko kręcił z niedowierzaniem głową.

Leje. Dzień okazuje się ekstremalnie słabiutki. O każde branie trzeba się niesamowicie starać. Woda kryształ. Okoni niestety jakby nie było. Martwi mnie to,  bo  jeśli mróz nie przyjdzie szybko, to może być ciężka tura w grudniu, którą mamy w planie na moim ulubionym starorzeczu. Tam też z okoniami bardzo ubogo tego roku. A o tak późnej porze to byłaby raczej podstawowa ryba. Szczególnie przy wyżowej aurze.

Tu z kolei klenie kompletnie nieaktywne. Trzeba było się bardzo dużo nachodzić i rzucać gęsto. Najlepiej w pobliżu resztek zielska, a najlepiej w zatopione gałęzie. Liczyłem po prostu, że ryby tam będą. Wszystko wskazywało na to, że jak trafiło rybie pod pysk, to brała. Natomiast nie ścigały przynęt. Aż 13 sztuk z 15 złowionych, skusiło się na ważkę.

(fot. A.K.)

Nie było szału z wielkością, ale 2-3 można było zaliczyć do średniaków. Straciłem jeszcze jednego przyzwoitego klenia, bo po zaczepie niezdarnie przewiązałem wabik. Ryba wzięła pod kępą wywłócznika, prawie spod szczytówki i odpłynęła z ważką. Zawiązanie dla mnie żyłki 0,12mm przy pochmurnej aurze zaczyna być problematyczne. Czekają mnie albo okulary, albo noszenie silnej latarki nawet w dzień.

Miłym akcentem, choć przypadkowym, była świnka. Miała 37cm i raczej chudzina. Też nie wzięła konwencjonalnie, tylko w letnim, kleniowym stylu. Ripperek wpadł do wody i atak nastąpił w chwili zamykania kabłąka. Ledwo zdążyłem.

(fot. A.K.)

Czas upływał w szarej ciszy mokrego dnia. Fajnie tak podreptać bez ciśnienia. Totalnie się wyłączyć.

Przez cały dzień, byłem świadkiem nieczęstych tu ataków boleni. Naprawdę grubych sztuk. Jedna to potężny okaz. Lekko dałbym pod 80cm, może nawet więcej. Kilka sztuk to 60-ki, ale to i tak sporo więcej niż dominujące tu rapki 30+.

Ponieważ na takie łowiska nie zabieram woblerów, to tylko podziwiałem. Ryby jak lodołamacze w spokojnym, jak na bolenia tempie rozrywały taflę wody, jakby rozrzucając na wszystkie strony stadka niemałych ryb [chyba jelców]. Wyglądało to wszystko pięknie.

Dzień był chyba w ogóle boleniowy, bo w Wiśle, znajomi kolegi złowili kilka sztuk, a i wśród najbliższych mi wędkarzy też się jakieś trafiły. Bez okazów, ale bez obciachu [57 – 67cm]. Potem trochę zazdrościłem, że jak zwykle skończyłem w kałuży, ale z drugiej strony, tak mi idzie słabo na Wiśle, że tracę wiarę. Głównie dlatego, iż nie trafiam na miejsca, gdzie ryby widać, a podobno się gotowało.

Zawieruszył mi się jeden, jedyny  woblerek.

Akurat przyfilowałem wyjście czegoś dużego. Atak, ale taki bardzo aksamitny. Wielgachne kolisko na wodzie. Nie wiem na co ja wtedy liczyłem ale rzuciłem. Podobny, miękki chlupot, może dwa metry od przynęty. Z  15m ode mnie zassanie jak małego suma.

Pierwsza myśl: nie urwał żyłki! Cud. Spanikowany ołowiano – srebrny kloc ucieka pod drugi brzeg. Jest tak płytko, że ryba się przewraca tracąc prędkość. Mam cię! Ewidentnie 70+, ale boleń, jak jaź – mało co kombinuje, ufając tylko w swoją siłę i masę. Zmęczę skubańca. Ale będzie fota! Wokół już ciemnawo…

20 sekund później. Zwijam spanikowany żyłkę, jak mi się zdaje, bez przynęty. Po prostu z oporu ekstremalnego dla takiego sprzętu nagle zrobił się luz. Tymczasem wobek jednak jest. Okazuje się, że delikatną tylną kotwiczkę spaślak po prostu zgniótł, jak w imadle. Lut nie wytrzymał i ostał się jeden maleńki haczyk…

(fot. A.K.)

Było to zresztą przyczyną utraty w ostatnich minutach łowienia, chyba z sześciu kleni, które nagle się ożywiły i atakowały akurat tylko wobler, ignorując wirówkę i ripperki. Wszystkie poza jednym malcem pospadały.

Już po ciemku zaliczyłem kilka okoni.

(fot. A.K.)

Jeden ciut większy narobił trochę nadziei, bo postawił się na tyle, iż byłem pewien jakiejś większej ciekawej białej ryby.

Już na sam koniec powoził mnie leszcz, który prezentował się lepiej niż niejeden drapieżnik 🙂

(fot. A.K.)

W tym roku, pewnie do końca będę buszował po bajorach – mam jeszcze dwa do sprawdzenia.

Żeby nie zanudzać, ale i sobie uczynić odmianę, mam mocne postanowienie, że w przyszłym sezonie Wisła, Wisła i nic więcej [no prawie], tak od kwietnia. Po prostu zapomniałem jak się szuka ryb w dużej wodzie…

 

 

4 myśli nt. „Spokój

      • Zgadzam się, wykonane genialnie, bardzo fajne kolory i super praca. Z niecierpliwością czekam na Pana spostrzeżenia i doświadczenia. Jak zresztą na każdy nowy tekst 😉

  1. Co do świerszczy wspomnianych już wczesniej na blogu:
    Nabyłem chyba z 5 szt. Bez przekonania próbowałem łowić na nie pstrągi. Finalnie, syn wysępił ode mnie cały komplet. I… połowił. Niedużych pstrągów, ale ilosciowo skasował mnie zupełnie. Właśnie świerszczami. Zerwał wszystkie, i bez mrugnięcia okiem odkupiłem mu ile chciał.

    Mlody ma 8 lat, bakcyla spinningowego już złapał, a łowi w sposób dla mnie niepojęty. Wlecze gumowca po dnie, nieważne jakiego, ale właściwe jak nimfę. Pół bidy, że na robale łowi. Ale na rippery też ma wyniki. Właściwie to chyba nawet kawałek dętki na haku by mu wystarczył. Jakkolwiek, na najbliższy wypad dostanie zestaw keitecha, choćby z ciekawości co tym zdziała…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *