Liga spinningowo – muchowa. VIII tura – starorzecze

Znów napiszę, jak po turze nad Wisłą: kto nie był – niech żałuje. Tym razem nie ze względu na jakiś szczególny klimat, a na wyniki. Biorąc pod uwagę zeszłoroczne i tegoroczne spotkania, pierwszy raz tak się zdarzyło, iż większość zapunktowała, a tylko jedna osoba nie miała kontaktu z rybą, dającą punkty. Było zwyczajnie bardzo emocjonująco, a na dodatek kameralność tej wody powodowała, że ryby łowiło się na oczach kolegów. Można było więc widzieć na co, kto łowi, jak prowadzi wabik, jakiej używa gramatury itd.

Starorzecze ma taką specyfikę, że jego głównym atutem jest bardzo duża ilość brań ryb małych, przez co ciężko się nudzić, przy czym, by tę ilość kontaktów osiągnąć, potrzebne jest jednak bardzo specyficzne podejście. Sprowadza się ono do jednak wymuszonego przez warunki, jakie daje łowisko – lekkiego lub ekstremalnie lekkiego łowienia, przy stosowaniu odpowiednich przynęt, często na oko mało wiarygodnych i niekoniecznie przynoszących efekty w innych łowiskach. Osobną sprawą jest kwestia prowadzenia wabika w zależności od trzech podstawowych czynników: poziomu wody, ciśnienia oraz gatunku w jaki celujemy, bo tu dość świadomie, niezależnie od mnóstwa ryb, można dokonywać zarówno selekcji gatunkowej, jak i wielkościowej. Dochodzą także niuanse w postaci konieczności lub nie wchodzenia do wody. To wszystko wymuszają gatunki ryb jakie można tu celowo łowić, gdyż w przeciwieństwie do większości wód tego typu, jedynie okoń jest w nim szeroko reprezentowany. Świnki, jazie, jelce i klenie nie są przecież w schemacie starorzeczy, jako gatunki dominujące…

Rozgrzewka

Zacznę może od treningów. Szymon, który tu mieszka, oraz ja i Maciek poświęciliśmy troszkę czasu. Wyniki były bardzo nierówne. Wpływ na to miały niewątpliwie warunki. Jeżdżę tam od lat, ale nigdy jeszcze o tej porze roku nie trafiłem, by zmętnienie wody tak długo się utrzymywało.

Zazwyczaj łowi się bardzo drobno [małe wabiki] i przerzuca drobne okonie i klenie, licząc, że siłą prawdopodobieństwa, trafi się cokolwiek większego. I tak zazwyczaj się dzieje.

Jak nieraz pisałem – jest to dla mnie najlepiej rozczytane łowisko, jeśli idzie o wpływ aury. Podstawową regułą jest ciśnienie: takie 775 hPa lub mniej, czyli dość niskie, to bardzo aktywizują się klenie i znacznie mniej liczne jazie. Ciśnienie 983 hPa i więcej – rządzą okonie. Przedział pomiędzy jest zazwyczaj dość nijaki, bo klenie jakby śpią, a okonie jeszcze się nie budzą, choć na tej wodzie ciężko nie połowić ilościowo. Mam nawet prywatny wyznacznik, polegający na liczbie ryb doholowanych do ręki. Jeśli mam mniej niż 30, to dzień był wyjątkowo słaby…

Bywają oczywiście odstępstwa od reguły, spowodowane najczęściej poziomem wody i nasłonecznieniem. Osobną kwestią są wiatry. Już niezależnie od wszystkich czynników, najlepiej łowiło mi się przy wszelkiego rodzaju huraganach. Wg mnie wynika to z tego, iż dość osłonięte lustro wody, ułatwia rybom, szczególnie kleniom obserwację tego, co wokół. Dlatego, szczególnie na najpłytszych częściach zbiornika, gdzie nierzadko przebywa sporo na ogół drobnych, ale nie tylko ryb tego gatunku, trzeba być po pierwsze cicho, a po drugie, jak najmniej się ruszać. I właśnie bardzo silne wiatry, które czochrają nieustannie powierzchnię starorzecza są ogromnym sprzymierzeńcem wędkarza.

No i i był kłopot, bo po długotrwałych opadach woda wprawdzie nie była już brązowa, ale zaskakująco długo utrzymywała się w stanie, jakby rozpuszczono w niej dużo jakiegoś proszku. Przejrzystość była niewielka, może 25cm, gdy normalnie jest około 2m, czyli do dna najgłębszych dołków. Jedynie w najpłytszej części starorzecza nie było z tym kłopotu.

Teren wokół wyglądał jak zawsze, gdy wielka woda zalega na krzakach i trawach przez kilka dni. Powalone tysiące źdźbeł traw i innych roślin, wymieszane z mułem i tonami naniesionego drewna.

Dla mnie największą obawą była kwestia okonia, gdyż od początku sezonu 2017, gatunek ten jakby wyparował z pobliskiej rzeki. Wprawdzie wielkie zrzuty wody z zapory przy ulewach dawały nadzieje na zmianę tego stanu rzeczy, ale pewnikiem to nie było.

Miałem okazję łowić z kilkoma chłopakami z jednego, z bardzo znanych klubów, mniej więcej w godzinach, jak nasze późniejsze zmagania [6.30 – 13.00].

Pierwsza wielka odmiana polegała na tym, że było EKSTREMALNIE mało pewnych brań. Czuło się iż ryb w starorzeczu jest mnóstwo. Potrącało się przynętą co chwilę obiekty z łuskami, także całkiem niemałe, ale rzadko coś atakowało wabiki. Znamienne było też to, iż przynajmniej początkowo jako tako działały dosłownie wszystkie kombinacje kolorystyczne i  różne fasony kształtu, czy pracy przynęty, jeśli była relatywnie niewielka.

Początkowo wszyscy łowiliśmy większe [jak na starorzecza], ale dosłownie pojedyncze ryby. Póki byliśmy w strefie wzajemnego widzenia się, to ogarnąłem iż, spinningista najbliższy mojej miejscówce bardzo szybko złowił świnkę i potem po dłuższej przerwie klenia. Człowiek za nim długo nie miał kontaktu, ale jak w końcu jak wyjął okonia to już bardzo zacnych rozmiarów [widziałem z daleka, ale dałbym lekko 35cm, lub więcej]. Szymon też miał kilka słownie ryb. Ja także dość długo pozostawałem bez odzewu i już chciałem wyłazić z wody, bo najnormalniej zmarzłem, mimo ciepłych ciuchów, gdy w końcu doczekałem się skubnięcia. Pod samą szczytówką, jakby wziął przezroczysty mikro okonek, jakie czasem się potrafią uwiesić. Tymczasem pasiak miał 25cm. Przypomnę, że tyle minimalnie muszą mieć ryby mniejsze [okonie, jelce, wzdręgi itd.], by dawać punkty. Więc jeden zaliczony. Było około 8.00. Minęło więc niesamowicie dużo czasu, jak na starorzecze, gdy doczekałem się pierwszej ryby. Chwilę potem, za pasem zalanych roślin – kolejne skubnięcie. Tak samo anemiczne. Odruchowo chcę rybkę wyjąć na kiju i przyjemne zaskoczenie: szczytówka moczy się w wodzie, ryba niemrawo kręci się przy dnie i tyle. W końcu pokazuje się całkiem masywny okoń.

(fot. A.K.)

Szybkie przyłożenie do miarki na kiju [nie ma co stresować zwierzaka na treningu]. Wynik – 29cm. Już fajny.

(fot. A.K.)

Miałem całe pudełko drobnych gumowych wabików, mikrojigów i małych jigów, oraz bardzo lekkich wirówek, ale przy tej mętnej wodzie postawiłem na gumy z atraktorem. Jeszcze dla sprawdzenia porzucałem najmniejszym swimbaitem Izumi, nieznacznie przerobionym pod klenia i okonia [nawiercony ogonek i tam umieszczone kółko z kotwiczką, a nie jak oryginalnie w miejscu płetwy odbytowej]. Doczekałem się w końcu godnego uderzenia, tyle że kleń nie miał nawet 30cm. W ogóle, podobnie jak okoni, tych ryb jakby nie było.

Zarówno klonek, jak i pierwszy okoń, którym zdjęć nie robiłem, wyglądały, jakby przeszły przez turbinę: brak niektórych płetw, te co miały – poodrywane, kleń częściowo bez łusek.

Ta niewiarygodnie mała ilość brań stała w sprzeczności z tym, czego doświadczył Maciek, kilka dni wcześniej. Był niedługo, ale złowił 10 okoni i 4 klenie [fakt, że wszystko bardzo drobne]. Tymczasem u nas cudów ilościowych nie było.

Temat przełamał świerszcz, czyli w moim wydaniu najtańsza wersja larwy wazki. Odkrawam nożem część brzuszną, by przynęta była płaska i w takiej postaci bardzo przypomina larwę jednego z gatunków naszych ważek, które gdyby obrysować wokół, uzyskałoby się prostokąt. Taki  niemrawy „klocek” pełzający po dnie i roślinach. Uzbrojony w główkę 0,25g opadał wspaniale wolno, a na żyłce 0,12mm leciał spokojnie do 15m.

(fot. A.K.)

Poszedłem na płytką część zbiornika. Zaczęło się. Ryby brały na wodzie do pół uda jedna za drugą i nie uciekały, mimo chlapań i szaleństw kolegów. Złowiłem z tego miejsca 21 klonków z których trzy by dały punkty: 2 x 30cm i 33cm. Spadła niestety ryba wyraźnie większa, a za podciąganym wabikiem chwilę płynął duży już kleń. Ten jednak się nie zdecydował.

Oczywiście, zanim doszedłem do tego dziwaka, przerzuciłem pół pudełka i  nic! Co więcej – świerszcz nie mógł być byle jaki. Ryby miały jakiś dziwny kaprys i TYLKO barwa mocno przydymionego szkła miała wzięcie. Fioletowy, czarny, szary – zero.  Można w takich chwilach zwątpić.

Z sygnalizacją brań było też nieźle zabawy. Wyjątkowo, cokolwiek się czuło na kiju [a bardzo czuła szczytówka do 6g]. Po rzucie kładłem metr – dwa linki na lustrze wody i czekałem. Gdy ryba leniwie zasysała gumkę, część żyłki jakby próbowała się unieść, podobnie jak przy słaby podmuchu wiatru. Wtedy unosiłem kij.

(fot. A.K.)

Mając w pamięci moje wyniki w naszej zabawie w ligę, te dwa okonie i trzy klonki, wziąłbym w ciemno, w nadchodzącej turze.

Ponieważ zrobiło się dość ciepło, bo pokazało się słońce, poszedłem jeszcze rzucić okiem na przeciwległy kraniec starorzecza. Tam, łowiąc tuż przy burtach trafiłem jeszcze jednego klonka na 31cm i okonia na 27cm.

(fot. A.K.)

Siedem ryb. Pomyślałem – może być.

Już na godzinę przed planowanym końcem łowienia, byłem bez agrafek nr 20. Ilość zaczepów nie do opisania…

VIII tura

Dzień później. Szósta rano. Jest ciemno, jak …wiadomo gdzie i nic nie wskazuje na to, że szybko się rozwidni, choć niebo czyste. To akurat mnie martwi, bo zapowiadali ciągłe opady i silny wiatr. Ten niby nawet jest.

Jest nas siedmiu. Dla Szymona to woda – dom, także Paweł, Patryk i ja znamy starorzecze bardzo dobrze. Maciek jest tu trzeci raz w życiu. Wojtek i Jacek są tu po raz pierwszy. Przed całą zabawą napisałem chłopakom parę słów czego się można spodziewać. Szybko się przebieramy i na pozycje.

Maciek idzie na końcową, przyujściową część starorzecza. Ja na najpłytszą część zbiornika. Pozostali na główne ploso.

Stoję na bardzo wąskim marginesie lądu bez krzaków, Zaraz za plecami ściana drzew i zielska. Tuż pod nogami około 1,3m wody, ale już kilka metrów w lewo i na wprost może 80cm. Jeszcze dalej góra pół metra. Nie wiem o tym, bo gęste drzewa same z siebie potęgują mrok i nie widzę, że woda przez noc opadła lekko o 20cm. To wiele. Gdybym mógł to zobaczyć – w ogóle bym tu nie szedł, tylko kierował się na główną cześć starorzecza.

Wiem, że na wprost leży powalone w wodę ogromne drzewo. Na lewo wzdłuż brzegu drugie, mniejsze. Strach rzucać po ciemku. Czekam aż się rozjaśni. Jest  6.25 i jakby nic – dalej ciemno. Rzucam więc. Tafla jak smoła. Wiatr zagłusza upadek świerszcza – ważki. Drugi rzut. Cisza, więc chcę przesunąć kijem przynętę po dnie. Unoszę minimalnie szczytówkę, a po drugiej stronie życie. W tych ciemnościach – rewelacja. Nawet nie próbuję sprawdzać, jak jest duży, tylko siłowo wyciągam go na powierzchnię, zanim da dyla w kije. Niewielki. Ma z 28cm. Nawet nie mierzę dokładnie.  Mija kilka minut. Wydaje mi się iż są jakieś niemrawe skubnięcia. Znów zdecydowany opór i drugi, podobny.

Jest około 8.00. Mam dziewiątego klonka i wydaje mi się, że w końcu warto wyjąć centymetr. Rzeczywiście, ten ma 31cm. Mikrus, ale w naszej zabawie już coś.

(fot. A.K.)

U mnie brania się jednak urywają  po tej rybie. Miałem tu około 20 pewnych brań, tyle przynajmniej wyczułem. Spadł zaraz po zacięciu kleń pod 35cm. W każdym razie wyraźnie większy niż te, co wyjąłem. Jestem niepocieszony, lecz mijając po drodze kolegów, okazuje się iż tylko ja mam jakieś punkty.

Jak dzień wcześniej jest kłopot z braniami. Woda nadal mętna. Od 8.00 przechodzą lekkie, przelotne deszczyki. Jest ponuro jak diabli. Chłodno, bo tylko 8 stopni, przy silnym wietrze. Panuje już całkowite zachmurzenie, tyle, że w mojej ocenie to bardzo niekorzystny rodzaj zachmurzenia – jednolite. Przy deszczu i silnym, zachodnim wietrze z przyjemnością zakładam na czapkę, kaptur kurtki. Jest szczególnie nieprzyjemnie gdy się stoi do pół uda, czasem po pas w zimnej już wodzie. Oczywiście można wydłużyć dystans rzutu i dać gram więcej, ale potem tempo zwijania już inne, znacznie szybsze. Po wiatrołomie jaki był nad Polską, dno tutaj, to jedna wielka pułapka dla przynęt… Tkwimy więc w burej przy braku słońca brei.

(fot. W.F.)

Zamieniam kilka słów z Pawłem. Podobnie jak większość jest trochę zdezorientowany i ma wątpliwości na co się nastawić. Mówię tylko, że trzeba być konsekwentnym: jedna miejscówka, jedna przynęta i duża ilość rzutów w punkt.

Na mnie też w końcu spada kryzys. Instaluję się może 15m na lewo od Pawła. Ważka upada na taflę, ustawiam żyłkę równolegle do wiatru. Wabik tonie tu dość długo. Minimalnie próbuje napiąć żyłkę. Miękkie ale mocne zassanie. Zszedł. Prawie na bank kleń i raczej niemały. Ściągnął prawie całą przynętę z haka. Oczywiści ponawiam rzut, jak mi się zdaje w to samo miejsce.

Zaczep. Rwę ostatnią ważkę. Zakładam ripperek Crazy Fish o zapachu krewetki. Rzut i zaczep. Nie mam świerszczy, a mam tylko dwie agrafki. Reszta już w wodzie… Ale to nie był jeszcze najtrudniejszy moment.

Jest koło 9.00. Wtedy nie mieliśmy świadomości, ale byłem jedyny z rybą na punkty.

Opuściłem miejscówkę i sadowię się koło Maćka, który też już zawitał na głównej części starorzecza.  U niego nadal tylko klenik i okonek.  W pewnym momencie słyszę pluski. Przez gałęzie widzę, jak leader całej zabawy z zimną krwią pakuje w podbierak fajną świnkę, która mojego klenia deklasuje. Ryba ma 37cm.

(fot. M.K.)

Nie powiem – było mi z tym trochę ciężko. Planowana punktowa pogoń za kolegą, staje się mrzonką.

Łowimy jednak dalej, po pas wodzie. Na prawo od nas Szymon. Ma dwie małe ryby: klonka i jazika. Nic do punktacji.  W pewnej chwili widzę, jak jego kijaszek jednak się przygina. Kolega wolniutko holuje rybę [łowi żyłką 0,10mm]. Klenia z tych 30m oceniam na jakieś 35cm. Tymczasem okazuje się, że miał 29,5cm. Taki nieforemny grubas. Szymon nadal nic nie ma.

Jestem na wprost pojedynczego krzaka, którego gałęzie wchodzą dość daleko w wodę, tworząc wrażenie mini półwyspu i dwóch jakby zatoczek po bokach. Co jakiś czas, po obu stronach iluzorycznego cypelka chlapią się większe ryby. Najpewniej świnki. Nie wiem, który już rzut. Tuż po podniesieniu [bo trudno to nazwać poderwaniem] wabika, krótkie potrącenie przynęty i niezły opór. Naprawdę fajny hol z mocno przygiętą wzdręgową wędeczką. W końcu jest. Szeroka, srebrna świnka. Wygląda mi na całkiem sporą, bo że dająca punkty to pewnik. Mówię nawet, że może w końcu pobiję swój niewielki rekord. Precyzyjne mierzenie.

(fot. M.K.)

Niestety. Znów tylko 40cm. Ale wychodzę zdecydowanie na prowadzenie. Taka ryba to już kupa punktów.

(fot. M.K.)

Kolejne rzuty, dziesiątki przeprowadzeń. Staram się by żyłka układała się możliwie po linii podmuchów wiatru. Podrywam bardzo łagodnie i bez udziwnień prowadzę wabik, jak sądzę – jakieś 5 -10cm nad dnem. Co chwilę mam zaczepy w postaci zatopionych liści, resztek roślin wodnych, małych patyczków. Na szczęście nie ma tu większych konarów. Odnoszę wrażenie, że świnki kusi wabik mały, ale wyraźnie drgający  [ogonek w postaci płetwy].

Przechodzi chyba czwarta fala deszczyku. Tym razem porządne szarpnięcie. Ryba stawia się jeszcze bardziej niż poprzednia. Ale szczęśliwy dla mnie finał – jest w podbieraku. Kilo z okładem jak nic. Po minucie gęba mi się śmieje jakbym wyjął sztabę złota. Kolejna świnka ma 42cm!

(fot. A.K.)

O skromny 1cm pobiłem swój rekord. Wyjąłem wiele ryb tego gatunku w rozmiarze 45+, ale to zawsze były podcinki. Jakoś tak… A tu dziś i punkty… Niby mam świadomość, iż jedna taka świnka zbliża każdego do mnie, z drugiej wiem, jak jednak trudno te ryby się łowi. Sam mam zazwyczaj 1-2, czasem 3 w dobrym dniu, ale rzadko starcza mi na nie aż tyle cierpliwości. Dziś jest inaczej, bo reszta ryb jakby zasnęła.

Mniej więcej w tym samym czasie do rywalizacji skromnie włącza się Paweł. Też ma świnkę na 31cm.

(fot. P.K.)

To jego pierwsze punkty w tym roku. Aż się nie chce wierzyć. Znam gościa parę lat i wiem jakie ryby łowi i ile. Facet w tym roku ma zwyczajnie jakiś mega niefart właśnie na naszej zabawie w ligę.

Ja znów mam dwie świnki. Niestety są malutkie. Nie mają nawet 30cm. Jedna zresztą to podcinka.

Pierwszy raz od nie pamiętam kiedy – czas, mimo iż emocje niemałe,  jakby stanął w miejscu. Mówię do Maćka, że już południe bo słyszę dzwony w odległym kościele. Maciek patrzy na zegarek i mówi, że dochodzi dopiero 11.00…

Jest nam już zimno. Ja po każdym większym zaczepie lub holu, rwę od metra do 10m żyłki, bo przy tej grubości odkształca się bezpowrotnie i traci właściwości, głównie wytrzymałość. Zauważam, że …prześwituje mi podkład.

Mija kolejny kwadrans i kolejna fala opadów. Wiatr przybiera niewygodny dla rzutów z naszych pozycji kierunek płn. – zach. Momentami by zniwelować siłę wiatru i dorzucić pod drugi brzeg, włażę powyżej pasa do wody. Naprawdę mało przyjemne.

(fot. W.F.)

Nieoczekiwanie doławiam niespodziewany bonus. Coś ostro ale zarazem ulotnie stuka w gumkę i holuję, jak mniemam malutką świnkę. Ryba odhacza się w podbieraku. Już, już mam zamiar ją wysypać do wody, gdy widzę, że nie ma tych ceglastych płetw. Patrzę i…jelec. Przykładam do kija. Kurde, warto wyjąć miarkę. Ma ciut nad 25cm, więc spokojnie mogę go zaliczyć.

(fot. A.K.)

W międzyczasie Szymon opuszcza swój rewir, więc powolutku przemieszczam się w tamtą stronę. Znów mam coś większego. Branie jakieś inne, a ryba tym razem nie daje się w ogóle podciągnąć! Idzie spokojnie, zdecydowanie, blisko dna. Wypisz, wymaluj – jak sandacz. Maciek obserwuje wszystko, bo łowimy bezpośrednio obok siebie. Mija co najmniej minuta zanim w końcu widzę rybę. Macham do kumpla, że ta się nie liczy. Świnka ma 39cm [przykładam do kija więc to tak około], ale jest podcięta za płetwę piersiową. Szkoda.

Stoję już blisko stanowiska Szymona, które teraz jest puste. Mam dwa ewidentne brania, jedną rybę holuję parę sekund, ale spada. Z dużym prawdopodobieństwem świnki.

Z tej perspektywy mogę widzieć też Wojtka i Jacka, którzy łowią  jakieś 150m dalej. Moje skoncentrowanie na kolejnym przepuszczeniu przynęty przerywa poruszenie wśród kolegów. Wyraźnie zgięty kij Wojtka, [a w zasadzie mój, bo odkleiła mu się najmniejsza przelotka w jego wędce i podrzuciłem koledze z bagażniku kongerowskiego Elvisa – nóweczka, bo mój ojciec nawet go raz nie użył, mimo, że miał od kilku lat]. Kijek do 4g gnie się niebotycznie. Wojtek spokojnie i ostrożnie podbiera rybę. Jest w miejscu, gdzie nad brzegiem, co jakiś czas ktoś leci na glebę. Tak ślisko. Ma leszcza 42cm. Mocny akcent. Wchodzi pewnie na drugą pozycję.

(fot. A.K.)

Ryba ma w pysku cały 2,5cm czarny twisterek [główka 0,5g], który był wleczony z przystankami po samym dnie.

Tymczasem u mnie kłopot. Mam takie splątanie linki, że tracę lekko 30m. Każdy rzut, o ile węzły dobrze się ułożą, to jakieś 10m żyłki w wodzie, potem miejsce łączenia i kolejne 10m podkładu [też 0,12mm tyle, że sprzed 3 lat – żyłka ledwo zipie].

Pomimo problemów, moja  passa trwa, jak Maćka we wrześniu nad Wisłą. Kolejne pewne branie z udanym zacięciem. Ryba wozi niesamowicie, dlatego, że wzięła w najgłębszej części starorzecza, jakby rynnie. Obawiam się, by nie strzelił zetlały podkład. Dłuższa chwila, naprawdę trochę niepewności, ale w końcu dorzucam kolejną świnkę – 38cm.

(fot. A.K.)

Jest we mnie niesamowity spokój, bo nie wiem co musi się wydarzyć, bym przegrał. Do końca godzina.

Mniej więcej w tym momencie, Szymon ma bardzo silne pobicie. Niestety ryba jest duża, naprawdę dużą i bez wysiłku pakuje się w potężne zaczepy, rwąc żyłkę natychmiast… Klenisko?

Cofam się na ląd i przesuwam w prawo kolejne 10m. Pierwszy rzut i znów niespodzianka. Akurat podszedł Wojtek. Ryba wzięła z dna, zanim podniosłem wabik.  Dość zdecydowanie prze w głąb starorzecza. Kilka dłużących się sekund i mierzę dla pewności …okonia. Ma 26cm, więc także zaliczony.

(fot. A.K.)

Jedyny tego dnia punktowany okoń. Tutaj coś takiego to ewenement, bo to obok klenia gatunek dominujący.

Pewny swego i ścierpnięty jak diabli idę na ujście starorzecza. Bardziej by się rozgrzać i rozprostować gnaty. Stojąc powyżej pasa w wodzie, trzeba ręce trzymać wyżej niż zwykle, by nie moczyć łokci. Plecy chcą odlecieć 🙁  U mnie jednak nic już się nie wydarzyło.

Ale na tym emocji nie koniec.

Nie odpuszczający do końca Szymon, także wypracował sobie punkty. Około 12.30. Najpierw dość silny strzał i …ukleja. Guma do połowy w pysku ryby. Spinningowa podpucha. Dosłownie 20 minut przed końcem. Udało mu się jednak skusić  klenia 33cm.

(fot. S.T.)

Czas ostatnich 30 minut, to w ogóle jakby wzrost aktywności ryb i mało szczęścia kolegów. Najpierw Paweł spina niemałą rybę.

Ostatnie minuty łowienia, to z kolei  emocje Maćka i Jacka. Najpierw ten drugi ma jakąś większą, na bank dającą punkty rybę. Wędka, mimo iż nie łowi tak lekko jak my, fajnie pulsuje. Najpewniej świnka, płynie zdecydowanie w lewo, ku ścianie wodorostów. Niestety wpada w nie, a żyłka zaczepia o rośliny. Ryba uwalnia się.

Prawie w tym samym momencie Maciek spina wprowadzaną do podbieraka kolejną świnkę.

Ufff. 13.00. Koniec. Szybkie liczenie punktów, które w poniższym wpisie potwierdzam, choć najpierw może trochę statystyki.

Wojtek łowił kijem Konger Elvis 2,2m do 4g. Żyłka 0,16mm. Przynęty – głównie jigi swojej roboty i małe twisterki na około 1g. Dużo potrąceń, niemało brań, ale sporadycznie zakończonych skutecznym zacięciem. Finalnie dwa okonie, dwa klonki i leszcz.

Szymon. Łowił głównie na Nano Minnow Crazy Fish. Żyłka 0,10mm. W sumie miał 3 klenie, jazia, dwa okonie i uklejkę. Zauważa, że jest bardzo mało brań.

Paweł. Łowił jako jedyny plecionką i to mogło być przyczyną niezacięcia na początku siedmiu niezłych brań, które miał. Po prostu klenie jeśli w ogóle, to tak wolno zasysały z dna przynęty, że chyba pierwszy raz się z czymś takim spotkałem. Łowił dużo na larwy jętek firmy FishUp. Wyjął świnkę, klonka i dwa okonie.

Maciek. Łowił żyłką 0,14mm i czerwonymi twisterkami. Główki do 1,5g. Wyjął klonka, okonka i świnkę. Też miał małą ilość brań.

Mnie wpadło trochę więcej ryb, ale powiem, że w końcu i gdzie, jak nie tu. Miałem 9 klonków, 4 świnki [dwóch podciętych nie liczę, podobnie jak uklejki], jelca i okonia. Łowiłem kijem Montana do 6g, żyłką 0,12mm głównie ripperkiem Crazyy Fish Nano Minnow o zapachu krewetki. Główka dość nietypowa bo 1,2g. Klenie wzięły na larwę ważki na główce 0,25g. Ilość brań jak na tę wodę o tej porze roku – kuriozalnie wręcz znikoma.

Wyniki:

Patryk – zero ryb. Jacek – klonek i dwa okonki [za małe]. Obaj dostają po 8 pkt, podobnie jak wszyscy nieobecni.

Paweł – z wynikiem 41 pkt – miejsce piąte i pięć „dużych” punktów za tę turę.

Szymon – 61 pkt – miejsce czwarte, analogicznie jak Paweł – cztery „duże” punkty za turę.

Maciek – 101 pkt – miejsce trzecie.

Wojtek – 151pkt – miejsce drugie.

Mnie przypadło miejsce pierwsze – zgromadziłem 528 pkt.

W klasyfikacji generalnej w końcu zrobiło się ciekawie. Maciek się nie dał i nadal prowadzi, ale dogoniłem go już tak, że dzieli nas tylko 6 punktów. Na trzecie miejsce bardzo zdecydowanie wskoczył Wojtek, no i do rywalizacji dołączył Paweł.

Finalnie prowadzi Maciek – 27 punktów [1236 „małych” punktów]. Ja mam 33 punkty [819 „małych”]. Wojtek – 43 punkty [336 punktów „małych”]. Czwarty jest Szymon – 45,5 punktu [240 punktów „małych”]. Darek – 48,5 punktu [„małych” punktów 64]. Ostatni z punktami, jak na razie jest Paweł – 52 punkty [41 punktów „małych”].

Tabelę zamykają: Kuba, Rafał, Łukasz, Patryk i Jacek – mają po 55 punktów [bez punktowanej ryby, więc zerowy dorobek punktów małych].

Pozwolę sobie na małą dygresję. Była to, jak napisałem na początku, naprawdę niezła tura. Dlaczego, mimo nie do końca dobrej aury i fatalnego stanu wody [zmętnienie]? Oczywiście łowisko jest dobrze dobrane do pory roku. Ale przede wszystkim SĄ TU RYBY. By nic kompletnie nie złowić, trzeba robić coś naprawdę nie tak. Ryby łowią także ci z mniejszym doświadczeniem. Łowisko to, już trzeci sezon jest objęte zakazem łowienia od 1 stycznia do końca kwietnia. I efekty widać. Mają miejsce kontrole, może niezbyt częste, ale są. Poza tym pojawia się tu coraz więcej wędkarzy wypuszczających ryby i tak jak wędkarze w ogóle wypierają kłusowników swoją obecnością, tak wypuszczający ryby, jeśli są wyraźnie zauważalni, wywierają presje na mięsiarzy. Sam kilkakrotnie widziałem, jak przy mnie człowiek ostentacyjnie wypuszczał niezłe klenie, choć wiem, że zabiera takie same, jak nie widzę…

3 myśli nt. „Liga spinningowo – muchowa. VIII tura – starorzecze

  1. Podziwiam Adamie, twój upór że jeszcze nie sięgnąłeś po muchówkę. Lubisz subtelnie, delikatnie, z szukaniem detali w przynęcie, łowić stosunkowo małe ryby – przecież to aż się prosi o muchówkę. Zresztą, zapewne Kuba już mówił o swoich zabawach z wzdręgami na suchą muchę, tymi muchami ode mnie.
    Jestem niemal pewien, że przy Twojej wrażliwości na urodę natury, po pierwszym lipieniu – wpadniesz w muchę jak śliwka w kompot.
    Natomiast, en masse, całe wyniki ligi – pokazują nędzę wód PZW. Bo wiem, że wśród startujących są „lepsi spece”, i walka na klenie 30+ to dowód braku sensownego rybostanu. Bez obrazy, to nie jest zarzut do ligi, Ciebie, czy deprecjacja umiejętności zawodników – wy po prostu nie macie co łowić. Cały rok czekam na opis tury, gdzie walka pójdzie na szczupaki 70+, sandacze 60+, albo pstrągi 40+. Ewentualnie – kto zaliczy więcej kleni 40…
    Kiedyś powiedziałeś, że podziwiasz mój upór w oraniu Dłubni, Szreniawy, w poszukiwaniu tego pstrąga 40… No to możemy podać sobie rękę.

    • Jakiś czas temu powiedziałem do kumpla, że nasza zabawa niestety opiera się na tym kto złowi, a nie co złowi. Nie ma możliwości ścigać się kto złowi więcej i większych ryb, jak powinno być. A rywalizacja w oparciu o zębate drapieżniki? Mrzonka. Emocje jednak są niemałe. Zapewniam.
      Co do muchy – raczej się nie skuszę. Nie mam na tyle czasu, a łowię prawie jak na muchę. Lipienia zaliczyłem i mam spokój. Powiem szczerze oddałbym każdego lipienia za miętusa na spina – jedynej obok głowacicy ryby jakiej w ogóle na żywo nie widziałem.

      • Oj, Adam, może trzeba czasem odpuścić metodę? Może po prostu trzeba z rosowką na miętusa, muchą na lipienia albo i trupkiem na sandacza? Przecież ważne kto trzyma kij, i co robi z rybą, a nie sama technika. A skuteczna metoda – daje pojęcie o ilości ryb, i motywuje do doskonalenia tej ulubionej.
        Ech, obyśmy za 20 lat kłócili się wyższość spina nad muchą nad stadem łososi w Rabie czy Rudawie 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *