Końcówka z małym plusem

Nie mogłem sobie odmówić. Bez fałszywej skromności – żaden ze mnie pstrągarz, co wielokrotnie podkreślałem, ale łowić te ryby lubię. Wręcz uwielbiam. To całkiem inny rodzaj polowania niż chodzenie po sporej rzece, czy pływanie po jakimś zbiorniku. Końcówka sierpnia, więc by pozostać w zgodzie z regulaminem, nie zostało już wiele dni, które celowo można poświęcić kropkowańcom.

Oczywiście nie poszedłem nad Rudawę, bo, po co się denerwować. Poświęciłem się i wybrałem małą i podle wyglądającą rzeczkę na obrzeżach małego miasteczka. Akurat było po deszczu, więc woda nieznacznie zmącona. Dla mnie to ułatwienie, bo wody w tym cieku bardzo mało i w prawdzie poziom się nie podniósł ani o centymetr, to jednak pstrągi nie mogły mnie tak łatwo dostrzec. Rzeczka, jak napisałem nie wygląda atrakcyjnie. Nawet nie jest tak zupełnie maleńka, jednak jej problemem jest to, że nawet przy większej wodzie, jest bardzo płytka. Dno z grubych kamieni; rzeka odchodząc od miasteczka w łąki, zmienia się na mulistą. Generalnie, zapachy nad wodą niespecjalne. Kolejny to dla mnie dowód, że rybom, do jakiegoś stopnia ścieki o charakterze biologicznym niekoniecznie szkodzą o ile ludzie nie ingerują przesadnie w to, co w wodzie. Dlatego o ile mam wielki szacunek dla wszelkich lokalnych towarzystw miłośników rzeczki X, to niespecjalnie interesuje mnie zbieranie śmieci, które i tak z nadwyżką zostaną uzupełnione w ciągu tygodnia. Pstrągów nie eliminują śmieci, tylko ludzie. A, że w tej nieciekawej wodzie pstrągi są… Fakt, że daleko mniej urodziwe, wręcz brzydkie o ile pstrąg może być brzydki, niż te, które łowiłem na swoich ulubionych miejscówkach.

Cóż, by mieć spokój poświęciłem się i jak nigdy od chyba 4 lat, dla kropków wsiadłem w auto. Pierwotnie miałem przez chwilę zamiar uderzyć na Dłubię, ale po pierwsze zapomniałem woderów i musiałem się wracać, po drugie – w trakcie doszedłem do wniosku, że to taki oklepany i przewidywalny wybór, że ostatecznie całkiem zmieniłem kierunek i długość trasy.

Efektem była pora z jaką rozpocząłem. Dochodziła 16.00. Rozpogodziło się już zupełnie i z każdym kwadransem ubywało chmur, a niebo robiło się coraz bardziej błękitne w silnych promieniach słońca. Mimo wszystko temperatura wynosiła tylko 19 stopni, co po ostatnich upałach było wręcz obce. Od rana – to tylko się nie zmieniło – wiał potężnie, naprawdę bardzo silnie zachodni wiatr.

Zjechałem pod jakimś mostkiem na „parking”. Wyjazd nad obcą wodę ma jeden plus: z jednej strony tli się taka iskierka ekscytacji, z drugiej na nic się nie nastawiam. Szybki montaż kija i postanawiam zacząć jakieś sto metrów w górę od mostu. Nad brzegiem rosną spore topole, żadnych chaszczy, teren wygolony kosiarką czy innym ustrojstwem. W każdym razie idę jak w jakimś parku. W wodzie syf. Dosłownie wszystko, co człowiek używał, a już nie jest potrzebne. Nie widziałem tylko części od samochodów, nie licząc starych opon. Początkowo odcinek był bardzo wolny. Głębokość – max do kolan. Nieliczne, większe nawisy traw nad lustrem wody. Postawiłem na moją ulubioną „czwórkę”: wahadełko, mikrojig, mikrowirówka i biały twisterek na główce 1g ze sporym hakiem. Darowałem sobie woblery, które też miałem, lecz głębokość nie za bardzo pozwalała stosować te większe [5-7cm], a na małe woblerki nie lubię łowić pstrągów. Jakoś mi to nie leży. Ot, upodobanie.

Mam chwilkę niepewności, czy tu w ogóle żyją jeszcze pstrągi. Pierwsze kilkanaście rzutów jest bez odzewu. W drugiej jednak miejscówce, po kolejnym, dalszym rzucie pod sporą brodę traw, mam wyjście. Ewidentnie pstrąg. Grubiutki, choć, jakoś tak szaro i matowo ubarwiony. Tak go oceniam, ale cień drzew może to zakłamać. Nieznacznie ponad dwudziestocentymetrowy drapieżca z szeroko rozdziawiona japą, nieudolnie próbuje capnąć nieregularnie kołyszące się wahadełko. Trzy metry, kilka prób i znika w środku koryta. Nie wiem, czy tam nadal stoi. Woda w tym miejscu zupełnie ciemna i nieprzenikniona z miejsca gdzie patrzę. Intuicyjnie rzucam w poprzek, pod drugi brzeg i naprowadzam błystkę w miejsce tymczasowego, przewidywanego postoju ryby. Tym razem trafił. Walczy zawzięcie, jak to pstrągi, ale malec nie ma wiele do powiedzenia. Odhaczam go po fotce, nawet nie wyjmując z wody.

(fot. A.K.)

Na kolejnych metrach, do mostu mam około 10 brań, wyjść. Rybki niewielkie, choć grubiutkie. Czuję spokój. Na mojej wodzie byłbym nieznacznie sfrustrowany rozmiarami rybek, a tu jak napisałem – na wiele nie liczyłem. Spodziewałem się nawet, że odcinek może być zupełnym pudłem, nietrafionym kompletnie wyborem. Chciałbym tylko kropki nad „i” w postaci miarowej ryby. Nawet niewielkiej, ale miarowej. Od mostu zmienia się charakter rzeki. Znacznie więcej sporych kamieni. Idzie się fatalnie po tym małym i stromym marginesie, jaki pozostawili mieszkańcy pobliskich posesji. Trochę się boję jakiegoś czworonoga – agresora, wszak nie znam tu w ogóle terenu i co, gdzie jest. Pocieszam się, że huczący wiatr, skutecznie zagłusza moje potknięcia i pośliźnięcia. Przy małym wodospadzie staję na chwilę. Woda ciut głębsza, a pod przeciwległym brzegiem wymyta mała, ciemna jamka. Początkowo przeczesuję toń wzdłuż mojego brzegu. Poniżej, na skraju, gdzie następuje wypłacenie, do wahadełka startuje znikąd kolejny kropek. Zacinam go tuż przed „progiem” i w tempo przenoszę nad przeszkodą. Tu szybko odpinam.

Rzut w jamkę. Tak jak sądziłem, wychodzi za błystką wyraźnie większa ryba. W pełnym świetle, stojąc powyżej wodospadu nie mam wątpliwości. Tylko musnął wahadłówkę. Zniknął pod chmurką bąbli, tuż pod progiem. Kolejne rzuty równolegle do spiętrzenia. Okazuje się, że w słońcu, woda nad kamienistym dnem, ma sporą przejrzystość. Zapewne, bez pomocy deszczu, ciężko byłoby skusić cokolwiek do współpracy, bo nie licząc odpadków cywilizacji, ta nizinna ze wszech miar rzeczka, toczy, na co dzień chyba całkiem czysta wodę. Przynajmniej dla oka.

W chyba 5-6 prowadzeniu blaszki, pstrąg nie wytrzymuje i w lawinie pęcherzyków powietrza, dosłownie ze cztery metry ode mnie podnosi się do blaszki w połowie szerokości koryta i leniwie kłapie paszczą. Zacinam, jak się okazuje za słabo. Uścisk nieznacznie większej paszczy, blokuje kotwiczkę i skubaniec tylko dwa razy potrząsnął łbem i tyle go widziałem. Moja wina. Całe zdarzenie, dodało mi tylko skrzydeł. Wszak można, jak widać mieć tutaj styczność z czymkolwiek, wyraźnie ponad miarę.

Mijam, co chwile długie fragmenty z tak małą ilością wody, że nawet nie próbuję rzucać. Jak z resztą prowadzić wahadłówkę, nawet tak małą w wodzie po 10-15cm? Potem jakieś spowolnienia i pierwsze zakręty. Trochę muliście i głębiej. Tu muszę oddać sprawiedliwość błystkom i pewnie woblerom. Zachwalane tak przeze mnie mikrojigi w nieznanej wodzie, mogą być przyczyną utrapienia. Chcąc prowadzić wabik skutecznie, mam w praktycznie każdym rzucie zaczep. Gdyby nie mała ilość wody i wodery, to bym zbankrutował. Faktem jest jednak, że tego akurat dnia tylko mikrojigi i wahadło miały wzięcie.

(fot. A.K.)

Ani wiróweczka, ani perłowa gumka, choć dawałem im fory, nie znalazły uznania, nawet u najmniejszych pstrągów.

Dochodzę do jakichś, starych umocnień dość mocno ściskających nurt z obu stron. Wody wyraźnie nad kolano. Bystra toń omywa bujne, czerwone, wypłukane korzenie drzew, wachlujące w toni. Całkiem długi taki fragment, bo około 15m na niewielkim łuku. Kilkanaście bez mała rzutów. Z tym, że na tej najdalszej odległości, wahadłówka merda pod sama powierzchnią. Nawet zdecydowanie oddając szczytówką metr żyłki, nie schodzi specjalnie głębiej. Rzucam, więc blisko, na 5-7m w dół brzegu, na którym stoję i najwolniej jak umiem prowadzę przynętę. Znika z pola widzenia poniżej czerwonych wąsów. Dosłownie pod nogami mam wspaniałe szarpnięcie i natychmiast, już na środku młynki kręci przyzwoity [miarowy] potokowiec. Nie ma w sobie nic z tych żółci czy oliwki „moich” pstrągów”, próżno w nim znaleźć błękitnawe owale wokół czarnych i czerwonych kropek, ale za to te śmieszne 30cm ma dawno za sobą, choć żaden z niego okaz. Cieszę się niezmiernie, bo w zasadzie mój plan minimum mam wykonany.

(fot. A.K.)

Jest zapięty bardzo mocno, choć nie głęboko. Pozwalam sobie na szereg fotek. Uwolniona ryba odpływa i staje w nieco spokojniejszym nurcie. Zanim skryje się w przybrzeżnej dziurze, dostrzegam jak, jakby dla rozprostowania szczęk, kłapie paszczą i potrząsa głową. Oby żył długo i rósł dalej…

Akurat dotarłem do dzikiego odcinka pośród obfitych i chyba nie użytkowanych łąk. Miejsca już rozpalające wyobraźnię, a i znacznie głębsze. Brań jednak bardzo mało. Jeszcze we wspaniałym meandrze, dosłownie zakręcie pod kątem prostym, rzuconą pod prąd wahadłówkę podbija najpierw delikatnie jakiś pstrąg, a w drugim rzucie, chyba ten sam agresywnie kłapnął w prawie stojącej wodzie. Był już z tych kropków, przy których wędkarz – kormoran niecierpliwie przebiera nogami i rozgląda się wokół, czy nie ma jakiegoś towarzystwa… W każdym razie ten pstrąg był ładny, jeśli chodzi o ubarwienie, jak wręcz inny gatunek, no i pofrunął na krótki moment w powietrze, tuż po zacięciu. Ale nie miał trzydziestki.

W kolejnym zwolnieniu z głęboką jak mi się zdaje wodą, ryzykuję, bo nie chcę by jakiś młokos o ile tam siedzi wystartował do wahadła i ewentualnie ostrzegł jakiegoś starszego pobratymcę i ryzykownie rzucam mikrojiga. Na ciemnej tafli, mimo cienia drzew, widzę jak żyłka tnie powoli powierzchnię. Widzę też jak zadrżała i równocześnie czuję na kiju ten wspaniały impuls. Bardzo wyraźny i delikatny zarazem. Cały urok wędkarstwa na tym, że jest tak różnorodne. Nawet te same ryby, łowione w tej samej wodzie, są całkiem inne na różnym sprzęcie i skuszone na różne wabiki. Rozumiem wszystkich muszkarzy, którzy rozczulają się nad subtelnością brania na tak ulotne przynęty, a potem ekscytują specyficznym podobno holem, choć jedyną muchówką, jaką miałem w rękach, była ta, którą kupiłem bratu. W każdym razie to branie dosłownie mnie zelektryzowało. To było takie bardzo profesorskie smakowanie okrucha z sierści.  Ponieważ mimo wszystko nie było, co zacinać, ponawiam rzut. I mam to samo. Myślę, że był kontakt z jakimś cwaniakiem. Starszym i trochę większym. Wszak w rzeczce nie zaobserwowałem żadnych, innych gatunków.

Nie wiem, czy wpływ pogody był tego dnia taki duży? Otóż około 17.30 wiatr kompletnie zamarł, oczyszczając niebo z ostatnich chmur. Cóż z tego, że nieprzebyte już chaszcze z nikłymi śladami ludzkiej obecności [brak choćby śladów ścieżek], skrywały momentami wspaniałe zakręty, podmycia i zwolnienia, to jednak już od tej pory nie miałem ani dotknięcia. Ostatnim, ale średnio emocjonującym momentem, było stoczenie się po stromej burcie, prawie na kark wielgachnego wilczura z jakimś sporym kundlem. Chyba jednak czworonogi bardziej się przejęły, bo natychmiast dały susa na przeciwległy brzeg, rzuciły tylko okiem na mnie, po czym pobiegły gdzieś w łąkę. Aczkolwiek przy lekkiej już szarówce, oko w oko z tymi zwierzami, pierwsze, za czym się rozejrzałem, to pokaźnych rozmiarów laga. Z drugiej strony, wiem, że psy są najgorsze na swoim terenie. Tak, więc wytrzepując po raz dziesiąty kolejnego ślimaka z woderów, czując jak pod czapką włosy stają mi dęba, ściągam kolejnego tłustego krzyżaka z twarzy, wysypując garść wszelkich nasion z na wpół otwartych kieszeni kamizelki, kończę o 20.00. Jest ciemnawo. Jeszcze tylko szukam prawie po omacku jakiegoś dojścia do pól, wzdłuż których jak mi się wydaje, biegnie polna droga. Faktycznie, nie pomyliłem się. Stojąc na dróżce, przebieram się w podczepione do plecaka „normalne” buty, wodery do torby. Mam do przejścia jakieś trzy kilometry. Jest zimno. Przy aucie tylko 12 stopni. Koniec lata jak nic.

Jedna myśl nt. „Końcówka z małym plusem

  1. Szkoda że jednak nie nad Dłubnie, bardzo ciekawy jestem jakie efekty z mikrojigem byłyby na „mojej rzeczce”. Ja już tego w tym sezonie nie zdążyłem sprawdzić.
    Jak zwykle czyta się znakomicie … czekam z niecierpliwością na każdy następny odcinek.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *