Na fali…

Damian we wpisie pod tekstem „Do wioseł”, zapytał mnie jakim pływam pontonem i na co zwrócić uwagę. Przypomniał mi tym samym niegdysiejszy pomysł, zrobienia małego zestawienia plusów i minusów pływadeł różnych klas.

Zanim przejdę do konkretów, to powiem tylko jedną rzecz: bardzo żałuję, że tak późno przekonałem się do tego pomysłu. To zupełnie inne możliwości, często zupełnie inne ryby i całkowicie inny koloryt wędkowania.

Możliwość penetrowania oddalonych od brzegów głębin, dodatkowo podnosi napięcie.(fot. A.K.)

Biorąc pod uwagę ceny i jakość oferowanych pontonów – zachęcam do jak najszybszego zaopatrzenia się w taki sprzęt.

Post radzieckie coś – na tym człowiek bał się siedzieć, a co dopiero stać, ale dostęp do nowych miejsc spowodował, że dziś nie wyobrażam sobie spinningowania bez pontonu.(fot. A.K.)

Zacznę od tego, że w wodach słodkich nie znam przypadku wywrócenia się profesjonalnego pontonu w czasie łowienia, niezależnie czy miał on 2, czy 4m dł. To jest chyba mało realne. Piszę o tym, bo wiele osób i słusznie, zwraca uwagę na bezpieczeństwo. Ponton jest jakby przyklejony do tafli wody i są to jednostki praktycznie niewywracalne [abstrahuję od sytuacji na morzu czy ekstremalnych spływów górskimi rzekami]. Na dobrym pontonie będziecie bezpieczni – gwarantuję.

Co znaczy dobry ponton? Dla mnie wyznacznikiem jest waga sprzętu. Tym, poza samą ceną należy się kierować, choć jedno z drugim jest związane. Jeżeli mamy dwa pontony, oba o takich samych gabarytach [długość, szerokość, średnica burty i podobnej konstrukcji i wyposażeniu] –  jeden ważący 25kg, a drugi 38, to nie ma wątpliwości, że ten drugi będzie znacznie bardziej wytrzymały. Wiąże się to z grubością tworzywa z którego jest zrobiony. Obecnie stosuje się różnego rodzaju kompozyty kilkuwarstwowe, często z wklejaną między nimi siatką silikonową. Praktycznie w pływadłach pod silniki spalinowe, możliwość przebicia pontonu przez kamienie czy patyki, ewentualnie inne przedmioty w wodzie jest bliska zeru [nie znam takiego przypadku], a w pontonach dedykowanych pod silniki elektryczne plus wiosła znikoma. Wykluczam oczywiście działanie celowe. Nie mniej należy pamiętać i pisze to z całą mocą, że niezależnie ile komór ma ponton, to rozszczelnienie powłoki, nie skutkuje natychmiastowym ubytkiem powietrza, tylko dzieje się to relatywnie bardzo wolno. Nie byłem świadkiem, ale z wiarygodnego źródła wiem, że przebitym wielką kotwicą pontonem, dwójka ludzi spokojnie przepłynęła prawie 1,5km. Z pontonu zrobił się wprawdzie „kapeć”, dość trudny w manewrowaniu ale jak najbardziej stabilny i na tyle wyporny, że można było suchą nogą dopłynąć do lądu.

Celowo nie piszę o pontonach-zabawkach, które przy długości 2,5-3m ważą 8-10kg. Te wszystkie „morskie jastrzębie”, to cieniutkie ceraty do zabawy na plaży i jak nie chcecie się wściekać, tylko mieć przyjemność z wędkowania, to należy je od razu odpuścić. Ich wszystkie dmuchane siedziska itp. luksusy, są pozorne, a bardzo szybko, bo na pierwszej wyprawie dojdziecie do wniosku, że z tego nie da się łowić.

Jeśli więc zdecydowałeś, że chcesz mieć ponton, to należy zastanowić się nad kilkoma rzeczami:

  • gdzie będziesz pływać najczęściej
  • czy na ogół będziesz sam, czy z osobą towarzyszącą
  • w jakich warunkach pływadło będzie przetrzymywane
  • jak będziesz transportować ponton

To cztery, moim zdaniem podstawowe wyznaczniki, którymi trzeba się kierować, żeby potem się nie męczyć i nie tracić czasu.

Teraz przez pryzmat powyższych czynników, mała analiza na przykładzie dwóch pontonów.

Ponton nr 1 – płaskodenny, raczej pod silnik elektryczny:

  • długość – 2,8m
  • szerokość – 1,4m
  • średnica burty – 38cm
  • waga – 22kg
  • ilość miejsc – trzyosobowy [wg producenta]
  • wyposażenie [wiosła, listwa odbojowa, półsztywna podłoga, olinowanie, pawęż pod niewielki silnik]

Ponton nr 1. (fot. A.K.)

Ponton nr 2 – z dmuchanym kilem, dostosowany do dużych silników elektrycznych lub mniejszych spalinowych:

  • długość – 3m
  • szerokość – 1,6m
  • średnica burty – 42cm
  • waga – 55kg
  • ilość miejsc – trzyosobowy [wg producenta]
  • wyposażenie [wiosła, listwa odbojowa, sztywna podłoga –panele aluminiowe, olinowanie, rufa przystosowana do montażu silnika]

Ponton nr 2 (fot. P.K.)

Wybrałem takie jednostki, bo znam je dobrze, są niby podobne wielkościowo ale zarazem, jak zapewne zauważyliście – całkiem różne. W odniesieniu do nich, można sobie wyrobić już opinie, czego oczekiwać od podobnej jednostki, ewentualnie większej lub mniejszej. A jak się sprawują w praktyce?

Zacznijmy od wielkości. Ponton nr 1 to jednostka, którą w stanie pełnej gotowości przeniesienie, nawet na jednej ręce [choć nie polecam, bo strasznie obciąża kręgosłup, lepiej wziąć go na oba barki], chyba każdy, dorosły. W dwie osoby, niesie się go jak piórko. To był powód, dla którego wybrałem Kolibri, a nie WildLake, który jest chyba najlepszy wśród tego typu modeli, ale będąc krótszy o 10cm, waży, jeśli dobrze pamiętam 38kg…

Ponton nr 2, to już kawał gumy, ale podjęcie go np. na kajakowej przystani, już nie jest tak łatwe, a i dźwignięcie go we dwóch też wymaga silniejszej ręki.  Nie muszę dodawać, że pontonem nr 2 można popłynąć wszędzie – tworzywo z którego jest zrobiony, jego grubość, czynią go bardzo odpornym. Ten pierwszy doskonale spisze się na każdej wodzie stojącej; z pewnymi zastrzeżeniami poradzi sobie też na dużej, szybkiej rzece. Te zastrzeżenia, to przede wszystkim zdecydowanie utrudniona możliwość spinningowania w postawie stojącej, oraz jednak nieco cieńsza powłoka, a w Wiśle oprócz kijów i kamieni jest masa drutów i innych szpejów.

Obie jednostki mają podobną długość i wg producentów są trzyosobowe. O ile ponton nr 2, to pływadło nawet czteroosobowe – ludzie przeciętnej postury siedzą obok siebie na dwóch ławkach bez kłopotu, o tyle do spinningowania, to zarówno jeden jak i drugi nadają się dla dwóch łowiących.

Ponton nr 2 – bardzo stabilna jednostka. (fot. A.K.)

Ponton nr 2 dzięki większej średnicy burt i sztywnej podłodze, jest niesamowicie stabilny i mało podatny na fale. Chodzenie po nim, jak i łowienie jest niekłopotliwe. Ponton nr 1 mocno mu pod tym względem ustępuje. Owszem, dwóch łowiących – tak, ale tylko jeden może stać, przy czym przemieszczania się po podłodze-drabince trzeba się nauczyć. Po złapaniu pewnej wprawy nie jest to trudne i zyskamy do naszego „gumiaka” pełne zaufanie. Łowiąc z drugą osobą, musimy pamiętać stojąc, że siedzący nie może bez sygnalizacji wykonać jakiegoś gwałtownego ruchu. W pojedynkę nie ma tego kłopotu. Tu nadmienię, że wędkowanie tylko w pozycji siedzącej, jest, przynajmniej dla mnie nie do wytrzymania. Znów okaże wyższość ponton nr 2. Podniesienie ławeczki [ze względu na większe burty] o 4cm powoduje, że, szczególnie wyższe osoby, siedzą w sposób bardziej naturalny. Dostępne są w sprzedaży dodatkowe pokrowce lub nawet siedziska do zamontowania na ławce. Ja na swój mam zaszyte w grubym materiale odpowiednio docięte karimaty, które zakładam na ławki. Średnica burt daje też większe możliwości, sprostania pogodzie. Przy wietrze 15-20m/sek. [fale zaczynają się lekko pienić], do zakotwiczonego pontonu nr 1, wlewa się cześć wody z uderzających fal… Ponton nr 2 ma też odpływ wody w podłodze.

Teraz: gdzie masz zamiar trzymać ponton. Gabaryty pływadła w dużym stopniu narzucają możliwości. Nie bardzo wyobrażam sobie każdorazowe rozkładanie i składanie pontonu nr 2. Szczególnie przy niskich temperaturach. Montaż paneli podłogowych w optymalnych warunkach jest sam w sobie dość mozolny i  wymaga trochę siły. To w zasadzie wymusza znalezienie mu lokum w postaci najlepiej garażu lub innego pomieszczenia, z którego nie będziemy go znosić, a ponton będzie tam stał w stanie gotowości, co najwyżej nieznacznie niedopompowany. Oczywiście nie mogą mieć do niego dostępu zwierzęta, typu koty, łasice czy kuny. Szczególnie pozostawiony zapach ryb, prowokuje futrzaki do podgryzania gumy. Podobnie z transportem – skazani jesteśmy raczej na wożenie go w całości. Znajomy dokupił kółka zmyślnie zamontowane do rufy i dziób pontonu wstawia do otwartego bagażnika, gdzie dowiązuje go linami. Z tym, iż kolega ma nad wodę max 4km bardzo bocznymi dróżkami. Taki balast z pewnością nie znajdzie zrozumienia u policjanta na głównej drodze; podobnie kółka nie zniosą raczej szybszej prędkości. Pozostają więc specjalistyczne przyczepki – stelaże pod pontony. Nie są drogie, ale jednak to dodatkowy wydatek i nie każdy lubi ciągnąć coś za sobą. Ponton nr 1 nosi się w torbie, a po dwóch-trzech próbach, rozkłada w pojedynkę do 20 minut. Mnie to tyle zajmuje. Całość mieści mi się bez kłopotów w aucie kombi obok zapasowego koła [jeżdżę na gazie].

Trochę wprawy, szybki montaż, a potem świetny relaks. (fot. A.K.)

Pomimo dwóch garaży, trzymam go w mieszkaniu na półce pod sufitem, ponieważ nijak nie jestem w stanie przegonić na stałe kun. Z resztą chyba nie chcę tego robić, a póki co, nie dobierają się do kabli samochodu – koegzystuje z nimi już chyba 7 rok. Na marginesie dodam, by zapomnieć o pakowaniu pontonu w firmową torbę. Po pierwszym użyciu, raczej nie będziemy w stanie go w nią upchać, nawet na siłę. Dobrze zamówić gdzieś mocną, dużą torbę, około 10cm większą w każdą stronę [dł, szer, wys] niż oryginał. Tu musimy pamiętać, że gwarancja większości pontonów opiewa na 5 lat [poza dulkami wioseł – zwykle rok]. Nie mniej to właśnie składanie i rozkładanie bardzo eksploatuje tworzywo. Ja robiąc to wydaje mi się starannie, po trzech latach nie widzę żadnych negatywnych śladów każdorazowego pakowania mojego okrętu [pływam jakieś 30 dni/rok, najczęściej od września do końca listopada].  Sprzedawcy, często za dodatkową opłatą [niewielką] oferują listwę odbojową. Jest to okleina z bardzo grubego tworzywa/gumy, oplatająca nasz ponton dookoła w najbardziej wysuniętych punktach jednostki, czyli tych miejscach, które najczęściej zderzają się z brzegiem, kamieniami na brzegu itp. Nie warto na to skąpić.

Ponton powinien mieć profesjonalne olinowanie, by łatwo go podejmować stojąc na wyższym brzegu, oraz by można się było lin uchwycić przy szybszych przelotach na silniku.

Pompki, będące w komplecie z danym pontonem są na ogół mało wydajne, choć do pontonu nr 1 się nadają. Ten drugi, jeśli pompujemy od podstaw, to najlepsza będzie pompa podłączana do akumulatora auta.

Konieczną rzeczą jest kotwica, którą trzeba już albo sobie zrobić albo kupić. Używam kotwicy 5kg – oblanej gumą [spotkałem jeszcze modele 3 i 9kg]. Taki ciężar w zupełności wystarcza, choć przy mocnym wietrze potrafi mnie przesuwać nawet gdy kotwica ma nieznacznie pod górę. Na płytsze wody, nawet na rzekę, można polecić kotwice, które są spawane z metalowych nóg od krzeseł w postaci jakby, swego rodzaju grabi. Niezależnie od typu kotwicy, całość wiąże na lince żeglarskiej średnicy około 6mm. Kiedyś używałem plastikowej, nietonącej, która jednak bardzo źle się zawiązywała. Kotwice można wciągać i opuszczać na specjalnym bloczku – do kupienia w specjalistycznych sklepach. Ja robię to ręcznie [fantastyczne ćwiczenie dla barku i przedramienia] i dowiązuję do twardego uchwytu do noszenia pontonu z przodu [uchwyt z drugiej strony jest zazwyczaj miękki [myślę o małych pontonach]. Widziałem osoby, które mocują kotwicę w połowie długości, ale w mocnym prądzie rzuca wtedy pontonem. Podczas przemieszczania, kotwica spoczywa na burcie. Koszt kotwicy, to średnio 100zł.

Musimy wziąć pod uwagę również konieczność posiadania kamizelki ratunkowej dla każdego na pokładzie, lub asekuracyjnej, która, przynajmniej w Małopolsce jest wystarczająca, tzn. policjanci z komisariatów wodnych uznają je za wystarczające zabezpieczenie. Tu pojawia się kolejny koszt – około 70-300zł w zależności jak dobry kapok chcemy kupić.

Kamizelka asekuracyjna lub profesjonalny kapok morski. Co kto woli…(fot. A.K.)

Nie pamiętam w tej chwili dokładnie, ale wg jakiegoś idiotycznego rozporządzenia, przy pontonach bodajże powyżej 3,3m wymagana jest gaśnica… Cóż dla własnego bezpieczeństwa warto być przezornym, ale to jest MOJE bezpieczeństwo. Czepiam się dlatego, że na pontonie im mniej rzeczy, tym lepiej, a o naszą wolność i bezpieczeństwo w każdej już dziedzinie życia, państwo troszczy się aż nadto i poza utrudnianiem wszystkim wszystkiego, niewiele z tego mamy.

Na koniec wspomnę tylko o silnikach. Każdy powinien sam wybrać w zależności, znów od tego gdzie, ile i jak ma zamiar pływać – silnik spalinowy, czy elektryczny. Zwolennicy spalinówek muszą pamiętać, że nie wszędzie wolno pływać z takim silnikiem. Z kolei argumentujący, że silnik elektryczny jest lżejszy i zajmuje mniej miejsca, powinni pamiętać o konieczności zabrania ze sobą akumulatora, który jest dodatkowym kosztem jak i ciężarem [średnio 30kg]… Trzeba wziąć pod uwagę, że jeśli decydujemy się na elektryczny, to  nawet do pontonu nr 1 powinno się dobrać moc przynajmniej 39lbs uciągu. Oferowane mniejsze silniki są trochę mułowate, przy takim pontonie. Pływadło nr 2 wymaga dużego silnika elektrycznego, lub lepiej spalinowego. Szczerze powiem, że na mniejszym pontonie pływam na …wiosłach. Po prostu tak wolę, choć wynika to z niewielkich odległości jakie na wodzie muszę pokonywać [do 3km w jedną stronę]. Pływanie na wiosłach jako głównym napędzie w pontonie nr 2, zajedzie nas na śmierć.

Dłuższy dystans na wiosłach pod wiatr, też może nas wykończyć nawet na mniejszym pontonie. (fot. A.K.)

Wspomnę tu o bezsprzecznych, dwóch zaletach pontonów, które biją na głowę łodzie:

– pontonem, szczególnie płaskodennym wpłyniemy dosłownie wszędzie, gdzie jest choć dwa centymetry wody

– ponton zwodujemy w prawie każdym miejscu

Szczerze zachęcam do zaopatrzenia się w tego typu ekwipunek. To nowe wrażenia, zupełnie inna perspektywa oglądania wodnego świata i DUŻO większe możliwości wędkarskie.

Szczupaków jak ten złowiłem ponad 40 od końca października do końca listopada zeszłego roku. Dla mnie to sporo, tym bardziej, że zawsze były przyłowem, bo polowałem na okonie. (fot. A.K.)

Oczywiście posiadanie pontonu, nie powoduje, że z miejsca łowimy więcej ryb. Natomiast otwiera przed nami bardzo szeroką gamę łowisk, często nietkniętych przez innego wędkarza, miejscówek prawdziwie dzikich, „nie obitych“ przez dziesiątki czy nawet setki kolegów z brzegu.

Do póki nie miałem pontonu, taki okoń był dla mnie mało realnym celem. (fot. A.K.)

Zupełnie na koniec nadmienię – jak pokazał czas-  trudno się obyć na pontonie bez echosondy, ale to już inny temat, nie mniej szeroki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *