Nieprzewidywalnie

Sezon ruszył.  Na szczęście także poza wodami pstrągowymi – w innym wypadku w naszych stronach wiałoby nudą. Spływają do mnie kolejne spostrzeżenia śmiałków, którzy zaryzykowali wypad nad około krakowskie tzw. wody pstrągowe. Niestety nie ma pozytywów. Wszyscy tylko pytają dlaczego jest, jak jest? Nie czuję się na siłach odpowiedzieć na te pytania, choć swój punkt widzenia mam, przynajmniej w wypadku rzek, które znam naprawdę dobrze. Te pytania powinny bombardować pocztę Zarządu Okręgu o ile ktoś tam to czyta…

Wody nizinne budzą się szybko do życia, choć o tej porze roku bywa dość skrajnie. Można trafić świetny jak na koniec zimy dzień, by dobę później na tym samym łowisku w teoretycznie lepszych warunkach pogodowych, dostać lekcję pokory.

Rewelacyjny koniec lutego miał Szymon – startował w lidze dwa lata temu. Jego przykład pokazuje, iż warto poszperać w nawet  wydawałoby się beznadziejnych wodach, byle na uboczu i niekoniecznie stereotypowym sprzętem. W niepozornej [2-3m szerokości] i w sumie bardzo krótkiej rzeczułce z wodą dosłownie po kostki, odnalazł, jak mówił – odcinek długości kilkudziesięciu metrów, ale z leniwym, metrowej głębokości nurtem. I co? W potoczku, w którym na ogół nic z łuskami nie widać, trafił na mini Eldorado z okoniami. Wyniki godne pozazdroszczenia i ilościowo, i jakościowo.

(fot. S.T.)

Jak na taką wodę to można mówić o okazach, bo wyraźny odsetek ryb, szczególnie w pierwszych dniach przekraczał 30cm. Potem egzemplarze tej wielkości stały się jakby ostrożniejsze, albo zaczęły się rozpływać na tarło, które już wkrótce. W każdym razie wierzę, że zabawa jest rewelacyjna, bo trafiają się dublety – Szymon łowi je na muchę.

(fot. S.T.)

Brały na małe nimfy. Ponieważ kolega ryby wypuszcza, ma już  teraz trzeci tydzień pewności, że pojedzie na ryby i te ryby będą, a z nimi emocje.

Rusza się powoli ten drapieżny w mniej oczywisty sposób  rybi sort. Zaczynają coraz lepiej żerować wzdręgi i płocie. Sam jeszcze nie uskuteczniałem w tym roku, tej chyba porównywalnej tylko z łowieniem na muchę, wykwintnej wręcz formy spinningu, ale od kolegów wiem, że mimo wczesnej pory już można próbować.

(fot. P.K.)

Trochę trudności z tym jest, gdyż przy relatywnie śnieżnej ale nieostrej zimie, pokrywa lodowa była bardzo krótko i niestety krótko trwający brak światła „nie wykończył” zielska, jak w zeszłym sezonie. Poza tym ważne by próbować przy bezwietrznej aurze. Ryby są mało mobilne, mało ekspansywne, siedzą w zielsku na dnie lub tuż nad nim, co powoduje, że podanie przynęty musi być bardzo precyzyjne. Wiatr to niestety bardzo często utrudnia. Mimo to pierwsze, nieprzypadkowe kolorowe półkilówki trafiają się.

Napawa to optymizmem przed pierwszą turą ligi, która odbędzie się już w najbliższą niedzielę. Będzie ciekawiej, jednak na bank bardziej wymagająco niż rok temu, gdy ryby były dosłownie wszędzie, na każdym poziomie głębokości  i bardzo aktywne. Ale wtedy łowiliśmy blisko dwa miesiące później.

Kalendarzowo tak naprawdę jest przedwiośnie. Jeśli ktoś się wybiera nad wodę płynącą, mniej istotne małą czy większą, choć w tych kameralnych jest łatwiej, moim zdaniem dla spinningisty sens mają tylko poniższe miejscówki:

– płaskie, łąkowe brzegi umożliwiające wlanie się podniesionej wody

– wszelkie zatoki, naturalne lub między ostrogami, najlepiej możliwie duże, ale niekoniecznie głębokie, najlepiej  z minimalnym nurtem, a jeszcze lepiej gdy odnajdziemy zastoisko

– ujścia nawet najmniejszych rzeczek, byle miały charakter dołka, bardzo na tle sąsiadującego nurtu, spowalniającego bieg rzeki

– ujścia większych rzek, ale zderzające się z rzeką „wiodącą” w taki sposób, iż mamy wrażenie że woda stoi na ostatnich setkach metrów i rzeczywiście uciąg musi być znikomy; dobrze gdy nie jest głęboko, bo inaczej bardzo ciężko poprowadzić leciutki wabiki, a nie oszukujmy się – zaraz po zimie kleń czy jaź [a one są najczęstszym teraz celem] nie podniesie ot tak sobie gumki na choćby i 5g; o tej porze roku te gatunki najchętniej w nurtowych odcinkach pobierają pokarm z dna, możliwie powoli po nim się przemieszczający [dlatego często dużo lepsze wyniki mają spławikowcy, łowiący na feeder itp.]

– spokojne kanałki, raczej malutkie z minimalnym uciągiem wody

– ujścia portów, starorzeczy, mokradeł powstałych po stopionym śniegu, ale, co ważne – ogrzanych już przez kilka dni z silnym słońcem [zimna woda śniegowa w dużej ilości ryby raczej odstraszy]

Po poprzedniej wyprawie nie mogłem sobie oczywiście odmówić powtórki. Cóż – któryś to już raz przekonałem się iż „dzień dziecka” nie jest zawsze, a jak nawet, to nie przez cały dzień…

Już piątkowy wieczór przeklinałem, gdyż cały tydzień, gdy człowiek uwiązany do telefonu zapiernicza od świtu do zmroku, było ciepło i słonecznie. Końcówka tygodnia to już nawet brak przymrozków w nocy. Myślałem, że, jak to się mówi – rozwalę system. Piątek wieczór – plus siedem. Miodzio. Tuż przed snem, już po północy rzucam jeszcze okiem i…stwierdzam, że jest minus 3 stopnie! Nawet nie nastawiałem budzika. Nad wodą byłem jeszcze później niż ostatnio. Na szczęście były już dwie kreski nad zero. Te plus minus sto kilosów w linii prostej i aura kompletnie inna od smutnej szarówki, gdzie mieszkam. Totalna lampa. Do tego wszystkie płaskie miejsca, gdzie woda może zalewać teren, gdy jest podniesiona, mają ten minus, że nie chroni ich żaden wysoki brzeg czy wał, to też dość silny wiatr z każdej strony, poza południową, dawał się okropnie we znaki . Na chwilkę zamilkł  koło 14.00 po czym bez przerwy naparzał tylko z północy.  Mimo ciepłych ciuchów było mi chłodno, a dłonie zgrabiały jak na mrozie. Tym bardziej, że było powściągliwie i początkowo emocji mało.

Zacząłem jak poprzednio: kijek do 5g, żyłka 0,12mm i Lunker City na 0,3g. Pierwsze branie dopiero po około 30 minutach. Opór niezły i ryba też nieobciachowa.  Branie w toni z gatunku tych całkiem potężnych dla sprzętu UL.

(fot. A.K.)

W międzyczasie obserwowałem trzy ewidentne ataki niewielkiego bolenia. Na kolejny kontakt czekałem następne pół godziny. Było to jedyne branie dnia z dna i którego nawet się nie domyśliłem. Gumka weszła w mini rynnę  tuż pod dość wysokim tu brzegiem i gdy chciałem ją unieść nad wodę, żyłka jakby przeszła po rybie i chaotyczny opór. Jak nic podcinka.  Trochę szarpaniny, wejście w jakiś zaczep, ale jest drugi kleń. Wabik cały w paszczy.

(fot. A.K.)

Powiem szczere – ja nie jestem jakoś szczególnie wybredny, a o tej porze roku nawet małe rybki sprawiają frajdę, toteż uznałem już taki rezultat za nienajgorszy. Tym bardziej, że czuło się iż dzień nie będzie łatwy. Niestety te przeczucia okazały się być prawdziwe. Od około 13.30 do paru minut po 16.00 byłem na zero. Nic, nawet dotknięcia.  Północny wiatr dawał się tak we znaki, że uznałem, iż nie ma to sensu. Gdy się zbierałem z kwaśną miną do odwrotu i poczuciu jednak niespełnienia, podmuchy ustały. Odczekałem kilka minut i spokój nadal panował. Zrobiło się momentalnie ciepło, gdyż mimo sporej ilości chmurek jakie przywiało wietrzysko, słońce nadal świeciło bardzo ostro. Świadomość komfortu technicznego, gdy nic nie będzie ciągnąć za cienką żyłeczkę, wracać zarzuconego wabika na twarz też swoje zrobiła.  Ale jeszcze nie zdążyłem pomyśleć o kontynuowaniu łowienia, gdy pojawił się jakieś 30m niżej mnie spory wodny krąg. Raczej spokojne pobicie, niż tylko niewinny spław.

Stanąłem w miejscu, gdzie rozchodziły się resztki kręgów na wodzie. Wyglądało to dobrze: woda ożyła – tu i ówdzie pojedyncze ale zdecydowane chlapnięcia, przy nogach jakaś płoteczka wyskoczyła na leżące w wodzie badyle i położyła się na nich bokiem, uciekając przed czymś większym, co tylko od spodu poszturchało słomiane teraz łodygi.

Przez godzinę zaliczyłem  11 brań i najlepsze to, że wszystkie udało mi się zaciąć. Taka skuteczność za często chyba nikomu się nie zdarza, ale też fakt, że ryby brały tak, iż tylko ostatnia ciapa by przegapiła pobicie. To faktycznie były piękne, jak na schyłek zimy i prawie stojącą wodę ataki. Pierwsze dwa złowiłem na malutką jaskółkę na 0,3g.

(fot. A.K.)

Nie mniej wydawało mi się iż ryby potrzebują silniejszego bodźca, mają ciąg na żarcie. Założyłem różowo – fioletowego Keitecha Easy Shiner  6cm na sporych haczykach i główkach 0,5g. To moim zdaniem najmniejsza sensowna gramatura, która pozwala wykorzystać atuty tych gumek. Miałem z tym problem bo nie udawało mi się nigdzie kupić takiego zestawienia [0,5g na relatywnie większym haczyku], ale nabyłem jakieś nieprzyzwoicie drogie główki 1g z czego mniej więcej połowa wagi to kołnierz, który delikatnie odciąłem kombinerkami. Sam się zastanawiam, czy większa przynęta, i jednak wyraźnie pracująca, nawet jeśli tylko od czasu do czasu podciągana, trafiła w gusta ryb, czy po prostu byłem we właściwym czasie i miejscu.  Było naprawdę świetnie.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Około 17.15 wszystko zamarło, a gumka nie poleciała przy kolejnym rzucie. Zamarzła przelotka… Nawet nie czułem, jak zrobiło się znów zimno.

Keitecha urwałem na jakimś zaczepie i z braku identycznego przy sobie [wszystko zostało w aucie kawał drogi od miejscówki], założyłem takiego samego, tylko mlecznego. W miejscu, gdzie odbijam od wody w dzikie łąki, wydawało mi się, iż jakaś ryba delikatnie zaburzyła powierzchnię. Rzuciłem ostatni raz i ku uśmiechowi na twarzy, znów z dobrym skutkiem.

(fot. A.K.)

Jeszcze tylko zdążyłem zauważyć, iż woda opadła w te kilka godzin z 30cm.

Dzieliłem się wrażeniami z kolegami przez tę niekrótką podróż powrotną.

Nie byłbym sobą, gdybym tu się nie pojawił w dniu następnym. Z jednej strony bardzo się tonowałem, z drugiej aura całkiem inna: o świcie plus 2 stopnie, na miejscu około 10.00 – już 9! Bez słońca. Wieje koszmarnie, ale z zachodu. Ciśnienie poszło minimalnie w górę, aczkolwiek nie znam tego łowiska na tyle, by wyrokować, jakie miało to znaczenie. Wydaje mi się, że bardziej poziom wody jest tu istotny.

Znów jest nas dwóch. Uzbrojeni w Keitechy fruniemy nad wodę.

Zderzenie z rzeczywistością było niełatwe. ZERO! Dopiero około 14.00 miałem dwa pewne skubnięcia nie do zacięcia. Kumpel trzy takie kontakty – widmo. Nie widziałem nawet jednego ataku. Delikatne spławy raczej ciężko byłoby dostrzec – fale.

Podobnie jak dzień wcześniej, wiatr ale tylko troszkę zmniejszył się po 16.00. Utrafiłem w jednym miejscu [sporo się nałaziliśmy tego dnia] jakieś małe zgromadzenie ryb. Osiem brań w może 30 rzutach. Zacinam cztery sztuki, ale to kleniowe przedszkole.  Do końca dnia mam jeszcze dwie rybki, największa koło 25cm. Tyle wycisnąłem z 13 pewnych kontaktów, czyli takiej samej ich ilości jak dzień wcześniej. Kolega traci fajną rybę łowiąc na trok boczny.  Wracamy z nosami na kwintę. Spotykamy po drodze jakichś dwóch spinningistów. Obaj bez kontaktu. Cóż – wolałbym zamienić dni i schodzić w niedzielę z uczuciem jakie miałem w sobotę. Trochę inaczej się wtedy zaczyna kolejny tydzień w pracy. Na pocieszenie pozostaje  świadomość, iż teraz już będzie coraz łatwiej.

10 myśli nt. „Nieprzewidywalnie

  1. Ja miałem w niedzielę krótki wypad z ul w miejsce gdzie za tydzień rozgrywacie pierwszą turę. Zero brań białorybu. Najpierw maleńki 30cm szczupak który przy samym brzegu spiął się z bezzadziorowego haczyka. W jakiś czas potem zaczep, który nagle ożywa i zgina lekki kijek w pałąk. Czuję 3 mocne szarpnięcia wędką, duży szczupak przewala się pod powierzchnią i przecina żyłkę. Leśne dziadki które obok łowiły na spławiki nawet nic nie zauważyły – wszystko odbyło się bezgłośnie i bez żadnej chlapaniny. Kiedy w przeszłości spinningowałem tam ze sprzętem typowo szczupakowym i większymi gumami to brały jedynie pistolety. Kiedy z kolei łowię na lekko polując na białoryb to zawsze przytrafi się taki klocek, gdzie na pajęczej nitce 0,12mm jestem bez szans. Już nie pierwszy raz przekonałem się o tym, że duży szczupak nawet jeśli intensywnie nie żeruje, nie pogardzi maleńkim kąskiem przepływającym mu koło nosa.

    • Ja również odwiedziłem dziś Bagry w poszukiwaniu płotek i wzdręg. Chciałem poznać wodę i metodę łowienia przed marcową turą ligi. Jakoś nigdy nie miałem po drodze na Bagry, a wygląda na to że ta woda ma potencjał. Łowiłem 4 godziny od 10 do 14, nie złowiłem żadnej z ryb na które polowałem. Urwałem przy trzcinach jedną dużą rybę, najprawdopodobniej pstrąga. Do tego wyholowałem dwa nieduże szczupaki, oba delikatnie zapięte, nie miałem żadnej obcinki. Łowiłem głównie na widelnicę od Fishchaser w stonowanych kolorach. Mimo słabych efektów jestem zadowolony. Pierwszy raz próbowałem złowić białoryb na spinning, nie liczyłem na wiele łowiąc nową dla mnie metodą i będąc pierwszy raz na tym zbiorniku. Poznałem kilka potencjalnych miejscówek – zatok. Martwi mnie trochę pogoda. Model GFS widzi na ten moment wiatr 5-10 m/s w porywach nawet do 15 m/s. Dziś wiało 5-8 m/s i mimo łowienia w miarę spokojnej zatoce kontrola lekkiego wabika była trudna. Mam nadzieję, że dane mi będzie w niedzielę złowić jakąś płoć lub wzdręgę.
      Pozdrawiam i do zobaczenia nad wodą.

      • Tak to całkiem przyjemna woda, choć bywam tam sporadycznie, 2-3 razy do roku, mimo że mam tam blisko. Wolę inne, dziksze miejsca P.S. Jeśli przywalił mocno to mógł być tęczak.

  2. Ryby o tej porze roku to trudny temat i jestem pod wrażeniem tych wyników. Okonie rewelacja . Odkryć takie miejsce to skarb. Nie wspomnę już o kleniach. Do tego wszystko w wodzie płynącej ! Pozostaje tylko podziwiać.
    To dobry kierunek , zamiast nękać zmęczone wody pstrągowe. Do tej pory jeżeli już próbowałem rozpocząć sezon, to na wodzie stojącej. Celem były okonie. Z rożnymi efektami ale to dobry czas na tę rybę.
    Oczywiście w tym okresie szczupaczki są plagą, więc może dobrze Kris że łowiłeś bez zadziora. Jak obetnie to jest szansa ze pozbędzie się przynęty.

  3. Powodzenia na lidze spiningowej Panowie i czekam z niecierpliwością na relacje. Szkoda tylko że wiatrem straszą bo łowiąc na UL to niezbyt optymistyczna wiadomość.

  4. Ten wasz ultralight dodarł już do Bielska-Białej. Spotykam wędkarzy nad Białką , którzy łowią bardzo cienko i łowią na microjigi i malutkie riperki, jak to widzę, nie wiem czy się śmiać czy płakać. Rozmawiam z nimi, patrze jak łowią, mówię na co najlepiej biorą pstrągi na Białej. Jeden nawet pochwalił się ,że był nad potokiem Jasienica i zaliczył ponad 40 niewymiarowych szczupaczków, dziwne ,że nie zaliczył żadnego okonia i klenia, a to dominujące gatunki na potoku Jasienica. Większość wędkarzy spotykających mnie nad rzeką Białą bierze mnie za strażnika PSR, choć z PSR nie mam nic wspólnego. Za to mam znajomości w SSR. A propo likwidacji blogu, to przypuszczam,że jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi głównie pieniądze. Na stronie WMH też chat umarł naturalną śmiercią, było co raz mniej komentarzy. Więc redakcja WMH zlikwidowała starą stronę i utworzyła nową, wypowiadać się można na FB i innych portalach społecznościowych.

  5. Doslzo do Bieslska i do Włoch , Francji i do Czech tez juz ponoc dotarło 🙂 !! Duzo osób przecież tak lowi juz od paru ładnych lat. Wędki typu Graphitleader , Major Craft, SaintCroix do 3 g są już od dawna w sklepach.
    Ty też ponoc łowisz na malutkie muszki. I co efekty masz ? Masz . To na spinning tez można tak cos złowić. Śmieszne nie śmieszne. Kazdy lowi swoją metodą. Ja też czasem lubię tak polowic. Fajne to jest. Kumpel dzis wrocil znad Wisły 4 klenie w tym 2 powyżej 50 cm wyciągnął na delikatnym sprzęcie. Niema co się unosić Quest. Wyluzuj bo na pewno dobry z Ciebie wędkarz tylko strasznie dokuczliwy.

  6. Cześć.
    Z UL mi nie specjalnie po drodze, więc się o nim nie wypowiadam.
    Ale z innej beczki. Piszesz: ” Kalendarzowo tak naprawdę jest przedwiośnie. Jeśli ktoś się wybiera nad wodę płynącą, mniej istotne małą czy większą, choć w tych kameralnych jest łatwiej, moim zdaniem dla spinningisty sens mają tylko poniższe miejscówki:…. ” i wymieniasz odcinki, których wspólną cechą jest stojąca, lub prawie stojąca woda. Może to i dobre miejsca dla UL i dłubania małych kleni, białorybu i przyławiania szczupaczków i sandaczyków. Duże ryby (różnych gatunków) nie stronią od nurtu. Nawet w środku mroźnej zimy. Ja wszelkie klatki generalnie z różnych powodów omijam. Jak chodzi o zimę z tego powodu, że dla mnie to miejsca albo małej ryby, albo częstego podpinania „za kapotę”.

    • No a mnie na wszystkich tegorocznych wypadach nie trafiła się ani jedna podcinka. Choć na ogół połowa czasu to szuranie po dnie/tuż nad nim. To trochę kwestia podejścia: jest opór – czekam. Po braniu tylko docinam; jak jest najechanie, ryba się po prostu odsuwa.
      Ani w tym ani w zeszłym roku póki co nie trafiłem ani okoni, ani sandaczy, czy innych ryb pod ochroną. Myślę, że ich nie ma w miejscach gdzie łowię. Poza kleniami w tym sezonie miałem słownie jednego jazia. Czy ryby są małe, to już kwestia względna. Dla mnie klenie 40+ to ryby średnie. Takich około 30cm faktycznie mam najwięcej. Miejscówki typowałem z perspektywy łowienia UL. Po prostu mocniejsze nurtowe fragmenty są na tę porę roku bez sensu, gdy łowi się przynętami do grama i nastawia na niekoniecznie okazy, co na liczbę kontaktów.

Pozostaw odpowiedź Paweł Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *