Ze względu na odległość, na nizinnej Rabie bywam prywatnie statystycznie 1-2 razy w roku. Jadąc na to łowisko w naszej Lidze nie nastawiam się na walkę o czołowe miejsca. Po prostu za słabo znam tę wodę, by konkurować z częścią chłopaków, dla których to jedno z głównych łowisk. Nie mniej doświadczenia ostatnich lat pokazują, że na goło nie wracam, więc celem jest zapunktowanie. Do tej pory zawsze udawało mi się tam zdobyć punkty okoniami. Na ogół skromne, ale jednak. W moim ostatnim tam, właśnie prywatnym wypadzie w grudniu 2024 połowiłem zaskakująco dobrze jak na dwie i pół godziny [byłem przejazdem]. Wynikiem były dwa niewielkie szczupaki oraz bodajże 23 okonie z czego na punkty cztery ryby [26 – 32cm].
Jak pokazują tury na tej wodzie, która pojawiła się w losowaniach w ostatnich latach, wyniki, mimo początkowego sceptycyzmu są tam jednak wyraźnie lepsze niż na większości wód okręgu PZW Kraków, gdzie – szczególnie w ostatnich dwóch latach punktuje bardzo niewielu z nas [statystycznie 4-5 osób]. Nie liczę kuriozalnych tur z tęczakami czy karpiami wpuszczonymi „dzień” wcześniej.
Mimo fatalnych prognoz i tym razem nizinna Raba, mimo, iż była gorzką pigułką dla wielu, nawet tych często ją odwiedzających, to jednak zapunktowało ośmiu startujących na dziewiętnastu obecnych. Dwa wyniki były po prostu jak z pierwszych lat naszej zabawy w Ligę – piękne. I choć wielu ryb nie złowiono to finalnie na nasze wyśrubowane punkty trafiło się siedemnaście zdobyczy:
– trzynaście kleni w tym cztery pięćdziesiątki
– dwa spore leszcze [oczywiście po ewidentnych braniach a nie za „bety”]
– świnka
– okoń
Odniosłem wrażenie iż najwyżej złowioną, punktowaną rybą był okoń Kenese i kleń Pawła. Wszystkie pozostałe ryby na punkty złowiono w dole odcinka.
Trudność tego dnia wynikała z kilku czynników:
– okoń praktycznie nie istniał i nastawienie się na ten gatunek [co było dla mnie priorytetem ze względu na znajomość miejsc, gdzie na bank są] było pomysłem chybionym
– świnki żerowały wg mojej obserwacji głównie…z powierzchni [potwierdziło to kilku innych uczestników]
– ryby niestety są rozłożone „wyspowo” – łatwiej na nie trafić niż na W3, bo aż takiej martwoty nie ma, nie mniej przejście w tych gąszczach z miejsca na miejsce odległe o np. 100m to często kilka długich minut, a czasem i więcej; można więc trafiać w miejsca ładne i obiecujące, ale puste i stracić masę czasu na szukanie, jeśli nie mamy wystawionych odcinków albo sami nic wcześniej nie namierzyliśmy o ile był czas na taki zwiad
– ostatnie dwie godziny to łowienie w rzęsistym deszczu i przynajmniej u mnie już nie było nawet widać żadnych ryb
Z obecnej perspektywy uważam, iż sporym, ale w sumie jedynym błędem było w moim wykonaniu łowienie zbyt delikatnym kijem i plecionką, a nie trochę mocniejszym zestawem z żyłką. To spowodowało, iż zaledwie kilka razy rzuciłem woblerem, a wirówki nawet nie użyłem… Miałem też pecha, gdyż straciłem co najmniej dwie ryby na punkty, które widziałem, oraz trzecią, która z dużym prawdopodobieństwem też by dorzuciła trochę punktów. Tej ostatniej nie widziałem. Oczywiście nie ułatwia fakt, że w tym sezonie łazimy z Kenese razem, bo jest skazany na mój transport, no i raczej sobie tym nie pomagamy…
Zjeżdżaliśmy się już od piątej rano. W sumie było nas dziewiętnastu startujących tego dnia. Zgodnie z prognozami było mglisto, sennie i chmurnie. Poszczególne prognozy różniły się wyłącznie porą, gdy zacznie lać. Jedne wskazywały już na około 9.00, inne – i te się sprawdziły – na godziny bliższe porze około południowej. Ciśnienie spadło przez noc prawie 10 hPa i moim zdaniem wciąż było „okoniowe”, nie mniej jednak ten spadek chyba zaważył. Cyrkulacja wschodnia, choć wiatr ledwo odczuwalny.
Raba moim zdaniem niska, czysta i nawet nie aż tak zimna.
6.00 – start. Pewnie większość już na swoich odcinkach. Zajmujemy z Kenese wybrane miejsca – trzeba przyznać, że łowimy w ewidentnych pigalakach, bo zdeptane mocno. Pierwsze rzuty, pierwsze minuty, kwadrans i drugi – cisza. Emocje powoli odchodzą. Już wiadomo, że z okoniem będzie dziś słabo.
Tymczasem Robert wrzuca na grupę zdjęcie. Ma wyraźnie punktującego klenia.

U nas na wodzie mizerne, a i coraz rzadsze spławy zdradzające być może rybę na punkty.
Na forum Tommy robi zdawkowy wpis „wygrał”. Zdjęcia nie ma. Potem się okazuje, że chodzi o Pawła.

Około 6.30 mam bardzo energiczne branie. Jest dziwne jak na okonia: w środku koryta, w głównym uciągu i w pół wody, wyraźne, silne. Po zacięciu ryba stawia też znaczący opór jak na typowego okonia, a zachowuje się jak okoń. Bez dwóch zdań. Niestety spada po kilku sekundach. Jeśli okoń to coś koło 30cm na bank… Trochę szkoda, bo widać, że cudów dziś nie zwojuję z tym gatunkiem, ale zdarzenie dodaje otuchy. Na drugim brzegu Kenese wisi już ekwilibrystycznie na stromym brzegu, próbując podawać gumę wzdłuż opaski pod nachylonym wielkim drzewem. Na razie bez efektu.
Schodzę słownie z 30m niżej. Zajmuje mi to za pierwszym razem chyba z pięć minut. Jestem normalnie zgrzany mimo iż jest 17 stopni. Upału więc nie ma. Przez gałęzie widzę jak z 20m niżej robi się delikatny ale obiecujący ślad na wodzie. Kilkanaście rzutów w dół, w środek, długie czekanie aż zniesie przynętę pod brzeg i ryzykowne prowadzenie przynęty pod gałęziami na ostatnich metrach. Nie ma reakcji na wolne prowadzenie. Jedno fajne dotknięcie gumki – powiedziałbym, że to nie było małe, ale tylko taki test dokonany przez jakąś rybę. Nie było co zaciąć. Zakładam malutki 3cm ripperek. Znów rzut w dół, odczekanie aż zniesie przynętę pod brzeg. Tym razem ciut żywsze kręcenie kołowrotkiem. Mocne pobicie tuż przed wiszącymi gałęziami, ale widzę wyskakującego jak pstrąg klenia. Niewielki – max 35cm, ale na pewno 30+. Co z tego – spada. Oglądam przynętę i nie wierzę. 30mm, a w ataku haczyk przebił króciutki przegub [jakby trzon ogonowy gumki] oraz sam ogon. Nie dziwne, że spadł. Znów rozczarowująco, ale to dopiero godzina łowienia. Katuję miejsce chyba kolejne pół godziny. Ale nic.
Inni łowią jednak bardziej skutecznie. Tuż przed 7.00 i zaraz po tej godzinie, kolejne punktowane zdobycze. Najpierw Piotrek wyraźnie punktuje…

…a Potem Robert zgłasza drugiego klenia a jest to już ryba z tej wysokiej półki.

Kolega twierdzi, że ryby w gazie, że ma kontakty i że nawet coś go potargało!
Tymczasem Kenese, jak potem opowiadał, zacina jedno z kilku domniemanych brań. Okazuje się że okoń nie jest typowym maluchem. Ma te minimalne do punktacji 25cm. Zazdroszczę…

Około 8.00 idę z 400m wyżej. Dalej od wody jest ścieżka, ale ostatnie 15m to szok, żeby zobaczyć lustro wody. Zakręt z mielizną od mojej strony i głęboką rynną z leniwym uciągiem, przechodzącą w bardzo głęboką płań od brzegu, do brzegu. Jakieś szarpnięcia mikro kleni. Widzę defilujące mi pod nogami, pół metra pod powierzchnią bolenie. Jeden już potężny, bez wątpienia daję pod 75cm. Drugi typowy, koło 60cm. Tylko jeden z nich w końcu atakuje drobnicę. W miejscu gdzie rynna przechodzi w płąń jest plama stojącej wody. Z 2,5 – 3m głębokości. Pływają tam tysiące 2-3cm rybek. Przepływa kleń około 40cm. Jedyny jakiego tu zobaczę przez około godzinę. Namierzam na początku płani leszcze. Jest ich kilkanaście. Godne. Co z tego, jak nie umiem ich skłonić do brania. Na nic. Rozważam iść do auta po imitację aromatyzowanych grubych ochotek i odpowiednie główki z małymi hakami. Kalkuluję odległość i czas…Może gdybym się zdecydował.
Zrezygnowany idę wodą około 200m w górę. Potem trzeba znów na brzeg. Kolejne 150m to chyba z 20 minut marszu, bo chciałem skrócić drogę i zszedłem z ledwo widocznej ścieżynki. Śmiałem się z siebie, ale się zgubiłem. Powaga. Nagle wyszedłem przed jakąś stodołą 😊
Między 8.00 a 9.00 zgłoszone są kolejne ryby:
– trzecią rybę na punkty ma Robert

– do rywalizacji wchodzi Marcin

– ponownie Piotrek daje znać o sobie i prezentuję kolejnego grubego klenia

Na razie w wykonaniu dwóch kolegów jest nokaut reszty ekipy.
No, ale ja w końcu po chwilowym zatraceniu się w gąszczach, odnajduję właściwy kierunek i jestem na planowanym miejscu. Fajny lekko żwirowy przelew, bardzo płytki, przechodzący w rozlewisko. Bardzo głęboko. Dochodząc na miejsce, jeszcze z wysoka widzę kilkanaście, może dwadzieścia sporych ryb. Takie 40-45cm. Coś zbierają z powierzchni. Świnki… Uciekają zespołowo do dna. Nie widzę ich kilka minut. W tym czasie mam kilka brań około 20cm klonków, odprowadzenie pod nogi przynęty przez sporego klenia. Dałbym 45cm. Widzę przepływającego naprawdę wielkiego. To był czwarty i ostatni kleń na punkty, jakiego widziałem tego dnia. Świnki znów wracają do powierzchni. Kombinuję, ale ponownie znikają. Chyba kolejną godzinę czochram dno gumkami. Bez brań, nawet bez podcinki.

Kenese też zmienia miejscówkę, choć się nie widzimy. Wypatrzył ewidentny atak drapieżnika. Ocenił, że boleń. Podał trochę większą gumę. Branie natychmiastowe, pod powierzchnią błyska punktowany szczupak [tu wymiar wynosi 50cm]. Spina się…
Tuż przed samym deszczem, około 10.00 niektórzy są bardzo skuteczni. A w zasadzie ci sami, którzy od rana zdobyli punkty. Drugą swoją rybę doławia Marcin.

A potem nie kto inny jak Robert zgłasza dwie kolejne zdobycze.


Piotrek nie odpuszcza i też zgłasza dwa kolejne klenie w tym jednego smoka.


W zasadzie nie ma chyba złudzeń kto wygrał tę turę. Pytanie tylko kto będzie pierwszy. Pozostali, jeśli w ogóle, to rywalizują o ostatnie miejsce na podium. Wygląda też na to, iż tura ta będzie podobna do prawie wszystkich w tym roku. Tylko cztery osoby z punktami…
Zaczyna już kropić. Wracam na pierwsze miejsce. Jestem uchodzony jak bawół w ryżowisku. Leje, a jest mi gorąco. Nastrój smętny. Kuźwa – wciąż zero… Dochodzi południe. Została może nieznacznie więcej niż godzina. Rzucam trochę automatycznie, możliwe daleko w nurt i pozwalam się przynęcie po prostu toczyć. 5cm gumka na 0,3g muska ilaste dno. Rzut, rzut, rzut. Ile ich już było… Nagle, jak tylko gumka pierwszy raz musnęła dno, z 15m przede mną czuję ewidentny kontakt z rybą. Jak mikro okonki nieraz próbują tak mamlać wabik. Odruchowo zacinam. Oczywiście nic. Czekam aż wabik opadnie po szarpnięciu kijem, a tu łup! „Łup” oczywiście jak na kijek, którego szczytówkę da się zawiązać w supeł.
Ryba odskakuje jeszcze dalej w kierunku przeciwnego brzegu, ale jakby sam uciąg wyrzuca ją pod powierzchnię. W końcu! Okoń ma na bank 25+. Cudów nie ma. Delikatnie go holuję, jeszcze raz mocno schodzi pod prąd w kierunku dna, ale znów jest na powierzchni…i spada. Bez komentarza.
A potem nie mam już nic do dodania. Zanim się na dobre rozpadało wyjąłem klonka któremu niewiele brakło, drugiego maluszka i tyle. Jak się rozpadało na całego to do końca w ostatnie około 90 minut nic nie zakłóciło medytacji z wędką. Niestety.
Kenese za to zaliczył, jak powiedział „puknięcie” w wobler. Jak ostrożnego, raczej mniejszego klenia, po czym okazało się, że woblera brak. Obcinka…
Mimo deszczu grupa osób, które zdobyły punkty wyraźnie się jednak powiększyła.
Już przy deszczyku Tommy zaliczył mocne branie i zdumiony, jak mówił, poczuł spory ciężar. Zanosiło się na coś pokaźnego. Zdobyczą okazał się ponad półmetrowy leszcz.

Wyraźnie po 11.00 na upatrzonego Michałowi udaje się skusić jedną z obserwowanych świnek.

Około południa Robert przesądza, że to on będzie mieć pierwsze miejsce. Ma kolejną rybę na punkty.

Ostatnim skutecznym wędkarzem a zarazem zdobywcą trzeciego miejsca okazuje się Karol. Na pół godziny przed końcem rywalizacji jego wirówkę zaatakował pokaźny leszcz, nieznacznie większy niż złowiony godzinę wcześniej.

Wyniki
Nieobecni – Bronek, Bartek, Maciek Drugi, Grzesiek – po 19,5 pkt oraz nieobecni więcej niż trzeci raz – Damian, Wojtek, Rafał, Jan, Mikołaj, Miszel, Mateusz Drugi – po 20,5 pkt
Zerujący – Maciek, Łukasz, Krzysiek, Jacek, Tomek, Zygmunt, Piotrek Drugi, Szymon, Jędrzej, Mateo i Adam – po 19,5 pkt
I miejsce – Robert – 1 pkt [klenie 30, 32, 37, 38, 41 i 50cm – 714 małych punktów]
II miejsce – Piotrek – 2 pkt [klenie 30, 39, 50 i 53cm – 696 małych punktów]
III miejsce – Karol – 3 pkt [leszcz 55cm – 306 małych punktów]
IV miejsce – Tommy – 4 pkt [leszcz 52cm – 273 małe punkty]
V miejsce – Paweł – 5 pkt [kleń 50cm – 251 małych punktów]
VI miejsce – Marcin – 6 pkt [klenie 31 i 34cm – 117 małych punktów]
VII miejsce – Michał – 7 pkt [świnka 34cm – 75 małych punktów]
VIII miejsce – Kenese – 8 pkt [okoń 25cm – 26 małych punktów]
Jak zwykle najbardziej skłonni do jakichś refleksji po turze, byli ci, którzy złowili coś na punkty. Ja sam bardzo chętnie czytam te nawet bardzo zdawkowe relacje, bo mogę porównać, co zrobiłem nie tak, ewentualnie czasem mogę się rozgrzeszyć, że po prostu brakło szczęścia.
Robert: Całą turę spędziłem na jednym odcinku, niektóre lepsze jego fragmenty obławiałem dwukrotnie. Miejsce jakie wybrałem to przeplatanka szybszych żwirowych bystrzy z głębokimi spowolnieniami o mulistym dnie, usianymi zatopionymi drzewami. Nie trenowałem przed turą, liczyłem że dość ciepłe dni utrzymają rybę tam gdzie widziałem ją trzy tygodnie wcześniej, podczas zawodów Drapieżnik Raby. Mimo kiepskich prognoz na kilka dni przed turą, w dzień rywalizacji warunki pogodowe nie były najgorsze. Prawie bezwietrznie, opady dopiero w dwóch ostatnich godzinach tury. Woda w Rabie była niska, co pomagało w brodzeniu na tym trudnym odcinku, prawie obyło się bez wychodzenia na brzeg i przedzierania przez chaszcze. W miejscu gdzie wylądowałem klenie były aktywne już od samego świtu, dominowały ryby 20-30 cm, których miałem kilka już w pierwszym kwadransie. Dość szybko urwałem dużą rybę po dynamicznym braniu na złotą obrotówkę. Do końca nie wiem co się stało, chyba hamulec zastrajkował i żyłka 0,14mm strzeliła z głośnym trzaskiem. Podejrzewam sporego bolenia. Jako że nie miałem w pudełku więcej łownych obrotówek w odpowiednim rozmiarze, założyłem tonącego Salmo Tiny w kolorze YT. Ta przynęta dała mi pierwszego punktowanego klenia, 41 centymetrów. Konsekwentnie łowiłem Tiny praktycznie przez całą turę, z krótkimi epizodami spławiania smużaka pod nawisy drzew, co i tak dało tylko krótkie ryby. Łącznie trafiłem 6 punktowanych kleni, z czego największy miał 50 centymetrów. Ryba wychodziła mi za woblerem kilka razy, skubiąc go lekko. Dopiero za trzecim lub czwartym podejściem kleń zdecydował się na właściwy atak i połknął całą przynętę. Dość nietypowo, bo zazwyczaj na Rabie duże klenie rzadko powtarzają kontakt z woblerem. Możliwe też, że stało tam kilka podobnej wielkości ryb. Wynik satysfakcjonujący, szczególnie że udało się o włos wyprzedzić Piotrka, któremu gratuluję selektywnego łowienia grubych kleni. Oby kolejna tura na Rabie przywitała nas jeszcze we względnie letnich warunkach.
Karol: Jak zwykle przed kolejnymi ligowymi zmaganiami nie mogłem się doczekać zbiórki przed łowieniem. To jest w całej naszej lidze najlepsze. Spotkać się, pośmiać i pogadać z ligową ekipa. A zaraz potem nad wodę. Z tego powodu, że zaczęliśmy o 6.00 rano i dopiero robiło się widno, wybrałem miejscówkę z łatwym dostępem do wody. Tam spędziłem około 40 minut. W tym czasie doczekałem się jednego, mocnego uderzenia w przynętę. Podejrzewam pstrąga. Nie wciął się. Trudno, zdarza się. Pojechałem w inne miejsce. Już było jasno, więc na spokojnie mogłem przedzierać się przez chaszcze i szukać ryb. Na wodzie jak na razie była cisza, nie widać było oznak żerowania. W którymś z kolei rzucie, trafiłem kleniowi 30cm+ praktycznie pod pysk. Zaciął się prawdopodobnie na zewnątrz paszczy i po kilku sekundach holu spadł. Złość była przeogromna, tym bardziej, że mogła być to jedyna ryba dnia. Po tym miałem ochotę zawinąć się do domu. Ale zostałem. Poszedłem w jeszcze większe krzaczory i skarpy. Tam próbowałem szczęścia. Przy którymś rzucie, na środku rzeki w toni mam branie na obrotówkę. Po za zacięciu czuję duży ciężar. Udaje się podnieść lekko rybę do powierzchni. Błysnęło złotym kolorem. Pierwsza myśl – ogromny jaź. Ale zaraz okazało się że to nie jaź, ale wielki leszcz. Stoję w środku skarpy, mam może 2 metry wolnej przestrzeni między krzakami, a ryba jedzie w patyki. Najsprawniej jak mogę schodzę skarpą w stronę wody. Pelno mułu, stromo, ale do stracenia duża ryba. W pewnym momencie ryba wchodzi w patyki i widzę że żyłka trochę straciła napięcie. Szybko ściągam ją z patyków i ta znowu się napina. Ryba dalej jest. Stojąc już w wodzie, odciągam rybę od zaczepów i bardzo spokojnie holuję. Leszcz jest naprawdę spory. Kosz podbieraka ma bodajże 50 albo 55 cm długości. Ryba ledwo w wchodzi przez obręcz. Ufff, emocje trochę opadły. Teraz tylko wspinaczka na skarpę. Ciężko mi zmierzyć rybę. Nie ma praktycznie kawałka płaskiego terenu , żeby położyć go na miarce. Ale udało się. 55 cm z lekkim zapasem. Mój rekordowy leszcz. Wypuszczam go i potem łowię już na totalnym luzie. Łowiłem mniej więcej do 11.30. Wtedy zaczął mocno padać deszcz. Do tego czasu złowiłem jeszcze klenika ok 25 cm (30-tu nie miał na pewno, więc nie mierzyłem) i zaraz po braniu spadł mi mały okonek. Z samego rana nie widziałem w ogóle aktywności ryb. Dopiero w połowie tury było widać jakąkolwiek aktywność pojedynczych ryb. Namierzyłem stadko małych kleni, raczej bez punktów i bolenia 60-taka, który sobie pływał i miał wszystkie przynęty mu serwowane w głębokim poważaniu. Gratulacje dla wszystkich punktujących. Robert i Piotrek poza zasięgiem wszystkich. Mimo trudów, ogromnie cieszy mnie wynik na tej turze. Bo daje mi drugie podium w tym roku na naszych ligowych zmaganiach.
Marcin: Turę rozpocząłem na dolnym odcinku rzeki. Już w drugim rzucie wyjąłem na obrotówkę niewielkiego klenia, co potraktowałem jako dobrą wróżbę, biorąc pod uwagę zeszłoroczną jesienną edycję na R5, kiedy to przez siedem godzin nie zaliczyłem nawet jednego kontaktu. Na dolnym odcinku spędziłem około czterech godzin, a zdobyczą były dwa klenie w rozmiarze 31 cm i 34 cm. Obydwa wzięły na dość głębokiej i spokojnej wodzie, a przynętą był czarny wobler Dorado Alaska. Około 10:00 przeniosłem się na wyższy odcinek z jeszcze głębszą wodą. Tam z kolei widziałem dwa klenie, mniejszy z nich mógł mieć jakieś 40 cm, większego oceniłem na jakieś 45-50 cm. Przez chwilę przewinął się również boleń. Na tym miejscu zostałem aż do końca. Jedyna reakcja jakiej się doczekałem to odprowadzenia brązowego kleniowego Sieka. Większe woblery, jak również wszelkiego rodzaju przynęty gumowe nie wzbudziły w rybach żadnego zaciekawienia. Około 11:30-12:00 zaczęło padać i ryby gdzieś zniknęły i nie pojawiły się aż do końca naszych zmagań.
Kenese: Na tury na Rabie nizinnej liczyłem od dawna bo to tam w zeszłym roku udało mi się coś połowić. Zacząłem od miejsca które w zeszłym roku dało ryby. Miałem tam chyba jakieś kontakty ale tak delikatne, że nie jestem do końca pewien czy to były brania. Po niecałej półtorej godzinie zmieniłem miejsce. Tam w końcu było wyraźne puknięcie. Rzuciłem znów tak samo i ryba powtórzyła – okonek na 25cm. Wziął na pięciocentymetrową jaskółkę. W następnym miejscu widziałem atak szczupaka. Podrzuciłem mu małego Canibala i uderzył ale delikatnie i go nie wciąłem. W kolejnych miejscówkach miałem kilka puknięć małych kleników i jedną obcinkę. Od momentu gdy zaczęło padać nie miałem już żadnego kontaktu. Ryba ewidentnie była tam gdzie łowiłem bo widziałem trochę spławów fajnych rybek, ale albo słabo żerowały albo po prostu nie potrafiłem ich złowić.
Piotrek: Na turę wytypowałem dwie miejscówki,. Jedną jako kontynuację odcinka który robiłem podczas zeszłorocznej tury, mając tam tylko branie szczupaka i zero kontaktu, nawet wzrokowego z jakimikolwiek rybami, i drugą, odcinek z szybką jak i wolną wodą. Nie wiedziałem od czego zacząć, jednak postanowiłem kontynuować zeszłoroczne eksploracje. Po przedarciu się przez gąszcz, przez pierwsze sto metrów bez kontaktu. Dopiero po kilku zmianach przynęt, małą gumeczkę z mikro wolniaka zgarnia, jak się okazuje, pierwszy kleń. Podbieram go na leżąco, w oknie z krzaków 2m nad wodą, na wędce wygiętej po rękojeść. Ekwilibrystyka. 39cm, jest nieźle. Znajduje drzewo zwalone przy brzegu, postanawiam obłowić go szczurem. Przynęta w pierwszych trzech rzutach wylatuje pół metra nad wodę po niedokończonych atakach kleni. Bez brania, tylko nawrót w ostatniej chwili przed przynętą. Przerzucam pół pudełka, ryby jednak już zbyt ostrożne. Po kolejnych kilkuset metrach bez dotknięcia dochodzę do małego wolniaka. Łowię już tylko na gumki, jednak takiego brania się nie spodziewam, mimo że widziałem tego klenia przepływającego mi niespiesznie pod nogami. Mega bomba na środku rzeki, kilka szarpnięć, podbierak, 50cm. Jest świetnie. Nie zmieniam już przynęty. Na kolejnej tego typu miejscówce doławiam jeszcze 30cm stykacza, i kilkadziesiąt metrów dalej pod drugim brzegiem mam mega uderzenie, widzę wielki pysk wypływający w moją stronę. Ryba wygląda na 60-tkę, ma ogromny łeb i brzuch, wjeżdża do podbieraka, próbuje ją złapać za kark i niemal nie da się! Jest ogromny! Kładę klenia na macie i… ma tylko 53cm. Nigdy nie widziałem tak upasionego klenia w tym rozmiarze. Uwalniam rybę, chce kończyć ale podjeżdżam jeszcze na drugą miejscówkę celem rozpoznania. Nic się tam jednak nie dzieje, cieszę się z dobrego wyboru, zaczyna padać deszcz, więc kończę turę niemal 2h przed końcem. Jestem wyłowiony do bólu, ale jeszcze tu wrócę!
W klasyfikacji generalnej nastąpił nieprawdopodobny ścisk. I dotyczy to pierwszej piątki, jak i de facto kolejnych miejsc. Ja i Mateo wylecieliśmy z pierwszej dziesiątki, co w obecnej sytuacji i turach jakie jeszcze przed nami zupełnie nie przekreśla szans na podium. Jacek utrzymał prowadzenie, nie mniej dzieli go od kolejnych osób już bardzo mały dystans punktowy. Wyraźnie awansował Karol, Marcin i Piotrek. Sytuacja w tym roku jest o tyle nietypowa, że teoretycznie nawet na zajęcie pierwszego miejsca szansę wciąż ma KAŻDY, kto do tej pory zapunktował! Oczywiście ta „teoretyczność” ma swoje ograniczenia, gdyż jest mało prawdopodobne, że ktokolwiek, a tym bardziej ktoś z niskich pozycji wygra trzy ostatnie tury, nie mniej przy tym, co się w tym sezonie dzieje, to szanse na to, że czołowi obecnie zawodnicy mogą nie zdobyć już punktów, wydarzyć się już może. Wciąż twierdzę, że o ostatecznych wynikach zadecydują tury w listopadzie i grudniu, ponieważ ich wyniki będą raczej niezwykle przypadkowe.
Klasyfikacja generalna
I miejsce – Jacek – 66,5 pkt [689 małych punktów]
II miejsce – Piotrek – 70 pkt [1512 małych punktów]
III miejsce – Tommy – 71,5 pkt [881 małych punktów]
IV miejsce – Michał – 74 pkt [534 małe punkty]
V miejsce – Jędrzej – 80,5 pkt [775 małych punktów]
VI miejsce – Paweł – 85 pkt [549 małych punktów]
VII miejsce – Maciek – 89,5 pkt [239 małych punktów]
VIII miejsce – Zygmunt – 93,5 pkt [186 małych punktów]
IX miejsce – Robert – 96 pkt [1106 małych punktów]
X miejsce – Karol – 99,5 pkt [535 małych punktów]
XI miejsce – Mateo – 101 pkt [186 małych punktów]
XII miejsce ex aequo – Adam i Marcin – po 104 pkt [Adam 248 małych punktów, Marcin 215]
XIV miejsce – Kenese – 105 pkt [207 małych punktów]
XV miejsce – Krzysiek – 111,5 pkt [267 małych punktów]
XVI miejsce – Bartek – 114 pkt [234 małe punkty]
XVII miejsce – Bronek – 115,5 pkt [205 małych punktów]
XVIII miejsce – Grzesiek – 116,5 pkt [108 małych punktów]
XIX miejsce – Tomek – 120,5 pkt [64 małe punkty]
XX miejsce – Maciek Drugi – 123 pkt [42 małe punkty]
O ostatnich lokatach decydowała frekwencja w skali dotychczasowych tur.
XXI miejsce – Piotrek Drugi – 131,5 [nie zgłosił ryby do punktacji ale najlepsza frekwencja]
XXII miejsce ex aequo – Miszel, Mateusz Drugi i Szymon – po 132,5 pkt [nie zgłosili ryby do punktacji]
XXV miejsce ex aequo – Mikołaj i Jan – po 133,5 pkt [nie zgłosili ryby do punktacji]
XXVII miejsce – Łukasz – 134,5 pkt [nie zgłosili ryby do punktacji]
XXVIII miejsce ex aequo – Wojtek, Damian i Rafał – po 135,5 pkt [nie zgłosili ryby na punkty, ale mają najsłabszą frekwencję]





