Cejlon

Wyspa rzek, gadów i ryb…

Na przełomie stycznia i lutego miałem możliwość przebywać kilkanaście dni na Cejlonie – kraju noszącego oficjalną nazwę Sri Lanka. Czułem się świetnie a zarazem jak na innej planecie. Ponieważ należę do turystów mających tendencję do „chodzenia po krzakach”, z całego pobytu mógłbym napisać pewnie małą książkę. W tym tekście skoncentruję się więc wyłącznie na krótkim szkicu teatru „działań operacyjnych” oraz wybranych fragmentów z dziennika, który prowadziłem.

Kraj i  ludzie.

Sri Lanka jest wyspą o powierzchni około 1/5 powierzchni Polski i ma połowę ludności naszego kraju. W związku z tym jest raczej tłoczno, tym bardziej, że większość mieszka na wybrzeżu. Dominującą grupą są Syngalezi, około 18% stanowią Tamilowie. Jest to rejon nieco zapomniany i pomijany, ze względu na do niedawna toczącą się wojnę między powyższymi narodami. Obecnie panuje rozejm. Margines społeczeństwa stanowią Arabowie i potomkowie Europejczyków [głównie Portugalczyków, Holendrów i Anglików]. Językiem urzędowym jest syngaleski, należący do języków indoeuropejskich, co przejawia się w podobieństwie niektórych zwrotów. Zawodowy językoznawca miałby większe pole do popisu ale np. mage nama to angielskie my name, „nasza” wiedza to weda, watara to angielskie water, weva to jezioro – a po angielsku fala to wave [czyli też z wodą związane]. Więc pokrewieństwo jest widoczne. Tak, czy siak dogadać się nie da rady – ich mowa, zwłaszcza szybka kojarzyła mi się z gulgotaniem indyków. Powszechna, choć bardzo powierzchowna jest znajomość angielskiego. Jak każde państwo, które miało w przeszłości romans z socjalizmem, Sri Lanka jak na tak biedny kraj ma nie najgorszy system oświaty i nauka angielskiego jest weń wpisana. System kast jest stosunkowo mniej odczuwalny niż w Indiach. Ludzie są bardzo ciekawscy, mając równocześnie spory respekt w stosunku do białych. Namolność handlarzy jest bez przesady 100 razy większa niż Arabów. Kontakt z nimi to dość ekstremalne przeżycie, ale mnie się podobało. Ludzie mający możliwość dorobienia przy hotelach, są bardzo życzliwi ale liczą, że coś na tym zyskają. Ja czułem się dziwnie gdy mówiono do mnie „ser”. Prości, dorośli ludzie, na ogół bardzo biedni, są szczerzy i zazwyczaj bezinteresowni. Gdy poszedłem do innego sklepu niż żona i nie mogliśmy się odnaleźć, zobaczyłem nagle małe zbiegowisko. Każdy chciał Agnieszce pomóc, mimo, że połowa nie wiedziała o co chodzi, a druga nie miała pojęcia, gdzie mogłem iść… Z rzadka, młodzi Lankijczycy próbują czasami coś podkradać. Z innych tematów, być może mających znaczenie w naszym kraju, zauważę, że mają kosmicznie słabe głowy i jedno piwo [fakt, że w butelce 0,7l] wprawia w niezłą fazę trzech facetów, a butelka lokalnego araku ich miażdży. Ze względu na dietę i tryb życia sporadycznie zdarzają się zawały serca czy nowotwory. Sport narodowy to krykiet – były akurat mistrzostwa świata. Grają w to wszędzie, jak w Brazylii w piłkę.

Religia.

To istny koktajl buddyzmu, hinduizmu, islamu, chrześcijaństwa, a wszystko okraszone prastarymi wierzeniami Weddów – najstarszej części ludności Cejlonu, obecnie zanikającej.

Statystycznie wygląda to tak: buddyści to około 70% [Syngalezi], hinduiści – około 18% [głównie Tamilowie],  jakieś 8% to muzułmanie [niekoniecznie tylko Arabowie] i parę procent chrześcijan [wszystkie nacje]. Widziałem kościoły katolickie i protestanckie. Rzeczywistość jest taka: lankijscy chrześcijanie Buddę uznają za jednego ze świętych, dlatego zdarza się widzieć [nie było mi dane] Buddę w aureoli. Hinduiści uznają Buddę za jedno z wcieleń boga Wisznu, muzułmanie, jak zresztą wszędzie na świecie uznają Chrystusa za jednego z proroków, a tutejsi buddyści wpisują w cały system swojej filozofii, przynajmniej cześć duchów i demonów z hinduizmu. Generalnie są tolerancyjni, tak dla strojów jak i zachowań, byle nie przesadzać. Co do buddyzmu [ dominuje Theravada – taki odłam, mówiąc w uproszczeniu; jak protestantyzm w chrześcijaństwie], to można tam odrzeć ze złudzeń swoje wyobrażenie o pokojowym obliczu tego systemu – jakikolwiek ruch ze strony jakiejś partii w kierunku pojednania z Tamilami, jest natychmiast torpedowany przez mnichów buddyjskich, którzy w przeszłości byli odpowiedzialni za większość zamachów, na niewygodnych przywódców tego kraju. Przeciętny mnich sprawia wrażenie kolesia z wypranym mózgiem – nie ma z nimi dyskusji, których próbowałem w pobliskim klasztorze. Istna sekta. Aha, i datki zawsze mile widziane, otwierają wszystkie drzwi świątyni…

Budda jest wszechobecny (fot.:A.K.)

Klimat i świat przyrody [w nieprzyzwoitym skrócie].

Wyspa leży tuż „nad” równikiem, więc na południowym-zachodzie, gdzie byłem, panuje praktycznie równonoc. Jest wilgotno [75-85%], temperatura nocą 27 stopni Celsjusza [nad ranem ok. 22 stopni], w dzień 35, temperatura morza 25-27 stopni. Ktoś napisał, że „Cejlon, to łza z twarzy Indii”. Dla mnie to wyspa kipiącej zieleni, dziesiątek sporych rzek i setek strumieni, gadów i ryb.

Jest oczywiście morze i …ryby. Morze jest bardzo płytkie i nierzadko 200m od brzegu jest wody po pachy – druga rewa. Pierwsza jest zwykle 50m od brzegu. Pływy dobowe są wyraźne ale niewielkie – jakieś 1m różnicy w poziomie wody.

Całą wyspę porasta dżungla. Centrum zajmują góry dochodzące do ponad 2500m n.p.m. Niestety, kraj ten zajmuje jedno z czołowych miejsc pod względem ilości zgonów spowodowanych ukąszeniami jadowitych węży. Są tu cztery gatunki mające swoje na sumieniu: bardzo agresywna żmija Russela, mniej niebezpieczna kobra, wąż o lokalnej nazwie krait – zewnętrznie podobny do australijskich tajpanów i jakiś czwarty, którym się nie interesowałem, bo występuje na suchych, wyżynnych obszarach w centrum wyspy, gdzie nie planowałem wędkować. Dzień zaczyna się około 6.00 i kończy około 18.00. Zarówno świt jak i zmrok następują błyskawicznie. Najczęściej niebo jest zasnute drobnymi chmurkami, a słońce zdradliwie świeci jakby zamglone. Zachmurzenie wzrasta ku końcowi dnia, którego finałem, jest mała burza i krótki, silny deszcz. Dotyczy to czasu między monsunami czyli od listopada do kwietnia.

Wędkarstwo i ryby.

Człowiek posiadający teleskop to już „ktoś”, a węglowy travel , to nieosiągalny szczyt marzeń. Lankijczyków pasjonuje łowienie ryb, z tym, że ich interesuje wyłącznie złowienie ryby, a niekoniecznie sposób w jaki tego dokonamy. Dlatego niektórzy nie rozumieli, czemu utrudniam sobie zadanie łowiąc sztuczną przynętą, kiedy wystarczy kawałek mięsa kraba czy ślimaka. Inna sprawa, że w ten sposób oni łowili sporo maleńkich rybek, a mnie udawało się wyjąć może nie potwory, ale ryby, których hole gromadziły jednak pokaźne, momentami denerwujące mnie grupy kibiców, gotowych płynąć po rybę będącą jeszcze 30m od brzegu. Wszystko po to by mi pomóc… Miejscowi wyznają dwie zasadnicze „szkoły” łowienia ryb:

– 2-3 metrowy, naprawdę wspaniały bambusik [rosną często na podwórkach], odpowiednio podszlifowany, trzy metry żyłki, z 10g ołowiu i mały haczyk

– cienka linka taternicza z dowiązanymi co pół metra przyponami z żyłki 2mm i  tyleż wielkie, co tępe spore haki [to zestaw do trollingu]

Istnieje jeszcze zestaw spinningowy: butelka po mineralnej służąca jako kołowrotek z żyłką 0,5-1mm i jakąś ciężką blachą [ rzuca się trochę jak lassem, a potem nawija na butelkę].

„Spinning”(fot.:A.K.)

Jest sporo „przewodników” z łodziami zaopatrzonymi w silniki – stan sprzętu niezły. Oferują bezsensowne trollowanie ujścia rzek, oraz tzw. deep sea fishing [łowienie w głębokim morzu], co jest jeszcze bardziej bezsensowne. Problem w tym, że ci ludzie nie mają pojęcia o gatunkach, gdzie i kiedy można je znaleźć. Za to opowiedzą Ci wszystko, co chcesz usłyszeć, po to by wyciągnąć te 30-100 dolców w zależności od tego w co chcesz się bawić… Nie mają zdjęć ryb złowionych przez swoich klientów ani żadnych dowodów dających cień ułudy na wędkarski sukces. Z kilkunastoosobowej grupy wędkujących Niemców i Rosjan [główna klientela], anglojęzycznych [Irlandczyków, Anglików, Australijczyków, nielicznych Amerykanów i Kanadyjczyków], Chińczyków z Tajwanu i Hong Kongu oraz Francuzów, nikt nic nie złowił z łodzi. Ani w rzece ani w morzu. Jedyną dużą rybą jaką widziałem, była około 10kg barrakuda złowiona z łódki przez miejscowych na sznurek do wieszania prania.

Wędkarstwa słodkowodnego, ze względu na wszechobecne ‘krzaczory” i potencjalne węże tylko liznąłem. Dodatkowym hamulcem była świadomość, obecności krokodyli różańcowych, których na wyspie jest kilkaset sztuk i wprawdzie rzadko ale zdarzają się ataki ze skutkiem śmiertelnym. Znacznie więcej wędkowałem w morzu. Ryby warte zainteresowania w wodach słodkich to mahsir dekański – duża, drapieżna ryba karpiowata, kilka gatunków wężogłówów –  w tym jeden dorastający do 1m, oraz przetrzebione w większości rzek barramundi i tzw. mangrove jack – ryba z rodziny lucjanowatych, przypominająca dużego okonia, tylko czerwono-brązowa. W morzu jest znacznie większy wybór: od karanksów, przez różne gatunki tuńczyka, wiele gatunków strzępieli, po barrakudy a nawet żaglice i marliny. Żadne pozwolenia nie są wymagane.

Pełna swoboda (fot.:A.K.)

Bezpośredni teren działań.

Łowiłem w ujściu rzeki Bentota, szerokiej przeciętnie na ostatnich kilometrach na 200-400m, głębokiej do 7m, kryształowo czystej, z piaszczystym dnem usianym rozległymi płaskimi, kamiennymi blatami. Uciąg spokojny ale wyraźny. Do rzeki z tarasu, w domu gdzie mieszkałem miałem 10m.

Miejscowi rybacy na rzece (fot.:A.K.)

Przydomowa fauna to dziesiątki wiewiórek jedzących z nami wspólnie śniadania [uwielbiały żółty ser i słodkie napoje gazowane], wielkie, ponadcentymetrowe czerwone mrówy –  nie gryzły albo miałem szczęście, dwa młode warany mające status półdzikich kotów, spora, czarna małpa stroniąca od ludzi, kilka gatunków jaszczurek oraz gekony w tym jeden na stałe w sypialni, nieco ptactwa, jakiś gatunek węża – niegroźny wg tubylców, dziesiątki żab przed deszczem.

Wielbicielki pepsi… (fot.:A.K.)

Były w domu… (fot.:A.K.)

…jak i w ogrodzie (fot.:A.K.)

Waran pełni funkcję kota (fot.:A.K.)

Część przydomowego inwentarza (fot.:A.K.)

W drugą stronę, szedłem jakieś 150m przez rajski gaj palmowy.

Jak tu nie patrzeć w niebo ? (fot.:A.K.)

Ryby zdradzają wyraźne pory żerowania. Najlepsze były dwie, pierwsze  godziny od świtu [kulminacja odpływu], oraz zmierzch [16.00-18.00] – przypływ. W ciągu dnia, nie licząc jednego gatunku, ryby praktycznie nie żerowały. Wydaje mi się, że ogromne znaczenie miały fazy księżyca i jego wpływ na stan morza i długość przypływu i odpływu. Za krótko jednak byłem, by wyciągać jakieś wnioski.

Sprzęt.

Podkreślę, że nastawiłem się na łowienie we własnym zakresie. Po prostu cieszy mnie, że sam odkrywam coś dla siebie, nie muszę polegać na jakimś przewodniku, który kosztuje duckę dolarów, a którego towarzystwa niekoniecznie chcę, a jak nie chcę to i tak muszę zapłacić, mimo, iż  nie chcę np. łodzi, „bo tak” [patrz np. Kuba]. Na Cejlonie można naprawdę czuć się nieskrępowanym.  Co do sprzętu – wybrałem się, jak pokazał czas – z wiatrówką na słonie. Będąc może nie zielonym, ale mając niewielkie doświadczenie w łowieniu, w morzu [myślę o łowieniu na spinning z brzegu], założyłem, że wyniki będą lepsze niż w Egipcie, gdzie w zupełności wystarczył mi kij do 25g z plecionką 16-ką i 20cm stalowym przyponem. Uzbroiłem się więc w czteroczęściowy travel Black Bull Cormorana o dł. 2,7m i 40g wyrzutu. Ponieważ okazało się, że nigdzie nie mogę dostać tuby na ten kij, zakupiłem rurę kanalizacyjną PCV o średnicy 7cm, która docięta na długość i oszlifowana, wspaniale zmieściła się po przekątnej walizki. Do tego żyłka 0,28mm [10kg] i kołowrotek Okuma Salina  – trzydziestka. Finalnie w 90% używałem jednak młynka  Eclipse 430T Dragona, który zadziwiająco dobrze zniósł kolejne pławienie go w słonej wodzie. Na rzekę miałem  włoski telekop 2,4m i 25g z kołowrotkiem Marshall.  Oczywiście, w zapasie miałem jeszcze jeden kręciołek, oraz kilka rolek żyłek  i plecionek – najsilniejszą 13kg. Do tego stalki 40cm o wytrzymałości 20kg. Miałem około 4kg przynęt od paprochów po wielkie blachy, woblery i wirówki. Do tego cykady i wór gum z główkami do 30g. Ryby mnie zaskoczyły stosunkiem do przynęt: w zasadzie liczyły się tylko woblery o boleniowym charakterze pracy, im większe tym lepsze, przy czym o ile w Polsce najskuteczniejsze w mojej opinii są te o subtelnej pracy, to na Cejlonie znacznie lepsze były te o „tępym” charakterze pływania [Gloog, Thrill]. Niewiele ustępowały im wąskie wahadłówki. Miałem tylko dwa brania na gumy i kilka na wirówki. Hitem wyprawy był niebieski  Gloog po tym jak kolejna ryba pozbawiła go i tak podpiłowanego przeze mnie steru. Wabik dostał  chaotycznych ale powtarzalnych ruchów, które rybom bardzo przypadło do gustu.

Bezkonkurencyjny gloog (fot.:A.K.)

W sumie jechałem z mieszanymi uczuciami, bo na różnych forach internetowych – głównie azjatyckich, Cejlon był kwitowany euforycznymi wpisami lub zgoła bardzo negatywnymi. Nie było bardziej wyważonych czy wypośrodkowanych sądów.

Na koniec o słownictwie i nazewnictwie.

Poniżej parę zwrotów związanych z wodą oraz słów pomocnych w relacjach z ludźmi. Lankijczycy są raczej zaskoczeni, gdy ktoś próbuje mówić w ich języku, a jeżeli rozumieją, wypowiadane przez nas zwroty, budzi to zdecydowaną sympatię.

rzeka – ganga

strumień – oya

jezioro – weva

wyspa – duwa

port – tota

co to jest – mekeh mokadeh

mam na imię – mage nama

bardzo dobrze – hari hondai

bardzo smaczne – hari rasai

bardzo drogo – hari ganan [paraliżujące czasem zaskoczonych sprzedających]

Co do ryb. Uznałem, że będę bazował na polskim nazewnictwie, ponieważ pod tym względem bijemy Anglosasów na głowę. Większość gatunków ryb, których przeciętny Polak nigdy nie ujrzy na oczy ma polskie nazwy. Anglojęzyczni tak naprawdę nazywają indywidualnymi nazwami, tylko gatunki istotne gospodarczo lub właśnie wędkarsko. Stąd różne breamy, które nic wspólnego nie mają z leszczami, karpiowate mahsiry z Indii, które zwą łososiami himalajskimi [i nie jest to jakiś poetycki eufemizm typu „łosoś odrzański” jak ponoć Niemcy nazywali bolenie]. Na dodatek jest tak, że przykładowo karanks [łac. Caranx ingobilis], nazywany bywa powszechnie jackfish, a równocześnie pewien gatunek lucjana [okoniowatej ryby] zwą mangrove jack, tylko to tak, jakby lina nazwać szczupakiem trzcinowym. Nie koniec na tym. Tę samą rybę Australijczycy nazywają po swojemu, Amerykanie inaczej, a Anglicy mają jeszcze trzy inne określenia [przykład elopsa]. Poza tym w jednym kraju dana nazwa zarezerwowana jest dla danego gatunku, a w innym ten sam szyld to zupełnie inna ryba i krótko mówiąc, są pod tym względem daleko za nami. Żeby się dogadać z  „anglojęzycznym” o jakiej rybie prawi, musi on znać jej łacińską nazwę o ile sami jakoś się w tym orientujemy lub mieć zdjęcie. Dlatego nie będę przesadnie szastał nazwami angielskimi, bo nie ma się czym podniecać.

Dla ciekawostki umieściłem nazwy ryb w języku syngaleskim, choć istnieje domniemanie, że dowcipnisie próbowali zakpić ze mnie, podając mi niekoniecznie nazwy ryb. Faktem jest, iż każdą nazwę weryfikowałem w 2-3 miejscach u paru, różnych osób. Syngalezi mówią z charakterystycznym przydechem, który fonetycznie można oddać przez literę „h” jak np. w greckim słowie „kataphraktoi” –opancerzony.

Dziennik.

26.stycznia

Lądujemy około 23.00 lokalnego czasu. Wychodząc z terminalu, mimo, że jest noc, zaciągam się powietrzem jak znad lekko wystudzonego czajnika. Jest bardzo ciepłe i wręcz mokre. I pachnie niesamowicie. Trzy godziny jazdy i przeprawiamy się przez rzekę czymś w rodzaju małej barki. W czasie, gdy płyniemy, słyszę całkiem głośne pluski ryb.

27 stycznia

Jestem tak oszołomiony zielenią i zwierzakami wokół, że idę łowić dopiero o 15.00.

Choć trudno w to uwierzyć – w tym gąszczu stał nasz dom (fot.:A.K.)

Wybieram morze, okolice sporych głazów ale zakładam, że pobawię się z małymi rybami. Biorę lekki teleskop. Morze jest niesamowicie spokojne. Zapach powietrza kojarzy mi się trochę z cytryną, a trochę z owocowymi lodami. Nie do opisania. Rzucam wirówką jedynką. Od razu mam branie. Niewielka rybka, około 20-23cm, przypominająca rozciągniętego jazgarza, podobnie zresztą ubarwiona, wije się energicznie. Wypuszczam ją. Na plaży ludzi niewielu, konkurencji zero. Znów parę rzutów. Kolejne pobicie. Tym razem ryba rusza z siłą i energią 30cm okonia. Wyjmuję niesamowicie srebrzystą, z lekkim czarnym deseniem rybę, nieznacznie podobną do znanych z akwariów skalarów. Chodzę wzdłuż brzegu, po kolana w wodzie. Rzucam blisko – 10 do 15m w kierunku morza. Obserwuje stadka małych rybek i niewielkie płaszczki ale nie te typu „raja” tylko podobne do naszych fląder. Robi się wieczór. Coś mnie kusi. Zakładam 8cm powierzchniowy wobler na bolenie. Celuję w daleko położone skały. Na dwudziestce, wobler śmiga bez wysiłku 50m.  Zwijam szybko, wabik pięknie chlapie. Gdy jest na szczycie łagodnej falki, jakieś 25m ode mnie, mam  pobicie i w tej samej sekundzie obciętą żyłkę. Nawet się woda nie zmarszczyła… Jak się okazało był to jedyny dzień z tak spokojnym morzem, gdy brały małe kolorowe ryby, jedyne, które udało mi się złowić na wirówkę. Potem na taka przynętę nie miałem brań. Żal tylko, że nie zrobiłem zdjęć, ale myślałem, że tak będzie codziennie.

28 stycznia

6.00-8.00

Po infekcji gardła z którą tu jechałem nie mam śladu. Wstaję przed dzwonieniem budzika. Z emocji nie mogę spać. W ciemnościach szybko mijam zabudowania, wypatrując czy na czymś w rodzaju kostki brukowej nie leży jakaś gadzina. Potem piaszczysta alejka wśród pióropuszy 30m palm. Morze cofnięte około 15m w stosunku do wieczornego stanu. Rozkładam travel przy pierwszym głazie o średnicy około 3m. W ciemnościach orientuję się, że zapomniałem stalki…Kończę montować  zestaw i spostrzegam, iż jest jasno. Dzień zapowiada się mglisty. Fale spore. Widać ślady po dość dużym żółwiu. Zaczynam przy pierwszej pojawiającej się spod wody skałce, odległej o jakieś 50m ode mnie. Stoję po kolana w wodzie, ale przychodzące fale podnoszą wodę po pas. Rzucam boleniowym woblerem a`la siudak.  Nic się nie dzieje. Mija  pół godziny. Plaża pusta nie licząc kilku ludzi uprawiających jogging. Wszyscy się do mnie uśmiechają i pozdrawiają krótkim „morning” lub „hallo”. Jakieś 5m ode mnie w wodzie dosłownie po kostki, piaskowo ubarwiona ryba przewala się z głośnym mlaśnięciem. Spora. Zmieniam miejsce. Rzucam w pierwszą rewę, w połowie drogi do kompleksu kolejnych skałek. Mam wspaniałe branie. Po prostu tępe walnięcie z natychmiastowym odjazdem bez zatrzymania. Ryba trzyma się wymytego przez fale rowu i wzdłuż niego kursuje. Ale słabnie. Podbieram małego karanksa. Ma 40cm i waży z kilo. Orientuję się, że za mną sporo „sportowców”; biją brawo. Robię fotkę i puszczam rybę. Wtedy widać odmienne postawy: dostaję salwę braw od białych, a na twarzach miejscowych widzę zdumienie… Podchodzę bardzo powoli, w wodzie po pas do dużej skały. Trochę z trudem wchodzę na nią, płosząc tabun krabów i poskoczków – śmiesznych rybek, polujących na bezkręgowce poza wodą.

Najczęściej spotykane kraby (fot.:A.K.)

Brzeg mam jakieś 40m za sobą, a tuż przede mną widzę ciemniejszą wodę pierwszej rewy, biegnącej zygzakiem wśród wielkich kamieni. Któryś rzut i aż robię przysiad by nie spaść. Mam pobicie! Ryba wzięła około 30m za pierwszą rewą i na „dzień dobry”, bez sekundy postoju, wyciągnęła drugie tyle z naprawdę solidnie przykręconego hamulca. W końcu staje. Już nie ucieka w kierunku otwartego oceanu, tylko chodzi jak wahadło w prawo i w lewo. Oczami wyobraźni widzę metrówkę, choć nie mam pojęcia z czym mam do czynienia. Ryba zdaje się być zmęczona i ściągam ją do siebie. A guzik! Pomarzyć można. Ryba wchodzi w rewę, muruje do dna i sobie tam siedzi. Podciągam ją metr – tylko na tyle pozwala i wraca. Cieszę się, że nie ma w pobliżu kamieni, żyłka o nic nie trze. Na próżno dodaję sobie otuchy. Nagle luz. Przeżarła żyłkę… Wracam zwyczajnie roztrzęsiony.

10.00 – 12.00

Fale spore, woda strasznie zmącona – podrywa piasek z dna. Tylko jedno puknięcie około 30cm ryby w wahadłówkę.

16.00-18.00

Fale jeszcze większe. Woda ma kolor kawy i taka jest jeszcze jakieś 300m od brzegu. Nie mam brania. Wracając mamy niezły widok. Na granicy plaży z terenem przy barze, jakiś facet „goni” 2,5-3m czarnego węża. Wszyscy, kończący opalanie mają nogi na leżakach. Wąż, wyraźnie podrażniony, oddala się z ewidentnym ociąganiem. Człowiek nie zbliżył się do niego bardziej niż na trzy-cztery metry. Jest już ciemno i robi się ciut nieswojo.

29 stycznia

6.00-8.00

Morze jest niespokojne. Stojąc na głazie, mając stopy metr nad wodą, jestem momentami po pierś zalewany przez rozbijające się fale. Dumam smętnie nad swoim losem oglądając spiralkę z końcówki obciętej żyłki. Miałem branie, chodź to chyba za delikatnie powiedziane.  To było odpalenie jakiegoś pershinga w mojego tarnusa. W sekundę wyprostowało mi kij i odgryzło żyłkę… powyżej stalowego przyponu o długości 40cm. Ryba stała z 10m przed „moim” głazem. U nas to się raczej nie zdarzy. W momencie pobicia, w panice wyskakiwały w powietrze jakieś srebrne 30cm  ryby.

„Skała płaczu” – spektakularne obcinki (fot.:A.K.)

15.00-17.00

Początkowo lipa. Znów jakaś mała ryba odbija się od dużej wahadłówki. Wdrapuję się na bardzo nierówną, małą skałkę. Okazuje się, że wszędzie można dojść, tylko trzeba podchodzić z boku głazów. Z przodu i z tyłu są powymywane dołki po 1,5-2m. Przede mną ciemna błyskawica pierwszej rewy, klucząca między głazami [jak nie ma kamieni to rów idzie równolegle do brzegu]. Tracę w międzyczasie z plecionki dwie przynęty. Jednak nawet w takich oszlifowanych skałkach, żyłka jest znacznie lepsza. Zakładam niebieskiego Glooga. Rzut, drugi, trzydziesty… Robi się szaro. Nagle pod woblerem miga srebrny cień. Ale cisza trwa. Ponawiam rzut i w ułamku sekundy widzę, jak karanks wyprzedza wobler, zawraca i atakuje go od głowy. Znów rewelacyjna walka, w którą na chwilkę włącza się mały, około 80cm rekin, próbujący podgryzać karanksa. Moja zdobycz ma 43cm. Miejscowi „przewodnicy” po południu mają mało klientów na wodne safari, a prawie w ogóle na wędkarską przejażdżkę, więc kibicują mi drugi dzień. Strasznie narzekają, że wypuszczam rybę. Wracam na „kamień płaczu” – gdzie potraciłem duże ryby. Jest prawie ciemno. Daleki rzut, zamykam kabłąk, wobler mija najdalej wysuniętą skałkę i bach!!! Bez zatrzymania jakby nic ryba pruje w dal. Teraz wiem, co znaczy, że kołowrotek chce się zapalić. Po paru chwilach, rybę zawracam. Jest więc nadzieja. Niestety, ryba korzystając z narastającego przyboju, daje się ponieść  fali i klinuje w skałach w jakiejś szczelinie. Patowa sytuacja. Jeden z miejscowych na ochotnika, rozbiera się i idzie w wodę, Dochodzi, mokry po szyję  do skały i naprawdę finezyjnie przekłada żyłkę na drugą stronę głazu. Ryba nie ma już kamiennego wsparcia. Z dużymi oporami ciągnę ją do brzegu. Łapię ją za ogon i…rozczarowanie. Ma jakieś pół metra.

Mała lokomotywka (fot.:A.K.)

Ten gatunek karanksa [Caranx ingobilis] to największy z kilku gatunków tych ryb. Dorasta ponoć do 80kg  i 170cm. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego na wędce. Mój miał dokładnie 53cm, ważył jakieś 2,5kg. Ryba jest jakby z bardzo twardej skóry, a cienki trzon ogonowy ma na bokach ostre krawędzie. Mała lokomotywa.

Zwróćcie uwagę na trzon ogonowy karanksa (fot.:A.K.)

Gdyby porównać walkę do naszych realiów, to spokojnie przewyższa nie co ponad siedemdziesięciocentymetrowe bolenie na żyłce 20-ce i lekkim kijku 20g. A ja mam sprzęt dwa razy mocniejszy! Wiem już, że gdyby trafiła się ryba ponad 5-6kg, to raczej nie mam szans. Miejscowi rozpaczają, że phara – tak nazywają karanksa –  zostanie wypuszczona, że jakby ją sprzedali do restauracji to by mięli kupę kasy. To, że sami by jej nie zjedli, przesądza temat – wypuszczam ją. Najbardziej marudnemu daję „rapalę” made in malaysia za 3zł. Morale natychmiast wzrasta.

30 stycznia

6.00-8.00

Jest raczej mglisto. Fale potężne. Jedyna zabawa to rzucanie się w nie na piaszczystym fragmencie. Przeżycie niezłe gdy 2m wody spada na człowieka. Ryby nie żerują.

15.00-17.30

Fale nadal wielkie. Idę nad rzekę. Bardzo ostrożnie przechodzę przez rzadkie na szczęście zarośla. Skaczą po nich 40cm jaszczurki.

Na szczęście spotykałem tylko spore jaszczurki (fot.:A.K.)

Owadów mało. Komarów brak.  Mam ten „papierowy” w tych realiach, lekki zestaw z teleskopem i dwudziestką. Wokół mnie dosłownie miliony narybku kilku gatunków ryb. Z rzadka widzę jakiś gatunek kraba albo duże słodkowodne krewetki, buchtujące w piasku. Kraba próbuję złapać i zrobić mu zdjęcie ale dopada mnie jakoś jednym szczypcem.

Krab tego gatunku mimo niezbyt dużych rozmiarów tnie ciało do kości (fot.:A.K.)

Krew się leje całkiem wartko ale ranka jest mała. Jestem jakieś 300m od zetknięcia rzeki z morzem. Po chwili widzę, około 30m od brzegu, wystające płetwy, lekko cytrynowe, jak mi się zdaje w promieniach słońca, które się pokazało. Oceniam, że ryb jest z 20 sztuk, choć ich samych nie rozpoznaję – wiatr zbyt marszczy wodę. W pośpiechu ściągam wielkiego twistera i zakładam złotą, 7cm wahadłówkę – taka nie szeroka ale i nie wąska. Ot, 6g metalu. Rzut za stado i tępe pstryknięcie. Kolejny rzut i znów. Jestem przekonany, że zahaczam o ryby. Ściągam więc tak szybko jak potrafię. Przytrzymanie i jakby żyletką przejechał. Obcinka. Trzęsącymi rekami wiążę nową, dużą agrafkę i nie co dłuższą boleniową błystkę. Rzut, kręcę jak wariat i jak  w najcudniejszym wędkarskim marzeniu: miękkie przygięcie, po czym z wody startuje mała rakieta.

Ryba – rakieta (fot.:A.K.)

Kilka salt i skoków po 1m -1,5m w górę. Start od upadku ryby dzieli jakieś 3-4m. Ryba dosłownie fruwa. W końcu ją mam. Walka trwała tyle co ze szczupakiem 60cm ale odbyła się głównie poza wodą. W rękach mam dziwną, smukłą rybę, kojarząca mi się w pierwszym momencie z wielka słonecznicą. Waży jakieś 1,5kg i ma 56cm.

Pierwszy egzemplarz tajemniczej ryby (fot.: A.K.)

Rzucam dalej. Mam w 10 minut 7 brań. Pierwsza się nie zacina, druga w dwóch skokach rozgina wszystkie [!] groty naprawdę przyzwoitej kotwicy i ucieka, podobnie kolejne. Jestem oszołomiony. Jedynie co rejestruję, to godzina – 15.30. Staram się zapamiętać miejsce. Ryby gdzieś przepadają. Na odchodne zakładam wielki, zielony ripper na 20g. Rzucam bez sentymentów, bo jakoś mało dbam o teleskop –nie przepadam za tym typem wędzisk. Robię leniwe poderwania, na takie z resztą pozwala moc wędki. Któreś z kolei podciągnięcie i coś chce spalić sprzęgło Marshalla. Ale trwa to tylko chwilkę. Luz. I co? Znów przegryziona żyłka powyżej stalki, którą ponownie złożyłem. Niechby urwała cienką żyłkę. Ale co tak głęboko zażera? Barakuda? Skaczącą w holu rybę miejscowi nazywają gudea. W Polsce dowiem się, że to elops indyjski [Elops machnata]– krewniak tarpona. Anglicy nazywają te ryby springerami, ale w świecie Anglosasów znalazłem chyba z 5 określeń na te ryby. Są bardzo pożądaną zdobyczą muszkarzy. Nie dziwię się.

31 stycznia

6.00-8.15

Lekko kropi i jest ponuro. Fale duże. Mam ze skałek jedno branie ale ryba po paru sekundach i niezłym odjeździe spada. Chyba po raz dziesiąty już, droczę się z „przewodnikami”. Problemem nie jest 30 dolców, które chcą zarobić, tylko, to, że nie mają żadnych argumentów, by mnie przekonać. Mam wrażenie, że ich trochę wkurzam. Po południu nadal pada. Ciśnienie chyba zjechało na amen. Ryby nie biorą. Jedyna ulga to brak słońca. Usmażyłem stopy i schodzi mi skóra z całych pleców i lewego barku –efekt dwóch, porannych godzin, kiedy nie posmarowałem się olejkiem z filtrem, bo wydawało mi się, że tak z rana, to słabo świeci… Z resztą na obojczykach mam czerwone plamy – oparzenia, tam gdzie smarowałem się niestarannie. Spotykam starszego człowieka w znoszonej koszuli i spranym pareo zawiązanym wokół bioder. Koleś zagaduje nieśmiało, czy chciałbym jechać z nim na ryby, na rzekę. Pytam czym popłyniemy. Ma problemy by mi wytłumaczyć. Staje na tym, że pytam czy to katamaran ale on mówi, iż to coś większego, na czym można spać, mieszkać i nie ma silnika, co też jest lepsze bo nie płoszy ryb. Cena – 20 zielonych. I pokaże mi wielkie wodne warany. Chwilę się zastanawiam i patrząc na niego nawet nie mam sumienia się targować.  Umawiamy się jutro na plaży o 6.00.

1 luty

6.00-11.00

Idziemy z Agnieszką po ciemku na plażę. W końcu ktoś musi sfilmować te ryby co złowię. Khumaru – tak się nazywa starszy człowieczek, czeka. Idziemy plażą. Idziemy i idziemy. Miało być blisko. Agnieszka „żartuje“, że nie dojdziemy na miejsce do południa. Idziemy już z pół godziny. Gość ciągle mówi, że to już blisko. Wchodzimy w jakieś zabudowania. Taka ich wieś. Drepczemy na druga stronę półwyspu w kierunku rzeki, wąską asfaltową drogą. Wszędzie wielkie bananowce, częste jak nasze wierzby czy brzozy. Mijamy wysypisko śmieci nad jakimś ściekiem. Położone przy jezdni. Zamieramy: w śmietniku grzebie waran. Ale jaki! Ma co najmniej 2m i jakieś 30-40kg. Podchodzę do niego na jakieś 5m  – odwrócił tylko głowę i jak stanąłem, dalej obojętnie grzebie w śmieciach. Chcę zrobić film, ale Khumaru nalega, że ryby czekają. Ten waran to jedyny obok rodziny jeżozwierzy temat, którego nie sfotografuję, czego mi żal. Jesteśmy w „domu” Khumaru. Idziemy nad wodę i  widzimy… drewnianą tratwę, opartą na dwóch metalowych pływakach [jeden z dziurą wielkości głowy, zatkaną styropianem], wszystko związane sznurówkami i żyłką.

Nie budziło to zaufania (fot.: A.K.)

Mnie już się podoba. Aga dyskretnie wyraża swoje obawy,  nie wejdzie na coś takiego. Upchnięta jakimś cudem w przepastnym plecaku kamizelka asekuracyjna, przezornie zabrana tego ranka, poprawia wszystkim nastroje. No i płyniemy. Pływamy, pływamy. Jedna miejscówka, druga, kolejna.

Zmarszczenia wody nad wielkimi kamiennymi blatami były bezrybne (fot.: A.K.)

Facet dwoi się i troi, bo mu powiedziałem, że jak dobrze połowię to popłynę jeszcze raz, a może więcej. I tak pływaliśmy prawie pięć godzin bez brania. Ale warany były gdzie miały być. Siedziały w wodzie albo na drzewach, odpoczywając jak lamparty. Bez problemu można było do nich podpłynąć na 2m. Te wodne są bardziej kolorowe i znacznie lżejszej budowy niż lądowe. Dodam, że ani jedne ani drugie nie są jadowite i nie atakują ludzi. Khumaru zrobił biznes życia, ale z rybami jest tam słabo.

Khumaru w akcji (fot.: A.K.)

Łowiliśmy około 4-5km od ujścia w górę rzeki. Myślę, że jeśli chodzi o słodkowodne drapieżniki, to rzeka jest mocno przetrzebiona.

Wieczorem lipa. Znów kropi i ryby nie biorą.

2 luty

6.45 – 8.00

Miałem nie wędkować ale nie mogę spać. Idę choć siąpi. Brań zero.

3 luty

8.30 – 12.00

Lepsza pogoda. Wieje od lądu. Słońce praży. Rezygnuję ze śniadania. Mam dwa brania w morzu. Wyjmuje cefalopodobną rybę. Ma około 30cm. Walczyła całkiem mocno, choć niepodobnie do żadnej z naszych ryb.

14.00-16.30.

Kropi deszcz i zarazem mocno świeci słońce. Wiatr zmienny i bardzo silny. Idę nad rzekę. Zbliża się 15.00. Może znów będą. Gudee nie zawodzą. Mam 5 brań w 15 minut. Wyjmuję dwie: 56 i 59cm. Dwa brania nie zacięte i jedna spada bo Agnieszka starała się złapać w kamerze szaleństwa ryby, a ja nie forsowałem holu.

Gudee nie zawodzą (fot.: A.K.)

Gudea ma jedną wadę. Fatalnie znosi hol i odczepianie, często poskręcanych kotwic, wbitych w niesamowicie umięśnione szczęki ryb. W sumie dwie padły i ku zachwytowi miejscowych, oddałem im ryby. Twierdzili, że są bardzo smaczne, ale tak mówili o wszystkich rybach. W morzu zero.

4 luty

6.00-7.45

Łowię w rzece bo jest ponuro i boję się chodzić po skałach przy tak dużych falach w morzu. Bez efektów.

11.00-12.30

Idziemy na przeciwległy koniec zatoki. Jest tam kompleks skał, ze trzy razy większy niż „nasz”. To jakieś 4km. Idziemy około 50 minut, podziwiając rośliny, które miejscowi nazywają ananasem dżunglowym [w dosłownym tłumaczeniu]. Ponoć niejadalny.

Ponoć niejadalny dziki ananas (fot.:A.K.)

Realnie łowię 1,5 godziny. Mam dwa brania. Pierwsze to pudło. Drugie branie, potem z  pięć minut z gudeą w powietrzu i mam w rękach chyba ponad dwukilową rybę. Ma 65cm. Cudo.

Portret dużej gudei (fot.:A.K.)

Potem łowię jeszcze krewniaka karanksa, którego Amerykanie nazywają „końskie oko” – jest wspaniale cytrynowy z czarną plamą. Znów było rozczarowanie bo ryba miała około 30cm a walczyła ligę wyżej niż nasz kilowy okoń. Żałuję, że nie ma zdjęcia, ale były wielkie fale. Nawet się nie wygłupiałem i nie wziąłem aparatu na skały. Część sprzętu i tak dopadła korozja.

15.00-16.30

Rzeka. Brań nie ma. Nadal lekko kropi.

5 luty

6.00-8.30

Znów bardziej słonecznie. Karanksy gdzieś przepadły. Ze skałek mam 6 brań. Wyjmuję trzy cefalopodobne ryby. Żerują z pewnością w dnie. Mają płetwy przekształcone w jakby wąsy czuciowe i garbaty pyszczek jak certa, z tym że odpowiednio szeroki i z ząbkami jak okoń. Maja średnio 30cm i zaciekle walczą. Miejscowi nazywają je „kalia”. Bardzo przypominają gatunek o łacińskiej nazwie Upenes sundaicus, ale wg różnych danych, te dorastają do 20cm, a moje są większe.

Kalia – jedna z mniejszych (fot.:A.K.)

11.00-13.00

Znów podrałowaliśmy na drugi koniec zatoki. Mam ponownie dwa brania. Jedno to pudło. Drugie, to naprawdę duża gudea, która mogła mieć ponad 70cm. Niestety w kolejnym piruecie ryba wytrzepuje wobler, zostawiając mi na nim jeden łuk skrzelowy. Niesamowity gatunek.

15.00-17.00

W rzece jedno ale spektakularne branie, drugie na gumę – 10cm twistera. Po rzucie i odczekaniu aż guma doleci do dna, ledwo poderwałem przynętę, gdy poczułem miękkie branie z lekkim odjazdem w lewo. Kij wygiął się obiecująco, ale wszystko działo się bardzo spokojnie. Poczułem, czy może raczej usłyszałem, jakby po drugiej stronie ktoś złamał zapałkę,  po czym nastąpił luz. Zacząłem zwijać ale przynęta była na końcu zestawu. Zaciekawiony wziąłem w ręce twister. W połowie kolanka, hak został przecięty jak kombinerkami.. Znów lekki szok.

…szok.. (fot.:A.K.)

Dziś myślę, że to może jakiś duży krab, najechany przynętą, tak skutecznie się bronił. Sam nie wiem.

W morzu jedno anemiczne branie. Moje wędkowanie spowodowało, że poza mną pojawiło się dwóch Hindusów, Anglik – ci łowią na spinning i rzesza miejscowych – grunciarze. Ryby śpią.

6-7 luty

Nie łowię bo robimy po wyspie ponad 500km. Rzeki kosmicznie liczne i obiecujące.

Jakim cudem byłem bez sprzętu nad tą rzeką – nie wiem (fot.:A.K.)

W głębi lądu praktycznie  kilkakrotnie mniejsze zaludnienie niż na wybrzeżu. Wszędzie dżungla. Na drzewach nietoperze wielkości sporych kotów. Nie ma miejsca na opis już nie wędkarskich przygód.

8 luty.

10.00 – 13.00

Miejscowy chłopak pokazuje mi jak przejść z lokalnej skały z której nie wolno łowić [własność  buddyjskiego klasztoru] na dwie kamienne wyspy. Łatwe to nie jest. Woda w odpływie po pas ale wieczorem prawie po szyję i trzeba się naprawdę umieć podciągnąć ze sprzętem, prawie jak na drążku.

Na skale, pośród zarośli mieści się buddyjska świątynia (fot.;A.K)

Na miejscu istna wyspa Robinsona. Wygląda bajkowo. Cała powierzchnia pełna jest szczelin, które wypełnia przypływ, czyniąc z każdej z nich akwarium z kryształową wodą. Pływają w nich rybki jak z kreskówek. Czerwone, niebieskie. Kosmos.

Nemo ? (fot.:A.K.)

…i niebieskie (fot.:A.K.)

Woda wokół niezła – głęboka przy samych skałach na jakieś 3-4m. Widać tabuny 30-40cm ryb różnych gatunków ale są nastawione do przynęt jak tubylcy do nas. Bardzo pokojowo. Nie biorą na nic. Ani paprochy ani cykady. Nawet śledziowa choinka z mikrodżigów nie budzi zainteresowania. Pełno krabów, poskoczków oraz chyba jakichś babkowatych rybek.

Kraby tego gatunku były zawsze zagrzebane w piasku (fot.:A.K.)

Pustelnik (fot.:A.K.)

Uważać trzeba tylko na jeżowce. Są ich setki To jedyny tu problem..

Jeżowiec (fot.:A.K.)

15.30-18.00

Znów na tych skałach z „akwariami” Łowię z miejscowymi. Mają rybę podobna nie co do karanksa, ale lżejszej budowy. Złowili ją z gruntu. Walczyła spokojnie ale bardzo wytrwale. W syngaleskim  ququla masala albo ququlama sala – nie byłem w stanie wyłapać akcentu.

Ququla masala czy ququlama sala? (fot.:A.K.)

Drugą stracili po tym jak jeden z nich dosłownie powiesił się na żyłce kolegi i zerwał ją razem z rybą. Momentami ludzie ci sprawiają wrażenie osób bez wyobraźni. Mają jeszcze obcinkę. Wyjętą około 50cm murenę tak masakrują, że nie mam czego fotografować.

9 luty

6.15 – 8.00

Używam boleniowego sieka o wyporności ”zero”. Zostały mi albo duże woblery albo takie. Glocka odstrzeliłem, po tym jak się przetarła żyłka o jakiś kamień.  Brań sporo. Wyjmuje trzy kalie – w tym jedną na 43cm. Dwóch brań nie wykorzystuje i spada mi mały karanks. Anglik łowiący ze mną nie ma brania i zalicza przewrotkę ze skały do tyłu na plecy. Na szczęście nic mu nie jest.

Pakuję się, z ciężkim sercem, jak chyba nigdy po urlopie. Tak, z raju wraca się niechętnie. Na osłodę, na dwie godzin przed odjazdem, gdy siedziałem sobie na tarasie, z krzaków nad rzeką wyszedł z wodny waran. Dobre 1,4m może więcej. Filmowałem go z 3-4m…

Waran wodny w ogrodzie (fot.:A.K.)

2 myśli nt. „Cejlon

  1. Dobrze napisany wpis. Kciuk w górę dla autora :D. Roześlę linki do tej strony przyjaciołom, jestem pewien, że też powinni ją docenić. Miejmy nadzieję, że takie miejsca w sieci wciąż będą funkcjonowały w internecie pomimo zgodzenia się na ACTA przez rząd. Powinienem zaglądać tu w przyszłości.

    Wszystkiego dobrego – Seweryn Wiśniewski

  2. Fajny opis wyjazdu.W końcu coś innego a nie ciągle te same miejsca opisywane przez kolejnych urlopowiczów.99% relacji ludzi którzy odwiedzili Sri Lankę opisuje wyłącznie te popularne przez turystów.Dzięki za info o latających lisach (Rudawkach) że poza rezerwatem Sinharaja można je spotkać.A co do wędkowania sam jestem wędkarzem-amatorem i miło jest poczytać o Twoich relacjach nad wodą.Sam lecę w połowie sierpnia na Sri Lankę więc dzięki za publikację.Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *