Dajmy rybom szanse – C&R

Wyobraźmy sobie taką sytuację: mamy szczęście i w naszych rękach, po trudnym, widowiskowym i emocjonującym holu, nareszcie jest okaz. Albo nawet i nie okaz, po prostu ryba. Oczywiście cieszymy się. I tutaj następuje moment, w którym świat trwa dalej albo częściej nie. Jedno walnięcie pałą i po zwierzaku. Są to jedyne momenty nad wodą, gdy zazdroszczę innym łowiącym – tylko tym, którzy zabijają, szczególnie okazy. Zastanawiam się, czy ktokolwiek tłukący w czachę kilkukilowego bolenia, szczupaka, sandacza czy inną okazową rybę ma chociaż świadomość, przebłysk refleksji, że w tej jednej sekundzie przekreśla wspaniałe kilka , czasem kilkanaście lat życia. Wspaniałe, dzikie, silne i wolne kilka lat życia; srebrne, brązowozłote, czasem w zielone cętki, które przed chwilą dało nam masę radości, okupionej – nie oszukujmy się – jeśli nie bólem, to kosmicznym stresem, a wszystko dla naszej przyjemności…Przykład powszechnie znany: człowiek przyjeżdża autem i łowi. Ryby lądują w siacie. Nie jest istotne, że wszystkie miarowe i zgodnie z regulaminem. Ta cała zabawa [dojazd, sprzęt, opłata karty itd.] kosztuje go kilka razy więcej, niż gdyby kupił sobie te ryby w sklepie. On jednak łowi, czyli ja rozumiem, że istotne są emocję związane z samym „polowaniem”, ta nuta hazardu; nie chodzi o egzekucję, o to by rybę zatłuc, bo gdyby tak było, to kupiłby ją w sklepie. A jednak ryby dostają po głowie. Więc jak jest? Ci wszyscy ludzie, przytłaczająca większość są nienormalni? Kręci ich zbijanie? Mają jakąś frajdę w takim momencie? Myślę, że jednak nie. Ale robią to. Z pazerności [bo jak się trafiło, to czemu nie brać], a głównie chyba z próżności. Zwykłej małej, parszywej próżności. Bo pokaże koledze, sąsiadowi, rodzinie… Niech widzą jaki jestem dobry, niech wiedzą kto rządzi nad wodą… Pycha i nic więcej.

Tak, wiem – ludzie ryby zabijali i jedli od tysięcy lat, podobnie jak inne zwierzęta i to się nie zmieni. Chociaż może chciałbym, by było inaczej. Tyle, że nie wierzę już w niedojadających emerytów i ich głodujących wnuków. Wiem, że niektórym się nie przelewa, nie urwałem się z choinki, nie jestem odrealnionym majętnym człowiekiem, lecz nie jesteśmy Somalią czy Etiopią…To co mamy – piękne i w większości dzikie rzeki, niestety coraz bardziej bezrybne, wymusza zmianę postaw. Nie ma co myśleć o zarybieniach, bo są albo fikcją, albo nawet jak są wystarczające [znam takie przypadki], to wędkarze, podkreślam wędkarze, a nie kłusownicy, potrafią „wyczyścić” rzekę czy zbiornik do dna w jeden sezon. Nie widzę innej opcji, jak wypuszczanie wszystkich, bezwzględnie i bez wyjątku wszystkich ryb. Przynajmniej w najbliższych latach. Gadanie w stylu;

– i tak biorę mniej niż zezwala limit

– raz na czas można wziąć jedną sztukę

– biorę tylko tyle ile potrzebuję

i tym podobne bla bla bla, są kpiną, usprawiedliwiającą, targanie wszystkiego co się da na brzeg i w siatę. Taką mamy parszywą mentalność.

Tak, moja postawa jest fanatyczna i bezkompromisowa. Możesz się z nią nie zgadzać, tak jak wolno Ci zabrać kilka kilo mięcha, bo populistyczny regulamin pozwala, a nawet jakby nie pozwalał, to co Ci zrobią? Tu nie chodzi o to, czy Cię złapią. Tu chodzi o tę sekundę, kiedy w obecnych czasach trzeba pokazać klasę, wznieść się ponad prymitywny instynkt i rybę wypuścić.

Już dawno nie dzielę wędkarzy na potrafiących łowić i żółtodziobów. Dla mnie istnieją tylko Ci co wypuszczają ryby, są elitą. Takim ludziom nigdy nie zazdroszczę, nawet jak stoję obok „o kiju”. Bo wiem, że jutro, za tydzień mam szansę złowić rybę którą wypuścili. Mamy ogromną przewagę nad myśliwymi. Oni przy najlepszych chęciach raczej nie mogą zwierzaka „tylko” postrzelić, bo ze względów, nie wiem jak to nazwać – humanitarnych nie chcą go zabić…Praktyka i doświadczenia, w tym laboratoryjne, pokazują, że wędkarze mają tę możliwość. Nie marnujmy jej.

Podobno jest nas, wypuszczających ryby coraz więcej. Podobno. Szczerze mówiąc dostrzegam to w Internecie ale nie nad wodą. Myślę, że na ten milion łowiących ryby, jesteśmy, jak na razie jednak nawet nie procentem, a tylko promilem… Ta strona jest dla nas.

Wszystkich Was, wypuszczających ryby, rozumiejących stan rzeczy, mających tę świadomość – zapraszam do zgłaszania się na poniższy mail. Niech ta galeria będzie świadectwem naszej obecności i być może, kiedyś głosu, z którym zaczną się liczyć. Nie wiem ilu się zgłosi… Zainteresowanych proszę o „wędkarskie” zdjęcie z imieniem  (i jeśli zechcecie nazwiskiem) oraz jednym zdaniem, dlaczego wypuszczacie ryby. Zapraszam!

(fot.:A.K.)

 

Zdjęcia proszę wysyłać na mail wedkarskiewakacje@gmail.com z adnotacją dotyczącą zgody na zamieszczenie zdjęcia i nazwiska na stronie wedkarskiewakcje.pl

 

Idąc drogą poniżej przedstawionych wędkarzy, sami sobie dajemy szansę przeżywania emocjonujących chwil nad wodą…

 

Mariusz Skwarek

„Zdjęć na których widnieję jak wypuszczam rybę jest niewiele, ze względu na to, że często wędkuję sam. Jednak wszystkie ryby, które złowiłem pływają dalej i rosną. Dla mnie C&R jest dopełnieniem wędkarstwa, to jest tak naprawdę drugi wspaniały moment kiedy czuje się prawdziwym wędkarzem, w pełni spełnionym w swoim hobby. C&R jest jedyną słuszną metodą na zwiększenie pogłowia ryb w naszych wodach.”

Mariusz Skwarek

C&R

C&R

Adam Kozłowski

„Dzikie ryby są zbyt piękne, by stawać się naszym kulinarnym kaprysem.”

Adam Kozłowski

C&R

C&R

Paweł Kozioł

„Wypuszczam ryby bo je kocham. Dają mi wiele radości i szczęścia. Poza tym uwielbiam patrzeć jak po odzyskaniu siły spokojnie odpływają i to ostanie trzepnięcie ogona w rękę,  po prostu cudowne uczucie.”

Paweł Kozioł

C&R

C&R

Maciej Fik

„Wędkarstwo traktuję jako sport i relax. Jeśli chcę zjeść rybę idę do sklepu i kupuję tuńczyka w puszce. Każda złowiona przeze mnie ryba z radością wraca do wody. Trzeba dbać o to, co nasze, bo sytuacja staje się dramatyczna.”

Maciej Fik

C&R
C&R

Kamil „Bluzer”

„Tylko C&R nadaje wędkarstwu elitarną rangę. Inaczej to tylko sport….”

Kamil „Bluzer”

C&R
C&R

Piotr Wiszniewski

 „To jest piękne widzieć jak ryba znika w toni i wiedzieć, że ona dalej tam pływa.”

 Piotr Wiszniewski
C&R
C&R

Paweł Rokocz

„Wypuszczam złowione ryby, bo jeśli sami w ten sposób nie zadbamy o to by nasz rybostan w rzekach nie malał to PZW z całą pewnością nam w tym nie pomoże i namawiam wszystkich do C&R bo to najprostsza droga do polepszenia rybostanu w naszych rzekach.”

Paweł Rokocz

C&R
C&R

Łukasz Ryba

„Nie branie, nie hol, a wypuszczona ryba najbardziej cieszy.”

Łukasz Ryba

C&R

Piotr Szczypa

„Nie wyobrażam sobie jak łowione przez nas ryby mogły by kończyć na patelni zmniejszając tym czy nawet przekreślając szanse na spotkanie w przyszłości z medalowym okazem który pozostawi niezapomniane przeżycia”

Piotr Szczypa

C&R

Robert Strzyżewski

C&R

„Ryby wypuszczam bo marzy mi się, że kiedyś wrócą czasy gdy będzie ich pełno w rzekach, jeziorach i leśnych bajorkach.”

Robert Strzyżewski

C&R

C&R

Konrad Wasieczko

„Miejsce ryb jest tylko w wodzie i tam wyglądają najpiękniej. Pamiętajcie drodzy Wędkarze – jeżeli chcecie w przyszłości łowić okazy, zwracajcie im wolność! a dorodnym sztukom przede wszystkim, by z ich złowienia mógł się cieszyć także kto inny – tak jak ja łowiąc kabana 55 cm :D”
Konrad Wasieczko

C&R

C&R

Tadeusz Biernat (fot. T.B.)

Milenka (córka): „Tata chyba robi nas w konia, bo mówi, że dużo ludzi zabiera takie piękne ryby. A są też tacy co  zabierają wszystko, nawet te, które są pod ochroną. Przecież to niemożliwe! Tak nie wolno! To wiedzą nawet takie małe bąble jak ja!”

Tadeusz Biernat

 

– Tomasz Wróbel (fot.T.W.)

„Wędkując sportowo mogę z uśmiechem patrzeć jak ryba złowiona, wraca do swojego środowiska cała i zdrowa 🙂 zachęcam do C&R.”

Tomasz Wróbel

 

C&R

15 myśli nt. „Dajmy rybom szanse – C&R

  1. „- i tak biorę mniej niż zezwala limit

    – raz na czas można wziąć jedną sztukę

    – biorę tylko tyle ile potrzebuję

    i tym podobne bla bla bla, są kpiną, usprawiedliwiającą, targanie wszystkiego co się da na brzeg i w siatę. Taką mamy parszywą mentalność”

    odpowiadam BOGDAN39

    Nie tak do końca,znam realia nad woda znam radość zwycięskiej potyczki z ryba i gorycz porażki to ostatnie coraz częściej[brak ryby]
    Jestem przeciwnikiem zabierania w nadmiarze,rozdawania a nawet sprzedawania złowionych ryb.
    Ale nie jestem do końca przeciwko zabieraniu.
    Lubię jeść ryby co nie znaczy ze ben de nimi miał zapełniona lodówkę.
    Zabieram jeśli mam ochotę ,choć nie miałem ochoty od 4 lat.
    Myślę że górne wymiary załatwiły by wszystko.
    Przy okazji To Kojo zaprosił mnie tutaj,ja zapraszam do siebie wedkarskakraina.pl

    • Nie pamiętam, czy gdzieś pisałem, że ludzie ryby jedli i pewnie tak będzie. Nie zamierzam zmieniać tego na wieki wieków. Szkoda tylko, że tak mało ludzi, ma takie podejście jak Ty. Pozdrawiam serdecznie.
      P.S. Jak będę się wybierał w sezonie w Twoje strony, to się zgłoszę po info gdzie warto zajrzeć nad wodę.

  2. „Elita” a mi się wydaję że coraz częściej ludzie wyznający zasadę C&R nie potrafią myśleć samodzielnie, oczywiście nie wszyscy ale, są wyznawcy tej zasady którzy lowia sandacza, wypusza go a na drugi dzien idzie i kupuje filety sandacza w sklepie, o co chodzi??? A wiec chodzi o to ze teraz jest modne wypuszczanie ryb i to jest takie „elitarne” , teraz wszyscy tak robia to „ja” tez wiec, rybe wypuszcze i kupie dzieciom paluszki rybne
    ( swietny sposob zeby zaczac je podtruwac tym swinstwem juz od wczesnego dziecinstwa) a dla siebie lososia z hodowli bo przeciez to nie to samo co ryby zlowione na wedke.
    Widzielem komentarz”Jeśli chcę zjeść rybę idę do sklepu i kupuję tuńczyka w puszce.” aha, czyli dewastowanie i pustoszenie srodowiska wodnego w innym kraju juz jest OK, tym bardziej ze zasoby tunczyka sa mocno przelowione.
    Kolejny argument wyznawcow C&R to „ja nie jem ryb” nie jem czyli inni nie powinni/moga jesc a to ze inni lubia ryby „mnie” juz nie obchodzi,
    Nazwales siebie bezkompromisowym fanatykiem ale chyba nie wiesz ze to nie sa pozytywne cechy czlowieka i chcesz tworzyc „elite”… „elite bezkompromisowych fanatykow”, ( Hitler mial chyba podobne cechy charakteru i tez uwazal sie za „elite”)
    Twierdzisz ze jezeli zlowie 3 leszcze, uwedze je sobie na dzialce i razem z rodzina zjemy je ze smakiem w piekne niedzielne popoludnie to jestem pazernym , proznym i przepelnionym pycha czlowiekiem ale jezeli kupie uwedzone leszcze a te zlowione wypuszcze to jestem w „Twojej elicie” ?
    Sam nie bardzo wierze w glodujacych emerytow i ten argument sobie odpuscimy, ryby dla sasiada i rodziny tez nie sa w porzadku ale jezeli lowie zgodnie z regulaminem oraz w rozsadnych ilosciach to uwazam twoj teks za wyjatkowo obrazliwy i tracajacy dyskryminacja.

    Nie ustosunkowales sie jeszcze do nakazu zabijania ryb inwazyjnych w polsce ( np. sumik karlowaty, czebaczek amurski,) czy twoja fanatyczna i bezkompromisowa postawa pozwoli ci zabic te ryby? Do tego dochodza ryby takie jak karp i amur, one tez nie sa naszymi rodzimymi gatunkami i niszcza nasze zbiorniki, czy „rasowy” karpiarz wypuszczajac 20kg okaz karpia spowrotem do wody i przyczyniajac sie do dalszej dewastacji zboirnika moze byc w „Twojej elicie” bo przeciez to jest C&R.

    • ==czy „rasowy” karpiarz wypuszczajac 20kg okaz karpia spowrotem do wody i przyczyniajac sie do dalszej dewastacji zboirnika moze byc w „Twojej elicie” bo przeciez to jest C&R.==
      no takie karpie to tylko powinno się wypuszczać ,na pewno z nich kotletów nie robić ! jak mnie wkurzają „wędkarze” starych czasów (ewentualnie roczników) -co na haczyk to do siatki….grrr

  3. Witam.
    Jakkolwiek dzieli nas ewidentna przepaść w postrzeganiu rzeczywistości, to dziękuje za wejście na tę stronę, nawet jakby było pierwszym i ostatnim.
    Ponieważ Pana wpis jest pierwszym tego rodzaju, pozwolę sobie na niego odpowiedzieć, niekoniecznie na zasadzie, że muszę mieć ostatnie słowo.
    Zacznę od przykładu z sandaczem: dokładnie o to chodzi – jeżeli ktoś wypuszcza sandacza z dzikiej wody, szczególnie dużego, oddaje naturze naprawdę przysługę, biorąc pod uwagę aktualny stan naszych wód. Kiedy potem kupuje, sandaczowe filety, to jest moim zdaniem jak najbardziej ok. pod warunkiem, że ryba jest z hodowli [moim zdaniem powinna być, bo eksploatacja dzikich wód przez rybaków w niektórych okręgach PZW jest chora].
    Początek wpisu mogę skomentować tylko w jeden sposób – gdyby rzeczywiście ludzie wypuszczali coraz częściej ryby, a takie postawy były modne, to ta strona miałaby pewnie inny kształt i być może posiadałaby kącik kulinarny… Nawet jeśli cześć osób, nie mam wątpliwości robi tak pod wpływem swego rodzaju mody, to nie powinno to Panu przeszkadzać, bo to Pan ma szansę złowić wypuszczonego przeze mnie suma, a nie ja zabranego przez Pana. Więc pretensji do nas, wypuszczających ryby nie rozumiem.
    Co do „podtruwania” nas wszystkich żarciem z ferm to się zgadzam – przykładem Norwegia, gdzie do obrotu na ich rynku dopuszcza się łososia, tylko z odłowów w otwartym morzu, a do Europy eksportuje się łososie z ferm. Proszę tylko pod uwagę wziąć jeden czynnik – stan naszych wód. Mam znajomego inspektora ochrony środowiska. Możemy w dowolnym momencie zbadać przyniesioną przez Pana rybę. Zdziwi się Pan, gdy poza naprawdę wyjątkowymi sytuacjami [ryby z najwyższych odcinków,nielicznych już dziś, czystych rzek], praktycznie wszystkie inne mają w sobie tablicę Mendelejewa, na czele z rybami z Wisły… Smacznego. Niestety, w dzisiejszym świecie, mamy nikły wpływ na jakość tego, co jadamy. Wcinanie ryb z naszych, zasyfiałych wód, niespecjalnie rożni się od zajadania się łososiem z fermy. Rożnica pewnie taka, że nasze są bez antybiotyków, jeśli są z dzikich rzek, a ich nie mają metali ciężkich – nie zamierzam nikomu mówić, czy ma jeść środki farmakologiczne, czy np. cez. Nie wiem czy przekonałem, ale dla mnie argument zdrowotności naszych ryb jest kulą w płot. Chyba, że Pan wierzy w zapewnienia inspektorów na państwowym garnuszku, że jednak nasze ryby są zdrowe. Ja nie wierzę, podobnie jak nie wierzę w nieszkodliwość soli przemysłowej.
    Co do dewastowania środowiska innych krajów [przykład tuńczyka w puszcze], to generalnie przyznałbym rację, gdyby nie kilka kwestii:
    – ja „tuńczyka w puszce” odbieram jako przykład altarnatywnego wyjścia i może to być szprot w pomidorach
    – przepraszam, ale punktowanie kogoś, za to, że dba w taki sposób [kupuje „obcą” rybę w sklepie] o nasze wody, przez osobę, która nasze ryby zabiera jest trochę nie fair
    Na „zmuszanie” innych do niejedzenia ryb, odpowiem na samym końcu – proszę dobrze poczytać ostatnie zdanie.
    Przykład z Hitlerem skomentuję wyłącznie indolencją autora i naiwnym szukaniem mocnego argumentu, jakiego czasem używają wegetarianie: „ludzie nie jedzący mięsa są łagodni i pokojowo nastawieni do świata”. A tu kłopot, bo Adolf też był trawożerny… Daj Pan spokój z taką argumentacją, bo przynajmniej wśród osób na pewnym [i zaznaczam nie niskim poziomie wykształcenia], nie mnie, tylko sobie autor robi obciach.
    Nie twierdzę, że zabranie akurat ‚trzech leszczy”, czy nawet pięciu jest zbrodnią. Zbrodnią jest zabieranie ryb, których zwyczajnie nie ma, lub jest zastraszająco mało i które dany człowiek zabiera zawsze, jeśli tylko uda mu się je złowić, a że łowi coraz mniej, to i zawsze zabiera.
    Cieszę się, że zgadzamy się w temacie głodujących emerytów, że ryby dla sąsiada nie są do końca ok. Niestety zabijanie ryb zgodnie z regulaminem, który wielu wędkarzy, nawet zabierających czasami [naprawdę czasami] ryby uznawany jest za chory, nie powinien rozgrzeszać właśnie pazerności. Co z tego, że coś jest dozwolone, jeśli jest złe w konkretnej rzeczywistości. W Niemczech istnieje przepis, że KAŻDĄ złowioną miarową rybę należy uśmiercić. I co? Dużej ilości Niemców okazy karpi, szczupaków, czy sandaczy zaczęły się „wyślizgiwać” z rąk do wody…Uznali, że ich prawo jest durne. Efekt taki, że na większości tamtejszych wód rybostan jest co najmniej o połowę lepszy niż nasz. Proszę się o tym kiedyś samemu przekonać. Polecam szczególnie Bawarię… Jeżeli czuje się Pan dyskryminowany i obrażany to ma Pan problem, pomimo, że nie mam takiego zamiaru. Odwołam się tylko do jednego przykładu, bo widzę, ze czytelne są dla Pana konotacje historyczne z grubej rury: kiedyś w RPA prawo rozdzielało białych i czarnych. I co z tego, że ówczesne przepisy pozwalały białym czuć się lepszymi ludźmi, podobnie jak dzisiejszy regulamin wędkarski POZWALA zatłuc metrowego szczupaka. Nikt chyba nie powie, że Apartheid był dobry i wielu tego się dziś wstydzi. To kwestia umiejętności spojrzenia na czasy obecne i skonfrontowania tego z tym, co może być za kilka lat.
    Co do czebaczków itp, to nie będę ich zabijał, bo nie mam możliwości złowić ich na spinning, a przynajmniej mi się nie zdarzyło, lecz chyba nikt nie oczekuje, że będę na nie polował z siatką albo agregatem 🙂 To trochę niepoważne, co Pan napisał.
    Podobnie z karpiami czy amurami – akurat jednego ostatnio podciąłem. Mam wielki szacunek dla karpiarzy wypuszczających te ryby. Żałuję i zazdroszczę karpiarzom, że właśnie wśród wielbicieli tych ryb jest rzeczywiście wyraźna grupa świadomie nie zabierających swoich zdobyczy, a bardzo mało ludzi wypuszcza bolenie,
    szczupaki, czy sumy… Słusznie Pan stwierdził pod kątem karpi – „dewastacji zbiornika” – takie ryby powinny pływać w wybranych zamkniętych wodach stojących… Teraz bardzo proszę uważnie posłuchać: proszę rzucić okiem na mój wpis, powyżej Pana wypowiedzi – chociaż pierwsze, dwa zdania…
    Życzę wielu miłych i rybnych chwil nad wodą.

  4. Panie Sarnina… Jak mało trzeba mieć wyobraźni i dystansu, żeby nie zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi? „Puszka tuńczyka” była przenośnią, a idea C&R, choćby dla 70% popierających ją wędkarzy była nową modą – bomba! Ważne jest to, że ryba, której jest co raz mniej w naszych rzekach, trafia z powrotem do wody.

    Za 10 lat może nie będzie już o czym pisać, a jedynymi miejscami w PL, w których będzie można coś złowić, będą łowiska komercyjne.

    Napiszę to jeszcze raz: Jeśli gros osób traktuje C&R jako modę, to ja jestem na tak, bo ryby, których jest coraz mniej, dzięki tej modzie wracają do wody.

    A tak na marginesie… Cała Twój wywód jest jakby żywcem wyjęty z posiedzenia sejmu… Oskarżenia, porównania, słowa wyjęte z kontekstu… To jest słabe, Panie Sarnina.

  5. W kwestii Catch&Release troche inne spojrzenie..
    Od lat wypuszczam złowione ryby, ale… z punktu etyki i moralności jest to chore.
    Panie Adamie po co jedźimy na ryby, wędkujemy?
    To my „elita” jesteśmy egoistami, bowiem męczymy ryby wyłacznie dla własnej przyjemności. Próżni też jesteśmy. Na siłe można to tłumaczyć atawizmem – zewem krwi jak u przodków, który karze stawać się nam na pewny czas myśliwymi, ale nie oszukujmy się.
    Wędkujemy wyłacznie dla własnej przyjemności, przedkładając ją nad barbarzyństwo, jakim jest wbicie haka w pysk ryby i jej hol – prawdopodobnie strasznej dla niej męki. To nie ma nic wspólnego z szlachetnością. Wracając do etyki – „lepiej” byłoby po prostu rybie dać w łeb, oszczędzając jej przyszłych męk w postaci kolejnych holi.
    Tak rozumując dochodzi się do wnosku, że jednak powinno się ryby zabierać, zachowując naturalny porządek świata – polowanie, zabicie, zjedzenie. Jest to jedyne wg mnie logiczne wytłumaczenie wędkowania jako sposobu pozyskania mięsa. Jeżeli dziadek zabija tyle rb ile dopuszcza regulamin, nie powiem ani jednego słowa (natomiast jeżeli widzę jak ktoś bawi się z rybą na brzegu przez 5 minut i później wspaniałomyślnie wypuszcza trupa to szlag mnie trafia i interweniuje). Na szczęscie jest luka w powyższym rozumowaniu. Nie ma na tyle ryb aby je zjadać. Po prostu ich nie starczy dla każdego. Dlatego jestem hipokrytą i będę je dalej męczył, bo po prostu to lubie. Uwielbiam podać muchę pstrągowi, złowić go wieczorem podczas rójki. Ale chyba nie potrafiłbym go już zabić.Mam nadzieje że kiedyś przy rozsądnym gospodarzu łowiska populacje odnowią się na tyle, że możliwe będzie bez szkody uszczuplić łowisko np. o 1 sandacza na miesiąc. Wtedy bez wahania walnę rybie w łeb, zakończe łowienie (bowiem złowiłem już rybę) i zjem go ze smakiem.

    • Witam.
      Jeśli ktoś czyta moje teksty, to wie, że mam dokładnie takie samo zdanie jak Pan: nasze hobby z punktu widzenia etyki, etycznym nie jest. Nie mniej nie zamierzam się z nim rozstawać. Nie mniej większość ludzi generalnie nie dorosła do tego typu dywagacji. Jednak o ile picie odpowiednio schłodzonego białego wina można uznać za fanaberię podobnie jak picie ciepłej wódy pod brudny paznokieć, to jednak zabicie ryby przynosi konkretny i NIEODWRACALNY skutek. Dlatego jestem zdania, że przy obecnym pogłowiu ryb jest to jedyna i najtańsza zarazem droga postępowania.
      Czy rybę boli? Obserwując zacięte różne gatunki ryb, coraz częściej skłaniam się ku zdaniu, że nie bardziej niż wbicie drzazgi w palec, a może nawet i nie to. Natomiast poziom stresu wynikający z oporu jaki stawia linka, wędka i holu, kontaktu z człowiekiem jest niewątpliwie bardzo duży. Osobną sprawą jest sprawna sesja foto.

      • Skąd Pan wie, że ryby to nie boli? Ryby głosu nie mają, więc się nie skarżą. Jedne ryby mają bardziej unerwiony pysk, inne mniej. Zależy też jak się wbije haczyk przy zacieciu. Cześć z nich boli na pewno, stresuje i proszę się nie ludzic, że wszystkie, ktore Pan wypuścił przezyly. Być może wędkarze którzy lowia rzadziej lub mniej skutecznie niż Pan i zabierają od czasu do czasu rybę, mają mniej negatywny wpływ na wodny ekosystem niż Pan, który wszystkie ryby wypuszcza. Z punktu widzenia obserwatora-niewedkarza jest to bezcelowe (poza przyjemnością lowcy) kaleczenie i meczenie ryb, z których część zdycha. Ciekawa definicja „elity”.

        • Z dużym prawdopodobieństwem ma Pan rację, że niektóre ryby zacięcie boli. Wg mnie dotyczy to nie jak Pan napisał ” tego, jak się wbije haczyk…” tylko od trybu i sposobu odżywiania danego gatunku. Ryby, szczególnie średnie i duże typu sum, boleń, pstrąg, a szczególnie [co pokazały doświadczenia kanadyjskich naukowców] sandacz, szczupak i okoń raczej niespecjalnie odczuwa samo wbicie haczyka [nie biorę pod uwagę łowienia na żywca, gdzie ryba może być zacięta za „żołądek”]. Prawdopodobnie, bo nikt tego chyba nie badał, a w każdym razie nie znam takich wyników, w sposób jednoznacznie negatywny wbicie haczyka odczuwają ryby typu klenie, jazie, wzdręgi itp. Przy czym dyskusyjne jest, jak bardzo źle to odczuwają. Moim zdaniem, to, co ryba odczuwa fatalnie, to kwestia „uwięzienia”, spowodowana ograniczeniem możliwości pływania przez linkę, oraz hol wbrew jej woli. Sadzę tak głównie z obserwacji zachowania ryb zerwanych, które są czasem długo w polu widzenia.Nie jak Pan napisał „wbicie haka”, tylko hol, jego czas trwania, wszelkie perturbacje z tym związane są czasem – czasem, co podkreślam – przyczyną śmierci ryby. Podam Panu dwa przykłady, że wypuszczanie ryb ma sens: mój znajomy ma spory staw. W nim bardzo dobrze określona ilość szczupaków, okoni, jazi plus mały białoryb. Duże ryby, szczególnie szczupaki były wielokrotnie holowane na delikatnych okoniowych zestawach [długie hole], jak i wyciągano te ryby w szybkim czasie na bardzo mocne zestawy [krótki, forsowny hol]. Jakoś mu te ryby nie padły i wciąż je łowi. Drugi przykład: komercyjne łowisko karpi i amurów: duże ryby, znakowane. Łowią je karpiarze na potężne zestawy i przypadkowo inni podczas zabawy z płotkami. Sam miałem taką okazję – hol blisko półtorej godziny [żyłka 0,14mm]. I jakimś cudem te ryby nadal żyją…. Właściciel nie odnotowuje strat.
          Należy Pan do przytłaczającej większości polskich wędkarzy, którzy po prostu nie są w stanie rozdzielić wyjścia na ryby od wyjścia po ryby jeśli się jakaś trafi. Stąd właśnie mamy bardzo często dniówki bez brań, a nie z powodu ludzi jak jak ja. Na tym tle wypuszczający ryby są elitą. Nic Pan na to nie poradzi 🙂 Życzę licznych holi.

          • Być może jestem w większości, Pan w mniejszości. Często to co rzadkie jest mylone z tym co elitarne. Nie jestem ani jakimś mięsiarzem ani nawet żadnym smakoszem ryb. Uważam jednak, że jeżeli wędkarz czasami zabierze rybę i ją zje zamiast kupić zlowiona przez rybaka być może w tej samej wodzie pzw to żadna zbrodnia. Trzeba tylko zachować rozsadek i umiar, zwłaszcza tam gdzie presja jest duza. Z niektórych przypadkach wręcz konieczna jest regulacja liczebności danego gatunku. Co do przeżywalnosci ryb, podał Pan raczej gatunki odporne, których jak wnioskuje z artykułów, za często Pan nie łowi. Ryba nie musi polknac głęboko haczyka, wystarczy że pokaleczy skrzela. Może też odplynac z przynęta, co z racji używania bardzo cienkich zylek, na pewno się Panu zdarza. Mimo przytoczonej argumentacji, nadal uważam, że wyrzadzam mniej szkody lowiac 3 ryby, z których 1 zabieram, niż Pan okaleczajac 100 szt. Dwa lata temu rozstalem się z PZW i znalazłem łowiska których PZW jeszcze nie otoczylo swoja „opieka”. Wody jest sporo, nie obowiązują wymiary, okresy ochronne, limity ani żadne inne ograniczenia. Skoro „wychodzę po ryby” dlaczego nie zarzucam tam sieci, nie używam akumulatora, tylko marnuje czas na machanie wędka? Nie ma wymiarów ani limitow-dlaczego nie ładuje wszystkiego co się zaczepi do reklamówki? Bo poza tym że lubię wedkowac, kieruje się pewnym rozsądkiem. Wędkarz który wie jak smakuje ryba to niekoniecznie taki, który najchętniej wycialby w pień to co znajduje się w jego zasiegu, a w razie konieczności dokupil druga zamrazarke. Również życzę wielu sukcesów wedkarskich.

          • Jedyne z czym się zgadzamy to temat proporcji wypuszczających i zabierających ryby. Nie chce mi się podnosić kwestii oczywistych. Ja nie mam nic do ludzi, którzy zabierają kilka – kilkanaście ryb w roku. Mam takich kolegów. Jak pokazuje rzeczywistość „zabieranie czasem” oznacza dla większości zabierać zawsze, a skutek mamy w wodzie. Dlaczego są kraje gdzie wędkarzy jest blisko 10 razy więcej niż w Polsce przy mniejszej powierzchni łowisk, a ryb więcej? Bo tam nikt nie snuje durnych dywagacji, czy ryby wypuszczane przeżywają, bo to tam wszyscy wiedzą i nie negują. Proszę sobie sprawdzić jak jest z pstrągiem potokowym w Finlandii [niby taki wrażliwy gatunek, a jakie tam są przepisy?]. Jak się siedzi non stop w polskim wędkarskim grajdole to trudno. Każdy ma wybór. Na szczęście dla wielu nie mam i nie będę miał wpływu na to, że przytłaczająca większość polskich wędkarzy zachowuje się jak rabusie. Za to odczuwam to non stop nad wodą. Ja już się przyzwyczaiłem, że są ludzie niereformowalni, którzy nie chcą się pogodzić z faktami, nie potrafią czytać ze zrozumieniem, albo nie chcą. Widzę, że jest Pan kumatym facetem, ale na Pana przyzwyczajenia nic nie poradzę i raczej się nie zrozumiemy. Szkoda czasu na dyskusje. Rzeczywistość i tak zmusi nas wszystkich do tego co nieuniknione…

  6. Ja zawsze wzoruje się do ludzi z programów typu: taaaka ryba itp. Jak złapie ładny okaz to proszę kolegę by zrobił mi z nim zdjęcie i wypuszczam.Bo dla mnie wędkarstwo polega na tym by pójść/pojechać gdzieś nad jezioro złapać i wypuszczać.Jeśli ktoś się stosuje do zasady „łapie i wypuszczam” nie ma po co brać siatki jedynie podbierak by podnieść większe sztuki i zrobić im zdjęcie i dzięki temu taka ryba nadal żyje my mamy świadomość że to stworzenie jeszcze będzie żyło i mamy zdjęcie by się pochwalić znajomym.

  7. Adamie, nasz wspolny znajomy, strażnik SSR, powiedział kiedyś coś, co mnie po prostu zamurowało. „90% wędkarzy nie wpisuje zabieranych ryb do rejestru. Limitów przestrzega może 30%.”
    Elita czy nie, istotna jest zdolność do refleksji nad własnym działaniam. Jest taka mądra buddyjska maksyma „wolność to uświadomienie sobie konieczności”.
    Sam u siebie widzę ewolucję podejścia do zagadnienia wypuszczania ryb, sam narzucam sobie wyższe wymiary, „widełki”, limity. Nie mam problemu z łowieniem na odcinku nokill, albo we własnym sumieniu uznaniu za taki rzeki o małej populacji ryb. Nie mam też dyskomfortu psychicznego łowiąc ryby w moim pojęciu niejadalne , czyli 80% naszych gatunków.
    Zabranie ryby która nie przeżyła holu albo nie ma szans przeżyć wypuszczenia – ok. Tego nie mam zamiaru zmieniać.
    Zabierać jak najmniej. Już w trakcie planowania wyjazdu na ryby zaplanować kwestię – dziś , jutro w tym tygodniu nie zabiorę ryby. Lub odwrotnie ale świadomie – tak, wezmę jedną rybę w konkretym rozmiarze – nie ledwo miarową, nie okaz, po prostu własne widełki. I z takim planem jechać tam, gdzie tej ryby jest przyzwoicie dużo.
    Co do gatunków inwazyjnych przypominam że tu prawo nie pozostawia pola do dyskusji, i jasno mówi że należy jes zabijać. A wszystkim mającym wątpliwości polecam kulinarnie sumiki karłowate.
    Trwa obecnie dyskusja nad statusem głowacicy. Z tego co wiem samo życie weryfikuje kwestię w prosty sposób – podobno ponad połowa głowatek nie przeżywa holu. I na tym bym zamknął sprawe bez zmian prawnych.
    Gdybyśmy tylko (my, wędkarze) byli bardziej świadomi w całej swej masie, RAPR mógłby być dużo bardziej liberalny i pozostawiający miejsce na myślenie. Niech przykładwm będzie szczupak. W małym starorzeczu jest zupełnie czym innym niż w górskiej rzece.
    Na pociesznie i jako pozytywny akcent w tej naszej smutnej rzeczywistości wspomnę, że w nizinnych, kiedyś brudnych jak szambo rzekach (Wisła, Rudawa nizinna) obecnie spotyka się pstrągi i lipienie. I to nie są miejskie legendy, bo osobiście mogę udowodnić zdjęciem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *