Liga spinningowo – muchowa. VI tura – Skawa

Sam nie wiem, czy ktoś, kto nie był to stracił, czy zyskał. Po prostu warunki w jakich przyszło nam łowić były, jakby nie było  – na jeszcze lato – lekko chore. Tak więc  z jednej strony bardzo dyskomfortowo, a z drugiej – wspomina się takie godziny, już po fakcie i w ciepełku domu, szczególnie po dłuższym czasie, jako przykład swego rodzaju urokliwego szaleństwa. Kolejny etap naszej zabawy w ligę odbył się na dolnej Skawie z jakby centralnym miejscem na jazie w Podolszu. Tu przy okazji napiszę, iż wszystkie krążące opowieści o mitycznym piśmie, zezwalającym łowić tam jak kto chce, są faktycznie mitem. Patryk dotarł do rozporządzenia RZGW z tego roku i ludzie z okręgu Bielsko-Biała potwierdzili. Obowiązuje tam, poza okresami „specjalnymi” 50m w górę i w dół, jako strefa ochronna. Każdy kto tam łowi, łamie przepisy. Jeśli jakiś niedowiarek chce, to wyślę mu na mail skan tego pisma. Wracając do rywalizacji. Ponieważ Maciek odgonił Czytaj więcej [...]

Upał

Mega upał to dla mnie najlepszy czas na pstrągi. Oczywiście niekoniecznie w samo południe. Może ryby są bardziej kapryśne w takie dni ale w pełni kondycji. Skusiłem się na wyjazd. Nie tak odległy jak zazwyczaj i  - co tu dużo mówić – nie pozwalający raczej liczyć na cokolwiek naprawdę większego, ale zawsze to urozmaicenie. Ponadto miejscowi donieśli mi, że w porównaniu z opowieściami z okolic Krakowa, to u nich cokolwiek w wodzie żyje. Plan był prosty: szybka dwudniówka. Dokładnie to jeden późny wieczór i prawie cały następny dzień. Pogoda pozytywnie, jak dla mnie oszalała. Na termometrze, biorąc nawet poprawkę na małą precyzję takich urządzeń –  prawie brakło skali. Mimo to ruszyłem nad wodę. Trochę jednak znużony drogą, wybrałem najbliższy mi odcinek. Zresztą zakładałem, że tam głównie będę łowić. Ot, fragment, jakie lubię chyba najbardziej: łąki, łąki, nieliczne drzewa, szerokość 3-4m. Zaskoczył mnie dość Czytaj więcej [...]

Dziwne półrocze

Pół roku tego sezonu minęło. Normalnie to specjalnie nie przyglądam się  tym pierwszym sześciu miesiącom, lecz ten rok jest dla mnie szczególny. Szczególnie słaby.  Dla większości z moich znajomych bliższych i dalszych [choć to marne pocieszenie] – podobnie kiepski. Nawet Ci, którzy mieli znakomity maj, teraz są jacyś tacy powściągliwi w relacjach… Ja mam tendencję, by zawsze oceniać kubek, że jest do połowy pusty o ile nie jest pełny, ale faktycznie, po tych pierwszych sześciu miesiącach nie mam kompletnie powodów do choćby umiarkowanej satysfakcji. Fakt faktem – tak słabo mi nie szło od 2002r. Tak marne wyniki miałem dokładnie 15 lat temu. W moich statystykach, niezależnie od ilości, jak i wielkości łowionych ryb, czołowe pozycje były zawsze te same: kleń, pstrąg, okoń. Zamieniały się tylko miejscami. Od dwóch – trzech lat doszła jeszcze wzdręga, która dość często na półmetku sezonu bywa pierwsza. Zrobiłem małe zestawienie Czytaj więcej [...]

Liga spinningowo – muchowa. V tura – rzeczka pstrągowa

Jesteśmy na półmetku naszej zabawy w ligę spinningowo – muchową. Za nami piąta tura.  Trochę namieszała w punktacji, bo też i dzień minął całkiem ciekawie. Zaważyły na tym chyba dwie rzeczy. Pierwotnie ten etap ligi miała się odbyć na Krzeszówce i Prądniku – do wyboru. Tyle, że to były łowiska proponowane z perspektywy ubiegłego sezonu. Jak jest w naszym okręgu z pstrągiem po tej zimie, nikomu nie muszę mówić. Było wiadomo iż prawie na bank wszyscy zejdą z zerem. Rok temu byliśmy twardzi i nie zmienialiśmy łowisk, ale ten sezon niestety nas do tego przymusił. Podobnie więc jak miesiąc temu zamieniliśmy „górską” Dłubnię na Kanał Łączański, teraz postąpiliśmy podobnie. Ponieważ Krzeszówka i Prądnik były moim typem, miałem prawo zmienić łowisko. Z racji, że są wakacje i mamy trochę więcej czasu, zaproponowałem podobną gabarytowo do Rudawy pstrągową rzeczkę w jednym z sąsiednich okręgów. Mnie najbardziej kojarzyła Czytaj więcej [...]

Jeden ranek

Zaliczyłem niedługi wypad nad Bałtyk. Nie byłem nad naszym morzem 19 lat nie licząc kilku jednodniowych pobytów, jak jeszcze grałem w zespole. Ale wtedy to nawet nie zastanawiałem się nad łowieniem. Co się zmieniło? Sporo. Po pierwsze nie ma tłumów, jakie były te prawie dwadzieścia lat temu, niezależnie od pogody. Dwa – jest sporo fajnych, nowych miejsc, gdzie w cywilizowanych warunkach można spędzić tydzień z dzieckiem. Fakt, że ceny tylko trochę niższe niż nad cieplejszymi akwenami. Żona, by mnie zachęcić pokazała mi zdjęcie plaży na której były okazałe falochrony z wielkich głazów, na oko wychodzące po 100m w morze.  No i w rzeczywistości tak było. Mam małe doświadczenie w łowieniu w morzu, a w Bałtyku to miał być mój debiut i normalnie to bym się nawet nie wygłupiał z łowieniem na spinning z plaży w środku lata, ale te „pomosty” trochę mnie zachęciły. Wziąłem więc troszkę sprzętu, a i to tylko dlatego, że okazało Czytaj więcej [...]

Liga spinningowo – muchowa. IV tura – Kanał Łączański

Kolejna odsłona naszej zabawy za nami. Zmiana łowiska na bank cokolwiek wniosła. Jednak nawet tak kapryśna i niezbyt sprzyjająca spinningowi woda, jaką  jest Kanał Łączański, szczególnie o tej porze roku i tak był na bank lepszy niż wylosowana pierwotnie Dłubnia z Prądnikiem w obecnym stanie. Kilka słów o łowisku. Jego plusem jest to, że ryb jak na polskie realia nie jest mało i co ważne, są bardzo równomiernie rozłożone. Do tego kanał jeśli idzie o dno, jest poza kilkoma wyjątkami – identyczny na całej długości i wszyscy mają porównywalne szanse. Stanowi to także minus, bo ciężko się w tym odnaleźć. Woda sprawia wrażenie leniwej ale uciąg jest znaczny. Szczególnych miejscówek brak. W czerwcu trzciny i trawska na dwa metry z rojami komarów, za nic mającymi sobie wszelkie specyfiki. Roślinność zanurzona przy brzegach obfita. Rybostan jest wiślany z tym, że rybami punktującymi są dla spinningisty w zasadzie klenie i jazie. Tych Czytaj więcej [...]

Liga spinningowo – muchowa 2017. III tura – Raba

Już się bałem, że o kolejnej, trzecie już turze naszej zabawy w ligę spinningowo-muchową, będą mógł napisać jedno zdanie - wszyscy zerowali.  Faktycznie było to dla mnie najgorsze ze wszystkich doświadczeń, jeśli by brać pod uwagę wszystkie tego roczne i zeszłoroczne etapy. Bywało, że nie mogliśmy zapunktować, ale przynajmniej brały małe ryby. Ale takiej „kaszany”, jak na Rabie nie było nigdzie. Przy tym, co działo się, a raczej nie działo wczoraj, marcowa tura z kilkunastoma kontaktami jakie łącznie miała dwunastka startujących, to było istne Eldorado. W sumie  - nie byłem zaskoczony. O Rabie, nad którą się wędkarsko wychowałem i pamiętam jeszcze z lat 70-ych, mam coraz gorszą opinię. Odnosząc się do ostatnich lat, to bywam tam rzadko, ponieważ nie licząc odcinka no kill, szkoda czasu. Ryb wszystkich gatunków są tam ilości śladowe, nie licząc najcieplejszych, wakacyjnych miesięcy, kiedy cokolwiek się uaktywnia. Niestety, przy Czytaj więcej [...]

Bez zdjęć

Jest koło 15.00. Od jakichś 20 minut mój ponton holuje karp. Pięknie zeżarł sztuczną larwę ważki. Kłopot w tym, że mam wzdręgowy zestaw... Pływałem od 11.00  bez brania na pontonie. Lekki wschodni wiatr monotonnie marszczył wiślaną wodę. Wraz z trzema innymi łódkami, gapiliśmy się na siebie od czasu do czasu. Nie było kompletnie kontaktów. Ryby nie żerowały. Sporadyczne, nijakie spławy, bardzo rzadko ciapnie czasem o taflę niewielki boleń. Jest wspaniała, turystyczna aura: totalna lampa i pod czterdzieści stopni w słońcu. Nawet nie czuć gorąca, bo wiaterek zimny. Wyjątkowo można czesać teren przy samych brzegach, które są puste. Pierwsze godziny poświęciłem wzdręgom. Szału brań, typowego dla zbiorników stojących nie ma tu nigdy, ale ryby duże i bardzo duże jak na ten gatunek. Tymczasem zero. Być może powodem jest wyraźnie trącona woda. Perłowa gumka wielkości 4cm znika z oczu jakieś 25cm pod wodą, a co dopiero małe mikrojigi. Czytaj więcej [...]

Duże ryby…

Niestety nie moje, tylko moich kolegów. Podeprę się nimi z dwóch powodów. Pierwszy – czasem przy opisach naszej zabawy w ligę, wspominam, że jeden czy drugi uczestnik łowi duże ryby. Drugi powód, to fakt, iż niestety, pech jaki mnie prześladował nad wodą, był wręcz filmowy. Przykład pierwszy. Piątek po południu. Musiałem w pracy zostać dłużej. Norma w dzisiejszych czasach. Wypadłem z roboty jak z procy i po nieco ponad godzinie jestem nad wodą. Bez przynęt, kołowrotków. No zero. Wracam z mocnym postanowieniem, że na dziś wystarczy… Godzinę później idę najszybciej jak się da po dzikiej wiślanej burcie. Staram się nadrobić choć parę minut. Trach! Nie na kiju, nie na drucie, a na jakimś anemicznym badylku wyrywam w spodniobutach, tuż pod kolanem dziurę wielkości palca. Zaliczyłem grubo ponad 100km. Ciśnienie tak mi skoczyło, że myślałem, iż własnej głowy będę szukał w krzakach. Przykład drugi. Cały majdan załadowany, silnik, Czytaj więcej [...]