Takie rzeczy się nie dzieją…

…a jednak. Pewnie myślicie, że będzie coś z grubej rury o kłusownikach, albo działaczach PZW. Ale nie. Mam nadzieję, że się ubawicie trochę, bo moi znajomi śmiali się do łez, choć mnie całe zdarzenie, niezależnie od groteskowości zajścia, podniosło ciśnienie, jak dawno nic. Główny „bohater” całego wydarzenia naprawdę miał szczęście, bo lat temu z 10 – 15 skończyłoby się to dla niego – nazwijmy to „kontuzją” i to raczej poważną; na szczęście dla niego i dla mnie pewnie też, teraz mocniej trzymam nerwy na wodzy.
Jest trzech wędkarzy z Krakowa, o których mam opinię, jako o najlepszych wiślanych łowcach ryb typowo spinningowych. Dwóch do niedawna znałem tylko z opowieści, a jednego miałem okazję kiedyś poznać. Są to osoby, za którymi wędki mogę nosić. Łowią dużo, bardzo, bardzo dużo ryb i to dużych. Często wielkich. Okazy. Niektórzy z nich udzielają się na forach. Są znani i są niekwestionowanymi autorytetami. Środowisko bardziej wyrobionych, ale też i wtajemniczonych spinningistów uszczypliwie mawia, że „a, to ten, co śpi nad Wisłą”. Najzwyczajniej chłopakom zazdrościmy czasu, jaki są w stanie poświęcić, umiejętności, wyników. Ale to taka zdrowa zazdrość w parze z podziwem. Ja tak przynajmniej mam. Mnie się zawsze wydawało, że tacy ludzie, to osoby ambitne, z jakimś poczuciem własnej wartości, swego rodzaju wędkarskim honorem. Okazuje się iż nawet wśród takich doskonałych wędkarzy potrafi trafić się niewiarygodna menda…
Sobota. Wczesne popołudnie. Dwóch spinningistów łowi na kleniowym pigalaku. Ryby nawet współpracują, choć nie ma nawet średniaków. Ot, rybki do 38cm. Ale jest miło, fajna aura. Po drugiej stronie pojawia się „crossowy” motor z kolesiem w kominiarce. Nic nadzwyczajnego.
Po około godzinie obaj wędkarze są po drugiej stronie rzeki. Kilkaset metrów w górę Wisły przyklejają się do trawiastej burty. Jeden z nich zmienia miejscówkę, unosi się i widzi w oddali, w trawach głowę w kominiarce. Nie przywiązuje do tego wagi. Kilka minut później wędkarz ma wrażenie, iż ktoś mu się przygląda. Wyskakuje na skarpę. W odległości około 30m jak surykatka na sawannie sterczy jakiś kolo w kominiarce i pseudo wojskowym uniformie. Cudak na widok wędkarza natychmiast zawraca. Wędkarz nadal nie przywiązuje do tego wagi – ot, kolejny wielbiciel survivalu itp. rzeczy. Każdy ma prawo.
Koniec wędkowania. Spinningiści się rozstają. Jeden z nich przed odjazdem idzie się odpryskać. Odchodzi kilkanaście metrów w głąb pobliskiej szutrowej drogi. No i tak sobie sika na łonie natury, a tu zza krzaków dochodzą dźwięki, niewątpliwie zdradzające obecność człowieka. Mimo późnej jesieni, przez resztki liści i badyle nic kompletnie nie widać. Rzut oka za krzak i…motor. I taka nieśmiała myśl: to chyba M. zwany Motorkiem! No ale co? Przecież każdy ma prawo sobie jeździć nad wodę.
Sobota koło 16.00. Jakiś palant jeździ na głośnym motorze wzdłuż ogrodzenia posesji wędkarza. Spinningista nie słyszy bo zajęty czym innym, a żona, która zwróciła na to uwagę, jakoś zostawiła to dla siebie, choć, jak potem mówiła, dziwne wydawało się jej, że taki sprzęt jeździ po prywatnym odcinku uliczki, do tego ślepej.
Niedziela. Około 15.00. Wędkarz wyjeżdża na wieczorowo – nocnego sandacza, na swój odkryty w sumie niedawno odcinek Wisły. Najbliższe skrzyżowanie jest równoprawne, obowiązuje więc zasada prawej ręki i każdy tu mocno zwalnia. Rzut okaz w prawo, w lewo i…jeszcze kątem oka raz w prawo, bo… Głębiej w przecznicy stoi terenowy motor i jakiś schowany za nim człowiek. O, tu już się światełko zapaliło. Spinningista podjeżdża do głównej drogi, pilnie zerkając w lusterko. Za murem kościoła pojawia się koło motoru; w zasadzie jego mały kawałek. Auto już na drodze głównej. Gaz. Jakieś 200m z tyłu widać motor gwałtownie przyśpieszający. Nie – to niemożliwe – śmieje się sam do siebie wędkarz. Ale zobaczymy – myśli. Skręca, robi kółko, przejeżdża znów tę sama trasę i staje pod kościołem na parkingu. Motor mija auto w odległości 15m. Ma rejestrację KR, a nie jak tutejsze KRA. Wędkarz dzwoni do kumpla, ale kolega mówi, że to niemożliwe. Nikt nie jest aż tak szurnięty. Trochę śmiechu. Tymczasem od strony głównej drogi, równoległej do parkingu, słychać głośny silnik. Rzut oka i w niewielkim polu widzenia pojawia się bardzo wolno jadący jak na główną trasę motocykl z kierującym ewidentnie kontrolującym, czy auto nadal stoi na parkingu. Po chwili czarny cross z dużymi żółtymi literami XT na osłonach i baku mija wędkarza z drugiej strony. Nawet wychodzi fota z widoczną rejestracją. Szybki telefon do znajomego gliny, który jest na służbie. Facet ma ubaw, ale wie, że nie żartuje. Spoko – mówi – na to są paragrafy. Dawaj znać, jak uznasz, że trzeba – mówi do spinningisty.
Wędkarz tymczasem rusza. Postanawia się przekonać ostatecznie, czy sam zaczyna świrować, czy to Motorek aż tak podupadł na psychice. Jedzie w zupełnie inną stronę niż nad Wisłę, po czym skręca na północ. Boczna, wąska asfaltowa dróżka. Po około 300m widać w lusterku motor. Nie, no – tu się nie da mówić o przypadku. Przejeżdżają pół sąsiedniej wsi. Znów główna droga. Kierowca wyczekuje, aż pojawi się sznurek aut. Wbija tuż przed nie. Oszołom na motorze musi ustąpić pierwszeństwa. Znów widać w lusterku jak motor ciśnie, bo ma jakieś 500m straty. Auto powtarza tę samą podróż, ale zaraz skręca w jedną z polnych drużek i gasi silnik. Wędkarz obserwuje, czy kierujący motorem pojedzie „na pałę” bo mu auto znikło, czy będzie się rozglądać. Pojechał, jakby się paliło. Gdy zniknął, auto spokojnie ruszyło nad Wisłę. Po drodze coś jednak nie dawało wędkarzowi spokoju, że ten pajac, faktycznie jest irracjonalny i lepiej na miejscówkę sandaczową nie jechać. Parkuje więc na powszechnie znanym miejscu. Choćby dlatego, żeby matołowi nie dać satysfakcji. Spokojnie rozpakowuje sprzęt. W momencie składania kija, słyszy za wałem silnik terenowego motoru. Zza niewielkiego budyneczku wychyla się koło po czym szybko cofa. Chwila zastanowienia.
Wędkarz bierze telefon i idzie spokojnie te pięćdziesiąt kroków. Wchodzi za budynek. Chyba zaskoczony [kominiarka, więc trudno ocenić na bank] motocyklista niby coś tam majstruje przy pojeździe. Wędkarz podchodzi bliżej i ostentacyjnie robi kilka fotek [poniżej taka, za którą delikwent nie oskarży o upublicznianie jego wizerunku].

(fot. A.K.)

Wędkarz wraca. Wypija kubek herbaty i się zastanawia. Nalewa drugi, co by mieć jednak świerzbiące ręce zajęte i idzie jeszcze raz do patałacha. Tu następuje mowa pouczająco – jeb…ca przy której postronni zsikali by się ze śmiechu. Nie cytujmy ciepłych słów, jakie popłynęły pod adresem tego świra. Przemilczmy, co Motorek usłyszał i jak się zachowywał. W czasie tego kazania znajomy glina potwierdził, że dostał zdjęcie pojazdu, ale spinningista zrezygnował z ich interwencji. Koleś był tak spłoszony, że nawet nie zauważył chyba, jak wędkarz zrobił mu kolejne foty, gdy zdjął kominiarkę. I tyle.
Mnie zastanawia , jak wędkarz z takimi wynikami jak Motorek jest w stanie zniżyć się do tak niskich zachowań. Niby nic, ale na polu wędkarstwa to normalnie kradzież. Ludzie mają jakieś swoje ambicje, a ten tu… Jeszcze bym rozumiał jakiegoś kompletnego nieudacznika. Czymś innym jest, gdyby ktokolwiek dowiedział się jakim jeżdżę autem i gdzieś tam nad wodą na mnie wpadł. To jest coś normalnego. Trudno mieć o takie zdarzenie do kogoś pretensję. Ale temu człowiekowi najnormalniej przydałby się chyba psychiatra.
Tak więc Mateuszu Motorku – wiedz kilka rzeczy:
– kilku moich kolegów, spinningistów i gruntowców, stałych bywalców W2 dostało twoją fotkę i nr rej twojego pojazdu; część z nich przynajmniej – jestem pewien, gdyż znamy się z dawnych czasów i wspólnie wykonywanej profesji – jak cię spotka, to ci w oczy powie, żeś buc, cham i prostak
– jeśli jeszcze raz będziesz mi jeździł pod oknami i śledził mnie, jako zestresowany celebryta wędkarski natychmiast zawiadomię policję, a jako materiał dowodowy przedstawię: foty z dnia wczorajszego, nagrania z kamery mojej [sobota] i sąsiada, jak mu sterczałeś pod oknem [niedziela] – podpada to pod uporczywe nękanie, a jeżdżenie bez celu za kimś da się podciągnąć pod stwarzanie zagrożenia w ruchu; co więcej – zrobię tak od razu, jeśli tylko nawet przypadkiem wejdziesz mi w drogę na W2, choćby to było za rok
– jeżeli przyjdzie ci do głowy jeszcze raz odkręcić taki numer, to poza powyższym, zafunduję ci te wszystkie przykrości, jakie obiecałem wczoraj nad wodą, patrząc ci z pół metra w twoje zestrachane oczęta – weź się ogarnij leszczu [kurczę –obraziłem zacną rybę 🙂 ]

11 myśli nt. „Takie rzeczy się nie dzieją…

  1. Kurcze, ciekawie tam na W2 macie. Nie mam pojęcia o kim mowa, może przez to że to nie mój rejon. Trzeba mieć jednak dobrze poprzestawiane w głowie, żeby poświęcić dwa dni na śledzenie kogoś, w nadziei na poznanie miejsca gdzie są sandacze… To jakiś facebookowy czy forumowy celebryta, z parciem na wynik i potrzebą regularnego fotografowania się z rybami?

    • Ja do końca nie wiem na ile on akurat udziela się na forach. Jego rejon to właśnie głównie Twoje okolice. Fakt, że facet ma wyniki imponujące, tylko ja się teraz zastanawiam w jaki sposób je osiąga, gdyż tu pokazuje, iż każdy sposób jest dobry…

  2. A może Adam tak Ci się wydaje że M. zwany Motorkiem ma imponujące wyniki albo ktoś Cię wprowadza w błąd. Może wyniki ma marne i dlatego posunął się do takiego zachowania. Oczywiście nie pochwalam a nawet jestem zszokowany takim zachowaniem (znam go osobiście). Może dla niego jesteś guru i chce Cię podpatrzyć co gdzie jak i kiedy 🙂 popełnił błąd i na pewno się poprawi…… wytłumaczę mu jak go spotkam Pozdrawiam PePe.

    • W normalnych psychicznych kategoriach nie mieści mi się w głowie takie zachowanie. Może masz rację, może ma gorsze osiągi [raczej nie sądzę], ale choć z żalem, to przyznać muszę, że ciężko wskazać mnie jako guru w łowieniu grubych ryb dla kogokolwiek. Motorek nawet jeśli ma mniejsze niż sądzę wyniki, to zna się na rzeczy i nic by się ode mnie nie nauczył. Raczej odwrotnie. Chciał po prostu w złodziejski że tak to nazwę sposób, najmniejszym kosztem znaleźć miejscówkę. Kto, jak kto, ale Ty chyba wiesz najlepiej, że bez wiedzy gdzie i o jakiej porze [dosłownie] nie ma szans na powtarzalne sukcesy. Sprzęt, przynęty, to drugorzędne tematy. Nie mniej dziękuję za wpis wg mnie jednego z MISTRZÓW [na serio i z pełnym moim uznaniem dla Twoich wyników].

  3. No ładnie, łowienie sandaczy może przysporzyć choroby psychicznej😆!… Niestety takie jest łowienie na Wiśle. Tu trzeba wiedzieć – wiatr w prawo, księżyc do, temperatura w dół , woda w górę, jeszcze godzina i mamy 40% szans na kontakt z rybą. O ile właśnie znamy miejsce… W tym momencie chciałem podziękować kolegom którzy pokazali właśnie jedną taką „koniunkcję” co do jednego miejsca i się zadziało!. Pełen pychy i szczerość w zaufaniu jak mi się zdawało prawie zaprzepaściłem ich znajomość. Dlatego niestety widzę zasadność trzymania w sekrecie niektórych miejsc i sposobów, i niestety trzeba skazać się na samotność czego nie lubię. Dlatego wolę łowić pstrągi klenie czy wzdręgi. Adamie jesteś Guru! Do tego stopnia że masz psychofanów😆

  4. No grubo. Ciekawe czy do gościa dotarło, że przekroczył wszelkie granice? Adamie według mnie ta sytuacja potwierdza, że jeśli chciałbyś dorobić to tak jak Piotr Matusiak możesz udzielać lekcji z wędkowania. Chętni na pewno by się znaleźli :-).
    Ps. Przyznam, że kiedyś szukałem „starorzecza”, gdzie wędkujecie późną jesienią ale nie udało mi się go namierzyć :-). Pozdrowienia dla normalnych wędkarzy 🙂

  5. Szok Adamie, normalnie szok ! Zamiast jeździć za Tobą, mógłby chłop sam na W2 czy W3 pojechać i poszukać miejscówek. Coraz częściej myślę, by z nikim o rybach nie rozmawiać, nie mówić i nie pisać gdzie, co, jak i kiedy. Albo po prostu ściemniać…

  6. Adamie, a ja mam inną teorię. Wiesz, różne są czasy, Ty jesteś sławny, rozpoznawalny, masz swoje zwyczaje, ten blog, łowisz ryby, grasz fajną muzę (dużo jeszcze wymieniać). Ogólnie – jesteś CELEBRYTA. A jak wiadomo, w takich osobach, zdarza się, zakochują się inni, wręcz zadurzają. Może po prostu stracił rozum, gdyż miłość pozbawia rozwagi i stąd takie szczeniackie zachowania. Jesień idzie, czas na rykowisko, no i mu się udzieliło… W sumie gusta nie podlegają dyskusji, więc nie oceniam tego całkiem negatywnie. A jak mu wywaliłeś zza węgła, to spalił cegłę i go zamurowało – tak samo się zachowywałem mając lat kilkanaście, gdy moja sympatia się do mnie odezwała…

  7. Interesujący tekst o lokalnych problemach społecznych i trochę o motoryzacji. U mnie na wsi podobno sąsiad sąsiadkę podglądał.. Ostatni raz zajrzałem na tę stronkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *