Nocki i treningi przed kolejną turą

W krótkim dziś wpisie parę zdań o moich skromnych, aczkolwiek obiecujących próbach łowienia w nocy i co działo się tuż przed ostatnią turą, która miała miejsce dwa dni temu [o niej następnym razem].

Najpierw nocki. Znalazłem miejscówkę z boleniami. Powtarzalną. Aaa – już uprzedzam – jeszcze żadnego nie złowiłem. Jest powtarzalna w brania. W rekordowy wieczór i noc miałem ich…siedem. Tak, tak, nie pomyliłem się. Zaraz po zejściu z wody, trochę roztelepany wewnętrznie w głowę zachodziłem, jakim cudem żadnej ryby nie zaciąłem.

Najpierw o miejscówce. Dość „nieboleniowa” w charakterze: równy bardzo, bardzo spokojny uciąg wzdłuż około 40m języka piachu wchodzącego w wodę z piaszczystej wysepki. Taki podwodny piaskowy, długi garbek. Na szczycie przy typowym teraz stanie wody od 10 do może 25 cm, a na krawędziach po pół metra u podstawy do 1,5m na czubku. Taka karykaturalna przykosa. Wzdłużne krawędzie „rozpuszczają się” w żwirze głównego koryta oraz dość głębokiej rynnie pod brzegiem. Miejscówka jest absolutnie dziewicza. Wprawdzie z drugiej strony przy tej szerokości W2 to byle czym dorzuci, jak się weźmie gruby zamach. Tyle, że właśnie z drugim brzegiem jest ten kłopot, że tego zamachu nie ma jak wziąć, bo tuż nad głową i za plecami ma się gęste gałęzie drzew. No i ludziska tam bywają, ale rzucają blisko z biodra. A najczęściej to siedzi gość z feederem.  A drugi brzeg, ten z którego łowię? No, najchętniej pokazałbym go, bo wszystko byłoby jasne, ale z wiadomych względów tego nie zrobię. Stroma,  wysoka na lekko 10m, nachylona prawie pionowo w rejonie piaszczystego jęzora  skarpa, ciągnąca się dobre 700m, porośnięta pokrzywami i kłębami jeżyn. Do tego u samej podstawy wspomniana rynna, która może trochę straszyć [80cm głębokości przy ekstremalnej niżówce] i kamienie zaczynają się dopiero z metr dalej. Tak to sam muł. Można się trochę obawiać. Ja początkowo chodziłem na około, ale zajmowało to kupę czasu. Teraz już mam taką „ścieżkę” i jakoś z niej tam się ześlizguję na raty, a po pierwszym wychodzeniu do góry, gdzie miałem całe łapska pokłute i poparzone, bo łapałem się wszystkiego, co w zasięgu było, mam teraz rękawice robocze. I jakoś daję radę.

Bolenie są godne. Wielkich nie widziałem, ale większość to sztuki wyraźnie 60+. Na razie grają mi na nosie; mam nadzieję, że do czasu, póki co jeszcze rozbestwione obfitością drobnicy.  Nie biorą typowo, z potężnym łupnięciem, choć spektakularnie. Najczęściej tuż przed zmierzchem.  Gumy doganiają zdecydowanie i łapią mocno sam ogon. Przy pierwszym ataku, jakieś 7m od szczytówki, to się prawie uderzyłem kijem w czoło. Z woblerami jest inaczej: bolenie płynął ostro, po czym tuż przed wabikiem…zamykają pysk i jakby z byka walą w sztuczną rybkę. Tzn. trzy takie ewidentne zachowania mogłem zaobserwować, więc zakładam iż kolejne mocne „boksowania” przynęty, bez skutecznego zacięcia z tego właśnie wynikały. Nie mam pojęcia dlaczego tak robią. Potrafią płynąć w konwoju, co 5 – 10m po kilka sztuk wzdłuż jęzora piachu i co parę sekund któryś odpala na boki i wali w drobnicę na piaskowym wypłyceniu. Najlepsze jest to, albo najgorsze [?], że jedna ryba potrafi ubóść wobler dwa razy: niby odpływa, zawraca i poprawka. Normalnie miękkie nogi 🙂  I tak się bawią ze mną, mam nadzieję do czasu. Myślę, że problemem jest ta ledwo płynąca woda. Próbowałem szybszych temp prowadzenia przynęty, ale nie mam wtedy reakcji ze strony boleni. Raczej takie umiarkowane zwijanie. Na razie nie doprowadziły mnie jeszcze do szaleństwa i nie ćwiczę jogi z postawionym w miejscu woblerem. Po prostu cieszę się, że są i nawet ich tu trochę pływa.

Zupełnie po ciemku cudów nie ma, choć raz miałem z 6-7 pięknych brań, przy czym dwie ryby wyglądały na naprawdę fajne – spadły po dosłownie obrocie korbką. Co ciekawe, wszystkie te brania były na gumy i tej nocy wobler był jakby niedostrzegany. Nie obiecuję sobie tam jakichś sandaczowych cudów, ale może. Na razie wpadają tylko takie do 50cm.

(fot. A.K.)

Jedyne, co mnie drażni, to pora brań. Nie widzę reguł. Raz o 22.00, innym razem dopiero  około północy. Po całym tygodniu, bo najczęściej jestem z piątku na sobotę, to często nie doczekuję tej pory.

Co by płynnie przejść do tematów naszej ligi. Cały tydzień niemała część z nas intensywnie trenowała, a raczej próbowała. Wieści, jakie do mnie przychodziły z W3 były raczej dość powściągliwe. Owszem, pod wieczór, a szczególnie nocą, chłopaki łowili piękne kleniska, ale to były pojedyncze ryby i w ciemności.

(fot. T.M.)

(fot. T.M.)

(fot. K.N.)

A wszystkie kolejne tury ligi są już w dzień. I tu był kłopot, bo ryby nie tyle nie rozpieszczały, co najczęściej nie bardzo brały. O ile mi wiadomo tylko Michał  dwukrotnie połowił: raz bodajże sześć niezłych kleni…

(fot. M.M.)

…a dzień przed turą trzy sztuki i sandacza.

(fot. M.M.)

(fot. M.M.)

Moim zdaniem głównym powodem jest po prostu aura: totalna lampa od kilku dni z nielicznymi „rozmazańcami” rachitycznych chmurek. Niezależnie od ciśnienia, stanu wody, czy temperatury – mnie ryby wtedy generalnie nie biorą. Przy okazji temperatur – też nie jest fajnie, bo nad ranem bywa 2,5 stopnia; w południe zaś 20…

Bywały dni, gdy ryby o ile się na nie w ogóle trafiło, potrafiły brać nawet i całkiem intensywnie, ale niezwykle ciężko było cokolwiek zaciąć, mimo, iż nie były to maluchy.

Zresztą, fakt, iż temperatury zajrzały wszystkim gatunkom w żołądki, niech świadczy fakt, iż podobnie jak wczesną wiosną mamy dość egzotyczne przyłowy.

(fot. R.M.)

Sam wybrałem się raz przed turą. Z jednej strony ambicja, z drugiej niechęć do łażenia sobie po głowie nie pozwoliły mi na obstukiwanie pewnych miejscówek. Z drugiej strony, dość nieoczekiwane prowadzenie w lidze po sześciu turach, robiło trochę ciśnienie [biorąc pod uwagę łowiska, jakie dominują w tym roku, na koniec ligi realnie zakładałem 3-4 miejsce, choć oczywiście i o pierwszym też zawsze się myśli i robi, co się da]. Na W3 uwielbiam łowić, ale rekreacyjnie: jadę na sprawdzony kawałek i łowię do oporu, albo wybieram nieznane, coś tam odkrywam, najczęściej z nikłym wynikiem. W tym roku akurat, to byłem, licząc trening przed wrześniową turą – dopiero trzeci raz. Z poczucia realizmu, ja tu nigdy nie zakładam zrobienia wyniku, tylko jedną – dwie ryby na punkty. Ostatnie lata pokazują, że już to wystarcza, by mieć fajną lokatę. Takie bezpieczne utrzymywanie zmniejszającego się dystansu do kolegów, którzy nie odpuszczają, a którym Wisła leży znacznie bardziej niż mnie, jeśli chodzi o rywalizację.

Zrobię teraz dygresję. Coraz więcej z nas dochodzi do wniosku, że liga uczy nas niesamowicie wędkarskiego rzemiosła. To całkiem inny wymiar zabawy, niż wyjazdy po prostu na ryby. Nie bywam na forach, ale ponoć nawet coś tam o nas piszą, komentując wyniki, na ogół w sposób pochwalny, a czasem jacyś sfrustrowani niepowodzeniami wędkarze, wręcz pytają, jakim cudem, gdy oni przez trzy tygodnie na danym łowisku nic. Tak się ostatnio z Maćkiem zastanawialiśmy, rozpamiętując Puchar Lajkonika bodajże sprzed 3 – 4 lat, może wcześniej. Zjechało się prawie 80 mistrzów i wicemistrzów okręgów i przy śmiesznych kryteriach, wyszło, że jakaś połowa z nich nic nie złowiła, a pozostali punktowali klenikami, jak na naszą ligę nie do punktacji, choć oczywiście znaleźli się i tacy, którzy złowili fajne ryby. Tych było niewielu.  Ale taka ta woda jest. Jeśli ktoś przyjeżdża z drugiego krańca Polski i ma 2-3 dni lub mniej na jakiś trening, to jak nie ma palcem pokazanego namiaru, to tylko przypadkiem zrobi jakiś wynik. W3 potrafi sprowadzić do parteru nawet bywalców. Inna sprawa, ze ilość ryb jak na tego typu rzekę jest taka sobie. Nie mam pojęcia ile osób realnie przyłączy się do naszej zabawy w przyszłym sezonie, czy w ogóle takie będą, ale co najmniej kilka wstępnie deklaruje chęć udziału, bo widzi wyniki, widzi efekt nazwijmy to – podnoszenia umiejętności.

Mój trening był po raz pierwszy zmuszeniem się do skakania po miejscówkach. Nie cierpię tego, ale postanowiłem spróbować. Już kiedyś, w maju założyłem, że w jednym miejscu [miejscówka to dosłowne określenie, bo to zaledwie 30m brzegu], powinny się ustawiać klenie, ale takie przypadkowo zabłąkane w ten rejon. Po prostu wszędzie wyżej i niżej jest tak bardzo nieprzyjaźnie dla tego gatunku, że powinny. Drugi fragment to takie niewielkie żwirowisko, mało atrakcyjne, ale relatywnie mało eksploatowane przez wędkarzy, a trzeci odcinek to taka bankówka. Łowić miałem najlżejszym UL, stosując na około 0,8g jaskółki po 4-5cm. Założenia były chyba niezłe, tyle, że tura miała trwać w godzinach 6.30 – 13.30, a ja trenowałem od 10.00 do 17.00. Spora różnica. Nie mniej zapowiadało się bez skrajnie negatywnego wyniku. W międzyczasie zdzwanialiśmy się z Robertem, który w tym samym mniej więcej czasie rozpoznawał sytuację na wodzie. Wnioski, jak i wyniki [choć kolega jakościowo lepsze] ilościowe mieliśmy takie same: trzeba zmieniać miejscówki, łowiąc ryby „dyżurne”, o których wiemy, że są lub zakładamy, że powinny w danym miejscu być. Uważaliśmy, że jednak wszystko rozstrzygnie się w godzinach rannych, a potem to już tylko będą fuksy. To ostatnie zupełnie się nie sprawdziło.

Ja na pierwszej i drugiej miejscówce złowiłem dwa punktowane klenie – 33cm i 42cm poniżej.

(fot. A.K.)

Trzeci, bankowy odcinek okazał się niewypałem. Nie byłem tam od  zeszłego roku. Ilość wędkarzy spotkanych i śladów po pobycie ludzi wcześniej po prostu mnie odstraszyła, podobnie jak tylko kilka klonków pod nasz wymiar. A zazwyczaj były tu kontakty z rybami wyraźnie większymi…

Robert też miał dwie ryby z tym że odpowiednio 50cm…

(fot. R.M.)

…oraz pod 40cm.

(fot. R.M.)

Przy okazji odwiedzania różnych kątów, mnie przynajmniej uderzył  fakt nieżywych sumów. Co najmniej dużych. Robert znalazł potężną sztukę [2,1 – 2,2m]…

(fot. R.M.)

…ja taką pod 170cm.

(fot. A.K.)

O ile ryba kolegi mogła zejść ze starości, to jednak ten mniejszy spokojnie mógł rosnąć jeszcze te pół metra. Sum jako ryba raczej twarda jeśli chodzi o wytrzymałość z byle powodu nie zdycha…

Spotkałem po południu Rafała, który jak zawsze wpada na ligę z Dolnośląskiego. Był tym razem z kolegą – Arkiem. Rafał miał dwie znamiennie sytuacje: zaliczył obcinkę sporego szczupaka i miał chwilę emocji z raczej większym już sumem.

O tym, jak było na samej turze już wkrótce, a działo się w sumie niemało, jak na aurę i to, na co się zapowiadało. Ryby brały, okropnie humorzasto ale brały 🙂

6 myśli nt. „Nocki i treningi przed kolejną turą

  1. W3 nasze szalone W3… ryb nie tak dużo, jakby moglo sie wydawać..trafiają się jednak okazy i to nas tam ciągnie…

    Pisząc komentarz zauważyłem, że jest poprawa pisowni . Spoko! Wcześniej tego nie było.

    Chciałbym Wam przypomnieć, że istnieje również druga część W3 pomiędzy Dąbiem a Przewozem. Musimy tam rozegrać kiedyś jakąś ture. Woda nieczytelna, ale są okonie i rzadkie juz jazie. Presja niewielka.

    Widziałem stamtąd prawdziwe okazy drapieżników takich jak bolen i sandacz z ostatniego sezonu . Mam ten odcinek pod nosem , ale wciąż nie mogę się do niego przekonać. Bylem pare razy z Krisem i sam na wiosnę.. miejsoweczki mialem wystawione ofkors 🙂 bawiłem się lekko i czasem udało się coś złapać. Nic wielkiego, ale może na jesień spróbuję.

  2. Dziękujemy za ciekawy artykuł!
    Sandacze spadają nie tylko Tobie Adamie, ja w tym roku straciłem już 8 (!) sandaczy, w przedziale 60-80cm. Na niektóre mam świadków, co do innych -musicie uwierzyć na słowo. Niektóre spadały tuż pod samymi nogami, inne zaraz po braniu. W pewnym momencie uznałem to nawet za jakieś tegoroczne fatum, wyjatkowego sandaczowego pecha którego mam w tym roku, i postanowiłem zrobić przerwę od tego gatunku.To jest ryba do której trzeba mieć anielską cierpliwość. Podobne sytuacje mieli w tym roku koledzy. Dlaczego spadają znacznie częsciej niż inne ryby? Po części pewnie przez twarde pyski. Po części może przez specyficzny sposób w jaki chwytają przynętę.

    Co do W3 – to rzeczywiście trudna woda i trzeba czasu żeby ją rozgryźć. Ale jak zauwazyles – ma coś w sobie.

    A że liga podnosi umiejętności? Pewnie że tak! Po pierwsze uczy całkiem innego podejścia do wędkowania. Ja po raz pierwszy startuje i dopiero zaczynam łapać jak wędkuje się na punkty i o co w tym wszystkim chodzi. I jest to bardzo ciekawe doświadczenie. Po drugie można się wiele uczyć od siebie nawzajem. Uważam, że znaczna większość zawodników z naszej Ligi to naprawdę doskonali wędkarze, prawdopodonie jedni z najlepszych w Okręgu. Znam jeszcze kilku wyśmienitych lokalnych spinningistów, którzy w Lidze nie startują, ale jest ich naprawdę niewielu – policzyć ich można na palcach jednej ręki.

  3. Co do sandaczy, to jest ich na naszej Wisełce chyba więcej, niż nam się wydaje. Od razu zaznaczam, że ze mnie „sandaczowiec” żaden, ale znam takie miejsce, w którym sandaczy jest naprawdę sporo. Z tym, że są to ryby niemiarowe. W tamtym roku byłem raz i w półtorej godziny złowiłem 3 szt. w rozmiarach 35-38 cm., a przedwczoraj od 17:45 do 19:30 miałem 3 puknięcia, jedna ryba mi spadła, a dwie (37 cm i 41 cm) złowiłem. Jako, że gumami nie lubię i nie umiem łowić, to przynętą był uklejopodobny, płytkoschodzący wobler o długości 7 cm. Być może ktoś bardziej doświadczony ode mnie w łowieniu sandaczy, połowiłby w tym miejscu na gumy ryby znacznie większe….

    • Oj chłopaki -zejdźmy na ziemię z tymi sandaczami. Tych ryb jest okropnie mało! Choć chyba rzeczywiście jest troszeczkę więcej niż uważałem ryb miarowych. Co powiecie na standard na Wiśle w dzień jakim było 20 -30 sandaczy około 40cm przy łowieniu czegokolwiek drobnego? Naprawdę – to był standard przeciętnego ciepłego dnia [maj – wrzesień] i nie w jakichś super miejscówkach tylko w przeciętnych miejscach. I na Wiśle W2 od Okleśnej do mniej więcej wysokości Kłokoczyna gdzie jeździłem tak było od 1999 do 2006r. A potem jak nożem uciął. Nie było coraz słabiej, tylko po prostu się urwało…

  4. Adamie nie wiem czy zauważyłeś, ale w naszych okolicach wiele gatunków nagle zniknęło. Kilkanaście lat temu, gdy stało się na moście w Radziszowie, to na Skawince było widać klenie, świnki, brzany. To samo u mnie w Skawinie. Popatrzyłeś w dół z mostu, to klenie baraszkowały po kamieniach. Na Cedronie dno było „wybrukowane” wręcz kiełbiami i strzeblami, a teraz nie ma nic. Jeszcze 2 lata temu na Kanale Łączańskim jazi było dość sporo, a teraz nie ma ich prawie w ogóle. Więc albo ryby giną od jakichś zatruć (bo nie wierzę, iż kiełbie czy strzeble zostały zjedzone) albo zmieniają stanowiska i ich nie widać. Albo i jedno, i drugie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *