III tura ligi spinningowo – muchowej 2020. Wisła

Zapowiadałem w poprzednim wpisie batalię i bitwa była, ale z pogodą i własnymi słabościami. W trakcie łowienia wspominałem bezpłciową i nudną drugą turę, jak przyjemny spacerek na słoneczku. Ciężko się łowi  na granicy maja i czerwca, gdy oczekuje się słońca i ciepła, a mamy ledwo osiem stopni, zimny jak cholera wiatr płn. – zach. i non stop opady deszczu, momentami silne. Tura była jedną wielką niespodzianką, gdyż prawie wszystko w niej ułożyło się inaczej niż [nie licząc soboty] w dniach ją poprzedzających. Złowiono tylko 19 punktowanych ryb [sześć  gatunków], co jak na trzynastu obecnych i Wisłę W3, jest liczbą bardzo skromną. Rozmiary punktowanych ryb też nie powalały, aczkolwiek były starcia z czterema większymi okazami, z tym, że tylko dwa wygrane. Co zawiodło? Przede wszystkim aura. Od tygodnia było bardzo zmiennie, woda rosła, ale od soboty pluło przysłowiowymi żabami w termice z końca października. To zapewne spowodowało, że ryby generalnie żerowały słabiutko, podniesiona o 130-150cm Wisła powodowała, iż nie stały tam gdzie zawsze [w sumie to niekoniecznie wiadomo było gdzie stoją]; boleniom, które – wyglądało, że będą głównym bankiem „grubych” punktów, jakby zgaszono światło.

Bardzo mylące mogły być ostatnie dni z piątkiem włącznie.  Jeszcze właśnie w piątek Robert pisał, że był ze trzy godziny, klenie widział, ale nie brały, choć nie specjalnie się starał je złowić, ale wyjął bolenia pod 70cm.

(fot. R.M.)

Kurde, czytając takie maile, można zwątpić w sens startu na łowisku, gdzie bywalcami nie jesteśmy, a stajemy w szranki ze znawcami tej wody.

W każdym razie rapy jeszcze hulały, a właśnie w piątek ożywiły się w końcu klenie. Miałem nawet relacje od ludzi ze zdjęciami. Jak ktoś odpuścił sobotę i nie zajrzał nad wodę, to nie wiedział co się szykuje, choć Robert jeszcze punktowanego  klenia dzień przed „przytulił”.

(fot. R.M.)

Ja zajrzałem dzień przed turą, pierwszy raz od końca lutego na tym odcinku Wisły.  Cała wizja tej tury w moich oczach była taka, że pierwsze miejsca podzielą miedzy siebie Robert, Maciek i Piotr, nie wykluczałem także dwóch innych osób: Tommy i Krzysiek też dobrze znają to łowisko. Oczywiście każdy inny może zrobić niespodziankę, ale jakieś założenia dobrze mieć. Uznałem na podstawie ich wyczynów z ostatnich tygodni, że nawiązanie z nimi walki punktowej będzie już małym plusem, natomiast kalkulowałem miejsce 5-6 jako pozytywne wyrobienie planu, lokaty wyższe byłyby dużym sukcesem. Podczas tego rozpoznania nastawiłem się na bolenie i duże klenie. W sobotę nad wodą byłem o 8.30 jeszcze w słońcu i resztkach błękitu, choć gdy wyjeżdżałem od siebie półtorej godziny wcześniej, to już przy ołowianym niebie i zacinającym deszczu. Trening miał trwać do 15.00, max do 16.00. Obskoczyć miałem cztery fragmenty; gdybym na jakimś złowił rybę na punkty, postanowiłem od razu jechać na następną miejscówkę.

Pierwsze rozczarowanie dotyczyło dojazdów, bo po silnych deszczach już na tym etapie był kłopot. Nawet na co dzień z lekka utwardzone dróżki, były tak zabłocone, że dojazd pod górę dla auta bez napędu na cztery osie był niełatwy. Cześć traktów najzwyczajniej odstraszała.

(fot. A.K.)

W każdym razie stówę na traktorzystę miałem.

Pierwsze miejsce. Auto i tak musiałem zostawić jakieś 700m od planowanego miejsca parkowania i przez trawska pełne wody drałowałem sobie w spodniobutach. Drugie rozczarowanie: niby sprawdzałem stan wody na wodowskazie w necie, ale spodziewałem się jednak łatwiejszych warunków. Znalazłem jakąś wyraźną wnękę, ale trawy porosły już na taką wysokość, że był kłopot. Niby nic nowego, ale by z nich wystawić  2,7m wędki, musiałem stać po pas w zimnej jak na dzień przed czerwcem wodzie. Ale coś tu się działo: przewinął się potężny boleń, było kilka ataków mniejszych rap, spławiały się leszcze. W pół godziny doczekałem się czterech pewnych brań: fajna już chyba ryba capnęła największego Pintaila zawieszonego w toni. Zaciąć się tego nie dało, bo szarpnęło sam ogon, ale czuć było moc. Potem miałem dwa niemrawe pyknięcia/otarcia woblera. Nawet nie wykluczyłbym leszczy, które wciąż w amoku tarła, zawieszonego chyba  podobnie jak miesiąc temu tarło wzdręg – ze względu na chłody; może to one chciały się przytulić do wabika? Potem miałem strzał w 6cm wobler, rybę zaciąłem i zacząłem hol, ale zaraz spadła. Wyglądało na klenia w okolicach 40cm.

Zaczęło lać. Pojechałem na kolejny odcinek, bo w tym deszczu już miałem obawy czy z tej miejscówki odjadę bez pomocy.

Drugi fragment – totalnie stojąca woda. No prawie. Wszystko się zgadza. Przed dojazdem tu, tak naprawdę, chciałem z ciekawości sprawdzić inne fragmenty. Gryzłem się nawet z myślami, że idę na łatwiznę, po najmniejszej linii oporu, bo złowię z pięć leszczy 50+ i może nawet wygram z boleniami… Byłem pewien. Spotkałem tu Rafała, który jak zawsze przyjechał z 300km na ligę już w piątek wieczór. Był o tyle zadowolony, że na jakimś swoim fragmencie miał klenia 41cm i też kilka lichych, ale jakichś tam kontaktów. Zastoisko zawiodło na całej linii. Chyba dwie godziny z okładem. Żaden z nas nic nie wyjął, nie było nawet brania. Ja nie zarejestrowałem choćby spławu czegoś na tyle dużego, co dałoby choćby minimum punktów. Gdy na chwilkę słabł wiatr, a wraz z nim ustawał deszcz, to powierzchnię znaczyły ślady po rybkach jak palec. Nieliczne. Zostawiłem podbierak i wlazłem w zalane kępy krzaków i traw. Rok temu, przy podobnym stanie wody, ale ciepłej aurze, uciekały tabuny ryb. Aż chrzęściło w zielsku i badylach. Teraz tylko w jednym miejscu spłoszyłem jakąś około 35cm rybę [chyba jazia]. Zwątpiłem i już wiedziałem, że będzie MEGA KICHA.

Miejscówka nr 3. Opaska. Głęboka niestety, ale normalnie z ultra leniwą wodą, teraz uciąg niemały. Chodzi się fatalnie: albo po nie zalanej jeszcze śliskiej stromiźnie, albo po pas wodzie, na nierównych kamieniach i w trawach po ramiona. Chyba kolejne trzy godziny bez brania!

Powinienem wracać, choćby po to, by nie zamęczyć się na amen przed jutrzejsza turą. Ale byłem tak wściekły i głupio mi było przed Rafałem. Opowiadałem że z łowiska nr 2 [zastoisko] nie ma szans zejść bez punktów. Uświadamiam sobie, że pierwszy raz łowię tu przy tak parszywej aurze. Bywałem  o tej porze roku przy wodzie nawet większej, ale zawsze w dni słoneczne, ciepłe. Jak nie brały bolenie, które lubią tu zajrzeć [klenie tu rzadko zaglądają o tej porze roku], to na UL łowiłem na larwy ważek leszcze, jazie, a na mikrojigi karasie i nawet wzdręgi. Tego bywało tyle, że nawet dwa bolenie 60cm mogłoby być mało na taką drobnicę, ale jednak na punkty… Rafał wraca jeszcze na ten obszar zastoiska, a ja testuję dwa ujścia – mini cofki takich ni to rzeczek, ni to rowów. W jednym mam nawet branie. Ale łowię bardzo szybkim kijem do 15g i plecionką 0,12mm. Nie zacinam tego czegoś.

Potem znów się spotykamy i jedziemy jeszcze na jeden fragment. Ciąg trzynastu mini główek. Nie byłem tu od września 2019. Jest tak mroczno, że wydaje mi się iż kończy się dzień. Siąpi cały czas. W desperacji próbuję łowić jakieś okonie, przy spadach w dziury zaraz za główkami, gdzie są najgłębsze miejsca. Mam nawet dwa brania. Wyjmuję jednego kloneczka około 25cm. To wszystko przez dziesięć godzin. Jest osiemnasta z minutami. Wracam tak nabuzowany…

W domu jestem przed 20.00 i ledwie łażę. Rafał zaś w międzyczasie coś przekąsił i znów pojechał na ten pierwszy swój poranny odcinek i przysłał fotkę klenia 37cm. Niby niewiele, ale byłem bliski…w sumie nie wiem czego byłem bliski, ale było mi, ku….wa bardzo źle. Gość przyjechał z Wrocławia i ma dwie punktowane ryby, a ja znając tę wodę dużo lepiej – zero… Potem ciśnienie mi trochę opadło, bo w mailu Robert pytał czy ryba z takiej mini cofki rowu melioracyjnego się liczy. Myślał zatem o identycznym, jak ja łowisku. To pytanie kolegi, który kręci grube wyniki na tej wodzie, jakby mnie uspokoiło i usprawiedliwiło moją sobotnią klapę. U niego też musiało być w sumie słabiutko.

Co robię, gdy już nie wiem jak łowić? To samo, co w październiku zeszłego roku, kiedy nie miałem czasu na jakieś rozpoznanie na W3: dałem sobie spokój z zestawem kleniowo – boleniowym i zmontowałem super UL, tylko zamiast kijka z gumy do 5g i mikrojigów, szybka Montana do 6g i jaskółeczka 4cm na 1g. Kołowrotek ten sam – Okuma Ninja 1003 [starsza wersja]. Niech się dzieje…

(fot. A.K.)

Spotkaliśmy się o 6.20 tam gdzie zazwyczaj. Było nas 13 osób. Mimo totalnego niewyspania [niespełna 4 godziny snu], zmęczenia dniem poprzednim [to była głupota łazić po tych nierównościach tyle czasu], miło zobaczyć uśmiechnięte twarze takich samych świrów jak my sami.  Wyskakujemy w sztormiakach żeby się przywitać i po paru sekundach mamy mokre tyłki. Tak zacina.

Spękałem. Na wczorajszą, pierwszą miejscówkę, gdzie były kontakty nie wjechałem. Nie odważyłem się. W alternatywie było robienie cyrku ze spodniobutami we wsi pod czyimiś oknami i drałowanie przynajmniej 2km.

Wojtek zaproponował miejscówkę, która nawet w snach by mi nie przyszła do głowy. Byłem tam z 8 -10 razy i NIGDY, poza pojedynczymi złowieniami, słownie trzema [klenie 47, 37 i 33cm – po jednym na wyjeździe] nic tam się nie działo. Od trzech lat tam nie byłem i nie zamierzałem. Kolega mnie przekonał, bo zauważył, iż nigdy nie byliśmy tam w ciepłej porze roku przy dużej wodzie. No fakt.

Zwrócę jeszcze uwagę, że cześć fotek jest ciut zamglona, ale w tych warunkach, telefon/aparat wyjęty z ciepłej kieszeni, zaparowywał w sekundę.

7.00. Zaczynamy. Aura bez zmian. Leje, wieje. Łapy mi grabieją, jak nie o tej porze roku. Masakra. Ruszam się jak mucha w smole. Spać. Łowię może nie jak za karę ale bez wiary, bardziej przez szacunek dla tych, którzy jak ja przyjechali, nie zważając na tak niekorzystne warunki.

Sterczymy w trójkę, bo pojawił się Jacek, zdziwiony, że jesteśmy tak nisko. Nie wiemy tego ale po prawie pół godziny od startu, nikt nie ma punktów. Ja już jestem w zasadzie pewien, że zatoka o charakterze starorzecza, mimo teraz poziomu wody od około 80 cm w rejonie brzegów do pewnie 2,5m na styku z głównym nurtem, jest pusta. Nic się nie potrąca, nic nie czochra o plecionkę, a co dopiero marzyć o braniu. Wojtek miesza jakimś gumowym robalem, ja jaskółką – obaj na UL, a Jacek zdecydowanie grubiej i bardziej tradycyjnie. Nadaremno.

Tuż po 7.30 pierwsza punktowaną rybę wyjmuje nie kto inny, jak Maciek. Klonek ma przyzwoite 35cm.

(fot. M.K.)

Wziął na wirówkę. Ja nawet nie mam ze sobą przynęt tego rodzaju. Gdybym wiedział, że Maciek gdzieś tam 15 km wyżej, już nie jest „goły” to akurat by mnie nie zdeprymowało, ani zaskoczyło.

Już na samym początku  niestety zdradzę największą sensację tej tury. Tak, jak pierwsza ryba Maćka chyba nikogo by nie zaskoczyła, tak wielkie oczy i być może ukłucie zazdrości wywołała by w nas, a we mnie uczciwie powiem, że tak – informacja, iż dosłownie w tej samej minucie co Maciek, punktował…łowiąc w tym żurze na muchę Zygmunt. I to od razu wyszedł na prowadzenie – 38cm.

(fot. Z.B.)

Sekundę nadziei, tyle, że fałszywej mam i ja. Obstukując metr po metrze obszary brzegowe zatoki, liczę na cokolwiek przyklejonego do zalanych roślin. No i na granicy z wlotem do zatoki, przy wyciąganiu przynęty, łapczywie, już pod powierzchnia, na gumkę skacze okoń. Jak zwykle maluch. Choć w tych realiach po czterdziestu minutach kompletniej ciszy i takie zdarzenie cokolwiek wnosi. Wojtek się śmieje, by mu zrobić fotkę, bo to może być jedyna ryba tury. Fotkę zrobiłem, ale na szczęście aż tak źle to nie było.

(fot. A.K.)

Po niespełna godzinie Maciek minimalnie wyprzedza Zygmunta. Ma klonka na 31cm.

(fot. M.K.)

Zanosi się, gdyby to oglądał ktoś z zewnątrz, na koncert tylko dwóch aktorów.

Ja pasuję. Proponuje iść około kilometr wyżej, gdzie wpada taki mały strumyk. Byłem tam raz w listopadzie 2017. Ujście miało może 1,5m szerokości i było płytko jak diabli, ale tak ciekawie wchodziło w koryto Wisły pod prąd. Może coś tam będzie stało teraz, gdy wody jest z 1,5m na styku? Wojtek  rezygnuje. Ja zaciskam zęby i idę po błotnistym gruncie. Chyba z 20 minut. Na miejscu nie jestem pewien, czy o tej miejscówce myślałem. Ujście ma z 25m szerokości, a od mojej strony jest pionowa skarpa na jakieś 15 – 18m! Tak, trzy lata na rzece to dużo i zmiany potrafią być niesamowite. To co wypływa z rzeczki ciężko określić. Bardzo rzadka sraczka – chyba to oddaje, co zobaczyłem. Ani podejść ani w tym łowić. Mam tak dość, że już nawet nie narzekam w duchu. Gapię się w koło, co robić, a nie chce mi się znów wracać w tym deszczu. Odwróciłem się plecami do wiatru i siadłem w tych zielonościach, całych w lodowatej wodzie, tak teraz mało zachęcających . I… jakieś 100m niżej wydaje mi się, że wielkie wiry na powierzchni omijają 2-3 fragmenty brzegu. Idę powoli. Pierwsza plamka zastoiska, drugi rzut. Zapamiętam na długo 🙂  Mam przepiękny, dziki, agresywny strzał. Na mojej wędeczce odczuwam to ze zdwojoną siłą. W ciemnej aurze wokół i głębokiej, burej wodzie, nie mam pojęcia co to, ale zanosi się na punkty. Ryba inaczej niż kleń, śmiało poszła w ten dziki nurt , co tylko spowodowało, że w pospiechu odpuszczałem hamulec. Pewnie szybko, ale mnie się wydawało, że ten moment nie nastąpi – widzę w końcu wcale nie jakiegoś wielkiego klenia. Już potem bez problemów mam go w podbieraku. Jakbym dostał działę najlepszego narkotyku na świecie. W sekundę ten paskudny deszcz, jest pięknym majowy deszczykiem. Są punkty!!! Po wczorajszych, nie do nazwania w cenzuralny sposób, bezpłodnych godzinach, jakieś wędkarskiej impotencji – jest. 42cm.

(fot. A.K.)

Pierwsza myśl nieco odrealniona: wracam, odpocznę, wyśpię się. Na zero nie będę, a kto wie? – może i jakieś przyzwoite miejsce zajmę w tych okolicznościach… Mierzenie, fotka z aparatu, fotka z telefonu dla pewności.  Wirtualny całus dla ryby i błogosławieństwo 100 rybich lat w dobrym zdrowiu. Ten kleń był w tej minucie najbardziej wielbioną rybą świata. Nie mam wątpliwości.

Zgodnie z obietnicą daję znać Wojtkowi, ale ostrożnie mu to komunikuję, bo może być przypadek. Już się zbiera, ale mówi żebym czekał aż przyjdzie, bo chce mieć pewność, że to dokładnie to miejsce. Więc nie wracam, jak miałem zamiar tylko czekam na kolegę. Wiem, że wcześniej niż za około kwadrans tu się nie zjawi. Rozanielony rozwojem sytuacji, choć nie wiem, że prowadzę w tym momencie, mam zamiar jeszcze dać szansę tym kilku niewielkim, względnie spokojnym rewirom wody. I tu zdziwienie. Mojej plamki wody już niema. Rzeka kręci jak pralka, a woda skoczyła o lekko 20cm… Za to malutkie przestrzenie stojącej wody widzę kilkanaście metrów niżej. Chwilę obserwuję co wyczynia nurt, by mieć pewność, że ta statyczność powierzchni nie jest ulotna, tylko taka bardziej stała.

Rzut. Powolutku pracuję gumką, jakieś pół metra pod powierzchnią, obserwując czy plecionka, którą ledwo widzę w tych szarościach, ociera się o trawy. Branie… ewidentne delikatne branie. Nie do zacięcia, ale ryba. Na bank. Znów się budzę. Obmacuje tę plamę spokoju [może 3m długości  na 40cm szerokości]. Z dołu do góry i z góry na dół. Jakiś tam nurt jest wyczuwalny ale już nad samym dnem [około 1,2m głębokości] jak sprawdzałem. Nic. To prawie wertykalnie wkładam kij za trawy, i jadę wzdłuż zielska. Kładę wabik na chwile na dnie, podnoszę znów kładę. Chyba się na chwile zawiesiłem. Podnoszę wabik, a tam piękne szarpniecie i zejście z przynęty. Ryba chyba zassała wabik z dna… Szkoda. Ale nie mam już zamiaru wracać.

Pojawia się Wojtek, który ma ze sobą woblery. Ja ich nawet nie mam tutaj. Więc poprawia po mnie nie omijając tych ewidentnie nurtowych fragmentów. Ja schodzę na dół. Kolejny mini obszar spokoju. Mała smuga leniwego mini wstecznego prądu. Cóż – dziś szukam czegokolwiek „mini”. Rzut, drugi rzut, piętnasty… Kładę wabik na dnie, podnoszę – kamień. Napinam, podciągam, a…to coś tam się odwraca i płynie ślimaczo z tym wstecznym prądem w kierunku głównego nurtu. Z kija już niezły łuk. Ryba – nie wiem, czy zdziwiona oporem, czy zastanawia się, czy wejść w ten potężny uciąg – staje na moment. Mam po drugiej stronie minimum 2-3kg. To się czuje, nawet biorąc poprawkę, na zestaw jaki mam. Chyba się połapał, że coś nie gra, otworzył pysk i puścił. Piszę „puścił”, bo wg mnie to był sandacz. Boleń, kleń czy jaź to są narwańce, niezależnie jakim sprzętem się je draśnie. Szczupak raczej uciąłby od razu i podobnie jak sum, też taki to statyczny nie jest. A 99.9% że to nie była podcinka. Kurde – jest 31 maja, ale niedziela. Sporo punktów mi zwiało. Ale nie jest mi smutno ani trochę.

Łowimy do około 9.30, ale już bez dotknięcia. Woda nadal powoli, ale rosła.

Tymczasem pierwszym miejscem cieszyłbym się tylko 6 minut. Tyle po moim kleniu Maciek wyjął swojego, kolejnego na 31 cm.

(fot. M.K.)

A potem w mniej więcej trzydziestominutowych odstępach, czwartego klonka [30cm]…

(fot. M.K.)

…i bolenia 57cm.

(fot. M.K.)

Może lepiej, że o tym nie wiedzieliśmy 🙂

Jak wynika ze zdjęć, przez kolejną godzinę panowała cisza. U wszystkich. Przerwał ja nie kto inny, jak…Zygmunt. Na muchę wyczarował krąpią – 30cm.

(fot. Z.B.)

I już był drugi.

Wracamy nad zatoczkę – Jacek gdzieś zniknął. Tymczasem w kolejne 40 minut po drugiej zdobyczy Zygmunta, Maciek demoluje turę. Znów ma klonka 31cm…

(fot. M.K.)

…po czym, po około półgodzinnym holu i trzystumetrowym marszobiegu za zdobyczą, podbiera suma 128cm!

(fot. M.K.)

Przypominam – jest wprawdzie 31 maj, ale niedziela – dzień ustawowo wolny. Ryba się liczy! „Jedyne” 709 pkt w jednej sztuce. Nawet tego nie komentuję.

Wyobrażam sobie, jak czuł się Rafał, który po fajnych braniach stracił do około 11.00 2-3 punktowane ryby. Spadały w holu. Na szczęście – i tu ponoć po flegmatycznym zatrzymaniu woblera – zaciął klenia na równe 40cm.

(fot. R.S.)

Dla postronnego obserwatora zrobiłoby się ciekawiej.

Tymczasem Zygmunt złapał na dobre wiatr w żagle. Bardzo szybko dorzuca dwie kolejne ryby. Pierwszą jest 25cm płoć.

(fot. Z.B.)

 Zaraz po niej wpisuje na swoje konto klonka na 32cm.

(fot. Z.B.)

Blisko południa dał znać o sobie Jacek. Ma klenia na 37cm.

(fot. J.Ś.)

Tym samym, jako jedyny z tegorocznych uczestników ligi nie zalicza ani jednego zera w pierwszych trzech turach wiosennych. Nie przypadkiem wygrał całą ligę rok temu.

Nieznacznie po rybie Jacka, Zygmunt znów ma punkty w postaci kolejnych dwóch ryb! W tej brei pełnej jakichś glutów, papierów i płynących roślin. Punkty dają mu klenie 34 i 35cm.

(fot. Z.B.)

(fot. Z.B.)

Ponieważ wjechałem na miejscówkę po Wojtku i bojąc się, że nadmiarem manewrów zupełnie rozjeżdżę grunt, to stałem bardzo niekomfortowo, by wyjechać.  Wojtek nadal cedził wodę w zatoczce i  nie chciał zmienić łowiska. Wyjął nawet małego klenia. Miał też niesamowitego pecha. Pod nogami wypłynął mu duży jaź. Taki klocek w okolicach 50cm. Przy tym wietrze i deszczu, pomarszczonej powierzchni, ryba nic nie zauważyła. Kolega zdarzył zaczepić na końcu żyłki piankowego, muchowego żuka. Ryba momentalnie w to strzeliła, przynęta zniknęła w pysku ryby, a ryba w toni. Po sekundzie żuk wyskoczył na powierzchnie. Zacięcie było nieskuteczne. Wojtek położył wabik na wodzie i – nie do wiary – ma kolejne branie. Już bardziej powolne powściągliwe. Ryba w ostatnie chwili, jakby widzi człowieka i spanikowana znika zygzakami. Wojtek twierdzi, że to ten sam; moim zdaniem był drugi. Nie ma to jednak znaczenia. To znów spowodowało, że uznałem, iż do końca pokręcę się w okolicy. Poszedłem tym razem w dół Wisły. Pierwsze 200 – 300m to była bardzo szybka woda, która potem ocierała się o relatywnie płaski brzeg, porośnięty w porównaniu z innym obszarami dużo mniej bujną trawą. Woda tu płynęła wyraźnie, ale było jej nie więcej niż z metr. Tyle, że się mocno zbrudziła i znów podnosiła, czego tym razem nawet nie zauważyłem [podobno w zatoce Wojtek widział to bardzo wyraźnie]. W pierwszej dziurze w trawach, takiej mikro zatoczce po paru rzutach nic się nie zadziało. Podkusiło mnie i założyłem perłowego Keitecha Easy Shiner 3 cale, ale też na 1g. Gdy go wyciągałem, w szczupakowym stylu, spod szczytówki wyskoczył i capnął gumę za ogon około 35cm kleń. Spadł oczywiście, ale wiadomo, że dodał otuchy. Tu też coś pływa. Dość szybko wyjąłem kolejnego, ale ten nie miał 30cm.

Na nieco ponad godzinę przed końcem mam strzał i chyba w ostatniej chwili luzuję hamulec. Ryba wjechała w potężny uciąg z 15m od brzegu. Muszę za nią schodzić kawałek, ale linka o wytrzymałości 1,6kg na wiele nie pozwala. Gruby już kleń. Hol w porównaniu z tym pierwszym znacznie spokojniejszy ale o wiele dłuższy. Pod koniec  – horror. Rybę naprowadzam na światło podbieraka, a tu pęka, jak mi się zdaje plecionka! Ogłupiała jednak ryba spokojnie zapada się w toń w siatkę [na szczęście miałem ze sobą ten wielki podbierak].  Okazało się iż zupełnie wyprostował się haczyk. 51cm.

(fot. A.K.)

Bardziej cieszę się z wielkości ryby, bo to na ten gatunek już zacny okaz, a ze spokojem przeliczam w głowie punkty. Choć wiem tylko, co słychać u Wojtka, to jakoś tak mam przeczucie, że będzie dużo lepiej, niż nawet zakładane optimum.

Równo na godzinę przed końcem jeszcze Jacek pokazuje, że nic u niego nie dziej się przypadkiem. Uczulałem wszystkich, bo obawiałem się wielu podcinek leszczy, a tu aktualny lider wyjął za pysk jedynego leszcza dnia. Pięć dyszek.

(fot. J.Ś.)

Na koniec tury znów przypomniał o sobie Zygmunt drugim krąpiem na 26cm.

(fot. Z.B.)

Jedyny muszkarz dnia miał jeszcze grubą rybę, ale niech sam o tym opowie, w krótkiej relacji niżej.

Ostatnie 45 minut było bezproduktywne. Woda leciała już bardzo nieciekawa.

Oczywiście wszystko powyżej napisałem z pozycji wyimaginowanego komentatora. Jakbyście widzieli nasze miny, moją minę, gdy wszystkie meldunki po turze podsumowałem… Ja przez chyba pięć godzin byłem drugi. Dopiero wieczorem szczęka mi opadła, gdy jako tako powróciwszy do sił, odpaliłem mail.

Zanim podam ostateczne wyniki, kilka moich spostrzeżeń, bo po tej turze ktoś złapał grubą depresję, ktoś się zawiesił, a jeszcze inny wściekł. Inni żartowali przez łzy. Miałby zresztą to samo. Zera nie jestem w stanie zaakceptować. Naszą wspólną pocztę zalała fala komentarzy, a głównie pytań „jakim cudem?”.  Jakim cudem jedni łowili i poza Maćkiem niekoniecznie bywalcy tej wody, a inni nie mieli pecha, tylko w ogóle nie widzieli ryb na punkty, nie mieli kontaktu?  Co przesądziło, o jakichkolwiek punktach?

Sukcesu Zygmunta nie komentuję, bo przekracza moją wędkarską percepcję, biorąc pod uwagę metodę jaką łowił. Wynik Maćka też bym pominął – ma tak świetny odcinek, że musiałby mieć pecha, aby przegrać, ale na niegrubej żyłce wyjął suma – trzeba to umieć, bez którego przegrałby z muszkarzem. Dwa –  Maciek bardzo dużo łowił na wirówki. Ciekaw jestem, kto z nas tego dnia użył tej przynęty choć przez pół godziny? Ja nie.

Drugi uwaga – już o znaczeniu strategicznym – poświęcanie czasu boleniom, było chybione. Te ryby wg mnie były całkowicie nieaktywne. Widziałem dwa niemrawe zawijasy rap, które chyba nawet nie dałyby  punktów. Przez siedem godzin spinningowania!

Trzecia rzecz i  także o znaczeniu większym niż tylko jakaś kosmetyka  czy inny detal. Wodą bujają poniżej progów jak chcą. To zawsze przeszkadza, ale przy tak podniesionej wodzie, to do przewidzenia są skoki wody nawet pod metr. Ja od dwóch lat, czyli od niedawna widzę, że te skoki wody są tym mniej odczuwalne, im niżej Przewozu jesteśmy. Dlatego byłem znacznie niżej niż zwykle, a Jacek swoje ryby złowił dopiero prawie na końcu dopuszczonego do tury odcinka.

Ostatnia rzecz, jaka przychodzi mi do głowy z rzeczy na które mamy wpływ. Tak jak ja nie bardzo lubię łowić grubszym sprzętem, tak część z nas nie przepada za UL, a na Wiśle już w ogóle tego nie widzi. Przy tej wodzie odpadały bankówki, bo albo było za głęboko, albo może ryb w nich nie było. Istniała konieczność na bieżąco analizować rodzaj brzegu [w moim wypadku totalny fuks, że akurat nie była to porąbanie stroma opaska, jak w sobotę], rozkminiać, jak przy nim płynie woda, gapić się na rzekę i szukać tych względnie stałych, albo pojawiających się regularnie plamek zastoisk. I dłubać w tych przestrzeniach do upadłego.

To był też dzień, gdzie klenie moi zdaniem ignorowały woblery. Ja w ogóle mam taką nieśmiałą teorię, że ten gatunek w miejscach, gdzie często bywają spinningiści, zaczyna powoli uodparniać się na te wabiki.

Koledzy pewnie podzielą się swoimi uwagami.

Wyniki tej tury:

Nieobecni: Jurek, Dominik, Brandy i Krzysiek oraz zerujący: Robert, Piotr, Tommy, Tomek, Kuba, Wojtek, Bartek, Michał, dostają po 11,5 pkt. Przy czym – to do nieobecnych – ta nieobecność już jest liczona  i po kolejnych dwóch, za każdą następną będzie dodatkowy punkt karny, by promować zerujących ale obecnych.

Miejsce V – Rafał – 5 pkt [kleń 40cm – 141 małych pkt]

Miejsce IV – Jacek – 4 pkt [kleń 37cm, leszcz 50cm – 359 małych pkt]

Miejsce III – moja lokata – 3 pkt [klenie 42 i 51cm – 425 małych pkt]

Miejsce II – Zygmunt – 2 pkt [klenie 38, 35, 34, 32cm, krąpie 30 i  26cm, płoć 25cm – 477 małych pkt]

Miejsce I – Maciek – 1 pkt [klenie 30, 3 x 31, 35cm, boleń 57cm i sum 128cm – 1180 małych pkt]

Ciesząc się własnym wynikiem, gratuluję Maćkowi, ale też wszystkim, którzy w tych trochę abstrakcyjnych warunkach zdobyli punkty.

Poniżej krótsze i dłuższe komentarze niektórych uczestników. Pozwolą one pokazać turę nie tylko moimi oczami.

Jacek: Złowione jak przestało padać. Na UL nawet dotknięcia. Obie złowione [ryby]na boleniową gumę knight 5 cm na 3 gramowej główce. Leszcz przywalił zaraz po zarzucie, kleń wziął spod nóg z zalanych traw.

Bartek: Ja niestety na zero…Na miejscówkę wybrałem się z Michałem. Postanowiłem, że zacznę od łowienia UL. W sumie zaczęło się nie tak źle bo w drugim czy trzecim rzucie miałem mikro okonka. W następnym rzucie kolejne branie. Raczej nic punktowego. I to byłoby wszystko co działo się na miejscówce nr 1 🙂 Bohaterem pierwszoplanowym był niewątpliwie deszcz. Na ostatnie 2h zmiana miejscówki i zmiana taktyki – przerzuciłem się na sprzęt typowo kleniowy. Widać, że coś się dzieje na wodzie. Co kilka minut słychać jakiegoś klenika, który zbiera z powierzchni. Ale znowu zaczyna mocniej padać, nadzieja powoli umiera . 20 minut przed końcem do leniwie prowadzonego mikro woblera wychodzi piękny kleń – 45cm na bidę. Widzę tylko jak atakuje wobler  i…. nic 🙂 Przestrzelił. Masakra…

Maciek: Ostatnio na Wiśle byłem poszukać nowych miejsc ponad tydzień temu, przy dużo niższej wodzie. Planowałem w sobotę pojechać rozeznać sytuację,  ale zorganizowali mi niespodziewaną wycieczkę w góry i z treningu nic nie wyszło. Był to eksperyment, bo o ile dobrze pamiętam,  nigdy na Wiśle nie łowiłem przy poziomie wody choćby zbliżonym do obecnego. Wybrałem odcinek gdzie normalnie bym łowił przy niższym stanie wody, licząc,  że ryby się tam utrzymały chowając się przy brzegu, i to się sprawdziło. Łowiłem z nastawieniem na klenie,  ale przynętami,  które lubi zjeść boleń czy też inne drapieżniki. Cały czas łowiłem w głównym korycie,  przeczesując pas nie dalej niż 2m od brzegu.  Szczególnie się przykładałem do większych spowolnień  i zastoisk ,  mogących stanowić dobre kryjówki przed nurtem – w najlepiej wizualnie wyglądających zakładałem , że jakaś ryba tam musi być  i  rzucałem cierpliwie, aż coś nie wzięło. Dwa większe już klenie mnie przechytrzyły.  Pierwszy najpierw trącił obrotówkę, następnie zignorował wobler, ale widziałem , że patroluje zastoisko i  nawet przez moment pokazał się na płyciźnie. Otworzyłem pudełko  i patrzę co tu założyć, żeby zaskoczyć  doświadczonego jak widać przeciwnika. Wybrałem zielonego konika polnego – kupiłem w zeszłym roku ale jakoś nie było okazji nim połowić. Pierwszy rzut  pod trawy i mocne uderzenie ,  niestety spadł po kilku sekundach holu, a miał już około 45cm.Drugi podobnej wielkości kleń wystartował do woblera razem z kleniem 30cm i jak to zwykle bywa – wiadomo,  kto pierwszy złapał przynętę…Sum uderzył gwałtownie w stylu boleniowym. Przez pierwsze chwile myślałem,  cóż to za boleń musi być,  ale jak ruszył w dół to sytuacja szybko się wyjaśniła.  Żyłkę miałem 0,18mm,  normalnie prawie nigdy nie łowię tak cienko na Wiśle,  ale jakoś na ligę przy nastawieniu na klenie  i  patrząc,  jak inni najczęściej łowią  0,16,  0,14,  odchudziłem  zestaw.  Ostatni raz po dzisiejszej przygodzie.  W sumie gdzieś z 300m biegiem z małymi postojami na wiślanej skarpie po chaszczach w dużej części zalanych wodą to był niezły wyczyn.  W końcu udało się suma zatrzymać  w nieco większym zastoisku  i tam jeszcze z 10 minut przeciągania liny,  aż udało się od razu przy  pierwszym wynurzeniu suma  (był akurat pod trawami przy brzegu) chwycić go za dolną szczękę.  To mi przypomniało,  że czas wrzucić do kamizelki wędkarskiej rękawicę na takie okazję,  zawsze ją mam na Wiśle w ciepłym sezonie. Cały hol trwał ze 25-30 minut. W końcówce  tury woda była już z pół metra wyższa niż rano  i  już mało gdzie zostały zastoiska przy brzegu nadające się do łowienia,  do tego niosła dużo roślin  i śmieci utrudniających łowienie. Coś tam jeszcze się działo:  pokazywał się boleń średniak,  ale zobaczył mnie zanim zdołałem go skusić do brania. Z pół godziny stałem nad kleniem średniakiem,  ale zignorował całą defiladę różnych przynęt,   cwana sztuka jakaś,  pewnie spod Przewozu przypłynął. Łowiłem mniej więcej po połowie Meppsem  Aglia 1 srebrnym i Widłem 5cm.  Największe ryby boleń i sum na Meppsa. Dzień był tak ponury,  że w południe polowała sowa,  złapała jakąś mysz i poleciała do domu…

Robert: Niestety nie udało mi się zapunktować. Próbowałem łowić bolenie, później klenie, a na koniec przeprosiłem się nawet z UL i zacząłem grzebać w mule 2 cm ripperkiem. Jedyny efekt 6-u godzin kombinowania to klonek 26 cm. Miałem też wyjście dużego jazia/klenia do mikro cykady pod samymi nogami.

Piotr: Ja również na zero, dramat. Wieczorem ryba była, i była aktywna, rano już polecieli z wodą, i koniec. Miałem dwa kleniowe brania ale nie zacięte. Jak nie padało to jakieś uklejki i kleniki było widać, ale jak zaczynało padać to znowu koniec. Potem już woda niosła taki syf, że nie dało się łowić nawet w zastoiskach. Gratulacje jeśli ktoś coś połowił!

Tomek: u mnie też zero; scenariusz miałem podobny jak Robert – najpierw bolenie, później (a co tam) niech chociaż kleń, a na końcu rozpaczliwe szukanie leszcza ;). Co prawda, to moje pierwsze wędkowanie w Wiśle od ponad 2 lat, ale pewne rozczarowanie jest… (zwłaszcza pogodą;); z muchówką u mnie w tym sezonie wyniki biegunowo lepsze …Słyszałem jednak, że byli tacy fighterzy, co połowili. Gratulacje !

Tommy: Hehehe.. rozpaczliwe szukanie leszcza 🙂 Mnie się ode chciało wędkarstwa.  Nie byłem w stanie oddać rzutu od 9.00 rano bez srajtaśmy na końcu zestawu.  Ja nie wiem jak ktoś mógł złowić rybę  w takich warunkach.  Łowienie ryb na zawołanie to jednak nie moja domena…

Zygmunt: Łowiłem w ujściu niewielkiego cieku. W normalny dzień przejdziesz jednym krokiem, ale dzisiaj to było z 2-3m szerokości. Liczyłem, że podejdą jakieś ryby i całą turę praktycznie zrobiłem na 30m brzegu. Brudna woda w Wiśle i czystsza w dopływie. Na to stawiałem. Najskuteczniejsze okazały się imitacje dżdżownicy. Pierwszy był kleń na 38cm, co dodało mi otuchy, że nie będzie zera. Potem 7m ode mnie wyskoczyło prosię z wody – pełnołuski karp powyżej 70 cm długości, 25 cm grubości i z 35 cm wysokości. Zrobił to w „mojej” zatoczce. Po niecałej godzinie miałem go na wędce, która była zdecydowanie nie na ten kaliber. Fluorocarbon 0,22 to pajęcza nić dla takiej torpedy. Poprzeciągaliśmy się trochę, ale jak obrał w końcu przeciwległy brzeg – tyle go widziałem. Jak zaczął się gwałtowniej przybór, w zalanych trawach pojawiło się aktywne stadko kleni. Wtedy w krótkim czasie na mokrą muchę wyjąłem trzy sztuki, z czego dwie rzut po rzucie. Przemoczony skończyłem pół godziny przed czasem. Z tym karpiem to całkiem na serio chłopaki. W życiu nie miałem takiej sytuacji na Wiśle czy innej rzece .

Rafał: To była tura dla twardzieli. Po rozmowach, relacjach, informacjach hydro i meteo ustaliłem sobie na trening sprawdzenie trzech typów miejsc.

Opaska. Obławiałem tylko granicę zalanych traw. Odpuściłem po kilkunastu minutach bo wytypowany odcinek był masakrycznie stromy. Umordowany i zagotowany poszedłem szukać łagodniejszego odcinka. Znalazłem – i tu w zatoczce bez nurtu złowiłem klenia 41 cm po atomowym braniu na gumkę w toni. To był ostatni rzut. Następny planowałem tu oddać już na turze.

Rozlewisko. Nędza. Wypada z listy miejsc na turę.

Wewnętrzny zakręt. Normalnie jest tu plaża. Teraz wszystko pod wodą. Obławiam woblerem granicę traw i doławiam klenia 37 cm. To jedyne tutaj branie ale długo na nie, nie czekałem. Atak mocny. Pełen wiary w dobry wynik zawijam się.

Na turze zaczynam odwrotnie. Łowię na zakręcie. Jest rozległy więc nie muszę łazić w poszukiwaniu miejscówek. W jednym miejscu mam masę brań ale jakichś dziwnych, niemrawych pociągnięć. Nic nie zacinam. O 10 – tej jestem bez ryby i pomysłu ale widzę jakieś ożywienie w wodzie. Mam atak klenia na wobler, który ruszył po zatrzymaniu. Sekundę mam go na kiju. Widzę go. Punktowany na pewno.

Zauważam fale na granicy traw. Rzucam w tym kierunku. Widzę, że fala goni wobler. Spodziewam się kopnięcia, a tu dotknięcie ale siedzi. Ładny jest, hamulec zajęczał ale kleń wbija się w trawy i wypina się. Łowię dalej. Woda nadal żyje. Przypomina mi się pierwsze branie i zaczynam celowo zaburzać pracę woblera. Zatrzymuję, podszarpuję wobler, jednak dość subtelnie. Czuję narastający opór jakbym wjechał w trawę. Zaczyna pulsować. W końcu ryba punktowana – kleń 40 cm. Ledwo zapięty. Pamiętając i spodziewając się potężnych ataków z treningu zastanawiam się ilu brań nie zidentyfikowałem? Wcześniej dwa razy miałem dziwne wrażenie po wyrwaniu zacięciem woblera z traw. Kombinuję dalej ale te oznaki życia wody zniknęły. Nic się nie dzieje. Na godzinę przed końcem decyduję się wrócić na opaskę w miejsce z treningu. Niestety woda się jeszcze bardziej podniosła i ze spokojnej zatoczki zrobił się kocioł. Jest 35 minut do końca tury i wiem, że już nic nie złowię.

Ta tura powolutku na razie pozycjonuje wszystkich, aczkolwiek to liga. Można zerować przez kilka tur z rzędu, a potem zrobić wynik i być w czubie. Wydaje mi się, że przez to, iż Bagry nie dały szansy jakiej oczekiwali chyba wszyscy nastawieni tam na lekkie łowienie, to tury na Rabie będą języczkiem u wagi. Potem na Wiśle raczej każdy coś przytuli, chyba, że znów trafimy ekstremalne klimaty. Jeśli jednak na Rabie ktoś dobrze zapunktuje, a potem na Wiśle do końca zawsze coś ugra, to będzie bardzo wysoko.

Klasyfikacja generalna po trzeciej turze:

Pierwszy jest Jacek, który jako jedyny z uczestników nie zerował w pierwszych trzech turach. Tym samym wygrał etap „wiosenny” i w nagrodę otrzymuje extra bonus od naszego sponsora – producenta przynęt Fishchaser.

(fot. Fishchaser)

Oglądałem zestaw i jakkolwiek o pieniądze w naszym gronie nie idzie, to  parę stówek trzeba by wydać 🙂 Paweł – wielki ukłon dla Ciebie i gratulacje dla Jacka!

Jacek ma 12 pkt [852 małe punkty].

Jego przewaga jednak wyraźnie stopniała.

Zaraz za nim na miejscu drugim jest Maciek – 13,5 pkt [1320 małych punktów].

Tuż za nimi jestem ja – 14,5 pkt [657 małych punktów]

Zygmunt rozszalał się nie na żarty od tury w grudniu 2019. Dzięki drugiemu miejscu teraz i punktowaniu na turze kwietniowej jest czwarty. Ma 18,5 pkt [513 małych punktów], czyli wiele mu nie brakuje nawet do Jacka.

Na miejsce piąte wskoczył gość „nie z tej wody”, czyli Rafał, co jest chyba zaskoczeniem, a dla niego dużą satysfakcją. Na jego koncie jest obecnie 22,5 pkt [167 małych punktów]

Niżej spadli Michał i Robert – między nimi nic się nie zmieniło. Zajmują ex aequo szóstą lokatę, mając po 25 pkt [Michał 758 małych punktów, a Robert 114]

Siódme miejsce należy do Bartka – 26 pkt [103 małe punkty]. Ósmy, ostatni punktujący jest Tommy – 27 pkt [85 małych punktów]. Wprawdzie Tommy był raz trzeci, a Bartek raz czwarty, ale wtedy gdy Bartek punktował, a Tommy miał zero, punktowało więcej osób, niż wtedy, gdy Bartek złapał zero, no i Tommy dostał przy swoim zerze więcej punktów. Stąd różnica.

Wszyscy pozostali, a więc: Dominik, Jurek, Krzysiek, Tomek, Wojtek, Kuba, Piotr oraz Brandy nie punktowali. Mają po 34,5 pkt [zero małych punktów].

W perspektywie czerwcowej tury [Raba] w zdecydowanie lepszej sytuacji zdają się być muszkarze [prowadzący Jacek, czy czwarty Zygmunt], a także pozostali wielbiciele tej metody [Wojtek, Kuba] – zobaczymy czy wykorzystają swoją szansę.

Liga ma się świetnie, jak na towarzyską zabawę. Mamy tam jeszcze jakiś dodatkowy plan na turę wieczorowo-nocną w lipcu. Na razie cieszymy się koszulkami specjalnie zaprojektowanymi i zrobionymi w firmie Michała – bardzo dziękuję! Jak zwykle świetny oliwkowy kolor, no i mnie, bo wolę te ryby – boleń podoba się bardziej niż zeszłoroczny pstrąg 🙂  Ale rzecz gustu.

(fot. A.K.)

 

 

 

 

 

Jedna myśl nt. „III tura ligi spinningowo – muchowej 2020. Wisła

  1. Gratulacje dla zwycięzcy tej tury i wszystkich którzy punktowali w tych ekstremalnych warunkach. Ja wiem jedno muszę kupić sobie porządna kurtkę na taką pogodę, przemokłem do suchej nitki. Dobrze że niżej tam gdzie łowiłem koło południa deszcz na chwilę przestał padać
    Chciałem również podziękować firmie Fishchaser za wspaniałą niespodziankę, jestem niezwykle miłe zaskoczony :).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *