Trochę bardziej kolczasto

Nawet jeśli skupiamy się na samym spinningu, to wachlarz różnorodności łowisk, gatunków, przynęt jest tak wielki, iż pomarzyć tylko można,  by zakosztować wszystkiego. Ja swoje późnojesienne plany z tytułu konieczności, jakie wymusza życie, zawęziłem  do kilku punktów:

– sprawdzenie mojej „złotej” miejscówki nocą [udało się póki co raz, o czym niżej]

– zapolowanie na dużego okonia z pontonu – łowisko odkryte w kwietniu i wtedy dostępne tylko z brzegu, od kopa dało kilka ryb pod 40cm, choć sama czterdziestka nie pękła [też udało się raz i było dość obiecująco; poprawiłem dziś z brzegu, choć jest dużo trudniej i straciłem kilówkę 🙁 ]

– choć ze dwa razy odwiedzić zeszłoroczną grudniową miejscówkę na rzece koło starorzecza – na razie się nie udało

– choć raz wypłynąć na Bagry – też na razie lipa

– choć raz zaliczyć pewien zalew, dość licznie reprezentowany przez jazie, co pokazał wypad wakacyjny – póki co w planach

Nie licząc obecnego weekendu z parszywą aurą, to jak wszyscy wiedzą, listopad mamy piękny. Zdobyłem się jakimś cudem przy obecnych ograniczeniach czasowych na wypad z pontonem . Krótki to był „rejs”, ponieważ pierwsze półtorej godziny to obwożenie moich dwóch „scupacków”.

(fot. A.K.)

O ile przy Julce mogę i cały dzień świrować z kijem, to z młodym już nie ma szans. Jest w najgorszym etapie życia, kiedy może dużo, a niewiele jeszcze jarzy. Jak się nie wpierniczy do wody, to przynajmniej się jej napije. O wędce można zapomnieć. Nie mniej uznałem, iż po chyba dwóch latach przerwy na tym akwenie, wykorzystam czas z dzieciakami, na sprawdzenie, jak jest z rybami na poszczególnych miejscówkach. Cóż – za wiele się nie naoglądałem. Totalna flauta, sporadyczne spławy, ulotna nadzieja na wzdręgi rzeczywiście była ulotną, sześć innych pływadeł z wynikiem kilku niemiarowych szczupaków i tyle. Za to ciepło i miło. No ale w końcu Jasiek, zwany przez siostrę  Hansiorkiem [takie pieszczotliwe zesłowiańszczenie Hansa], najpierw popadł w letarg, a potem zaczął przysypiać.  Podrzuciliśmy go więc mamie resetującej się na brzegu i dawaj…

Jestem niekonsekwentny – przyznaję. To znaczy nie zawsze chce mi się silić na jakąś taktykę czy inną strategię. Niby nastawiłem się na okonie i by mnie nie kusiło miałem tylko super lekką witkę, cieniutką plecionkę i gumki na max 4g. Z wyjątkiem jednej. No i zamiast od razu sunąć na okoniową miejscówkę, to po drodze zahaczyłem o trzy inne. Guzik tam się działo. Miałem ledwo dwa pewne, rachityczne stuknięcia. W końcu z nudów założyłem jedyną większą przynętę – 10cm perłowe kopyto. Na 2g co by nie złamać wędeczki. Na cieniutkiej pletce leciało to bez bólu z kilkadziesiąt ładnych metrów. Tylko na osiągnięcie dna musiałem czekać, czekać i czekać. Ale w sumie niewiele tego było, bo w drugim rzucie miałem taki strzał, że nawet cienka jak przysłowiowy włos szczytówka nie drgnęła, a było po obcince. Mógł mieć metr, albo i 40cm…

Dopiero wtedy stwierdziłem, by płynąc tam, gdzie mieliśmy, tylko okazało się iż mamy max godzinę do zachodu słońca…

Błąd był to duży, gdyż tam na zaledwie trzech zakotwiczeniach po 10-15 minut na każdym, zaliczyłem z dziesięć pewnych kontaktów. Okonie już sympatyczne bo 30+, oraz kilka mniejszych.

(fot. A.K.)

Tak, jak przewidywałem, kręcą się wzdłuż bardzo długiego podwodnego wzniesienia w kształcie półkola, które jakimś cudem prawie nie jest obrośnięte.  Ów grzbiet ma od wewnętrznej strony bardzo strome spady – z 1,5 – 2m na 6-8m. Z pontonu, rzucając na szczyt grzbietu, bajkowo prosto podaje się gumkę, co z brzegu jest trudne, gdyż trzeba rzucać relatywnie daleko, [a wabik musi być bardzo lekki] i dość nienaturalnie ciągnie się przynętę pod górę. Mam nieraz wrażenie, iż linka załamuje się na szczycie wzniesienia pod katem zbliżonym do prostego.

(fot. A.K.)

Od strony wody, z pływadła nawet cztery gramy to niewiele, a można mieć jeszcze wpływ na spowolnienie opadu, pomagając sobie kijkiem.  W każdym razie gdyby to przeliczyć statystycznie, to przypływając tu od razu, powinienem mieć z 40 pobić i z dziesięć okoni 30+ w ręce. Było krótko, ale obiecującą. Obiecująco na tyle, że dziś też nie odpuściłem. Wprawdzie zrezygnowałem z pontonu, zrażony paskudną wędkarsko i turystycznie aurą, czego doświadczyłem wczoraj w nocy, o czym niżej. W każdym razie poświęciłem z brzegu trzy godziny. W Julki towarzystwie, która jest na etapie: „tata – dziewczyny interesują się modą, zakupami, a nie wędkami” – mimo wszystko chętnie ze mną jeździ. Na ile pozwala łowienie z lądu, zmagaliśmy się z tym paskudnym wschodnim wiaterkiem i termiką bliską zeru. Przejmując się, iż trzeba mieć pewność by rzucić za grzbiet, początkowo, stosowałem główki 4g i ripperek Fisharrow 5cm. Cóż – nie miało to dużego sensu. Zaliczyłem jedno niezacięte branie, maluch odprowadził wabik pod nogi i jednego wyjąłem [też nie duży]. Na ostatnie pół godziny założyłem, pokazywany w poprzednim wpisie najnowszy Pintail Fichaser`a.  Spory hak, ale tylko 2g. I tak spokojnie rzucałem tym z 40m. Opad znacznie wolniejszy. Zaliczyłem 8 brań. Trzy okonie wyjąłem – takie typowe dwudziestki, kilku nie zaciąłem, ale raczej nic szczególnego to nie było. Nie licząc ostatniego. Ryba wzięła na spadzie od strony wody, tak więc daleko ode mnie, na jakichś 6-7m. Nie było to jakieś tam skubnięcie, tylko strzał. Byłem pewien szczupaka i –co tu dużo gadać, zdziwiony czekałem na obcinkę, że jej jeszcze nie ma [nie stosuję tu stalki, bo tutejszym okoniom nawet te najdelikatniejsze ewidentnie przeszkadzają, a cienki fluorokarbonu to i tak szczupak gryzie jak chce]. Zachowanie tak typowe, że nie mam wątpliwości iż był to garb z tych „omszałych”. Dwa, jakby  zdziwione szarpnięcia, metr do przodu, znów dwa – trzy szarpnięcia. Kijek zgiął się w chińskie osiem. Tyle, że ryba spadła. Na haczyk nadziała się najgrubsza cześć ogona. Powiem szczerze, iż z jednej strony upewnia mnie to iż jakieś fajne garbusy tu złowię o ile czas pozwoli, to równocześnie wolałbym tego kontaktu nie mieć i do końca zwalać na kiepski dzień.

A propos dnia i aury. Skusiłem się wczoraj wieczór na nocny wypad. Warunki mnie przerosły. Niby 2 stopnie na plusie, ale wschodni wiaterek tak mnie wystudził mimo grubych ciuchów, że wytrzymałem tylko od 19.30 do 22.00. Moja super miejscówka, mimo koszmarnej aury [całkowite jednolite zachmurzenie] raczej dała nadzieję, że i nocą coś z tego może być. Wprawdzie ku mojemu zdziwieniu, także po ciemku trwa awersja do woblerów [bez dotknięcia, nieważne czy łowiłem 11cm sandaczówką, czy 5cm uniwersalnym woblerkiem]. Po przerzuceniu się na gumy [straciłem łącznie z godzinę, bo półgodziny to było odganianie dwóch, próbujących mnie przestraszyć bobrów, a kolejne trzydzieści minut to woblery], zaliczyłem z 5-6 ultra delikatnych brań. Wszystko na robakowate ripperki Izumi 11cm na 1,5g. Jeden z tych ulotnych kontaktów udało mi się zaciąć i trafił się piękny kleń, choć pięćdziesiątka nie pokazała się na centymetrze niestety. A byłem pewien, że będzie.

(fot. A.K.)

Wracałem sparaliżowany zimnem i jakoś tak zdekoncentrowany, że zgubiłem drogę i lazłem przez jakieś wikliny mocno zdemolowane przez bobry. W ogóle to sporo mam ostatnio nieplanowanych kontaktów z grubszym zwierzem. Po tym jak straszyły mnie futrzaki z rybim ogonem, to pod koniec łowienia z drugiego brzegu płynęło na mnie całe stado dzików! Nie wiem ile ich było, ale po hałasie jaki czyniły, obstawiałbym z kilkanaście sztuk. Nie ukrywam – strach mnie lekko obleciał. Po zapaleniu lamki i i ostentacyjnym chrząkaniu, gwizdaniu itp., zmieniły kierunek i wataha desantowała się kilkadziesiąt metrów wyżej mnie.

W dzień zaś tutaj nic się nie zmieniło – rządzą małe gumki…

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

…a mnie udaje się łowić coraz większe klenie, choć potworów w skali tego gatunku jeszcze nie miałem.

(fot. A.K.)

Zabawa przednia, bo można jechać w ciemno. Jak na razie tylko raz było nie tyle słabo, co pechowo – nie udało mi się zaciąć, albo spadły w holu większe tego dnia.  Nigdy nie widziałem, co mam na kiju, gdy nie bardzo mogłem rybę ruszyć – wg mnie były to zawsze bolenie. Sandaczem będę tu jednak zdziwiony nawet nocą, ale może…

Za dnia nachodzą mnie tam za to sarny i jelenie, a obie strony są tak zaskoczone, gdy patrzymy sobie w oczy z kilku metrów, że brak słów. Te płynące przez Wisłę, mogłem sfotografować góra z 10m, ale stojąc w kapturze tyłem do nich, i niemrawo się ruszając, nie wzbudziłem ich szczególnego lęku. Miały zamiar wchodzić w wodę przy mnie, tylko wtedy ja je usłyszałem, a jak już wymieniliśmy spojrzenia, to miałem poważne wątpliwości, czy dadzą nogę, czy jak już to przeze mnie skoczą w nurt. Brakło zimnej krwi.

Co pod Krakowem? Gdy ja łowiłem okonie Tomek tego akurat dnia bezskutecznie próbował kusić sandacze. Niemałą i niekoniecznie aż tak lekką gumą interesowali się wyłącznie kleniowi desperaci.

(fot. T.M.)

Za to Krzysiek, kontynuuje swoją kolczastą passę. Tym razem naprawdę miał emocje. Na płytko chodzący wobler najpierw miał typowego, że tak rzeknę sandacza…

(fot. K.N.)

…by chwilę później mieć  fajne już przeciąganie liny.

(fot. K.N.)

Pozazdrościć i pogratulować 🙂 Jak napisał Krzysiek – cierpliwość…

A jutro od 6.30 stoimy nad starorzeczem. Przedostatnia w tym roku tura ligi.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *