Liga spinningowo – muchowa 2019 – VI tura – Raba [górska]

Znów wygrali muszkarze, ale już nie tak wyraźnie, a na pudle są…cztery osoby – po dwóch muszkarzy i spinningistów. Sam już nie wiem, co zdecydowało o w sumie słabszych, a zarazem porównywalnych wynikach. Niewątpliwie szyki pomieszała nam aura, gdyż w nocy przyszedł niezapowiadany, przynajmniej na pogodynce front, i od zachodnich granic Powiatu Krakowskiego do Bochni, a może i dalej, przeszła mega ulewa. W sumie to nie wiem jak długo lało, ale raczej nie był to opad półgodzinny. W moim wypadku wymusiło to zmianę planów, bo wątpiłem czy dojadę na miejscówkę, którą pierwotnie upatrzyłem.

Pomijając mój generalny sceptycyzm w stosunku do Raby z tym, co ona oferuje, to gdyby odrzucić moje sytuacje [miałem dzień cudów, o czym niżej], to jakichś nadzwyczajnych momentów nie było, choć troszkę emocji to już tak.

Ja podtrzymuję niezmiennie jak na razie opinię, że to łowisko sztucznie podtrzymywane zarybieniami non stop. I pewnie nie ma w tym wypadku wyjścia. Skoro jest grupa osób którym to pasuje, potrafią się zorganizować i rzesza, która z tego korzysta i chwali, to się nie czepiam. Niestety negatywnym skutkiem tego, jak i na innych łowiskach w ten sposób funkcjonujących, jest to, iż ryby są jeszcze bardziej wybiórczo rozsiedlone w naprawdę  małych rewirach, a potem można setki metrów leźć bez sensu, nie licząc otoczenia, które – co zauważam – jakby wyładniało przez ostatnie lata. Natomiast presja – gigant nastawiona na te same fragmenty, czy dziury, powoduje, że po pewnym czasie ryby kompletnie nie żerują, skłute dziesiątki razy. Ale to cecha tego rodzaju łowisk. To co jednak krytykuję, to podejście zarządu do innych rzeczek, obecnie niby pstrągowych – dlaczego tam nie prowadzi się podobnej polityki, mimo, iż są takie propozycje? Nie chcąc torpedować wiadomo czego, ale gdyby nie zarybienia, że tak powiem „pstrągami extra”, to mało kto tu by zaglądał, a gdyby na tej wodzie nie było zarybień w ogóle, to są tylko dwie opcje: albo ta woda byłaby totalną pustynią, albo… odrodziłoby się życie naturalnej fauny [klenie, brzany, świnki, jelce].

Tę turę postrzegałem początkowo, jako bardziej obiektywną niż poprzednią, gdyż jednak no kill muchowy i spinningowy w charakterze wody, miejscówkach – są bardzo porównywalne. Okazuje się jednak iż spinningowy no kill, to na razie fikcja. Trafienie na nim „pstrąga extra” to jak szóstka w lotka, a typowej wielkości potokowców jest tyle, co kot napłakał. Co gorsza w zasadzie jedyną alternatywą jest kleń, ale w ilości śmiesznie małej, jak dla tego gatunku na takiej wodzie. Na dodatek łatwiej, choć rzadko można mieć wizualny kontakt z rybą około 50cm niż z typowymi 30+. A i niewiele, naprawdę bardzo mało jest takich w wielkości 20+, od których ciężko się opędzić na Skawie czy Sole. Podobnie scharakteryzował te wodę Robert, a jego opinię zamieszczę poniżej, bo facet fajnie to opisuje, udowadniając, że niestety, by połowić trzeba nieźle się naślęczeć nad daną wodą by coś tam wydłubać. Szczególnie, gdy woda ta jest tak nierówna jak Raba.

Moje kulawe wyniki w lidze, w tym roku plus kontuzja, która mnie wyrzuciła z tury czerwcowej, spowodowały, że wysupłałem czas i zrobiłem rozpoznanie dwa dni przed turą. Podsumowując jednym zdaniem – szkoda było tego czasu. Straciłem całe popołudnie i wieczorne godziny. Wyjazd nic nie wniósł poza tym, co napisałem wcześniej. Gdyby nie było ze mną Wojtka, to uznałbym, że jednak spinningiem nie podrobię metody żyłkowej. Ale nie ma to żadnego znaczenia. Przez 8 godzin na dwóch pięknych fragmentach, jednej przepięknej miejscówce i setkach metrów nijakiego nurtu kolega złowił pięć pstrągów potokowych do max 25cm, i chyba dziewięć kloneczków jak palec. Ja miałem trzy potoczki – wpuszczaki i cztery klonki tej samej wielkości. Jedyne kontakty z rybami miarowymi, to potokowiec około 35cm, jaki spadł Wojtkowi w holu i najpewniej około 40cm świnka która szła, szła i nie zaatakowała mojej przynęty. Podobnie jak wielki kleń. Na około 2km odcinku jaki zeszliśmy tylko w jednym miejscu widziałem duże ryby: słownie trzy – dwa kleniska i dużą świnkę, i możecie się śmiać – nie miałem innego pomysłu na nadchodzącą turę, jak próbować jakąś z tych ryb złowić. Ślęczałem tam nad nimi z 40 minut i nie widziałem nic cokolwiek więcej.

Nomen omen, tak sobie myślę, że ktoś wkręca kolegę, wiedząc, że z nim jadę, bo jestem już trzeci raz w ostatnich dwóch latach na niby wystawionym, sprawdzonym odcinku i nikt nic nie łowi…

Frekwencja miała być lepsza, ale znów było nas tylko ośmiu [cóż – wakacje, wyjazdy itp.]. Przyjechali: Zygmunt, Jacek, Maciek, który spał dwie godziny po podróży z Gdańska, Michał, Bartek, Robert, Kuba i ja.

Połowa spinningi [Robert, Michał, Bartek i ja], druga czwórka [Zygmunt, Jacek, Kuba i Maciek] – mucha. Siłą rzeczy muszkarze pojechali na odcinek muchowy. Kuba nie tyle pojechał, co poszedł kilkaset metrów wyżej mostu w Gdowie. Spinningiści nieplanowanie spotkali się w trzech w ujściu Stradomki.

Wyjątkowo dużo miejsca, mimo słabego wyniku poświęcę swojej osobie, gdyż w porównaniu ze wszystkimi uczestnikami, trafiłem jak przysłowiowa ślepa kura ziarno.

Ale po kolei.

Ku mojemu zdziwieniu Zygmunt, który jest chyba najbardziej konsekwentny w łowienia na muchę wśród startujących i Maciek zerowali. Zygmunt miał tylko klenika i wyjście drugiego, wielkiego już kluska do mokrej, ale ryba zwróciła. Maciek, który na muchę łowi dopiero rok, ale złowił tu już niemało pstrągów około 40cm, tym razem nie miał pewnego brania.

Zerowali także Bartek i Michał. Dużo czasu poświęcili na bolenie w ujściu Stradomki, które ponoć były bardzo aktywne. Warunki chyba mieli znakomite – Stradomka jak kawa, a Raba czysta. Praktycznie nic nie złowili o czym warto byłoby w ogóle wspomnieć.

Zająłem ostatnie miejsce ale z tych punktowanych. Mogę mówić o niesamowitym szczęściu i festiwalu nieskuteczności.

Ponieważ mój plan poszedł w łeb i pojechałem głównie z szacunku dla pozostałych uczestników, za to z zerową wiarą.

5.30. Zlazłem na początek spinningowego no kill i maleńkimi gumowymi jętkami na 0,5g, parkinsonami i innymi tego typu wynalazkami cokolwiek próbowałem działać. Oczywiście zero. Woda też ze sporadycznym życiem na powierzchni. Pochmurno, sennie i w ogóle jakby już mocno jesiennie. Jak mi się znudziło, a znudziło mi się szybko, to zacząłem zakładać woblery. Było mi nawet obojętne, że mam kijek do 6g i żyłeczkę 0,12mm. Nie chciało mi się tego nawet zamieniać. I tak nic nawet nie wyszło do żadnego z chyba pięciu woblerów w wielkościach 3- 7cm. Sekunda nadziei miała miejsce po około godzinie. Rzucałem z kolei centymetrową mikro wahadłówką. Zasuwając nią po powierzchni jakbym najechał na zawieszony w wodzie duży worek. Aż zakołysało taflą. I tyle. Nie wiem, czy to było branie czy najechanie większej ryby. Naprawdę niemałej. I tak minęło łącznie z 90 minut.

W tym czasie zerwał się lodowaty silny wiatr. Znów zlazłem kilkaset metrów niżej na leniwą, głęboką wodę i zmusiłem się do łażenia po pierś by dorzucić pod drugi brzeg smużakiem – konikiem polnym Hegemona. Taki przejaw desperacji – może choć klenik… Po paru minutach telepało mną z zimna, bo ubrałem się o wiele, wiele za słabo.

Tyle, że na pierwszych około 50m zaliczyłem trzy brania. Dwie ryby na bank były miarowe. W końcu zacinam czwarte pobicie. Tu niespodzianka – potokowiec, taki około 33cm [na pewno miarowy]. Nie forsuję holu na delikatnym sprzęcie i…spadł. Gorycz.

Dumam i dumam, czym by można zasymulować łowienie jak smużakiem, a co by bardziej przypadło pstrągom do gustu? Uznałem, że te poprzednie ryby to też pstrągi. I wygrzebałem…żabkę.

(fot. A.K.)

To jakaś amerykańska żaba, którą podarował mi Maciek dwa lata temu wraz  drugą o rozmiar większą. Testowałem ją kiedyś i byłem zachwycony naturalną pracą. Były jednak minusy w testach: żaba nie mogła być mocno obciążona by dobrze imitować żywy organizm, co za tym szło – nie dało się nią daleko rzucać, nawet na cienkiej żyłce. Większy haczyk, taki adekwatny pod pstrąga i wystający w tyle korpusu z nieznanych mi przyczyn powodował, że co drugi rzut zaczepiała o niego jedna z nóg [zawsze ta sama]. Z celnością też różnie bo żabka w locie jest mało przewidywalna. Za to w wodzie na główce 0,25g i krótkim małym haczyku – cudeńko. I się zaczęło.

(fot. A.K.)

Wybrałem znów kilkaset metrów niżej brzeg z podobną wodą na jakiej miałem brania. Stałem w głębokiej rynnie i rzucałem pod sam brzeg na wodę góra 30cm. To co zauważyłem: o ile smużak jak upadł tak 20cm od traw, gałęzi  – było ok. Żaba musiała spaść na granicy. Ale… Kolana się trochę telepały.

Jeden z pierwszych rzutów. Rusza jak torpeda wielki garb i widzę [dzieli mnie może 8m] jak duży potokowiec w okolicach 50-ki wali w przynętę szeroko rozdziawionym, wielkim szpiczastym pyskiem. Nawet nie próbowałem zacinać, na końcówce ściągając żabę samym kijem, a rękę trzymając na pokrętle hamulca. Kocioł jak po cegle w wodę, przygięcie kija do samej powierzchni… Spiął się.

Rzuciłem jeszcze kilka razy ale oczywiście już nic. Zszedłem powolutku z 10 metrów w dół. Rzut, a tam wyjście. Sunie taki z 40cm. Zawrócił. Wychodził jeszcze dwa razy. Potem znikł. Rzucałem tam z 10 minut różnymi rzeczami, miałem prawie na bank jego uszczypnięcie pawika, zrobionego przez Wojtka, ale ryba była już ostrożna.

Z 20 metrów niżej. Żabka pięknie zjeżdża po trawach w wodę, energiczny start, dwa susy pod powierzchnią i tępe zatrzymanie. Wir na wodzie. Potokowiec ma jakieś 45cm. Znów spada. Nie wierzę w to co się dzieje. To co czuje, jest nie do opisania.

Taki charakter brzegu ma jeszcze ze 100m.

(fot. A.K.)

Kontynuuję, bo nic innego nie przychodzi mi do głowy. W ogóle skołowany jestem. Nie wiem, czy trafiłem na kumulację ryb, jakiś szczególny czas, czy to niekonwencjonalny wabik, czy może zimniejsza i większa woda? Pewnie wszystko na raz.

Po paru minutach ciszy spod brzegu rusza jakiś spychacz. Rybsko ma jak nic 50+ i to raczej z dużym tym plusem. Wg mnie to jakiś „pstrąg ekstra” bo jako jedyna z tych ryb przymierzał się ślamazarnie i ostatecznie nie uderzył.

Zwątpiłem.

Zastanawiam się co mogę zmienić? Do auta po mocniejszy kij za daleko, a do końca tury już tylko półtorej godziny. Poza tym nie widzę żabki na żyłce 0,20mm. Musiałbym podchodzić na jakieś 5m. Nierealne. Postanawiam zamienić główkę. Zakładam taką 0,8g z większym hakiem. Noga plącze się jak diabli, ale nie widzę innej opcji. Robię raz jeszcze ten pierwszy fragment, który obławiałem smużakiem ale teraz idę pod prąd. Bardzo szybko na wodzie, która słownie od brzegu w kierunku środka koryta przez dziesięć metrów nie miała więcej niż 20cm mam wściekły atak. Ryba sama się zacina. Tylko w tej sekundzie ataku mam obawę, czy linka da radę, potem już bez problemów kontroluję sytuację. Spokojny hol, choć strachałem się czy nie spadnie, ale w końcu są punkty. Potok – wpuszczak ma 39cm.

(fot. A.K.)

Ufff. Jak podniosło mi się morale 🙂

Do końca zaliczyłem jeszcze wyjście pstrążka około 25cm i jeszcze ostre, niezacięte branie małej ale bez wątpienia miarowej rybki w kropki.

Zwycięscy tury złowili po trzy ryby każdy, tyle, że decydowała wielkość.

Kolejni byli  Kuba i Robert. Nawiasem mówiąc to naprawdę rzadki przypadek by złowić po trzy różne ryby i mieć finalnie tyle samo punktów. Poniżej komentarz Roberta:

Przed tą turą pogodziłem się z tym, że muszkarze zapewne znowu dokopią spinningistom. Obiektywnie patrząc to jednak tylko dwie tury z dziesięciu, gdzie mają przewagę. Zwykle to spinning jest uprzywilejowany, dobrze więc że muchowy odcinek Raby pojawił się w lidze. Nigdy nie łowiłem wcześniej na Rabie powyżej mostu kolejowego w Cikowicach, wybór miejsca był jednak prosty – na krakowskie no kill`e nie miałem opłat, została tylko opcja krótkiego tarnowskiego odcinka. W sobotę zrobiłem rozeznanie, cztery godziny łowienia kilometr poniżej ujścia Stradomki dały dwa klenie nieznacznie przekraczające trzydzieści centymetrów. Potem pojechałem rozejrzeć się jeszcze na końcowy fragment przed miejscowością Chełm. Nie łowiłem już, ale znalazłem fajny kawałek wody, z niezbyt głęboką opaską. Postanowiłem tam właśnie spróbować i jutro złapać jakieś punkty. W nocy mocno lało i zastanawiałem się czy nie odpuścić tej tury z obawy przed łowieniem w kawie z mlekiem. Na szczęście rzeka nie zabrudziła się, skok wody był nieznaczny. Pierwszego punktującego klenia złowiłem już pół godziny po starcie, a wszystko dzięki pstrągowi który urządził sobie skoki. Nie myślałem przed zawodami o łowieniu pstrągów, zresztą nie umiem ich łowić, nastawiałem się na klenia. Łowiłem tak jak na przyujściowym odcinku Raby – mały wobler i rzuty pod sam brzeg. Jednak po przejściu pierwszych pięćdziesięciu metrów zobaczyłem skaczącego ładnego pstrąga, myślę że dobrze ponad czterdzieści centymetrów. Męczyłem się nad nim kwadrans, zmieniając woblery i obrotówki. W końcu doczekałem się brania, ale zdobyczą okazał się kleń 34 centymetry.

(fot. R.M.)

Nastawienie miałem w stylu „byle zapunktować”, więc plan został już wykonany. Godzinę później w miejscu gdzie bystrze przechodzi w spokojną, głębszą wodę, rzucając pod przybrzeżne trawy, łowię drugiego klenia dającego punkty, skromne ale cenne 31 centymetrów.

(fot. R.M.)

Łącznie w czasie pięciu godzin łowienia przeszedłem brodząc odcinek około półtora kilometra. Chwilę przed dziesiątą, gdy miałem już most kończący odcinek no kill w zasięgu wzroku, sto metrów poniżej mnie pojawił się Michał z Bartkiem. Do tej pory łowili bez efektów przy ujściu Stradomki. Szczęśliwie łowię chwilę później mojego największego klenia tego dnia – 42 centymetry.

(fot. R.M.)

Ryba stała przy zatopionym korzeniu i zebrała dryfującego na powierzchni woblera. Na dodatek po zakończeniu tury Michał zaoferował podwózkę, więc udało mi się uniknąć dłuższego spaceru w powrotną drogę. Zmagania kończę z trzema rybami. Wyciągnąłem kilkanaście krótkich kleni, do tego pięć kontaktów z rybami, które prawdopodobnie miały te wymagane 30 cm. Szczerze to nie spodziewałem się takiego przyzwoitego wyniku na tej wodzie”.

W przypadku Kuby, który generalnie dostaje baty i non stop zeruje, odkryłem częściowo, dlaczego tak jest. Facet startuje w lidze totalnie rekreacyjnie i zazwyczaj łowi w towarzystwie, non stop gadając. Niby wędka w ręce, ale myślami gdzieś tam. Przy takim mruku na rybach jak ja, nie miał szans na pogawędki i zabrał się sam na końcówkę muchowego odcinka. Gdyby miał ciut więcej szczęścia, wygrałby. Złowił dwa potokowce po 35 i 37cm [jeden z nich poniżej]….

(fot. J.P.)

oraz klenia 35cm.

(fot. J.P.)

Już pod sam koniec miał na skoczka silne zatrzymanie. Niestety po niedługim holu, pstrąg 40cm z małym okładem urwał żyłkę. Kolega stwierdził, iż niechlujnie ją zawiązał i stąd tak, a nie inaczej. Kuba miał w ogóle jako jedyny wśród muszkarzy dużo brań. Wyjął kilkanaście klonków do 20cm. Miał też dublet.

Królem muszkarzy w obecnej ekipie jest chyba Jacek, który po raz drugi z rzędu nie dał szans nikomu. Wykazał się przy tym niesamowitą skutecznością. Miał tylko trzy brania i wszystkie wykorzystał. Łowiąc kombinowanymi parkinsonami Wojtka złowił pstrągi 45 i 35cm, a na brązkę z pomarańczową obwódką trzeciego kropkowańca  – równo 40cm.

(fot. J.Ś.)

(fot. J.Ś.)

Nie jestem obiektywny, bo w końcu miałem punkty, a i u mnie działo się w sumie najwięcej, nie mniej mam wrażenie, że ta tura mocno rozemocjonowała towarzystwo, tyle, że skrajnie. Jednych bardzo na plus, innych mocno na minus. Niezależnie od wrażeń z dzisiejszego dnia, swojego, raczej negatywnego zdania o tej wodzie nie zmienię, choć z żabą się tam przejadę, tyle, że już nie w tym roku. Nie ma czasu, a są fajniejsze dla mnie łowiska.

Wyniki:

Nieobecni Łukasz, Brandy, Rafał i oba Wojtki oraz obecni ale zerujący Maciek, Zygmunt, Bartek i Michał dostają po 9 pkt.

Trzecie miejsce i 4 pkt [130 małych punktów] przypadło mnie – potokowiec 39cm.

Drugie miejsce ex aequo zajęli Robert [klenie 31, 34 i 42cm – 280 małych punktów], oraz Kuba [pstrągi 35 i 37cm, oraz kleń 35cm – 280 małych punktów] – po 2,5 pkt

Pierwsze miejsce wygrał Jacek [pstrągi 35, 40 i 45cm – 423 małe punkty] – 1 pkt

Po tej turze Jacek i Robert potwierdzili swój stan posiadania. Zrobili kolejny krok by powalczyć o pierwsze miejsce w lidze, w tym sezonie.  Na razie wygrywa Robert [18,5 pkt], ale od Jacka dzieli go zaledwie 3,5 pkt [Jacek ma 22 pkt].

Wyniki tej tury mocno zamieszały  na kolejnych miejscach.

Punkty zdobyte w tej rozgrywce przesunęły mnie z miejsca piątego na pozycję trzecią – mam 39 pkt. Do Jacka i Roberta mam więc sporą stratę.

Bartek i Michał zjechali o jedną pozycję każdy. Bartek jest czwarty [41 pkt], a Michał piąty [43 pkt].

Nie punktujący do tej pory Kuba, wskoczył po tej turze na pozycję szóstą [44,5 pkt]

Tuż za nim na pozycji siódmej ex aequo są Wojtek i Maciek [spadli o jedną pozycję], oraz dostający zgodnie z tegoroczną umową za więcej niż trzy nieobecności 1 dodatkowy punkt Łukasz [spadł o dwie lokaty]. Cała trójka ma po 45 pkt.

Ósme miejsce – także razem, zajmują Brandy i Zygmunt [po 51 pkt]. Nie punktowali w tym roku, ale nie przekroczyli tych trzech niekaranych dodatkowymi punktami nieobecności.

Miejsce dziewiąte póki co należy do Rafała i drugiego Wojtka. Także nie punktowali, ale mają więcej niż trzy nieobecności i podobnie jak Łukasz dostają po jeszcze jednym punkcie. W sumie ich konta liczą po 52 pkt.

Oczywiście w przypadku nieobecności startujących nie robimy z tego dramatu, ale by była motywacja do stawienia się na kolejnej turze, umówiliśmy się w tym roku, że za każdą kolejną, więcej niż trzecią nieobecność, będzie doliczany dodatkowy punkt.

We wrześniu czeka nas bez wątpienia gorąca tura wieczorowo – nocna, na Wiśle od Niepołomic do miejscowości Górka.

 

 

6 myśli nt. „Liga spinningowo – muchowa 2019 – VI tura – Raba [górska]

  1. Mam pytanie, czy strona Towarzystwa Przyjaciół Raby jest zawirusowana ?!. Próbowałem wejść na stronę Towarzystwa Przyjaciół Raby i zaliczyłem atak na komputer , tylko antywirus zablokował. Myślałem,że skończyły się ataki na strony wędkarskie, a tu taka niespodzianka. Ofiarą ataków padły takie strony jak: Naklenie.pl, http://www.pracowniaroztocze,pl, przypuszczalnie także http://www.wedkarskabrac.pl. Próbowałem wejść na stronę sklepu, który zajmuje się dystrybucją sprzętu marki Pheniks, i także zaliczyłem próbę ataku na mój komputer, dobrze ,że antywirus zablokował. Znowu jakieś zmasowane ataki na strony wędkarskie ?!?.

  2. Brawo Kubuś !! Jestem Twoim fanem 🙂 Jesteś czarnym koniem tych rozgrywek 🙂 Strasznie żałuję że nie połowiłeś w wiślanej turze bo byłbyś na bank wyżej w stawce.
    Czytam to i dziwie się że wszyscy spinningiści pojechali poniżej Stradomki . Z tego co słyszałem wiele lepszy wydaję się odcinek od Gdowa w dół do ujścia Stradomki własnie. Na bank jest tam więcej pstrąga .
    Jedyny minus to presja.
    Dobrze Adam że udało Ci się coś wyholować, ale brania z powierzchni maja to do siebie ze skuteczność jest słaba.

      • E, no – to trzeba było protestować, jak wysyłałem przed losowaniem propozycje łowisk na ten sezon, jakie nadesłali wszyscy. Jest powiedziane, że łowisko musi być dostępne dla wszystkich.W poprzednich latach eliminowaliśmy wody, gdzie ktoś nie mógł łowić… Takie zawężenie do tarnowskiego odcinka no kill faktycznie mocno Was ograniczyło.

  3. Nie zgodzę się z tym że za sprawą zarybień ryby w Rabie są rozłożone wyspowo… każde zarybienie robimy z pontonów i sadzy przez co ryba jest rozkładana po równo. Wiele odcinków wydaje się bezrybnych bo ryba jest tak przekłuta że prawie na nic nie reaguje, a gdy trafi sie w mało uczęszczane miejsce to woda sie gotuje. Oczywiście ryby mają też swoje upodobania i po czasie rozchodzą się w takie miejsca jakie im pasują więc nie jest to jednoznaczna reguła. Co do określania wpuszczak/stara ryba to moim zdaniem jest dosłownie na odwrót niż Pan napisał a troche tych rabiańskich pstragów już przez moje ręce przeszło 😉

  4. Postanowiłem tam zajrzeć z racji tego że mam niedaleko działkę. I co zlowilem? Karasia…w ogóle sporo ich tam widzialem. Kolega zlowil 2 pstrągi 30+. Ogolnie brania słabe . Troszke okoni i drobnego klenia. Odwiedziłem ze 2, 3 bystrza choć brania mialem raczej na wolniakach, ale jakoś nie chciało mi się na nich łowić.
    Ogólnie woda bardziej żyje niż 2 lata temu kiedy bylem w Nieznanowicach i trudno było wypatrzec jakiekolwiek życie.
    Teraz male drobne rybki sa niemal wszedzie, ale jakoś nie przekłada się to bardzo na brania takich kleni w okolicach 30 cm.
    Ryby wpuszczane chyba dobrze się maja. Bez tego byloby tam raczej nudno. Choć mam wrażenie że życie się tam powoli odradza z punktu widzenia gościa który jest nad tą wodą 2 razy w roku.

    Cieszę się że nie miałem kontroli. Nie lubię ich. Odnoszę wrażenie że szukają kwadratowych jaj ilekroć takową mam.
    Szanuję tą pracę, ale wydaje mi się że taka kontrola nigdy nie ma na celu ani edukacji ani niczego innego tylko na siłę wpieprzenie komuś mandatu za kolor spodenek, a byłem w kolorowych:) I raczej nie przypominalem wędkarza. Bardziej plażowicza.
    Uważam że jest tam kompletny brak oznaczeń i tablic które opisywalyby odcinek z kolorowymi rysunkami ryb ,opisem odcinka no kill , i dużym jasnym rysunkiem haka i przynęty jaką można stosować. Ja przynajmniej takiej nie napotkalem.
    Mogłoby to wprowadzić troszkę świeżego powiewu do wędkarstwa. Nie jakieś szukanie zapisków w glupkowatej karteczce która otrzymujemy. W końcu przyjeżdżają tam ludzie z całej Polski , nie tylko wędkarze i może warto ich uświadomić co w wodzie żyje i jak można w niej łowić, tak jak to jest za granicą i na niektórych uzytkach ekologicznych.

    Ale to już są fantazje.. grunt że chociaż ktoś nad tym czuwa i te pstrągi wpuszcza. Nie wiem na jakich zasadach sie to odbywa, ale grunt że inni czerpią z tego przyjemność, bo przecież o to chodzi.

Pozostaw odpowiedź Tomek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *