Zaporowa wielkość – cz. II

Z braku czasu zaciskam zęby i przepraszam się z W2. Co mogę powiedzieć? Kilka ostatnich, króciutkich, bo max 3-godzinnych wypadów wlało we mnie ciut optymizmu, czego nie mogę powiedzieć o kolegach, którzy dali się namówić. Największe trudności:

– generalnie woda, jak na jej areał  ma ekstremalnie małą ilością ładnych miejsc pod spinning w ogóle; w porównaniu z W3 monotonia jak diabli – sam taki fakt raczej mało motywuje

– tak znikomy ruch na wodzie, że wydaje się martwa [nie liczę rybek jak palec]; szczególnie pobicia boleni to cud; w ogóle ataków większych ryb jak na lekarstwo

– nie sprawdza mi się moja ogólna reguła z W3 brzmiąca „im gorzej wyglądająca miejscówka, tym lepiej”

– znów uogólnienie, ale jak już mamy żwir, to woda „popyla” po dnie równym jak autostrada; jak płynie wolno, to robi się dosłownie kanał, także z monotonnym, równym pisakowym dnem, za to przy brzegach tony mułu po pas – zapomnijmy o pójściu skrajem wody: pozostają trawska z wysokiego zazwyczaj brzegu – ryby widza nas jak na strzelnicy; tu jedynym wyjściem jest rozpoznanie i wydeptanie 2-5 miejscówek relatywnie blisko siebie i nocka [jeszcze tak nie próbowałem]

– w miejscówkach, które odwiedziłem, nastawianie się za dnia na cokolwiek innego niż kleń, nie ma sensu na żwirach, a na mułach z kolei tylko jaź jest sensownym wyborem i tu akurat wielkościowo nie ma aż takiej nędzy

Główny zaś kłopot, to fakt, iż ryby prawie zupełnie nie zwracają uwagi na konwencjonalnych rozmiarów wabiki. Ku mojemu zaskoczeniu woblery/wirówki typowo kleniowe, ale naprawdę w wersjach mini, są totalnie ignorowane. Żałośnie mało brań, a i kaliber zdobyczy – jeśli już to coś koło 20cm…

Zacząłem mieć wyniki [raczej ilościowe], jak zszedłem do ekstremy z jakiej pomocą poluję na płocie, wzdręgi itp.  Rekordy biją nano ripperki Fishchaser i tejże produkcji centymetrowa wahadłówka.

Ale po kolei.

Brandy kilka razy wspominał, że był na zalewie, że widział sporo ryb, co machają ogonami, na nic nie reagują. Skusił mnie. Ruszyliśmy wcześnie, ale i tak w momencie, gdy powinniśmy stać z kijami już nad wodą.

(fot. A.K.)

Bajoro, bo to lepsze słowo niż zalew, zaskoczyło mnie okropnie płytką wodą. Dość szybko jednak na małą larwę ważki/główka 0,3g miałem fajne branie z dna i po dość emocjonującym holu na wzdręgowej wędce, wyjąłem jazia. Kulturysta na miarę wiślanych tej długości to to nie był, ale potwierdził, iż są.

(fot. A.K.)

Potem dołowiłem jeszcze jednego, a Brandy chyba trzy, ale wszystkie były już znacznie mniejsze. Dziś żałuję, że tylko na ostatnią godzinę pobytu, zapuściliśmy się nad pobliską rzeczkę. Okazała się być najbardziej „zajazioną” jaką znam. Tyle, że… średnia wielkość rybek to 20cm.

(fot. M.B.)

Niby minus, ale brań chmara. Między nimi małe okonki i płotki. Spadł mi nawet jakiś zabłąkany pstrąg. Jednak chcąc mieć  kontakty, trzeba było zapomnieć o przynętach normalnych dla tego gatunku. Brak reakcji.

Sama rzeczka bardzo mi się spodobała – kręta, mulista, dość głęboka. Zarośla jak diabli, czyli wszystko, co powinno być latem. Szczęśliwie, ciut chłodniejszy dzień pozwolił się ubrać, oszczędzając na środkach przeciwko komarom. Zastanawiam się, bo nie widziałem żadnego ciut większego jazia – czy są tak ostrożne, czy w tak, w sumie wysokim biegu cieku, nie bardzo chcą bytować?

(fot. M.B.)

Wpadłem raz nad Sołę. Tabun ludzi [niedziela] zaskoczył mnie mniej niż wciąż duża woda i ekstremalna demolka jaką zrobił nurt w znanych mi miejscach. Łowiłem może półtorej godziny [3 x po 30 minut], bo strach było dzieciaka spuścić z oczu w tych realiach, tak więc specjalnie nie miałem szans na coś więcej. Dostępne mi ryby brały na wszystko pod warunkiem, że wabik nie przekraczał 15mm… Jakiś wędkarz obok mnie przez może  godzinę walczył  4cm woblerkiem, ale skapitulował bez brania. Potem doszedł Szymon z muchą i on też miał kontakty. Ja w tych miejscach, gdzie nie bałem się o Julkę [płytko i generalnie dla ryb niekoniecznie ciekawie] miałem sporo brań mikro okoni, kleników, trafiła się płotka i mała świnka.

(fot. A.K.)

Podczas pontonowych także niedługich eskapad z dziećmi, próbuje łowić wzdręgi. Albo coś robię nie tak, albo na Kryspinowie po prostu naprawdę DUŻA krasnopióra jest nieosiągalna. Owszem trafiłem kilka 30+ ale bez szału i nieliczne. Gatunek ten w ogóle odpuściłbym o tej porze roku, ale przy takim pływaniu głównie dla pływania, to w ogóle się cieszę, że pomacham kijkiem.

(fot. A.K.)

Co innego Paweł – facet robi zdjęcia już tylko 40-om. Wciąż poluje na rekord Polski, który zresztą ustanowił rok temu, ale miał słabe zdjęcie. Regularnie ma wśród kilkudziesięciu sztuk 2-3 ryby po 38 -40 cm. Normalnie „Szwecja” tyle, że na zapomnianym, niczyim dużym stawie…

(fot. P.K.)

Wróćmy nad Wisłę. Raz wyharatałem okrutnej w tym roku rzeczywistości nockę. Jechałem podekscytowany, jak nie wiem na co. Z tego wszystkiego zapomniałem kurtki. Wybrałem wysokie, muliste W2. Bazę miałem na dużej wierzbie powalonej przez wielką wodę i teraz leżącą jakieś parę metrów od brzegu. Ciężko się chodzi, tonąc po kolana w mule, ale na szczęście tylko po kolana, a i jest na czym [drzewo] położyć graty typu drugi kij, podbierak itp.  Rozpoznałem gdzie jest uskok, by nocą nie zaliczyć jakiejś przygody.

Ilość komarów przekracza w tym roku wszelkie moje możliwości, toteż oprócz chemii, mam świetną moskitierę. Wyglądam jak pszczelarz, ale jestem nie do ruszenia. Jak było jeszcze widno to nawet nie próbowałem rzucać ciężkim kijem. Inna sprawa, że w polu rzutu  było tyle ataków, że nie bardzo wiedziałem, gdzie rzucać, a i by nie być kłamcą – sprawcami pobić nie były jakieś kolosy. Nie trwało to zresztą za długo, tym bardziej, że straciłem sporo czasu na niby małe woblerki. Jakieś niemrawe skubnięcia, kilka kleników do 25cm. Zamiana na gumki i się zaczęło. Pierwszym był jaź, który wypłynął pod powierzchnię i rzucałem do niego jak do tarczy. W sumie raz- bo nie bawił się w ceregiele. Nie okaz ale już z tych większych.

(fot. A.K.)

Chwilę po nim drugi, mniejszy.

(fot. A.K.)

Małych kleni nie liczę. Jakiś okoń. Zaliczam obcinkę ważki – w sumie nie wiem, jak duży był szczupak. Kolejną ważkę, tuż, tuż przed zmrokiem zjadł spory karaś.

(fot. A.K.)

Nie zacinam jakiejś zdecydowanie większej ryby…

Wszystko na kijku do 6g, z cieniutką żyłeczką i wabikami po 15-20mm na główkach do 0,5g. Nie twierdzę, że to cud patent i nie triumfuję, ale jeżeli w tym czasie, 50m wyżej trzech gości młóci wodę i nawet im nie dygnie, to wolę jednak to.

W nocy, tj. do 00.30 doczekałem się jednego pobicia. Niestety sandaczyk był niewielki. Potem złapała mnie zębatka, bo temperatura mocno zjechała. Trzy godziny w aucie bez kurtki i czegokolwiek ciepłego w ciuchach, były mało upojne, ale i tak spałem jak kłoda. O 4.00 znów wbiłem się w lekko wilgotne ubranie i spodniobuty, przedarłem te 700m w roju komarów i stałem na posterunku. Niestety było kiepsko. Pobić większych ryb słownie kilka i poza jednym daleko ode mnie, brań małych także niewiele – kilka okoni. Ciężko cokolwiek wyrokować po jednym razie, ale rok temu wakacyjne ranki też miałem zawsze dużo słabsze niż późne popołudnia i wieczory.

Kolejne trzy podejścia to, że tak nazwę – W2 środkowe. Trochę się uśmiecham, bo paru znajomków lekko zwątpiło i pokupowali sobie żyłkę 0,12mm i kijki – chabinki. Sam po pierwszym wyjeździe nie miałem złudzeń, iż nic w konwencjonalnych rozmiarach w pełni dnia nie da brania poza jakimś przypadkiem. Trochę dłużej główkowałem gdzie/jak dobrać się do tych ciut choćby większych kleni [prawie zerowe ślady obecności boleni spowodowały, iż nawet się nie łudziłem]. Łażąc po dnie równym jak stół z wodą max do pół uda, namierzyłem ze dwie niecki w silnym prądzie  z paroma większymi kamykami na dnie. To już na tak monotonnym dnie wystarcza, by zatrzymało się cokolwiek wystającego z ręki.

Wabik na 0,5g, albo  mini wahadłówkę rzucam ile się da, lekko w skos, w dół rzeki. Pozwalam wybierać nurtowi żyłkę, na chwilę ją przytrzymując by wabik był znoszony także, a nie utknął w kamykach. Brania trochę bardziej sensownych ryb, mam na długich dystansach, 3-4 razy większych niż sam maksymalnej długości rzut taką gumką/wahadełkiem. W sumie nie wiem czemu tak jest ale to fakt. Sporo ryb mi spada – maleńki haczyk, ale cokolwiek się dzieje.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Tak w ogóle to mam wrażenie, że do większych ryb ciężko się tu po prostu przebić. Nie liczę, ale w słoneczny dzień mam w te trzy godziny z setkę brań na pewno. Zakładam, że jednak w nocy będzie wyraźnie selektywnej, przy innym oczywiście sprzęcie. I tak nie mam czasu i momentami sił jechać gdzieś dalej, więc kilka nocek postaram się zarwać właśnie tu, a i o wynikach dam znać.

 

5 myśli nt. „Zaporowa wielkość – cz. II

  1. Potwierdzam smutną prawdę, niektóre pseudo-inwestycje p-powodziowe są już na papierze i gotowe do realizacji . Znowu ten sam sam troll i hajter z MGMiŻŚ podał na chacie na http://www.interia.pl planowane pseudo-inwestycje p-powodziowe. Są to zbiornik Wernejówka na Wisłoku, Dukla na Jasiołce i Kąty- Myscowa, zbiornik na Łososinie, zbiornik na Białej Tarnowskiej, oraz zbiornik na Stradomce dopływie Raby. Interesuje mnie czy RDOŚ już wyraził zgodę na te psudo-inwestycje?!!. Wędkarze , którzy zarybiali Łososinę powinni powiadomić e-mailem Komisję Europejską, zaś RZGW Kraków podać do sądu o zwrot kosztów zarybień. Jeden troll i hajter z PGW Wody Polskie nazwał mnie eko-lewakiem na http://www.interia.pl, nic tylko ryć ze śmiechu. MGMiŻŚ posuwa się już do blokowania ip na forach osobom , które piszą nieprzychylne komentarze na temat działalności i polityki oraz trollowania MGMiŻŚ i PGW Wody Polskie. Sam tego doświadczyłem.

  2. Zgadza się – w Trójce była audycja gdzie wymieniono ze trzy razy tyle planowanych zbiorników. Sam mam mieszane uczucia. Przyjmuję argument, że deficyt wody jest ogromny. Problem tylko w tym, że istniejące już zapory zachowują się dla mnie, jako laika w tej dziedzinie – nielogicznie [są puste, leje jak diabli, a oni często tej wody wcale nie gromadzą, tylko od razu spuszczają]. Dwa – taka budowa w naszych realiach, to masakra danej rzeki. Kwestia konstrukcji przepławek, jest na oko śmieszna, a nierzadko taka by wędrujące ryby łatwo było wyłapać [znów piszę jako laik]. O odszkodowaniach za wcześniejsze inwestycje wędkarzy np. w zarybienia danej wody nigdy nie słyszałem, a zarządy przyjmują rzeczywistość bez mrugnięcia okiem. Znów z drugiej strony – renaturalizowany Ren, tak wysechł w tym roku, że udupił 80% transportu na granicy Holandia-Niemcy, a na tym fragmencie to istotny sposób transportowania towarów. Żyjemy w czasach, gdy pewne kwestie są nieodwracalne. Mnie tylko irytuje kręcenie lodów za naszą kasę, ale tak będzie przy dużej liczbie ministerstw i stadzie urzędów wokół tego burdelu.

    • Ten troll i hajter z MGMiŻŚ pisał o zbiornikach budowanych na wszystkich dopływach górskich Wisły i Odry. Ostry hejt o budowie 100 zbiorników retencyjnych w Polsce. Mnie nie tylko zablokowano ip ale włamano mi się do sieci, co podało google, gdy chciałem wejść na jakąś witrynę, co jest równoznaczne z reinstalacją systemu od nowa. Przypuszczam , a nawet jestem pewny ,że tym trollem i hajterem z MGMiŻŚ jest sam minister MGMiŻŚ M. Gróbarczyk. Jeśli te pseudo-inwestycje ruszą będzie ostra reakcja Komisji Europejskiej, skończy się na karach i sankcjach finansowych i blokadzie środków unijnych Polsce, co już przerabiał rząd PO i PSL.Deficyt wody jest na skutek regulacji i dewastacji rzek oraz wycięcia drzew nad rzekami i potokami, w tym drzew w miastach, lasach. Przez spadł znacznie poziom wód gruntowych. RZGW i WZMiUW zmieniły nazwę na PGW Wody Polskie , tylko dalej pracują tam te same osoby. Ale czego się można spodziewać po złodziejach pracujących w tej instytucji. Przypuszczam , a nawet jestem pewny, że te pseudo-inwestycje będą finansowe z pożyczki wziętej z Banku Światowego. Pierw wymyślili teorię szybkiego spływu, a teraz się kapnęli ,że popełnili błąd to na siłę lansują teorię zbiorników retencyjnych. Całe MGMiŻŚ i PGW Wody Polskie to bardzo głęboka komuna, oni są ok.50 lat za zachodem. Sami celowo doprowadzili do deficytu wody w Polsce by kręcić dalej lody.

      • To nie jest tak, że to głęboka komuna. Ci ludzie powielają wzorce zachodnie, jak łatwo działać by interes się kręcił. Najpierw regulowali, teraz będą betonować, a za jakieś 10 lat jak ludzie nie zmądrzeją, to kolejna fala urzędników będzie to renaturalizować, wciąż za naszą kasę. To jak z 500+. Ludzie wierzą, że „rząd daje”, a to przecież z naszej kasy.

  3. Adam zawsze trafnie wszystko opiszesz. Taki zapewne jest trend.
    Zresztą będą wydawac kasę na potęgę podobnie jak GIOS robi to teraz. Bo nie wiem czy wiecie, ale takie coś jak Wioś juz nie istenieje od pół roku.
    Zostało scentralizowane. I to co wydają hajs to moja firma zajmująca się sprzętem pomiarowym zanieczyszczeń bije rekordy sprzedaży. W połowie lipca. !!!!
    Kupują wszystko by za rok miec taki budżet jak wydadzą w tym roku.
    Tak to działa.

    Wole jednak rozmawiać o rybach. Musimy dostosować się do obecnej sytuacji.
    Ja sobie roznie z tym radzę.
    Odchudzilem zestaw maksymalnie na ostatnim wypadzie. Wybrałem się 2 razy na klenika. Na pierwszym wyjeździe bran troszkę mialem i wszystkie z powierzchni. Pod wodą nie chciały brać. Lowilem mała bezsterowka od Fischasera.
    Niestety nie zacialem 90% z nich. Musiałem szybko zwijac z powodu płytkiej wody.

    Nie dysponowalem żadnym innym top waterem. Ani mini popperkiem, ani smuzaczkiem więc wynik cienki.
    Jak woda opadla nastąpiła martwica.

    Bylem również w piątek..To był najgorszy dzień spinningowy w moim życiu. Takiej martwicy dawno nie widziałem. Koledzy byli w czwartek i mówili że ryba chodziła niesamowicie. Lowili na splawik, aby odpocząć od ciągłego spinningowania. Stali i patrzyli na siebie i pukali sie w głowę ze nie mają spinningow..
    Mowli ze dawno czegoś takiego nie widzieli. Nie wiem czy ktoś byl w poprzedni czwartek na W3 i może to potwierdzić.

Pozostaw odpowiedź quest Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *