Coś tam żyje…

Jak tu nie być 1 lutego nad wodą choćby tylko teoretycznie pstrągową. Miałem między 11.00 a 17.00 wolne w pracy, więc tak sobie ustawiłem wszystko by między 13.00 a 16.00 otworzyć sezon. Pogoda zachęcała: wprawdzie rano było u mnie minus siedem, a w południe ledwo 0,5 stopnia nad zero, ale coraz silniejsze słońce i rosnące obszary błękitu na niebie pozwalały założyć, że będzie cieplej. Faktycznie około 14.00 było realnie prawie pięć stopni i zero wiatru. Nastawiłem się na górny odcinek no kill i potem dolny fragment. Ledwo jednak podjeżdżałem, okazało się iż skończył tam właśnie jakiś wędkarz, a widząc, iż skręcił na dolny odcinek autem, to nawet nie miałem zamiaru się z nim ścigać. Zmieniłem plany i poszedłem na najpłytszy i najsłabszy fragment rzeki [środkowy]. I tu zaskoczenie. Jak wracałem z pracy to Krzeszówka wyglądała jakby rozpuszczono w niej tony kredy, co jest wynikiem chyba przepłukiwania urobku przez kopalnię w Czatkowicach. W każdym razie wygląda to słabo a i dla ryb chyba nie jest obojętne. Nie mniej nad samą rzeką gdzie wolno łowić woda nie była kredowa.  Była w jakimś nieokreślonym szaro – czarnym kolorze. Przejrzystość początkowo z 15cm, po dwóch kwadransów spadła do może 3-5cm. W każdym razie ja nie widziałem 35mm czerwonej przynęty tuż pod powierzchnią. Łowiłem „smoczym robalem” Fishchaser na ciut mniej niż 1,5g.

(fot. A.K.)

Żyłka 0,10mm ale plecionka odmówiła współpracy, bo się skończyła. Zagapiłem się. Zresztą jak coś mi urwie w lutym na naszym odcinku tę śmieszną żyłkę, to na golasa będę biegać po brzegu. Cudów nie ma. Fajnie, że cokolwiek jest, bo zima normalna, choć na szczęście u mnie tylko raz było minus 11 stopni. A tak to przeciętnie minus trzy- minus pięć. Zresztą w  moich stronach nadal masa śniegu. Niby zmrożony, ale zapadałem się do pół łydki. Po polach, gdzie jest równo, idzie się ciężko i powoli.

(fot. A.K.)

Po pierwszych kilkunastu rzutach gumą, założyłem wobler, licząc, iż cokolwiek go zauważy. Do około 14.30 zaliczyłem cztery domniemane kontakty. Nic na pewno. Do tego ślady na łatach śniegu na brzegu nie pozostawiały złudzeń: ktoś szedł przede mną. Raczej z rana, sądząc po nadtopieniu krawędzi odcisków stóp.

(fot. A.K.)

Utknąłem przy jednym z nielicznych na tym fragmencie, ciut głębszym króciutkim odcinku z mini zastoiskiem. Ponieważ zawracali mi głowę telefonami z pracy, to stałem i rzucałem. Trwało to chyba kwadrans. Nie wiem ile mogłem oddać rzutów: 50 – 70? Wszystko w jeden obszar. I po którymś tam rzucie w końcu gumka przestała leniwie pełznąć po dnie w poprzek rzeczki. Napiąłem beznamiętnie żyłkę i ku – nie ma co udawać – radości – coś tam drgnęło. Zacięcie i piękne ugięcie kija. Tak, tak – wędka na wzdręgi zgina się pod 10cm kiełbiem, a co dopiero pod około 20cm pstrążkiem. Tyle miał mój „okaz”. Świadom mizerii z jaką trzeba będzie się liczyć na naszych około krakowskich rzeczkach i tą godzinną ciszą nad wodą jak z burzownika, więc nawet taki malec podnosi morale, choć sam nie wierzę w to co napisałem. Ale było nie było – pierwsza ryba sezonu.

(fot. A.K.)

Uznałem, że nie ma co walczyć z wiatrakami i mimo spokojnego, popołudniowego słońca, nawet ciepłego jak na luty, zawinąłem do auta, bo uznałem, że nie ma to sensu. Te 700m  szedłem z 10minut. Rzuciłem okiem przy moście i…woda zaczęła się czyścić. Szybki doskok na miejscówkę w której zacząłem i jeden spadł, a drugiego wyjąłem. Wszystko wpuszczaki zeszłoroczne, ale nawet w niezłej kondycji i ubarwieniu.

Szybko przemieściłem się powyżej mostka, by w ostatnią godzinę obłowić te trzy miejscówki co mają wody więcej niż do kolan. W pierwszej z nich, w pierwszym rzucie delikatne pyknięcie. Bardzo delikatne. Pół gumki zniknęło. Na bank coś większego od tych mikrusów [miałem ich chyba już cztery], bo ewidentnie odgryzł pół przynęty. Zmieniłem na chruścika w brązowym kolorze. Woda była już kryształowa. Rzut w dołek, wabik osiągnął dno i stoi…Pstrążek zeżarł go i tak sobie stał. Okazał się dużym przy pozostałych, bo miał 29cm [plus minus centymetr, bo tylko w wodzie przyłożyłem do niego dolnik].

(fot. A.K.)

Potem miałem jeszcze dwa takie około 27 i 25cm.

Jak na  90 minut realnego łowienia, bo tej pierwszej godziny z żurowatą wodą nie liczę, to coś się działo. Miałem 8 kontaktów domniemanych i  15 pewnych. Osiem rybek w ręce. Szkoda że mało realna jest ryba choćby miarowa, a co dopiero choć trochę odrośnięta. Ale taki mamy klimat tzw. gospodarki PZW, kierowanej niby przez profesjonalistów, którzy, co sami sugerują – wiedzą lepiej niż wędkarze. Powiem szczerze, że dawno nie miałem poczucia takiego zgrzytu między tym, czego nie ma, a ile za to muszę zapłacić. W sumie za niewiele, bo te pstrążki jak palec, to sam nie wiem jak nazwać. Dwa lata temu miałem nadzieję, iż takimi rybkami to już nie będę sobie głowy zawracać, ale tam gdzie kiedyś brały ryby pod 40cm siedzą teraz 20-ki…

A kolega w Holandii za cały sezon na ogólnodostępne wody zapłacił 40 euro, a to obszar jak jakieś 10 naszych okręgów.

Może coś jednak drgnie, bo w kole, w Myślenicach przegłosowano pozytywnie wniosek o kilkuletni zakaz zabierania potokowców. Spróbujemy i u nas w kole. Tylko czy potem zarząd weźmie to pod uwagę? Czekam tylko z innym kumplem, aż puszczą lody na stawach i zapolujemy na piękne wzdręgi. Szczęściem choć w tym gatunku można trafić okazy.

Co do kropasów – słyszałem, że na naszych małych rzeczkach złowiono tylko dwa miarowe [Dłubnia]. Pewnie było ich więcej, ale nikt normalny nie łudzi się, że coś się nagle zmieni na plus. Kilkanaście osób z którymi rozmawiałem/pisałem nawet mi gratulowało [choć nie bardzo wiem czego], bo sami na Prądniku, Rudawie, czy Sance byli na zero. Szkoda że tak jest…

8 myśli nt. „Coś tam żyje…

  1. To w sumie bardzo dobre rozpoczęcie sezonu! Na mojej wodzie, wcale nie małej i ze sporą presją, wyniki pierwszych dni są tak słabe, że trudno o relacje, w której pojawia się branie, skubnięcie czy chociaż wyjście. Nie wspominając już o złowionych rybach… A wędkarzy wcale nie było w pierwszych dniach mało. Na kilku kilometrach, które objechałem można było doliczyć się co najmniej 10-15 samochodów.

    • Wyniki wynikami ale mnie zniechęca stan wody Mam nadzieję, że trafiła się jakaś kumulacja, bo w sobotę gdy byłem 90 minut z dziećmi leciał taki żur, że brak słów [3 brania, jedna rybka w ręce], a w niedzielę to był absurd: kolega zaczął o 7.00 – leciało wapno. Ja w związku z tym wystartowałem dopiero 14.30. Na połączeniu rzeczek: jedna niosła już wodę pośniegową, ale do łowienia; w drugiej wciąż płynął „cement”. Warunki po prostu chore. Z bólem 8 brań i trzy mikro pstrążki – wpuszczaki z zeszłego sezonu plus jeden ciut większy dzikus:( Jak taka woda będzie regułą, to weekendy odpadają kompletnie.

  2. Bylem trzeciego w niedzielę nad Rabą. Pogoda fajna, woda do Krzyworzeki strasznie niska i czysta, poniżej trochę wyższa i lekko trącona, miło było znów pomachać muchówką. Niestety bez jakiegokolwiek kontaktu … . Tylko streamer. Zdziwiłem się też trochę, że nie spotkałem żadnego wędkarza …

  3. Gdzies musimy uprawiac to „kolekcjonerstwo” na poczatku sezonu, ale jak czytam Wasze spostrzezenia to opcje straszliwie sie kurczą z roku na rok.
    Chyba dlatego w tym roku po raz 1 w zyciu opuscilem nasz okreg i wybralem sie w daleka prawie 100 km podroz aby zobaczyc inna wode pstragowa.
    Ameryki nie odkrylem, ale na pewno jeszcze zajrze, pomimo ze nie zaliczylem brania.
    Oczywiscie wolalbym rozpczac sezon w Krakowie , bo jestem fanem lokalnego wedkarstwa. Nigdy nie bylem na Czorsztynie , czy nawet Roznowie. Nie czulem takiej potrzeby. I w sumie nie czuje, ale w temacie pstraga odrzucilo mnie od naszych wod juz ze 3 lata temu.
    Nie chodzi o rozmiary ryb bo zawsze lowilismy male rybki. Chodzi mi o otoczke:

    Wiadomo luty. Tylko praktycznie wyprawa na pstragi wchodzi w rachube, wiec presja jest duza. Rozumiem.

    Jednak, jak slysze ze w Bialusze ciezko jest zlowic pstraga to nie chce mi sie w to wierzyc. Odrzuca mnie, i pomimo ze mam ochote sie tam przejsc , powstrzymuje sie. Zal mi troche meczyc te biedne rybki, czy sa tam czy ich nie ma. Wole im dac spokoj, niech dogorywaja bez mojego udzialu.

    Moje teoria jest taka :
    Jeszcze pare lat temu presja sie rozkladala na kilka rzek. Duzo osob jezdzilo na Szreniawe czy jakis tam Scieklec. Obecnie chyba tylko swir tam jezdzi. Umarl w butach …woda nie do odratowania. Teren zacząl sie kurczyc…
    Wiadomo bylo ze zostala Rudawa, Dlubnia i najgorsza z nich aczkolwiek ilosciowo dobra Bialucha.
    Na Rudawie szybko przekonali sie ze duzo ludzi , a No Kill tam jakis ponizej Zabierzowa to ciezka padaka i nie oplaca sie go wykupywac. Na Woli Justowskiej doly po 2 metry ale ryb 8 szt na 15 km rzeki. Nikt sie nie fatyguje tam nawet. Chyba ze spacerek bo fajna okolica.
    Idealna woda pod 40-50 cm pstraga, lub nawet pod smierdzacego teczaka, ale jak propozycje Adama poparlo pare osob to caly plan wpiz… jakby powiedzial Siara Siarzewski.
    Z braku laku troszke przycisneli Bialuche, bo mniej znana. Dlubni kazdy mial pewnie powyzej uszu. Bialuszke czesciowo zarzneli, czesciowo ryby same wyginely.
    Zostala wiec juz tylko objechana Dlubnia i Rudawa.
    Ciekwe co bedzie za rok. Rudawa zostanie ?
    Operat sie konczy w roku 2019. Oczywiscie PZW zostanie wlascicelem na kolejne 20 lat. Chyba juz tylko strajk nas ratuje. Ewentualnie zapraszam na wyprawy 100 a moze 300 km w nieznane, do okregow gdzie jeszcze minimalnie szanuja swoich klientow.

    • Bardzo celne spostrzeżenie – opcje się niesamowicie zawężają.A wędkarzy jest podobna ilość. Ja w ten weekend odpuszczam bez typowego „dreszczu”, że muszę coś innego robić. Po prostu mi się nie chce. Wolę posiedzieć z chłopakami wieczór – mamy w sobotę losowanie łowisk do tegorocznej ligi. Zanosi się na fajną imprezkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *