Wreszcie!

„Klątwa” Dominikany złamana. Bo już tak zaczynałem sobie tłumaczyć niepowodzenia wypraw  końca października i pierwszych tygodni listopada. W końcu na tropiki napaliłem się jak szczerbaty na suchary, a skończyło się absolutną klapą. Po naprawdę świetnym, tegorocznym sezonie, byłem nastawiony na to, iż późna jesień – moja ulubiona pora wędkarskiego roku postawi kropkę nad „i”. A tu wielkie rozczarowanie. Głównie za sprawą starorzecza. Łowię tam dekadę i jeszcze nigdy nie zdarzyło się tak, by między 1 a 15 października ryba [głównie kleń i świnka] nie weszły w starorzecze. A w tym roku tak jest. Powody pewnie są dwa: relatywnie bardzo wysokie temperatury, długo się utrzymujące oraz niewiarygodnie niski stan wody. To drugie dotyczy chyba wszystkich łowisk okręgów Krakowskiego, Tarnowskiego, Bielskiego czy Nowosądeckiego. Wisła wygląda śmiesznie.

Z drugiej strony nie było aż tak kulawo, gdyż z wyjątkiem jednego, na każdym z czterech ostatnich wypadów za czymś większym, zawsze miałem kontakt z dużą rybą. Jakiś tam czynnik braku szczęścia spowodował, że dopiero za ostatnim razem udało się rybę zaciąć i wyholować, mimo fatalnych warunków [całkowicie zamarznięte przelotki].

Wyprawa pierwsza, pod koniec października była niezwykle emocjonująca, ale bez pozytywnego finału. Łowiłem w normalnej aurze, jaka winna być o tej porze roku: mżawka, dziesięć stopni, normalne ciśnienie. Wisła minimalnie się nawet podniosła. Wyjazd w ciepłe strony miał tylko taki wędkarski pozytyw, że sięgnąłem po przynęty, których normalnie nie brałbym pod uwagę. Okazało się iż niektóre pozytywnie rokują co do ich wykorzystania w codziennym wędkarstwie na wodach słodkich. No i jednej z nich próbuję. Rzut bez przekonania, wszak to taki test, jak wobler będzie chodzić w rzece. Wcześniej przez chyba godzinę na typowe tu wabiki, nawet wyjścia. Tymczasem na metrowej wodzie jakaś duża ryba płynie od kilku metrów za przynętą. Zwalniam przyspieszam, ale drapieżnik pozostaje nieufny. Boleń – jak się okazuje – odprowadza 13cm „neonka” pod sam kij.

W ciągu godziny mam jeszcze dwie takie sytuacje, a kolejna naprawdę potężna sztuka, która niestety nie pokazała się wcześniej w ostatniej chwili kłapnęła przynętę. Niby mocno, a zarazem tak nie boleniowo… Nie zaciąłem, choć ryba sama lekko się zapięła, wykonała spokojny w sumie zwrot pod powierzchnią i zwiała. Może gdybym miał mocniejszy kij, ale nastawiłem się na niby duże, ale jednak klenie.

Na tym się jednak nie skończyło. Na twardym i płytkim, żwirowym blacie, wielkości połowy boiska do piłki nożnej zaliczam ponad pół setki brań [lekko]. Nie jakichś tam puknięć, trąceń. Leniwych, ale normalnych pobić. Pech chce, że nie mam wybitnie małych przynęt przy sobie poza słownie jednym woblerkiem. Tylko on wzbudza zainteresowanie. Ponieważ pada i dość mocno wieje, mimo niewielkiej głębokości do końca nie wiem, co to były za ryby. Wyjąłem dwa klenie, ale to były całkiem inne brania. Początkowo myślałem, że za wcześnie zacinam. No to czekałem. Kijek tak się momentami po ataku uginał, że nie wierzyłem, jak ryba mogła się nie zapiąć, skoro już ewidentnie wisiała. Prawdopodobieństwo podcinek odrzucam, gdyż jakaś musiałaby się skończyć holem.

Niedawno rozmawiałem z takim dalszym znajomym internetowym, przy mnie wiślanym wyjadaczem i gość stwierdził, że miał identyczny przypadek rok temu o podobnej porze roku. Przezbroił się w typowy UL i połowił bardzo dużo krąpi i małych cert i  świnek.  Być może trafiłem na takie zgrupowanie tych gatunków.

Dwa długie weekendy. Przeklinam pogodę, którą wszyscy wokół błogosławią. Jak na listopad to upały. Do tego bite dwa tygodnie wschodniego wyżu. Woda nawet w zbiornikach stojących jest zauważalnie niższa. Gdzieniegdzie margines brzegu poszerzył się o dobry metr.

Tym razem nastawiam się na wzdręgi. Jest słabiutko. Niska woda powoduje, iż ryby nielicznie wchodzą w błotnistą, zarośniętą zatokę. Chodzę w tym jak słoń w składzie porcelany. Do tego woda jeszcze nie ma termiki późnojesiennej, a co dopiero zimowej. Krasnopióry nie są przyklejane do dna i niemrawe, tylko stoją w pół wody. Złowienie jednej wywołuje panikę i całość spiernicza w trzciny.

(fot. A.K.)

Nawet jak się te jedną przetrzymuje w siatce. Jakimś tam sposobem  na to jest ślamazarny hol pod wodą, co przy poziome max 70cm nie jest łatwe. Brak chlapaniny pozwala złowić 3-4 szt. zanim reszta zwieje.

(fot. A.K.)

No i idzie się szukać kolejnego zarośniętego zaułka. Nie są to jednak rybki ani liczne, ani szczególnie rosłe. Z trudem niektóre przekraczają o dwa centymetry te ćwierć metra. A, i biorą kapryśnie. Żadne tam larwy ważek, czy nawet mikrojigi. Jako tako interesują je muchowe nimfy na dosłownie mikroskopijnych gramaturach, ewentualnie sztuczna ochotka. A i tak część ryb bierze jakoś tak, że spada w zacięciu lub w holu.

Drugim wabikiem dość skutecznym są ripperki Fishchaser.

(fot. A.K.)

Pewnie najmniejsze na… świecie. Ale pracują pod śmiesznie nierealnymi obciążeniami, wybór barw wręcz nieograniczony. To jedna z nowinek, które mam już parę miesięcy. Myślałem, że w lepszych realiach je wykorzystam. Dla mnie będą to wabiki bardziej wiosenne i właśnie późnojesienne, ale w starorzeczu nie ma wody… Tak czy inaczej te mikro rybki w normalnych warunkach –  pewniaki. Polecam, bo  to sztuka zdziałać takie maleństwo, żeby nie ciągnąć go jak nieruchomy kawałek silikonu. Drgają na boczki, ogonek trzepie jak typowej wielkości wabik.

(fot. A.K.)

W zbiornikach, gdzie żyje populacja rosłych krasnopiór są one z jakichś [naszym zdaniem technicznych powodów – siedzą w kłębach zielska] – nieosiągalne.

Kolejny wyjazd to króciutki spacer. Słońce leje się z nieba jak latem. Tafla wody martwa. Tutaj w długie listopadowe weekendy nawet przy zimnej aurze spotyka się pół setki ludzi. Tym razem widzę zaledwie 14 osób łowiących. Tylko jeden wyjął szczupaczka. Byłbym na zero, nie licząc wyjścia ciut odrośniętego zębacza [50+], ale wracając, obserwując nieruchomą powierzchnię,  zauważyłem nieliczne oczka. Bardzo delikatne, jak maleńkich rybek. Tyle, że takie są zazwyczaj blisko siebie. A te mocno rozproszone. Wszystko z dwa – trzy metry od brzegu, pośrodku 50m pasa trzcin. Szczęście, bo mam spodniobuty, choć wody ledwo nad kolano. Ryby na metrowej wodzie. Zero roślin. Piaskowa równina. Od razu zakładam nimfę z zieloną owijką. Trochę połowiłem i honor uratowałem.

(fot. A.K.)

Ale stadko po siódmej rybce uciekło w trzciny na wodę max 15cm. Dziwne – przecież już listopad…

(fot. A.K.)

W błotnistej zatoczce spada mi mały linek.

Słońce i niebo jak lustro. Totalna flauta. Nie ma we mnie wiary. Wszyscy wokół zachwyceni, nie rozumieją mojej markotności. Facet bredzi, że chce duże opady i zimno – tak jestem odczytywany.

Jadę z córą. Jest okropnie mglisto, mimo godzin przedpołudniowych. Wiem, że to nie będzie łowienie na serio, ale zawsze coś. Jednak cztery i pół godziny bez brania? Na dwa kije? Już nawet pomijam fakt, iż jeden obsługiwany przez 4,5-latkę.

(fot. A.K.)

Przestaję wierzyć, że cokolwiek umiem.

Podpływa do naszego pontonu łódka. Facet pyta czy był jakiś kontakt, tonem takim, że wiem, iż nie miał nic. Absolutne zero. Zgodnie z prawdą mówię – studnia. Gość się chyba rozluźnia.

Kończymy przy dwóch spławikowcach.  Opowiadają o takiej obfitości połowów z tego sezonu, sprzed tygodnia, że… no cóż – nie bardzo wierzę we wszystko. Pytam – a jak dziś? Rozkładają ręce – „nawet ploteczki”. Mimo to nie poprawia mi to humoru.

Rzutem na taśmę, jeszcze płyniemy w kierunku widocznych oczek. Rzucam, rzucam i nic. Rybki okazują się maleństwami nie reagującymi nawet na niespełna półcentymetrowy wabik na 0,2g. W ostatnim rzucie mam branie. Silny opór i szczupak przecina plecioneczkę. Duży nie był, ale chore to wszystko. Tłumaczę sobie taki obrót spraw po raz setny w ostatnich dniach –  porąbaną aurą.

Paweł który staruje w lidze, w desperacji poszedł, w wielkie wabiki. Dwukrotnie zaliczył przyzwoite zębacze. Dobra – wiem że szczupak nieznacznie nad sześć dych to żadne cuda, ale w naszych realiach, to fajne ryby. Skusił je na prawie 30cm węgorza Savage Gear.

(fot. P.K.)

Ludzie wokół byli na zero. Może to jest jakiś klucz, choć na taki wabik to powinny walić przynajmniej 80-ki. Ale ile ich jest?

Starorzecze. Wiem, że jest słabo, ale dla mnie nie być tu o tej porze roku, to jak jechać do Egiptu i nie widzieć piramid. Niedziela, ale prawie nie ma ludzi. To już coś znaczy. Niemrawe spławy uklejek i jelczyków. Woda niewiarygodni niska. Mam zaczep. Znam tu dno, więc nieśmiało wchodzę w wodę, licząc, iż skrócenie dystansu o te 7-10m pomoże uwolnić wabik. Więcej się nie da. Tymczasem, dochodzę do samej gałęzi. Pierwszy raz w życiu w tym miejscu wszedłem tak daleko, że jestem bliżej brzegu przeciwległego niż tego z którego łowiłem.

Na okonie się nie nastawiam. Jest ich nadal mało. Kleń – wielkie rozczarowanie. Cały dzień i widziałem… jednego. To samo świnka. Nieraz tak było, iż ryba nie żerowała. Ale przy tak subtelnym łowieniu, obstukiwaniu każdego nawet nie metra, a decymetra kwadratowego dna, ryby potrącało się, czasem podcinało [rzadko przy gramaturze mniejszej niż 1g]. Teraz pustkowie.

Walka o każdego okonka, choć kilkanaście zaliczam.

(fot. A.K.)

I malutkiego jazia.

(fot. A.K.)

Dzień byłby fajny – zapiąłem szczupaka. Na tę kałużę to już bestia – wyraźnie 60+. Pierwsze sekundy i żyłka 0,12mm nadal cała. Ryba robi co może, a ja stawiam na jedną kartę – najwyżej urwie.  Na kijku do 6g w wodzie usianej gałęziami szachy trwają z minutę. Szczupak opada z sił. Żyłka jakimś cudem wytrzymuje, mimo nie odpuszczania nawet milimetra i ciągnięcia na siłę ryby pakującej się w gałęzie. Druga minuta to niemrawe ucieczki zębacza w środek wody. W duchu myślę „ jest to wynik w takich okolicznościach i z taką linką”. Wyciągam podbierak stojąc już w wodzie [wysoki brzeg]. Ryba raz jeszcze ucieka ze cztery metry. Zawracam ją. Na metr przed ramą siatki żyłka pęka… Jakoś tam przeszła po zębach. Gdzie tu sprawiedliwość?

Lipę na starorzeczu potwierdzają znajomi, będący tu wcześniej i w następnych dniach. Zastanawiamy się, czy nie zmienić łowiska listopadowej ligi. Zawsze twierdzę, że powinniśmy łowić tam gdzie wylosowano, ale są granice absurdu. Wojtek proponuje Wisłę od promu w Czernichowie do promu w Jeziorzanach. Latem jest dostatecznie. Wszyscy to akceptują. Jestem sceptykiem, ale myślę, że to byłby fajny test wody. 10 – 12 osób to nie jedna. Zgoda, ale pod warunkiem, że rekonesans da nadzieję.

Jedziemy z Wojtkiem. Miejscówki tak piękne.

(fot. A.K.)

Tyle, że woda prawie stoi. Owszem w 3-4 miejscach płoszę niemałe ryby [50 – 70cm] – jeden to na bank szczupak, ale reakcja na przynęty żadna. Cały dzień i ja zeruję. Wojtek ma mikro okonka na spina i dwa kleniki jak palec na muchę.  Ale jest jeszcze wieczór. Nastawiam się głównie na tę porę. Nadzieję budzi wszechobecna drobnica. Dosłownie wszędzie. Wysiedzieliśmy do 20.00 w takiej mgle, że nie mogłem trafić do auta. Bez brania, czy choćby śladu jakiejś aktywności większych ryb po ciemku.

Kolejny odległy wyjazd nad Wisłę poniżej Krakowa. Aura super turystyczna, a wędkarsko, jak od trzech tygodni. Francowaty wyż. Nastawiłem się na klenie w dzień i bolenie/sandacze po ciemku. Wygląda jednak, co jest oczywiste, że trzeba się przestawić na zimowe miejscówki. Choć wg mnie gdyby był poziom wody choćby pół metra wyższy, to bym pozostał przy tych z lata. Kleń i boleń nadal by tam były. Cudów nie było. Po pierwsze śladowe tylko ilości mniejszych ryb. Wszędzie widać dno. Mimo to próbuję. Mam zaledwie dwa kontakty. Malutki drapieżnik spada, a drugą rybą okazuje się przyzwoity kleń [wyraźnie 40+].

(fot. A.K.)

Słabo. W nocy już lepiej.  Zaliczam też dwa pewne kontakty. Widzę i słyszę po ciemku drapieżny spław. Rzucam i natychmiast jest pobicie, ale ryba okazuje się mizerna. Chyba około 35cm kleń spada zaraz po zacięciu. Przy drugim braniu miałem dużego pecha. Między kotwiczki 11cm woblera wpłynęła trawa – pojedynczy nieco dłuższy liść. Wystawał za kotwiczkę ogonową jakieś 2cm. Nie czułem tego. Podejrzewam, że rozpędzona ryba połaskotana źdźbłem, tuż przed przynętą zamknęła pysk, albo co bardziej prawdopodobne, w ostatniej chwili skręciła i uderzyła bokiem. Pobicie było niesamowite; nawet nie mocno odczuwalne, co zauważalne mimo ciemności. Kawał ryby. Jakim cudem się nie zacięła, zobaczyłem dopiero po zapaleniu latarki.

Doświadczyłem jeszcze dwóch jakby otarć o wobler. Wyraźne i świadczące o większej rybie, ale sam nie wiem czy to nie jakiś leszcz przytulił się do przynęty.

Dopiero w ostatnią sobotę uśmiechnęło się szczęście. Zaklinałem się że na trzy godziny nie pojadę 150km ale…Maciek, mimo niewędkarskiej aury robił praktycznie za każdym wypadem taki wynik, że nawet innym bywalcom tego odcinka Wisły, podnosił ciśnienie. Bez większych trudów na dwu- trzygodzinnych wypadach łowił nie wielkie, ale zacne [średnio 70cm] sandacze i ciut mniejsze bolenie.  No bez przesady, za to z lekką nutką zazdrości – magik.

No więc za jego radą i wskazówką  odnajduję [chyba] Maćkowy fragment rzeki. Warunki fatalne. Z początku tuż nad zero, wieje z północy, totalna lampa. Mimo to łażę nad wodą by jako tako rozpoznać brzeg i nie zaliczyć kąpieli  po zmierzchu.

Wieczór. Pogodowego syfu ciąg dalszy. Temperatura spada. Co dwa trzy – rzuty z ostatnich trzech przelotek wydłubuję koreczki lodu. Mimo rękawiczek dłonie mi odpadają. Przy wolnym prowadzeniu przynęty z częstymi zatrzymaniami w połowie dystansu odczuwam coraz cięższą prace korbki. Sam już nie wiem, czy to zamarza smar, czy znów przelotki. No, i łowię żyłką 0,22mm. Coś się sknociło w szpuli z plecionką i nie działa hamulec. Normalnie to bym ściągnął żyłkę i przewinął drugą linkę, ale w tych okolicznościach, dałem spokój. Zresztą przy temperaturze minus 4,5 stopnia, plecionka raczej by nie dała rady. Trochę się boję czy zatnę ewentualne branie.

Do ciemności nie byłem sam. Jakichś dwóch desperatów mnie podobnych, też próbowało sił, ale dali za wygraną. Ja zostałem. Noc jasna, szczęśliwie wiatr ustał. Jeszcze o szarówce widziałem jakieś 150m w dół rzeki majestatyczny spław. Wielki leszcz albo boleń. Jedyny przejaw życia na powierzchni jaki zauważyłem.

Z nudów gapię się w gwiazdy na niebie, czystym jakby było polerowane. I rozmyślam na ile pozwala zimno. To w wędkarstwie jest super. Można się naprawdę wyciszyć.

Minimalne wcięcie w dzikim brzegu. Rzadkie spore kamienie. Z metr wody o leniwym nurcie. Wobler od dołu wchodzi jakby w początek wybranego przez wodę zagłębienia. Odległość z 20m.

Strzał jest taki, że na plecionce to by kij leciał z dłoni. Odruchowo, pomny tego że mam żyłkę, dwa razy docinam i to z obrotem biodra. Normalnie komedia, jakby ktoś widział. Ale co tam – najwyżej kaczki miałyby ubaw.

Powierzchnia zafalowała. Boleń jak nic. Ryba prawie nie walczy. Zastanawiam się, czy on w ogóle przekroczy 50cm. Sztywna pała ledwo się przygina.  W połowie dystansu ryba daje nura, a kij mimo żyłki obiecująco pulsuje. Niby ściągam zdobycz pod nogi, ale ona wciąż ucieka  tylko w głębszą wodę. Spokojne, ale mocne zrywy. Po chwili szarosrebrny bok i kolczasta płetwa miga na sekundę nad powierzchnią, już pod szczytówką. Jednak sandacz! W końcu. Po spalonych szansach latem, w końcu się doczekałem. Druga próba i jest. Całkiem nieźle wypełnia podbierak, choć żaden z niego olbrzym. Ale ma jakieś 3kg.  Odpinanie ryby zajmuje trochę, bo zassał całe 11cm przynęty z okładem. Fotki nie za bardzo szybkie, bo ledwo odpinam kieszenie zgrabiałymi łapskami. Ale zęby już miał 🙂

(fot. A.K.)

Ryba odpływa jakby w ogóle nie była poza wodą. To chyba kwestia temperatury.

Plan był taki by wytrwać do 18.00. Nie mam już wątpliwości – dam rady. Przez chwilę jest mi ciepło.

Pół godziny później. Kolejne załamanie brzegu, które od biedy można nazwać zatoką. Woda prawie stoi. Za dnia jak sondowałem gumą, oszacowałem na 1,5-2m głębokości.  Wobler upada z 40m ode mnie. Ledwo ruszam i…niesamowite branie. Silne, ale nie jakieś walnięcie. Trwa ułamek sekundy i cisza. Jakby rybsko złapało wobler z boku między kotwicami. Niesamowite, ale nie udało się jej zaciąć. Wyglądało bardzo obiecująco. Dzieje się! Zakładam że siedzę do 19.00.

Nie daje jednak rady. Mimo naprawdę niezłego ubioru, kapituluję na 20 minut przed czasem. Ciało i sprzęt odmawiają posłuszeństwa. Nie mam już chęci roztapiać korków lodu w przelotkach. Może gdybym był na zero, to jeszcze bym się przemógł, ale przecież jest w aparacie fota przyzwoitej sztuki.

5 myśli nt. „Wreszcie!

  1. Starorzecze urzekło i mnie w zeszłym roku. W tym byłem dwa razy – w połowie października i początkiem listopada. Za pierwszym razem miałem cztery brania szczupaków, za drugim sześć okonków. Innych ryb nie było mi dane poczuć. Widziałem jedynie małe kleniki, które pływały w śladowych ilościach przy powierzchni. Woda była bardzo niska i nie było też śladów, żeby w ostatnim czasie przybierała. Musi chyba ryby nie dostały jeszcze zielonego światła od tej „dziwnej” pogody 😉

  2. Piękny sandacz. Cieszy mnie to, ze sie udało.
    Reszta rybek tez spoko. UL sciera się z ciezkim spiningiem. Bardzo trudne do pogodzenia.

    Chciałbym rozruszać temat sandaczy , ale nie mam kompletnie nic do powiedzenia w tym momencie o tej rybie. Omija mnie ona szerokim łukiem. Zreszta nie tylko ona.

  3. Niniejszym, chciałbym podziękować osobie lub grupie osób na tym forum. Potok Wapienica został decyzją Zarządu Okręgu PZW Katowice przemianowany z wody nizinnej na wodę górską i obowiązuje na nim aż do mostu w Ligocie przed Nowym Jazem całkowity zakaz zabierania ryb, odcinek no kill. Miałem dzwonić w tej sprawie do Zarządu Okręgu PZW Katowice, ale niesprzyjające okoliczności sprawiły ,że tego nie zrobiłem. Uważam ,iż nagłośnienie sprawy potoku Wapienica , który, został przemianowany z wody górskiej na nizinną i odwrotnie, który na tym odcinku jest wodą pstrągową, przyczyniło się do zmiany decyzji Zarządu Okręgu PZW Katowice. Media w tym przypadku są wielkie. Mam nadzieję,że dożyję chwili , kiedy jazy pomiędzy Mazańcowicami a Bielsko-Biała zostaną rozebrane i zlikwidowane,a jest ich prawie 100, lub zostaną na tych jazach wybudowane przepławki dla ryb by mogły iść w górę potoku Wapienica. Skoro Związek Gmin na Pomorzu oraz wędkarze załatwili rozbiórkę i likwidację jazów na Parsęcie, przypuszczam ,że na południu Polski taka inicjatywa też przejdzie. Do tego rozbiórka i likwidacja jazów na rzece Białej aż do Czechowic-Dziedzic. Wielkie dzięki. Jestem tylko przypadkowym gościem na tym forum.

  4. Quest, a jak na Parsęcie „załatwiono” te rozbiórki ? Kto i do kogo za tym chodził ? Kto i jak wydał zgodę ? Pytam, bo na rzece płynącej nieopodal mojego miejsca zamieszkania też jest kilka bezsensownych progów bez przepławek. I gdyby tak ich nie było, to rybom byłoby zdecydowanie lepiej.

    • Poszukaj informacji na Facebooku. Informację na ten temat znalazłem FB .Szukaj Związek Gmin na Pomorzu, rozbiórka jazów na Parsęcie koszt-ok.30mln, rzeka Parsęta. Jeśli masz konto na FB to z łatwością znajdziesz, ja konta na FB nie mam. Jeśli znajdziesz to zadzwoń do wędkarzy , którzy to załatwili razem ze Związkiem Gmin na Pomorzu, oni ci udzielą informacji.

Pozostaw odpowiedź Piotr Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *