Łaźnia parowa – Dominikana

Upał nie jest tu najważniejszy, choć kreska lekko dobija do 35 w cieniu. Nieprawdopodobna dla ludzi z Europy jest wilgotność tutejszego powietrza. Szczególnie w porze deszczowej, gdy nocą miały miejsce dwie – trzy mega ulewy. Przejście w tych warunkach szybkim krokiem 3km krajem morza i dżungli, która styka się tu z falami, nie jest łatwizną. Snuję się plażą, ale już widzę cypel oznaczający wlot do zatoki.

Dziś jest nietypowo. Godzina 15.00 – zbliża się kulminacja odpływu i najniższej wody w zatoce. Równocześnie bardzo silny wiatr od morza pcha fale na brzeg. U wlotu do zatoki robi się niemały kocioł, który niewątpliwie podrywa i wypłukuje z dna wszystko co pozwoli porwać się prądom morza.

W ręce tym razem morski zestaw UL, czyli parabolik do 40g z plecionką 0,12mm. Na końcu zestawu oprócz stalki, 6cm bardzo wąski kawałek metalu typu castmaster.

(fot. A.K.)

Przynęta powyższa, to wynik schodzenia na coraz mniejsze wabiki. Rzucony z wiatrem, z cypla w głąb zatoki, bez kłopotu osiąga jakieś 80m. Kilka rzutów w tym właśnie kierunku. Zwijam szybko. Już bliżej brzegu delikatne szarpnięcie. Czy branie? Powtarzam rzut. W podobnej odległości dwa – trzy niemrawe stuknięcia. Przez około kwadrans nic się nie zmienia: mam ewidentne, bardzo delikatne kontakty, dwa odprowadzenia przynęty. Ryby małe, może 25cm.

Rzucam teraz krótko, na 30-y metr bo w poprzek wiatru, na granicę walczących odchodzących fal i napierających, gnanych podmuchami od oceanu. Zwijam jak wariat, szarpiąc energicznie kijem by zniwelować gigantyczny balon na lince. Mocne pobicie w odległości dosłownie na trzy długości kija. Ryby nie widzę, nie zacięła się. Szybko poprawiam, ale jeszcze bliżej, płasko by zminimalizować wpływ wiatru na plecionkę. Branie! Dziwne: wabik jakby staje na ułamek sekundy – niby szarpnięcie ale niezbyt mocne, po czym niezależnie od szalonego tempa pracy korbką, coś coraz szybciej odchodzi w lewo, wzdłuż mini rafy. Zdobycz z dziką prędkością zmierza w uskoki skalne – wiem, że jak tylko dotknie plecionką kamieni, to ta pęknie jak pod brzytwą. Bez skrupułów, ile sił ciągnę samym kijem, równocześnie ile mocy, podnoszę wędkę pionowo do góry na wyprostowanej ręce. Liczę że ryba rozpędem przeleci nad krawędzią skałek, albo chociaż odbije się od nich 40cm długości stalką. Kij wygięty w łuk. Ryba zawraca w moją stronę tak szybko, że nie nadążam zwijać. Parkuje w jakimś uskoku, ale w ostatniej chwili znów unoszę kij. Plecionka sterczy z wody pod prawie prostym kątem. Stalka jak cięciwa zablokowała się na wlocie do podwodnej dziury. Szczęście. Ale ryba uciekła. Rzucam znów. Kolejne „dziwne” uszczypnięcie z rozpędzającą się szarżą. Podobny schemat. Szalone zygzaki, kij w półokrąg, fale zalewające mnie powyżej pasa. Kilkanaście sekund i też się spina. Tak mam jeszcze kilka razy. W końcu jedna kapituluje. Podnoszę ją na kiju. Niby wiem, że to norma, ale wciąż nie mogę się przyzwyczaić do tego, iż morskie ryby w ciepłych strefach są gigantycznie, niewyobrażalnie silne. Ta nie ma chyba nawet 25cm i waży może pół kilo… Ciało ryby jest jak z jakiegoś twardego kauczuku. Ewidentnie z rodziny ostrobokowatych; mały Karanks Atlantycki?

(fot. A.K.)

Kolejna seria kilkunastosekundowych szalonych ucieczek, zakończonych najczęściej spięciem się ryby mimo zacięć, docięć, które powinny im urwać głowy 🙂 Po którymś zarzuceniu nie ma tego śmiesznego stuknięcia tylko przynęta staje, po czym kołowrotek chce się zapalić. Ryba pruje z niewiarygodną szybkością w środek zatoki, po czym się wypina na krótkim postoju. Stoję oniemiały.

W kolejnych rzutach wyciągam identyczną jak wcześniej rybę, tylko ciut większą, może 30cm. Po chwili, w podobnie „dzikich” okolicznościach mam malutkiego karanksa żółtopłetwego. Nawet nie robię im zdjęć, nie ryzykując bujania się na fali pośród kraterków skalnych o ostrych jak tłuczona butelka krawędziach…

I tyle proszę Szanownych Czytelników. Jakby tak było co dzień, to pewnie relacjonowałbym mój pobyt na Dominikanie doba po dobie z całym moim gadulstwem, opisującym w najdrobniejszych szczegółach, kraj, ludzi, przyrodę i ryby oczywiście. Ale nic z tego. Wędkarsko wycieczka w ten rejon Karaibów była moją jak na razie największą porażką w ciepłych stronach świata. Może za wiele sobie obiecywałem?

Będzie więc krótko i pewnie wyjdę na zmanierowanego malkontenta,  ale dla mnie naprawdę trzeciorzędne jest gdzie śpię, co jem i  czy leją jak z wiadra kolorowe drinki. Ryby, ryby, ryby – tylko to się dla mnie liczy, choć reszta familii oczywiście wniebowzięta. Ja zresztą też, gdyby jakoś odciąć się od wędkarstwa. Ale się nie da.

Jak napisałem, chyba zbyt wiele sobie obiecywałem. Myślałem nawet, iż pochwalę się przynętami które kupiłem za w sumie niemało kasy, coś po mędrkuję, coś tam się nauczę. Przede wszystkim liczyłem na masę zdjęć różnych gatunków ryb, przynajmniej niedużych [do 3kg]. A tu straszna lipa.

Wyposażony byłem w dwa kije: nazwijmy to morski UL do 40g z plecionką 0,12mm i lekką ale z perspektywy słodkowodnego wędkowania – jednak spinningową „kopię” do 100g wyrzutu z 300m plecionki o wytrzymałości 39kg na podkładzie 200m żyłki 0,40mm. Do tego przypony strzałowe z nylonu 0,7mm Daiwy lub morskie stalki dł. 70cm. Do lekkiego zestawu miałem przypony metalowe na szczupaki o wytrzymałości od 15 do 25kg. I cała kupa wabików mierzonych w dziesiątkach gramów i…dkg.

Witki  mi opadły po czterech dniach, gdy wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Utwierdził mnie w moich przypuszczeniach Mariusz – nurek, który była na Dominikanie już kilka razy.

Co było powodem takiej klapy po całości? Otóż, by tam połowić z brzegu, trzeba być na południowej części wyspy od strony Morza Karaibskiego. Ja tymczasem byłem na wybrzeżu północnym od strony Atlantyku. Po pierwsze – płycizny [2-5m] ciągną się tam setkami metrów od brzegu. Dwa  – poziom przejrzystości wody jest zaskakująco niski. Trzy – życie biologiczne strefy przybrzeżnej jest jeszcze bardziej zaskakująco skromne. Cztery – co jest wynikiem poprzednich – dominują małe gatunki jeśli nawet drapieżne, to rzadko bądź wcale nie uganiające się za rybami. I tylko czasem coś się trafi. Ja miałem jeden świetny dzień na dwa tygodnie…

Trochę o realiach innych niż ryby. Ludzie są spoko, ale mało kto zna angielski, nawet w hotelach. Twierdzą, że znają, ale mówią tak, że nic nie rozumiesz. Ewentualnie jest tam taka maniera:  jak nie znają jakiegoś słowa, to wrzucają z hiszpańskiego i główkuj co powiedział. Przy hotelach jest arcybezpiecznie. Poza nimi wg mnie poziom bezpieczeństwa jest porównywalny jak u nas. Po prostu można mieć pecha. Jak jest w naprawdę dużych miastach – nie wiem, bo nie byłem.

Miejscowi to potomkowie niewolników o murzyńskich rysach, ale nie tych smukłych, długonogich mulatek z Jamajki. Laska jak nie jest w stylu „yow – mama” [udo jak mój pas], to się nie liczy. Taki mają gust. W muzie dominuje mocno latynoski hip – hop w odcieniu mocno dresiarnym. Faceci są cholernie pewni siebie i nawet jak coś zawalą, idą w zaparte, że tak nie było.

Mają sporo potomstwa  i  z dużą sympatią odnoszą się do dzieci turystów [także poza hotelem]. Piją niemało, przypalić też lubią – narkotyki, choć to mocno karane, są powszechne i łatwo dostępne; w zasadzie wszystkie. Jedzą tak trochę meksykańsko [fasola, kukurydza], trochę w oparciu o to, co daje morze. Ceny w normalnym sklepie jak u nas. Można płacić dolcami, ale często wydają ich peso. Mają czwarte miejsce w prostytucji na świecie – to wiem z danych internetowych, żeby nie było 🙂

Wśród turystów jest trochę Amerykanów, Kanadyjczyków, niewielu Polaków, Francuzów i Niemców. Wielu Brazylijczyków, Urugwajczyków – twierdzą, że mają tu tanio. Ilościowo rządzą Rosjanie i to nie jacyś krezusi [choc tacy też się trafiają] tylko tacy przeciętni. Po prostu nie jest tam tak źle, jak to przedstawiają jedyne, słuszne media.

Jest generalnie dziko, jak diabli.

(fot. A.K.)

Między „koloniami” hoteli są często całe kilometry dzikich plaż. Jak się tak patrzyło, to normalnie, faktycznie „wyspa Robinsona”. Biały, piękny piasek, kokosy dosłownie lecą na głowę. Jak jest czym je rozwalić, to można się napić. Zagrożeń szczególnych brak. Mają 29 gatunków węży ale żaden nie jest jadowity. Po 2-3 gatunki skorpionów i pająków, których jad powoduje przez kilka dni stan jak po zatruciu pokarmowym, ale bez trwałych następstw. Jedynie przestrzega się przed skolopendrą czerwoną, ale z miejscowych, z którymi gadałem nikt na żywo jej nawet nie widział. Są ponoć relatywnie niewielkie krokodyle, dość agresywne, ale w to w głębi kraju.

Uderzyła mnie swego rodzaju ubogość życia brzegu morskiego. Widziałem zaledwie 3 gatunki krabów reprezentowane w nader skromnej liczbie.

(fot. A.K.)

Do tego małe raczki pustelniki zachodziły nawet dobre kilkaset metrów od plaż. Widziałem słownie jednego jeżowca. Troszkę drobnych ślimaczków i jeden gatunek dużych [15cm] bezmuszlowych.

Gdy mocno wieje od morza łowienie jest bardzo ciężkie. Na powierzchni przy brzegach pływa masa resztek wodorostów.

(fot. A.K.)

Praktycznie pod koniec każdego rzutu mamy zielsko na przynęcie. Ale jest prawie pewność, że przez większą część trasy wabika, jest on wolny od roślin.

Gdy jest odpływ, to po takim wietrznym dniu, na plaży zostaje masa nieciekawie pachnących wodorostów.

(fot. A.K.)

Goni w nich masa jakichś lądowych stawonogów, podobnych jak nasze nartniki, tylko o krótkich nogach. Skaczą jak pchły. Nie atakują wg mnie celowo, ale jak się podejdzie do takich wilgotnych roślin i chwilę stanie, to chcąc nie chcąc zaczynają po stopach skakać. Dość boleśnie kłują, choć, ugryzienie nie zostawia śladów. Tak, że rozłożenie się na piasku w sąsiedztwie dużej ilości wodorostów jest złym pomysłem, bo tych stworzeń są w takich miejscach setki.

Lata sporo motyli, trzy razy widziałem czarno – granatowego kolibra ciut większego  niż duży szerszeń. Jest trochę mew, rybitw i pelikanów. Na niebie, szczególnie po południu pokazywało się nawet do około 30 szt. sporych ptaków [do mniej więcej 1,7m rozpiętości skrzydeł] podobnych do kondorów.

(fot. A.K.)

Po krzakach biega masa jaszczurek. Ja widziałem dwa gatunki.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Po murach biegają gady, jak gekony w starym świecie. Jeden nawet mieszkał u nas w pokoju za telewizorem, co dawało gwarancję, iż zeżre ewentualne insekty.

(fot. A.K.)

Z owadami zresztą nie ma tam kłopotów – jakby nie chcą pokazywać się ludziom. Pojedyncze muchy. Nocą to co innego. Nie wiem jak to robią w hotelach i okolicy – komarów prawie nie ma. Gdy zostałem raz do zmroku kilka km od hotelu, to w sekundę po nastaniu ciemności z dżungli wypadła na mnie horda moskitów do spółki ze sporymi muchami, które gryzły paskudnie i  bardzo natrętnie. Pokonałem wtedy 3km biegiem, jakby się paliło, a że kondycji zero, to ledwo osiągnąłem cel.

Dużo jest za to wodnych żółwi. Małych i dorosłych.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

W każdym większym stawku, czy bajorze pływa masa pielęgnic. Ku mojemu rozczarowaniu, prawie na pewno nie były to endemiczne pielęgnice z rodzaju Nandopsis – nieczęste w naszych akwariach, a chyba pielęgnice niebieskołuskie z kontynentu. Pływały watahami różnych roczników, największe miały lekko pod 30cm.

(fot. A.K.)

Towarzyszyły im istne tabuny ryb z rodzaju Gambusia, oraz miejscowe dzikie gupiki.

A – wschód i zachód słońca. Jak wszędzie w tej strefie „zapalają i gaszą” światło nagle. Koło 18.00 – ciemności, 6.30 – jasno.

Pora deszczowa polega na tym, że nocami przechodzą ulewy. Czasem poleje w dzień, ale nie ma szans że długo. Najniższa temperatura jak byliśmy – 26 stopni; poza tym nie spadła poniżej 28 nocą. W dzień 32-35 w cieniu. Wilgoć jak cholera. Nic nie schnie poza klimatyzowanymi pomieszczeniami. Nie ma szans. Temperatura morza około 29 stopni – jest śmiesznie, jak stoisz w takiej wodzie, a z góry leje deszcz o takiej samej temperaturze. Pływy są łagodne ze względu na płaskie plaże ale dość wyraźnie. Zalewały przy najwyższym stanie poniższe zwalone drzewo.

(fot. A.K.)

Jest sporo śmieci po krzakach.

Od strony zdrowotnej większego niż u nas zagrożenia chorobami niema. Wszystko zależy od indywidualnych cech organizmu. Córka [4,5 roku] tarzała się piachu, nurkowała w basenie, w morzu, zbierała liście nad bajorami, a potem jak jej nie upilnowałem – niemytymi rękami wcinała różne, myte kranówą owoce i nic kompletnie jej nie było. Młody [9 miesięcy] panierował się w piachu plaży, niewątpliwie pochłaniając jego niemałe ilości. Zero problemów. Ja kilka razy głęboko pokaleczyłem się na skałkach – jak zwykle  – hop do morza. Rany zasychały błyskawicznie i pięknie się goiły, choć piekły. Ale widziałem ludzi, którym małe ranki babrały się bardzo poważnie.

Ja wyznaję też metodę kolonialną Anglików: jadłeś – lekka bania, piłeś coś bezalkoholowego – to samo. Poza tym staram się jeść to co miejscowi, a że lubię ostre tematy, toteż wszelkie surowe, kiszone czy marynowane papryki do bólu. Te wszystkie ostre przyprawy w takich rejonach też działają chyba „dezynfekująco”.

W prostej linii miałem jakieś 500m do dość dużego jeziora. Nawet się tam dwukrotnie wybrałem. Raz totalnie na wariata, na przełaj. Było sucho, ale poziom dziczy po 100m trochę mnie ostudził, a po kolejnych 100m brodzenia po kolana w butwiejących liściach, skorupach orzechów i trawach tylko w klapkach zupełnie przestraszył. Drugie podejście, od strony drogi utwierdziło mnie, iż bez maczety nie dam rady, tym bardziej, że z tej strony zanim zaczęło się jezioro, to miałem nie wiem jak długi pas mokradeł. Nic większego się nie pluskało nie licząc 6-7 żółwi na kupie.

Wracając do ryb. Pierwszego dnia rozpoznanie –  z lżejszym kijem. Łowiłem z 300m od hotelu na piaszczystej plaży. W odległości 50 – 70m od brzegu na około 1,5  – 2m głębokości widać było linie niskich i łagodnych skałek. Jednak przejechanie po nich plecionką oznaczało natychmiastową utratę przynęty. Brań, ku mojemu zaskoczeniu – zero.

Dzień drugi – 3m kopia z dyndającym na końcu popperem, wielkim jak granat przeciwpancerny.

(fot. A.K.)

Przyznam –  łowiłem tak pierwszy raz w życiu. Jest to orka nieporównywalna z czymkolwiek z wędkarstwa, czego do tej pory doświadczyłem. Czasem zastanawiałem się po co kolesiom rękawiczki i myślałem że to taki lans, ale jak po trzygodzinnym „korblowaniu”  miałem na bokach palca wskazującego i środkowego duże odciski, to już wiedziałem po co je zakładali. Pękające w słonej wodzie pęcherze piekły jak diabli.

Tego dnia odkryłem około 200m długości mini rafę na styku lądu i wody ze 3km od hotelu. Płaski kawałek skałek szorstkich jak pumeks, by w stronę morza przemieniać się w masę mini kraterów skorodowanej skały o krawędziach bardzo ostrych, oraz sterczących szpicach, na których dwa razy na wylot przebiłem klapki. Szczęśliwie bez konsekwencji dla stóp.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Przy tych skałkach pierwszego dnia miałem wyjście około 50-60cm ryby, na 90% małej barakudy. Poza tym jeszcze z 10 kontaktów. Wszystko były to rybki jak nasze iglicznie, tylko te nie były większe niż 40cm, a najczęściej do 25cm. Nie miały szans się zapiąć. Do końca pobytu zaliczyłem z setkę ich pobić, ale żadnej nie wyjąłem. Kilka spadło już nad wodą.

Trzeciego dnia, znów z lekkim zestawem trafiłem nad zatokę. Jak popatrzyłem, to powiedziałem – bingo! Jak na obrazkach z Kuby, które nieraz oglądałem na YT. Całość to taka pumeksowa skałka która w odległości 15-20m od brzegu wszędzie była pokryta piaskiem i osadami o grubości 20-50cm. Woda w odpływie tak niska, że można było brodzić po pas nawet ponad 100m od lądu. Trzeba było tylko chodzić po garbach i unikać dolinek, dołków, bo tam było nawet po szyję wody. Wszystko to porastały jakby rzadkie łączki roślin.

(fot. A.K.)

Od razu zauważyłem niemałą ilość płaszczek. Dwa gatunki: jedne okrągłe, szare, zakopujące się w podłożu. Miały do 70cm i około 0,5m średnicy. Myślę że nie byłoby bezpiecznie na jakąś wleźć. Drugi gatunek to diabeł morski – młode okazy czarne jak smoła w niewyraźne jasne cętki. Miały do 120cm i około 70cm rozpiętości, choć widziałem okaz lekko ważący ze 100kg. Te uciekały przy każdym najmniejszym ruchu. Na wabiki nie reagowały, nawet podstawiane pod pysk [myślę o tych zakopujących się].

Ku wielkiemu rozczarowaniu urzucałem się tam jak bąk i nic. No, może nie aż tak. Miałem jedno pobicie. Miało miejsce z 60m ode mnie, a coś skusiło się na trociową imitację tubisa. Atak był dość łagodny, przynęta wprawdzie gwałtownie stanęła, na powierzchni zrobił się wielki krąg. Ryba jednak natychmiast ruszyła z taką siłą, że nawet gdyby to było przy brzegu musiałbym za nią nieźle pogonić, bo nie było złudzeń- mała nie była. Niestety po parunastu sekundach ewidentnie ześlizgnęła się cienka plecionka z grubego drutu monstrualnego krętlika, jaki miałem przy nylonie. Ot, skutek łowienia na dwa zestawy i takiego pomieszania sprzętu. Nie ukrywam – było to wynikiem niewiary w cokolwiek większego po tych pierwszych dniach.

Mariusz, który sam był nieco zaskoczony brakiem większych ryb nawet kilkaset metrów od brzegu, swoimi opowieściami z nurkowania spowodował, iż najpierw złapałem na dobę doła, a potem spakowałem graty.

Agnieszka widząc moje męki, namówiła mnie na wynajęcie łodzi. Nigdy jakoś mnie do takiej zabawy nie ciągnęło, bo i kasa niemała, i jakoś tak… Wolę sam dochodzić do wyników.

Łajba nie była z tych pełnomorskich, tylko popierdółka przybrzeżna ale ten kilometr odpłynęlibyśmy lekko.

(fot. A.K.)

Wyobraźcie sobie – trzy razy się z nimi umawiałem i nie popłynąłem. Pierwszy raz chcieli płynąć zaraz, w tej chwili. Akurat nie bardzo mi to pasowało, a potem mimo iż leżeli na piachu i nic nie robili – nie chciało im się. Na drugi dzień, gdy się umówiliśmy, zażądali większej kwoty niż było ustalone. Obróciłem się na pięcie i dałem spokój. Kilka dni później sami mnie dopadli i wrócili do pierwotnej ceny. Na drugi dzień czekałem godzinę, gdy w końcu przysłali jakiegoś leszcza, który mi – uwaga – narysował na piasku, że będą za 30 – 40 minut. Stwierdziłem, że mam dość.

Rozmawiałem raz z facetami już luksusowej łodzi z ogromnymi silnikami oferującymi takie zabawy na pełnym morzu. Akurat wrócili. Cały ich sukces to były dwie około 60cm koryfeny [dolphin fish jak zwą je Jankesi].

Potem spotkałem jeszcze małżeństwo, które było na takim rejsie. Daleko w morzu złowili dwie koryfeny po około metrze długości każda i podobnej wielkości barakudę. Ryby były niemałe, ale to wszystko na pięć osób, które łowiły.

I faceci z łodzi i wspomniana para łowiła tylko na żywca. Wszyscy robili wielkie oczy jak mówiłem, albo pokazywałem moje pudełko z przynętami…

Przy okazji – wabiki. Bez wątpienia były dobre. Dla mnie wyznacznikiem skutecznej przynęty powierzchniowej jest reakcja ptaków. Tamtejsze rybitwy, jak i pelikany chciały się zabić, atakując moje sztuczne rybki.

Największą zresztą zdobyczą całej wyprawy był…pelikan. Któregoś dnia miałem z jednym styczność gdy nieoczekiwanie ruszył gwałtownie do poppera i złapał go w dziób. Zagapiłem się. Natychmiast przestałem zwijać, ptaszysko dłuższą chwilę jakby zastanawiało się, ale uznało, iż coś jest nie tak i puściło wobler. Delikatnie go odciągnąłem, a pelikan nie zwracał już na to uwagi.

Dwa dni później stało się inaczej. Sytuacja była podobna. Pelikan nagle wylądował przy woblerze i mimo, że przestałem zwijać, capnął go w dziób. Po chwili, jak ten poprzedni – puścił wabik. Znów spokojnie zacząłem go odciągać, gdy po jakichś dwóch – trzech metrach ptak rzucił się na plastik ponownie. Wbił sobie jeden grot w tę swoją torbę pod dziobem. W czasie ściągania ptaka, druga kotwiczka utkwiła w piersi zwierzaka. Początkowo zwątpiłem i nic nie robiłem, gdyż zastanawiałem się nad siłą takiej „gęsi”. Nie mniej pelikan zachowywał się bardzo spokojnie, wręcz współpracował. Kłopot był przy samym brzegu, bo fala przybojowa odrzucała go ode mnie. Trochę się bałem wielkiego dzioba, ale bez oporów dał się za niego złapać. I wtedy zaczął się cyrk. Pojawili się z jakiejś łódki miejscowi i prawie ptaka rozerwali. Każdy chciał go za coś tam trzymać, a było ich…sześciu.  Na szczęście oba groty wyszły zadziwiająco prosto. Mam nawet fotkę z tego niechcianego połowu.

(fot. A.K.)

Pelikan spokojnie odpłyną. W następnych dniach on i dwa inne uciekały na mój widok.

I tyle. Cóż mogę powiedzieć? Jeśli jesteście jak ja uzależnieni od spinningu i ten element wyjazdu ma dla Was pierwszoplanowe znaczenie, to łowienie z brzegu na północy Dominikany raczej sobie odpuśćcie. Chyba, że macie jakiś słodkowodny UL w wersji travel. Weźcie dużo mikrojigów. Zabawa gwarantowana, jeśli znajdziecie zatoczkę, jaką mnie udało się namierzyć. Ale gdy liznąłem kilka lat temu na Cejlonie nieco poważniejszych, morskich przeciwników, tak daleka wyprawa, by łowić maleństwa nie ma dla mnie sensu.

Na koniec jedna uwaga odnośnie sprzętu. Po raz kolejny naciąłem się na plecionkę marki Berkley. Pomijam fakt iż nie bardzo wierzę, że ma wytrzymałość 39kg.

(fot. A.K.)

Natomiast po jednym dniu łowienia zaczyna się plątać co 5 -10 rzutów.

(fot. A.K.)

Supły są irytująco duże. Fakt, że je relatywnie dość łatwo rozwikłać, ale chyba nie to ma być naszym zajęciem nad wodą. Podobne doświadczenia miałem z tą marką już kilka razy, ale łudziłem się, iż przy grubszym sznurku może będzie lepiej. Nie jest. Tam powinna być adnotacja, że nie nadaje się do szybkiego łowienia na spinning. Pewnie zdaje egzamin przy tzw. deep jigging. Ostatni raz kupiłem plecionkę Berkley.

 

2 myśli nt. „Łaźnia parowa – Dominikana

  1. Fajne są takie wyprawy wędkarskie. Mnie się marzy wyprawa spinningowa nad Amazonkę, lub na Alaskę – zapolować na łososie.

    A co do plecionek Berkley’a – te plecionki rzeczywiście są tragiczne. Pisałem o tym w komentarzu pod Twoim artykułem z lipca tego roku pt. żyłka vs plecionka”.

    Pozdrawiam
    Krzysiek

  2. Hehe fotka z pelikanem powinna się znaleźć w domowej galerii na scianie 🙂 nie spodziewałem się że użyjesz aż takiego sprzetu !
    Szkoda ze ryby nie dopisaly , choć ten żółty karanks i tak fajny. Nie wiadomo w sumie co to. Próbowałem to rozszyfrowac nawet nie mam typu, ale na pewno nie atlantycki.
    Ma żółte płetwy na fotkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *