Nieplanowana noc

Tym razem będzie trochę dłuższy wstęp z krótką relacją. Muszę się jeszcze spakować na jutrzejszą turę ligi i obmyślić jakiś sensowny plan. Jadę bez treningu. Ale do rzeczy. Miejscówka, gdzie ostatnio złowiłem klenia życia [jak na razie], darzy nieobliczalnie, ale na ogół obficie.  Średnią wyjazdów mam taką, że zacząłem porównywać wyniki z poprzednich lat i ostatnim razem było tak fajnie…9 lat temu. Różnica teraz taka, że niestety w jedną stronę muszę jechać ponad 120km, a wtedy jechałem 25km… Choć teraz jest o tyle lepiej, że mam kontakty ze wszystkimi chyba wiślanymi rybami. No, nie złowiłem jeszcze brzany, ale to raczej tylko kwestia czasu.  Powiem tak: mam styczność z na tyle dużymi rybami, że nie schodzę w opcji „kompromisowej” poniżej żyłki 0,20mm, co i tak jak na tę miejscówkę jest poważnym ryzykiem, choć na razie z tego powodu nie płakałem. Zestaw „kompromisowy”  jest takim właśnie bardzo zgniłym kompromisem, pozwalającym jako tako łowić klenie na lekkie wabiki i dającym szansę wyjąć cokolwiek znacznie cięższego. Dwukrotnie wybrałem się tam z dwoma wędkami, ale w tych warunkach nie widzę w tym większego sensu. Tak, że łowię żyłką dwudziestką, kijem do 20g [bardzo szybki, ale kilowa ryba zgina go jak chce]. Gdyby nie realna szansa złowienia klenia – olbrzyma, to miałbym na kołowrotku plecionkę przynajmniej 0,14mm i 3m kija pod 40g. I piszę to ja – wielbiciel super lekkiego łowienia. Ale seryjne łowienie boleni, mojej ulubionej obok wzdręg ryby powoduje, iż nie będąc fanem motoryzacji biję setki kilometrów.

Miejscówki nie pokażę i nie opiszę w większych szczegółach, gdyż jeszcze nie zwariowałem doszczętnie, ale powiem tylko tyle, że bolenie łowię na upatrzonego, a brania mam nawet 5m ode mnie stojąc. Te ryby w ogóle nie znają ludzi, przynęt. Nawet w dobrych czasach, ale jak już jako tako kumałem jak się łowi rapy, trzeba było się coś nie coś natrudzić. A tu te ryby są tak łatwe do złowienia, że nie wiem jak to nazwać. Byłem raz, gdy żadnego nie złowiłem.

Taktykę mam taką:  jadę po pracy, wiedząc że na drugi dzień mam wolne. Zaczynam średnio od 17.00. Dopełzam w spodniobutach, pudełkiem przynęt i podbierakiem ugotowany, ale goły przez te trawska, osty i ostrężyny nie pójdę za nic. Zwalam się na wąski margines lądu i ściągam wszystko, by się przewietrzyło. Zakładam klapki, które są jedyną rzeczą jaką niosę obok podbieraka i porządnie się pryskam przeciwko komarom, bo łażąc przy ścianie krzaków, ze żarłyby mnie żywcem.  Wypatrując boleni schodzę max do 300m w dół, a częściej stoję i czekam jak kolejny da szansę. Około 19.00 wbijam się w spodniobuty i idę powolutku pod prąd łowiąc głównie wirówką. Liczę na klenie. Dochodzę przed 21.00 do miejsca, gdzie wyżej nie ma sensu iść, łowię tu z pół godziny, i już z woblerem  Siek Siga 0, schodzę leniwie w dół do punktu gdzie przyszedłem i gdzie czekają plastikowe buty do plażowania. To standard, choć dwa razy zabalowałem do 2.00. Ale trafiłem na noc konia.

17.00

Wychylam się z nad wielkiej skarpy. Pierwsze co widzę, to idący pod prąd z 30m niżej boleń. Patrolują brzegi na tym odcinku non stop, płynąc pod samą powierzchnią. Jak się uda to zobaczyć i w miarę bezgłośnie, a przede wszystkim spokojnie zajmie stanowisko, to tylko podpuszcza się sunące leniwie cygaro na 10 – 15m, rzut z nadgarstka. Wobler umiarkowanie podciągam tak by pod kątem mniej więcej 45 stopni do trasy bolenia, przeciął ją około pół metra przed rybą. Zwijam bardzo spokojnie obserwując jak się układa żyłka by nie mieć falstartu albo spóźnienia. Przynętę na wysokości bolenia – zawieszam  na ułamek sekundy jakby zaskoczona rybka, skamieniała na widok drapieżnika i potem ile pary w korbce. Atak jest tak szybki, że jeszcze go nigdy nie zauważyłem, tylko gejzer wody i wyrywający wędkę z ręki młyn w wodzie uświadamia mi, że znów się udało. Atakując z  tej odległości ryby zazwyczaj mają cały wobler w paszczy [jest zresztą mały]. Wciąż czekam na zamówiony podbierak w rozmiarze łososiowym, a póki co z bólem ratuję się tym co mam.

(fot. A.K.)

Z rapami jest ten plus, że zmęczone, gdy wejdzie im głowa w siatkę, to uciekają do przodu, wpływają całe i ładnie się zawijają, choć dwa razy było bardzo ciasno. Na wędce którą łowię, zacięcie i hol przypomina łowienie mięsistą muchówką, ale na szczęście, przynajmniej tu – bolenie boją się uciekać w ostry i głęboki nurt, trwając po pierwszych wierzgnięciach w spokojniejszej wodzie, przy brzegu. Nierzadko są to uczciwe 70-ki lub ryby tuż pod ten wymiar. W każdym razie minęły dwie minuty pobytu nad wodą 🙂

(fot. A.K.)

Ja od paru lat z braku większych, powtarzalnych ryb relatywnie blisko domu, oddałem się bez reszty łowieniu UL i póki co każdy taki hol wyzwala emocje, jakby to było pierwszy raz. Teraz też się chyba trzęsę. Szybka fota, pomiar, parę minut w podbieraku – muszę nacieszyć oczy i koniec, jaki powinien być z każdą rzeczną rybą.

(fot. A.K.)

Dużą czy małą. Inaczej czeka nas nuda nad wodą, bo nawet dziewicze miejscówki mają swój kres. Wcześniej czy później, ale tak jest niestety.

17.30 – 20.00

Ryby biorą dość słabo. Jest piekielny upał i okropnie mała woda. Marnuję dwa – trzy piękne strzały. Najpewniej klenie, które skusił rzucony w ciemno wobler. Niektóre się jednak mylą, atakując wabik dla bolenia.

(fot. A.K.)

Nie sa to jak na razie okazy. Ot, ryby pod 40cm, a często mniejsze. Od czasu złowienia tego „naj”, jakbym rzadziej widywał nawet nie olbrzymy, a te pod pięć dych.

Jestem blisko punku „zero” od którego zacznę nocne łowienie. Na razie zawieszę się tu na kilkadziesiąt minut. W rozbijającym się tu na kilka dużych, prawie równoległych warkoczy nurcie, często coś się dzieje pod wieczór. Chwila bezruchu – zauważyłem, iż tutejsze bolenie nie reagują szczególnie na lekkie hałasy typu umiarkowane wjechanie w wodę, strącenie kamienia, natomiast boją się gwałtownych ruchów. Na jednym z pierwszych tu wyjazdów, złowiłem bolenia spod nóg. Zakładałem wabik i gdy skończyłem, zobaczyłem. że dopływa do mnie rapa [taka 60+]. Bardzo leniwie, samymi nadgarstkami opuściłem kij, otwarłem kabłąk, z samej dłoni rzuciłem w prawo za rybę, jakieś dwa metry i lekko przekręcając się w lewo, by zasłonić ciałem szybki ruch lewej reki [kręcenie korbką], nabrałem skubańca. Pobicie na 2 -3m żyłki zrobiło z jaziowego Diaflexa prawie zamknięty krąg.

Tym razem idąc w górę, już z dala widziałem w pozornie stojącej plamie wody, między małymi warkoczami rzeki wychylający się spory łeb. Obrzucałem czym się da, ale bez reakcji. Cofnąłem się parę metrów i dla odpoczynku odkucałem z 10 minut. Rzuciłem malutki ripperek. 3cm na 1g – szara rybka Fishchaser z odblaskowymi zielonymi oczkami. Łup – ale klenicho! Poparu sekundach jednak okazuje się, że to mniejszy boleń.

(fot. A.K.)

21.30

Więcej niż szarówka. Jeszcze tylko łuna pozostałości słońca na zachodzie. Bardziej słyszę niż widzę, jak na przeciwko mnie coś tam nieźle ze dwa razy pogoniło drobnicę. Wracam do boleniowej przynęty, tyle, że teraz stawiam ją w nurcie, podnosząc szczytówką, gdy opadnie, jak mi się zdaje – za głęboko [zaczepy]. Minuta takiego statycznego łowienia i jakiś żywy, spotęgowany silnym nurtem ciężar, wyrywa znów wędkę. Jakiś czas później fotka, która jest ostatnią częścią całego ceremoniału. Też fajny.

(fot. A.K.)

22.00 – 00.00

Ciemność. Pięknie i trochę strasznie zarazem. Za każdym razem uspokajam się tym,  że tu poza dzikiem nie ma niebezpieczeństwa. Zero wiatru, ciepło a zarazem w końcu ulga po skwarze dnia. Rzeka w mroku jest taka spokojna. Nierzadko cisze przerywa jakiś atak nocnego, wodnego drapieżcy. Po odgłosach, nawet biorąc poprawkę na nocną ciszę – hałasują piękne sztuki.

Śnieżnobiała Siga ze srebrnym brokatem wisi z 10cm pod powierzchnią nurtu, niemrawo przemierzając kolejne metry, zatrzymując się co jakiś czas nawet na długie pół minuty. W miejscu, gdzie na oko gdy patrzyło się w dzień – czuło grubą rybę, zaraz po upadku przynęty mam taki atak, że prawie siadam dla utrzymania równowagi na wielkich kamolcach. Jakiś podłużny, matowo-biały kształt miota się na powierzchni. Spada…

Łapię oddech. Ryba nie była specjalnie duża. Około 60cm. Kształt, kolor – zapewne boleń. Albo ogromny kleń. Jakby on to coś strasznie spierniczyłem. Dziś wiem, jak się myliłem co do tych gatunków…

Jestem z 50m niżej. Rzut. Żyłka ledwo się napięła i kolejne walnięcie. Jak gruby boleń w dzień. No – petarda. Ryby nie widzę – branie w przeciwieństwie do poprzedniego na dalekim dystansie, choć przy samym brzegu. Ryba ostrymi zrywami płynie w główny nurt. Hamulec, jak myślałem dokręcony do dechy, jak na żyłkę 0,20mm jednak…oddaje linkę. Mam wrażenie, że szczytówka dotknie zaraz powierzchni i zastanawiam się ile to wszystko jeszcze wytrzyma. Luzuję lekko sprzęgło. Ryba daje się podciągnąć z 10m. Cały czas w nurcie. Gdy w końcu zawraca do brzegu, jakimś cudem się spina. Ale mi żal, bo nie ma mowy o podcince.

00.30

Normalnie powinienem zawinąć do auta już dwie godziny temu, ale łomoty na wodzie nie dają się uspokoić. Nie chodzi o to że jest ich dużo, tylko o kaliber huku. Momentami są to tąpnięcia, że poważnie się zastanawiam, czy to ryba, czy jakiś jeleń zwalił się w wodę i forsuje Wisłę.

Jestem w połowie trasy. Jedyne miejsce, gdzie na mieliźnie można nawet z 15m wejść w nurt. Ustawiam się z 5m od brzegu i rzucam równolegle do lądu. Wobler dziwnie zgasł. Zaczep. No, jest tam taki jeden ogromny kamień. Gdzieś tam właśnie. Ale podciągam i jakoś tak drewnienie mi to wygląda. Po poprzednim nieudanym holu, miałem jednak na żywo przykład, co wytrzyma ta linka z tym kijem. Napinam całość szaleńczo i trzymam sekundę, dwie, aż całość rusza. Uff, nie trzeba będzie pakować się wodę po ciemku. Tylko, co jest? Zaczep – owszem – idzie pod prąd, tylko dlaczego …w skos, w główny nurt?! Całość trwała parę sekund. Takiego sandacza to ja na żywo nie widziałem. Nawet nie śmiem oceniać wielkości, ale kilka dni potem z podbieraka spadła mi sztuka, której łeb wyjechał mi na nadgarstek lewej dłoni, trzymającej podbierak, ryba leżała jak średnica całego okręgu, a i tak z 30-40cm zwierza wisiało dalej. I przy tym co wychyliło łeb z rzeki to on był…jakiś taki , może nie mały, ale drobny. Ja wiem – ciemność i te sprawy, ale coś tam jednak złowiłem w życiu. Pamiętam tylko ogromną zębatą paszczę, gdy wypluła wobler góra 5m od moich nóg. Jestem przekonany, że ta ryba nie była zapięta, tylko nie chciała puścić zdobyczy, zanim zakumała, że to oszustwo.

Rozdygotany rzucam jak wariat w rejon, gdzie wzięła ryba. Rozsądek podpowiada jedno, a nadzieja swoje. Nie wiem ile wykonałem rzutów, ale góra dziesięć. Łup! Tym razem od uderzenia ryba odpływa. Robi to spokojnie. Stopuję ją na siłę i teraz zaczyna się walka, ale dość statyczna, choć niebezpiecznie na granicy wytrzymałości żyłki, w momentach gdy ryba gwałtownie skręca głowę. Od razu wiem, że to nie boleń. Długie minuty. W świetle latarki dostrzegłem już wielkie żółte oczy. Szczupak.

(fot. A.K.)

Nie jakiś kolos, ale dla mnie duży. Jakaś pociecha po tym czymś sprzed kilku minut.

Schodzę w dół. Po drodze zabieram klapki i co jakiś czas podrzucam wabik. Jest zdemolowany. Kute Mustady nie dały rady. Dopiero teraz widzę, że kotwica brzuszna zniknęła, a tylna nie ma jednego ramienia.

(fot. A.K.)

Mam świadomość, że jak wpadnie znów coś większego to nie dam rady. Pod drodze jakieś ryby dwukrotnie pudłują. Biorąc pod uwagę ten fragment i charakter brań – spore klenie.

01.15

Od ponad godziny powinienem być już w domu. Dobra, jeszcze tylko do tego cypla. Jedyne niewielkie wybrzuszenie brzegu. Tu kończę za dnia schodząc w dół. Słyszę z oddali, jak jakaś ryba tłucze tam bez opamiętania. Rzuciłem raz z około 25m. Miękkie ale potężne rąbnięcie. Z kija robi się chińskie osiem. Przez chwilę nawet myślę sobie „na co mi to było?” Ale jednak panuję nad wąsaczem. Jak na ten gatunek to malizna, ale te 5-6 kg dla tej wędki, to chyba rekord w moich rękach. Nawet się nie bawię z podbierakiem. Parę długich minut i mam go w zroszonych trawskach.

(fot. A.K.)

Po drugiej stronie cypelka coś tak zaszalało, że nawet nie miałem zamiaru rzucać, przy takim zestawie. Spiąłem się po raz ostatni i wytargałem na górę skarpy. Pustkowie, mgły, ale żadne duchy czy dziki nawet na sekundę nie przyszły mi do głowy…

7 myśli nt. „Nieplanowana noc

  1. Wspaniała noc obfitująca we wrażenia! Dobrze, że przeprosiłeś się wreszcie z Wisłą.
    Nocne łowienie ma swój klimat, spray na komary, latarka czołowa, porządne buty i jazda.
    Wielka szkoda że sandacz spadł, fajnie byłoby go zobaczyć na zdjęciu.

    Ja z powodu problemów z nogą musiałem odpuścić chwilowo wypady nad dziką Wisłę. Uprawiam spinning stacjonarny, w miejscach o dostępnych, uczęszczanych przez wędkarzy brzegach, w mieście lub najbliższych okolicach. Ryby tam oczywiście nie biorą, ale zawsze miło pobyć nad wodą i pomachać kijem, z nadzieją że może coś jednak…

    Pozdrawiam
    Kris

    • Ja po tych sandaczach to teraz jeżdżę uczciwie mówiąc prawie tylko dla nich. Normalnie zachorowałem. Rok będzie słaby jak przynajmniej jednej 70+ nie wyjmę. To takie skromne założenie, bo odnośnie boleni mam wieksze, ale to akurat na 99% się spełni.

  2. Trochę się pogubiłem… To są te ryby, czy ich nie ma? Bo przez ostatnie lata to praktycznie same wpisy o generalnej nędzy. No chyba, że Cię jakoś PZW ZO Tarnów przekabaciło i namówiło na jakiś artykuł sponsorowany 🙂 A tak poważnie to na Wiśle różnej ryby jest sporo. Nie zawsze daje się ją złowić i jest to raczej łowienie dla wytrwałych. A już na pewno wtedy, gdy celujemy w te większe.

    • Jak wielokrotnie pisałem, słabością Wisły i nie tylko jest to, że nawet średniej wielkości ryby danego gatunku nie da się połowić z marszu „gdziekolowiek”, bo w porównaniu z wodami tego typu w krajach, gdzie na gwałt nie zżera się wszystkiego, jest ich znacznie, znacznie więcej. Plus jest taki, że w przypadku tej dużej wody w skali naszego i okolicznych okręgów wyobraźnia i doświadczenie podpowiada, że coś tam żyje, tylko trzeba się jednak najeździć. Ja nabiłem irracjonalnie dużą ilość km zanim znalazłem trzy miejscówki, gdzie poza jakąś ekstremą nie da się zejść bez jednej przynajmniej, fajnej ryby, kilku średniaków i sporej ilości brań kleni. W pewnym momencie uznaliśmy, że cudów nie ma – powyżej Krakowa też musi być podobnie. Niestety dwa moje wyjazdy i ze cztery kolegi potwierdziły, że Wisła do Krakowa i poniżej to dwa różne światy dla spinningisty, nawet jesli miiejscówki podobne.Powó jeden: jakiś czas temu wczesnym popołudniem pływałem pontonem z córką dla zbawy. Bez kijów. Na około 5km wody naliczyłem około 70 aut wędkujących. I to w tygodniu…

      • Presja na wodach w pobliżu miasta jest wprost szokująca. A wraz z utratą kolejnych bajor karpiowych przez PZW Krakow, ta presja przenosi sie na Wisłe. Druga sprawa, że „kombinujący” mięsiarz ma mniejsze szanse na wpadkę nad Wisłą niż np. na Bagrach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *