Liga spinningowo – muchowa 2018. V tura- Wisła

Nadal nie jestem w stanie zrozumieć kleni z Wisły poniżej Krakowa.  Ostatnie wyprawy przyjąłem już z pełną pokorą i uświadomieniem sobie, że albo nie umiem, albo żyję mitem Wisły sprzed 20 lat gdy zaczynałem. Nie chodzi mi o to, że wtedy było znacznie więcej ryb [naprawdę dużo więcej]. Chodzi mi o to, gdzie te ryby się łowiło. Fakt, że ja pewnie 99% wyjazdów nad Królową miałem na odcinki z pogranicza okręgów krakowskiego i katowickiego. I nie wiem czy uwierzycie ale ryby [średnie i duże] stały w książkowych miejscach. Samotny cypel, szumnie nazywany u nas główką – trafiając na coś takiego nigdzie się nie szło. Spokojnie można było tam stać/siedzieć i pół dnia. Kilkanaście kleni około 40cm,czasem jakiś boleń średniak i tabuny, tabuny okoni po 20-25cm.  Rafa – dla mnie rafa to żwirowisko z większymi, luźno leżącymi kamieniami nad którymi płynie mało wody, lub wręcz ta się sączy między większymi głazami No więc rafa – jak mała, to zabawa na godzinkę, jak większa – nawet na cały dzień. I tak mógłbym wymieniać. Ale typowe miejscówki opisywane są w prawie każdym tekście wędkarskim.

Coś w co trudno mi uwierzyć, to żwirowe plaże jak wyrównane walcem i takież w ich sąsiedztwie dno z umiarkowanym nurtem po 30cm. I co? Tabuny kleni! Kleni, nie kleników. A wokół serie główek, klatki, zakola, zatoki, samotne półwyspy, przelewy, mielizny śród nurtowe…Puste. Bądź tu mądry. A to tu chyba reguła. Im gorzej, tym lepiej.

W chwilach nieskrywanej i miażdżącej nie tylko mnie frustracji i poczuciu niemocy, wraz z kolegami półgębkiem rzucaliśmy, że Maciek nas wkręca, opowiadając jak i gdzie te kluchy łowi.

Nie usprawiedliwiam tym przydługim wstępem mojego lichego wyniku. O, co to, to nie! Wynik miałem słabiutki, ale było to już zbiegiem okoliczności, którymi sugerowałem się przed turą;  poszło mi dużo lepiej niż naszym kopaczom na mundialu, bo zaskakująco wielu z nas zerowało.  Po prostu z ludźmi łowiącymi od 20 lat nad Wisłą, ale tą głównie sporo wyżej Krakowa, ciężko nam przyswoić, że 50 km niżej jest całkiem inaczej. U nas, nawet w dobrych czasach, przy takim żwirowisku z płytkim i równym jak stół dnem, to można było sobie co najwyżej nogi moczyć.

Wystartowało nas tym razem dziesięciu. Nie licząc statystów, to nie było Kuby [praca], Zygmunta [nie zdążył wrócić z rejsu] i nie wiem czemu nie pojawili się Sławek i Tomek.

Spotkaliśmy się jak zwykle na tym łowisku, przy moście w Niepołomicach.  Nastroje różne: Maciek  – kandydat do zwycięstwa, jak zwykle powściągliwy; Paweł – podobnie jak ja – bardzo nieprzekonany do tego, co ryby tu wyprawiają, ale zakłada dwa duże klenie, jako minimum. Ma do tego podstawy, biorąc pod uwagę wyjazd w tygodniu. Bartek – pełen optymizm, gdyż kilka dni wcześniej miał w krótkim czasie pięć punktowanych kleni. Inna sprawa, że nikt nie bierze pod uwagę pozostałych gatunków. Prawie nikt. Ja nastawiłem się na bolenie. Nie jest to wynik ekstrawagancji czy świadomości, że mam dużą przewagę i mogę ryzykować. Mam więcej czasu i zaczynam poważnie macać się z tą wodą. Nastawienie mam skromne i bez kokieterii biorę pod uwagę zero. Taka ostrożność, to wynik kilku tu, ostatnich wyjazdów. Błędem było może łowienie za każdym razem gdzie indziej.  Wyniki przypadkowe i na ogół słabiutkie. Wypad pierwszy – cztery godziny na jakiejś zapadłej opasce. Gruba prądowa woda i tylko półmetrowy margines spokojniejszego nurtu przy brzegu. Najpewniej boleń pod 60cm przegryza na pół mały ripperek [na bank była to karpiowata ryba]. Oczywiście nie zapiął się. Do tego dwa klonki po 32cm. Drobnicy nie liczę.

Wyjazd drugi: seria cypelków. Kleń nie istnieje. Łowię fajnego bolenia pod 3kg i jako przyłów kleń 42cm. Podobnej wielkości ryba spada z ripperka bo plącze mi się żyłka. Nieliczne ataki boleni. Kleni, większych kleni nie widać, nie odprowadzają przynęt. Smużak, inny typowy wobler, gumka, czy wirówka, którą łowiłem najwięcej.  Tylko małe rybki. Jak na kolejne cztery godziny to bez cudów.

Dzień przed turą to jakieś sześć godzin wędkarskiej Canossy. Uchodzony jak bawół mam klonka na 20cm i okonia pod 25cm. Żałosne. Jedyny zainteresowany boleń, zaatakował gumę ściąganą chamsko  pod prąd. Oczywiście potarmosił sam ogon. Pełna pokora. Mam rzadkie na rybach  poczucie straty czasu.

Nasze dywagacje przerywa Michał, mówiąc celnie, że „…ta woda już jest w Gdańsku. Dziś jest nowy dzień”.

Tu przed rozjechaniem się, dzwoni Wojtek. Pyta czy się zgodzimy, by nie musiał stawić się na miejscu, bo jest już na miejscówce. Podekscytowany mówi, że zza traw obserwuje stadko kleni i czeka na początek tury. Jeden kleń ma jak nic 40cm To ten najmniejszy… Niektórzy z nas mają nietęgie miny.

Wojtkowi miejscówkę wystawił Krzysiek – fajny facet z Podkarpacia, mieszkający już dłuższy czas w Krakowie, fan wieczornych sandaczy. Przehandlował Wojtkowi klenie za przynęty na krasnopióry.

Jest ciepło – 26 stopni, słońce dość ostre. Wiatr umiarkowany zachodni. Godzina 15.00. Jesteśmy na wcześniej wytypowanych odcinkach.  Start.

15.02 – nikt prócz Macka nie wie, ale kolega łowi klenia na 43cm. To najszybciej złowiona ryba od kiedy  bawimy się w ligę już trzeci rok!

(fot. M.K.)

Niewiele później odpinam boleniowy wobler i zakładam maleńkiego smużaczka. Mam kilka alternatywnych wabików, choć okropnie kulawo tym się rzuca na plecionce i kijem do 35g. Smużaka ściągam w skos małego warkocza z nurtem. Pobicie około 35cm klenia. Ryba spada. Rzucam więc po raz drugi. Chrząszcz znów jest atakowany przez klenia 30+. Zastanawiam się co jest grane, bo w czwartek w ogóle się tu nie pokazywały, a aura była teoretycznie znacznie lepsza.

Moje zastanawianie się to nic. Szok przeżywa Wojtek. Z wybiciem godziny startu tej tury, skrada się do wystawionych kleni. Wychyla się z traw, a tam…mokre kamienie. Siadła gwałtownie woda. Kleni ani śladu. Po drugiej stronie Wisły stara się ratować jak może Paweł. Widzą się z Wojtkiem i mogą tylko rozkładać bezradnie ręce. Im bliżej progu, tym szybsze opadanie wody, gdy wstrzymają przepływ.

Około 17.00. Niespodziewanie na prowadzenie wychodzi Łukasz. Kolega jak na razie  był na ostatnim miejscu w klasyfikacji generalnej, wśród tych, którzy na turach się pojawiali. Jest zagorzałym muszkarzem i pstrągarzem zarazem. Uczciwie powiem, że niewielu z nas brało pod uwagę jakiekolwiek zagrożenie ze strony kolegi na tym łowisku. Tymczasem Łukasz pojechał ze mną, ale poszedł od razu na taki brzeg, gdzie ja nawet nie rzuciłbym z nudów. W ciągu 20 minut Łukasz ma dwa klenie: 32 i 43cm.

(fot. Ł.B.)

(fot. Ł.B.)

Po dwóch godzinach jestem po spadzie lub spięciu w holu chyba piątego punktowanego klenia. Jeden miał lekko z 45cm. Jakbym znał wynik Łukasza i widział bezpłciową miejscówkę gdzie wyjął te ryby, to bym chyba się popłakał 🙁

18.20 – Maciek nie daje za wygraną. Po kolejnym bardzo silnym braniu, tym razem szczęśliwie fotografuje drugą swoją rybę na punkty. Kleń 46cm.

(fot. M.K.)

Ja spinam kolejne ryby, w tym co najmniej dwie punktujące. Cztery dni temu na tym odcinku był jakiś feralny dzień, albo dziś jest jakaś kumulacja. Co z tego, że raz za razem, po kulawym rzucie w drewnianego owada biją jak pociski kolejne klenie , kiedy wszystkie albo się jakby odbijają od zestawu, albo spinają tuż po zacięciu. Przy zestawie jaki mam to oczywiste, ale nie brałem nic innego, by się nie rozmieniać na drobne i konsekwentnie celować w bolenie. Co za pech!  Jest źle? Spoko, może być gorzej.

Stoję na cyplu. Po prawej mini klatka. Główny nurt równy, umiarkowanie szybki.  Pośrodku Wisły, jakieś 40-50m powyżej mnie jest jakaś mielizna o powierzchni  może 10m kwadratowych. Równa tafla wyraźnie się marszczy, ale bez szaleństw. Myślę że jest tam z metr  wody. Okazuje się że najwyżej 30cm. Rzut jakieś 20m powyżej mielizny. Powoli jak na bolenia prowadzę 9cm tarnusa. Gdy jest pośrodku mielizny, rusza do niego jakby z granicy głębszej wody wielki, spokojny garb. Ryba ustawia się za przynęta i lekko przyspiesza. Myślę, że nie przeszacowałem, oceniając bolenia na 70-75cm, może osiem dych. Już kawał drapieżcy. Mam wrażenie, że się uduszę – chyba przestałem oddychać. Pociągnięcie takie, że lekko odpuszcza zakręcony prawie na beton hamulec, ale ryba się nie zacina. Nie było gwałtownego zawrotu, tylko takie nijakie jak na rapę kłapnięcie. Nie było z czego ciąć. Opadają mi ręce. Najbardziej dlatego, bo do tej pory słyszałem/widziałem może ze cztery ataki tych ryb.

Dzwoni telefon. To już trzeci raz! Jak mi idzie nad wodą, to tego nie znoszę, a jak mi nie idzie… Dzwoni Brandy – jest na zero. Dolna nimfa  = brak reakcji. Sucha, mokra mucha – masa brań ale nic większego. Co ja mogę powiedzieć?

Tuż po 19.00. Szczęście się jednak uśmiecha i do mnie i do Michała. Prawie równocześnie. Jakiś pechowy kleń w końcu się zapiął. Mam cokolwiek. 35cm.

(fot. A.K.)

Michał, będący z 10km wyżej wyjmuje okonia 26cm. Też nie jest już „goły”.

(fot. M.M.)

20.04. Maciek stawia kropkę nad „i”. Zbliża się wieczór i zamienia „piątkę” Widła na Brombę. Szybko zwiększa swój dorobek o klenia 41cm.

(fot. M.K.)

Do gry nieśmiało i szczęśliwie włącza się Jacek. Jak zwykle łowi najniżej z nas. Zalicza klenia w minimalnym, punktowanym rozmiarze.

(fot. J.S.)

Pozostali chodzą, szukają, zmieniają przynęty i nic. Ja mam inaczej: nie mam żyłki, nie mam delikatnego kija . Mam klenie, masę kleni. Tracę kolejne punktowane. Nie liczę malców, z których dwa wyjmuję. Najbardziej szkoda mi kluchy spokojnie w okolicach 50cm. Rzut mi nie wyszedł i żuczek spada na głęboką, na 1,5m wodę z 5m od brzegu. Jak przywalił….I ogień w nurt. Ledwo odpuściłem hamulec [rzucałem  nadal głównie za boleniem]. W tej sekundzie pomyślałem – pal licho te wszystkie wcześniej. Jeden już jest, będzie ten cielak. Zrobi punkty. W tym momencie plecionka wylatuje jak z procy nad powierzchnię. Pierwsza myśl – urwał. Nie, nie ma szans. Rozgiął haki? Tymczasem bardzo konwencjonalnie – nie wiem jak, ale najzwyczajniej się uwolnił.  Brak mi słów. Cenzuralnych.

Mija 21.00. Od pół godziny łażę tam i z powrotem wzdłuż żwirowiska. Już nie myślę o boleniach, po tym, jak w identycznych okolicznościach jak wcześniej nie zaciąłem  drugiej rapy. Tyle, że znacznie mniejszej [pod 60cm]. Różnica taka, że prowadziłem wobler nie środkiem rzeki, a wzdłuż tej żwirowej plaży. Woda max 20cm. Jaja jakieś…

Tabuny kleni buszują prawie przy nogach. Różne. Dominują 25-ki, dużo 30+, widać też grubasy. Z emocji dopiero teraz przypominam sobie, że mam wobler  Izumi. W tych okolicznościach jego wadą jest to, iż jest ciężki, tonie i trzeba go prowadzić bardzo szybko. Ale przynajmniej leci bez kłopotu 25m i rzucam tam gdzie chcę, a nie gdzie się uda. Szybko mam drugiego klenia. Centymetr więcej niż pierwszy.

(fot. A.K.)

 Morale ciut podskoczyło, choć w obliczu ryb, które uciekły to mam skuteczność zacięć na poziomie 12%. Słabiutko.

Maciek w tym czasie ze stoickim spokojem zalicza kolejna rybę – największego klenia dnia. 49cm.

(fot. A.K.)

Dwadzieścia minut później Maciek punktuje ostatnim swoim kleniem – 33cm.

(fot. A.K.)

U mnie jest taki szał, że mimo notorycznych spadów, nawet przez sekundę nie zamierzam odpuścić przed końcem tury [22.00]. Morale trochę się odbudowało, bo wiem, że Brandy, Wojtek i Paweł są na zero. Nie wiem, co u Bartka, Jacka Michała… Jeszcze na około 10 minut przed końcem zastanawiałem się czy zdążę wyholować jakąś niemałą rybę. Dałbym jej z 2kg. Najpewniej brzana i być może podcinka. Skończyło się jak wcześniej. Poza tymi rybami miałem jeszcze okonka i małego sandacza na gumy. Też „odleciały”.

Powoli spływają sms-y. Wiem, że jestem piąty. Zły nastrój mija. Cel osiągnięty. Po 1.00 już w domu odpalam kompa. Jest dobrze- mam czwarte miejsce. Około południa na drugi dzień, gdy wszyscy nadesłali swoje wyniki, okazuję się iż jestem trzeci.

Na koniec oddam głos zwycięzcy. Maciek sporo napisał o tym jak i czym łowił.

„ Taktyka  i przynęty standardowe,  nastawienie na klenie. Miałem iść brzegiem ze 2  kilometry i wrócić pod koniec,  tam gdzie zaczynałem,  a skończyło się na tym,  że łowiłem cały czas na jakichś 500 metrach brzegu. Bardzo mi przeszkadzały glony. Tam gdzie łowię jest dość płytko i non stop się czepiały.

Zacząłem jak zwykle w najlepszym miejscu.  Pierwsza ryba w drugim rzucie.   Widziałem ją już jak biła przed rozpoczęciem tury.  Dość dziwne uczucie stać nad wściekle bijącą rybą i nie rzucać . Ataki były tak widowiskowe, że myślałem, że to boleń i  zmieniłem przynętę na boleniowego krąpika.  Ale uderzył  i w boleniową przynętę. Potem chwilę się nic nie działo poza złowionym okoniem  i skubiącą drobnicą;  w końcu na spokojniejszej wodzie  dwa mocne ataki w obrotówkę, oba niezacięte. W tym momencie zmieniłem na wobler, żeby poprawić skuteczność zacięć i to się udało.  Kolejne branie, holuję ładnego [jak się wydaje –mój dopisek] klenia, a tu sumek.   Chwilę później,  kolejne branie,  holuję niezłego klenia,  a tu drugi sumek.

(fot. M.K.)

W końcu  kolejne branie na wypłyceniu przed bystrzem i kleń 46 cm. Nadchodził wieczór – zmieniłem na smużaka.   Pierwsze branie  niezacięte,  czuć było, że ładny był.   Kolejne branie skuteczne – kleń 49 cm. Chwilkę po nim – kolejny,  tym razem 33 cm. Końcówka to przepiękne łowienie – prawie ciemno,  ale akurat tak byłem ustawiony, że smużaka ładnie widziałem w resztkach słonecznego światła docierającego zza horyzontu. I niestety dwa piękne brania sporych kleni spaprane, jeden był nawet chwilę na wędce ale spadł. W czasie tury widziałem siedmiu innych wędkarzy, w tym dwóch muszkarzy oraz zwycięzcę poprzedniego Pucharu Lajkonika.

Przez większość tury łowiłem Widłem 5cm najbardziej płytko schodzącym jaki miałem,  żeby nie łapał glonów,  choć i tak łapał.   Chwilę obrotówkę miałem założoną, ale koszmarnie łapała glony i zrezygnowałem z niej.  Końcówka to smużak Bromba. Żyłka 0,20 i dość sztywna wędka”.

Jak zwykle na koniec małe podsumowanie. Tylko ja i Maciek mieliśmy rybne i to niezwykle rybne miejscówki. Straciłem 13 lub 14 kleni które by punktowały [liczę te co widziałem]. Ciekawe było to, iż na naszych fragmentach ryby nie zareagowały na spadek wody. I u Maćka i u mnie ryby prały w przynęty bardzo gwałtownie. Inne spostrzeżenia miał Łukasz. Łowił kijem do 15g i woblerem  Siek 3cm [tak, tak – na ten chyba jeden raz kolega zdradził muchówkę; spinning miał chyba pierwszy raz od 2008r – jeśli dobrze zrozumiałem]. Jego klenie brały niezwykle delikatnie. Brań miał więcej niż tylko te dwa zgłoszone. Zresztą, mam wrażenie, że Łukasz mógłby zaszaleć, ale skończył o 20.00. Miał tylko gumiaki do kolan i dotarł w miejsce gdzie brzegiem się nie dało iść…

Ja jeszcze przedstawię moje szczęśliwe wabiki, jakie miałem na końcu pechowego w tych warunkach zestawu.

(fot. A.K.)

Ten większy to Izumi Malicious 28mm. Fajny wabik do naprawdę super dalekich rzutów, lub na głębszą wodę – bardzo szybko tonie. Jak na typowego bączka, to pracuje niezwykle subtelnie. Ma jakieś nieprawdopodobnie ostre kotwice.

Drugi to 18mm „oldschool” – chyba jeden z pierwszych smużaków jakie u nas się pojawiły. Pierwotnie miał jeszcze łapki z gumek od majtek ale sparciały przez te 10 lat. Chyba mu dorobię 🙂

Wyniki:

Bartek, Paweł, Brandy, Majki i Wojtek – nic nie złowili. Podobnie jak wszyscy nieobecni otrzymują po 11,5 punktów.

Miejsce piąte – Jacek – 5 pkt [31 małych punktów – kleń 30,5cm]

Miejsce czwarte  i  4 pkt  – Michał [37 małych punktów – okoń 26cm]

Miejsce trzecie i  3 pkt – ja [183 małe punkty – dwa klenie 35 i 36cm]

Miejsce drugie i 2 pkt – Łukasz [227 małych punktów – klenie 43 i 32cm]

Miejsce pierwsze i  1 pkt – Maciek [837 małych punktów – pięć kleni 33, 41, 43, 46 i 49cm]

Maciek kolejny raz na tym łowisku wygrał, pokazując, że na tej wodzie w naszym gronie król jest jeden.

Mając świadomość, jak istotne jest tu znalezienie ryb, trochę zawiodłem się na wynikach nie tyle swoich, co wszystkich. Liczyłem pierwotnie, że w pełni lata większość z nas zdobędzie punkty, podobnie jak to było na Bagrach.  Paradoksalnie, te niewielkie dodatki punktowe [poza Maćkiem mającym ładny wynik], sporo pozmieniały w całej stawce. Klasyfikacja generalna poniżej:

Jak na razie z ludzi, którzy stratują, nie zapunktowali tylko Zygmunt, Majki i Igor oraz Tomek. Podobnie jak statyści mają po 57 punktów.

Punktowane miejsca  otwiera Sławek – 52,5 pkt – jedenasta pozycja.

Przed nim jest  Kuba – 51,5 pkt.

Miejsca dziewiąte i ósme zajmują Bartek – 50,5 pkt i  Brandy – 49,5 pkt.

Z dotychczas ostatniego miejsca na pozycję siódmą wskoczył Łukasz – 47,5 pkt.

Michał idący do tej pory ręka w rękę z Maćkiem, utrzymuje się w połowie stawki, dzięki punktowaniu w tej turze – ma 39,5 pkt.

Jacek wygrywa z nim tylko o półtora punktu – ma ich 38 [spadek o jedno oczko].

Maciek dzięki temu zwycięstwu przesunął się z miejsca piątego  na  czwarte i ma 36,5 pkt.

Paweł pozostał na trzeciej pozycji i ma 26,5 punktów.

Wojtek utrzymał szczęśliwie miejsce drugie, dzięki temu, że obaj z Pawłem teraz zerowali. Ma 25,5 pkt.

Chłopaki mówią, że sknociłem zabawę, bo już nikt pierwszej pozycji mi nie odbierze. W sumie faktycznie, idzie mi w tym roku świetnie mimo znacznie większej konkurencji. Różnie może być, ale naprawdę musiałbym sknocić dwie tury, a Wojtek lub Paweł je wygrać by mnie dogonić. Mam 9 pkt.

Tak czy inaczej sporo przed nami. Najbliższe tury na pewno pozwolą się wykazać muszkarzom – Raba, Soła i łowisko komercyjne w Moszczanicy.

 

 

 

 

 

 

7 myśli nt. „Liga spinningowo – muchowa 2018. V tura- Wisła

  1. Gratulacje dla Maćka i jego zlotej miejscówki.
    Btw nie wiem czemu ale bylem przekonany że zaczynamy od 16.00 i będąc nad woda o 15.30. przez pol godziny gapilem sie bez sensu na wode ;p.

    • Ja się pomyliłem. Tyle, że można było wywnioskować, że coś jest nie tak skoro zbiórka 14.00 – 14.30, to raczej godzinę na miejscówki nie jechaliśmy. W każdym razie przepraszam – mój błąd.

  2. Czytałem z wypiekami na twarzy. Gratulacje dla pierwszej trójki. Na tym odcinku jest masa bolenia, ale ten bywa kapryśny więc chyba najlepszą strategią by punktować było nastawienie się na drobne przynęty i na klenia. Szkoda że Wojtkowi tym razem nie poszło, liczyłem że będzie czarnym koniem tej tury…myślę że odkuje się na następnych.

    • Mógł być czarnym koniem. Nam się trochę miny wydłużyły – zanosiło się, że ma przewagę. A tu taki wodny kawał z tym przymknięciem progu, co jest tam regułą;)

    • Ryba nie ryba – za to jak się okazuje nie wszyscy połowili. Niby jest a jednak ot tak się nie da złowić. Przekonaj się w przyszłym roku jak byś chciał startować:)

  3. Dobry i klen na naszej krakowskiej nizówce ( chodz po tych deszczach będzie to powodziówka) .
    Czekałem na ten artykuł . Byłem ciekaw jak sobie radzicie na tamtym terenie, ponieważ sam tam lubie czasem wyskoczyć w nieznane, i polowic ryby które w życiu nie widzialy haka.
    Do tego ostatnio nastawilem się na bolka , bo na cóż innego mógłbym się nastawić poniżej Krakowa w biały dzień ??
    Od razu mówię, nie polowilem. Interesuje mnie bolen zerujacy, a z tym zerowaniem ostatnio słabo. Lowie z powierzchni i ryba musi poprostu chodzić.
    I przy tym właśnie lowieniu natknąłem sie na klenie. Miałem pare wyjść i jakies kopniecia. Nic nie zacialem.
    Natomiast kolega tak. Z tym ze ja po braniu nic nie robię, on tnie błyskawicznie.
    Nie wiem jak u Was to wygląda , ale ja nie potrafię wyprowadzić od kopa takiej kontry.

    Z braku wyników wybrałem się z innym zestawem. Wedka do 5 g, zylka 0.14 . Pousuwałem zadziory w smuzakach i mini wahadelkach i od kopa coś zlowilem.
    Nie zrobiłem tego dlatego zeby zwiększyć swoja skuteczność , ale dlatego ze nie lubie poprostu walczyć z odhaczaniem „bloniastego” klenia.
    Kumpel lowil tradycyjnie i jemu piękna ryba spadła.
    Może zastosowanie takiego haka zwieksza szanse?
    Ciężko powiedzieć , ale może ktoś wypróbuję , jak oczywiście trafi odpowiedni spot.
    Do tego trzeba jednak porzucić stare nawyki, i tak jak Ekipa Ligi pojeździć troche w nieznane. Bo stare sprawdzone spoty to jest Panowie kupa na dzień dzisiejszy. No chyba ze ktoś jeździ non stop to w końcu coś trafi.
    Wiadomo nocki można poświęcić na znanych sobie lub innym łowiskach ale w dzień polecam posmigac w poszukiwaniu czegoś nowego choćby dla własnej satysfakcji.

Pozostaw odpowiedź Kris Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *