Liga spinningowo – muchowa 2018. IV tura- Kanał Łączański

Mamy za sobą tegoroczną turę nr 4 ligi spinningowo – muchowej. Rzeczywistość naszych tzw. wód górskich zmusiła nas po majowym eksperymencie na zmianę łowisk w czerwcu i lipcu. Sam nie byłem tym zachwycony [pewnie nie ja jeden, bo rzeczka pstrągowa jako teren rywalizacji w najcieplejszych miesiącach niezmiernie mi pasował], ale nikt się nawet już nie łudził, że warto jeszcze raz spróbować.  Do rozlosowania pozostały łowiska takie jak Wisła poniżej Krakowa i Kanał Łączański.  By było urozmaicenie zaproponowałem, by  teraz powalczyć na kanale, a w lipcu Wisła. Sprzeciwów nie było.

Trochę się jednak zmartwiłem, gdyż poza statystami [tak już będę nazywać trzy osoby, które zgłosiły się nie wiem po co, bo ani raz się nie pokazały], to było nas tylko ośmiu. Nie wiem, co wpłynęło na tak tym razem niską frekwencję: podłamane morale po turze majowej na pstrągach – duchach, makabryczna aura na łowienie w kanale o tej porze roku [30 stopni w cieniu!], czy nałapanie tylu już punktów przez niektórych, że stracili nadzieję? Tym ostatnim podpowiadam, że rok temu do czerwca włącznie zerowałem! A byłem ostatecznie drugi… Trzeba tylko zacisnąć zęby i  próbować.

O kanale pisałem już parę razy. Uważam że jak na krakowskie warunki jest to woda rybna, a co najważniejsze ryby są rozłożone w miarę regularnie. Niestety mimo występujących tu wszystkich chyba gatunków, jakie w Polsce da się spotkać, jest to łowisko dość niewdzięczne dla spinningisty, a w okresie lata – okropnie trudne. Ryby się często widzi i tyle. Są nażarte do oporu czym chcą i żądzy mordu w oczach nie ma. Tym bardziej że punkty dają głównie jazie i już mniej klenie, bo naprawdę trzeba się nakombinować, by teraz złowić tam klonka 30+. Co innego z metodą gruntową: poza wspomnianymi gatunkami w tym kleniami znacznie większymi, ludzie łowią brzany, certy, leszcze itd. Ale to wszystko na ogół lekko i z samego dna. Jak łowić maleńkimi przynętami przy samym dnie, na cienkiej lince przy 2m silnego uciągu – nie za bardzo wiem. Oczywiście można by się nastawić na dość licznego suma, czy już znacznie rzadsze szczupaki czy sandacze, ale akurat z tymi rybami, szczególnie teraz – w  zasadzie w lecie, jest tak, że można iść i 50 razy z odpowiednim sprzętem o odpowiednim czasie i nie mieć kontaktu, a 51 raz ze sprzętem na jazia da taki kontakt. Tylko zakończony prawie na bank porażką.

Największą trudnością w pełni lata dla spinningisty na kanale jest upał, nieprawdopodobne trawska, eliminujące alergików z marszu, a zmuszające dla bezpieczeństwa przed kleszczami do łażenia w spodniobutach, oraz zerowa ilość charakterystycznych miejscówek. Od biedy takimi są mini zatoczki w roślinności, ale to takie dość ułudne. Roślinność zanurzona też nie odpuszcza. Jest sporo zielonych, nitkowatych glonów.

(fot. W.F.)

Nad całą, niedzielną ligową rozgrywką zaciążyła pogoda. Po pierwsze ostatnią godzinę ukradła na burza, a w zasadzie trzy idące równocześnie z różnych kierunków. Skończyliśmy od 70minut przed czasem do pół godziny, jak Paweł. W zależności gdzie kto był i jak bardzo chciał kusić pioruny węglowym kijem. Poza tym aura była dobra. Jedynym kłopotem był północny wiatr, łapiący z każdym kwadransem coraz bardziej zachodnie odchylenie. Nie był też silny. Na kanale wiatr raczej nie pomaga, a wiejący pod prąd, mnie przynajmniej pozbawia nadziei.

Odczucia miałem takie, że jednak będzie nas z 12 – 13 osób, a i tak w duchu nastawiłem się, że jak ze 4 -5 ludzi zapunktuje to będzie wszystko. Dlaczego tak pesymistycznie? Otóż nie znam kanału tak jak Paweł, który tu mieszka, ale jest to woda, w której nieźle „pływam”.  Nie mniej w tym roku byłem tu, nie licząc tury ligi – zaledwie trzy razy [dwóch wypadów z marca nie liczę bo byłem z córką]. Poza pojedynczymi małymi klonkami, to nic nie wyjąłem co z ręki wystawało. Wspomniany kolega dołował mnie jeszcze, bo z kolei od dwóch tygodni zaliczył chyba jeden wypad bez jazia 45+. Jednego nawet fotografowałem [50+], bo się spotkaliśmy.

(fot. A.K.)

Kolega łowił, a ja tylko podziwiałem. Nastawiłem się więc raczej na zero, licząc, iż pozostali też tak skończą. Poza Pawłem, bo tu byłem pewien, że wygra. Poza tym  rok i dwa lata temu, będąc w zasadzie pewnym przynajmniej miejsca nr 3 dostałem za każdym razem wielkie ZERO 🙁 Dlatego byłem niezmiernie powściągliwy w prognozach. To, co mnie najbardziej stopowało psychicznie, to znikoma ilość jazi, jakie udawało mi się zaobserwować.

Łowiliśmy od 15.30 do 21.00, do której to godziny nikt nie wysiedział ze względu na ulewę i burzę.

Jak wspomniałem – przed upałem i robactwem nie pękli: Maciek, Jacek, Wojtek, Kuba, Bartek, Michał, Paweł i  ja.

Spotkaliśmy się na progu w Łączanach i każdy ruszył w swoją stronę.

Padły tylko cztery punktujące ryby, mocno w tych warunkach przybliżające trzech ludzi do zajęcia wysokiej lokaty w całej lidze.

Trudno tu robić jakąś gradację, bo co uznać za lepszy wynik: spięcie jednego sporego jazia, czy wyjęcie kilku niepunktujących klonków. Poza tym kanał pokazał, iż ryby na poszczególnych odcinkach, o tym samym czasie kompletnie nie zachowują się tak samo i w jednych miejscach jest ich niemało, a w innych prawie wcale, mimo, że dzień wcześniej były widoczne.

Ta tura rozstrzygnęła się już w 12 minucie. Złowiłem jazia 49cm.

(fot. A.K.)

Nie ukrywam – metodą na tzw. głupka. Dawniej myśleliśmy że to przypadki, ale to reguła. 5 na 10 ryb udaje się skusić, inna sprawa, że z zacięciem bywa różnie. Ogólnie rzecz biorąc metoda na głupka polega na tym, że trzymamy wobka tak by ledwo moczyła się kotwiczka i pykamy o powierzchnię, jakby się topił owad. Oczywiście warto tak robić, gdy widzimy płynącą na nas rybę i mamy pewnik, że ona nas nie kojarzy z niebezpieczeństwem [totalny bezruch]. Czasem jaź podpłynie i nie skosztuje, więc można puścić linkę [ma się otwarty kabłąk] by wobek spokojnie zacząć tonąć – czasem pomaga.

Nastawiłem się tylko na takie brania, bo na wspomnianych dwóch majowych i jednej czerwcowej wyprawie nie miałem „normalnych” ataków. Co więcej – bardzo często było tak, iż nie widząc jazi, po dwóch – trzech przepuszczeniach wabika, pod nogami zjawiała mi się ryba. Tak jakby stała tam gdzieś spokojnie i niemrawo odprowadzała przynętę, po parę metrów za każdym razem. Nastawiłem się więc że w każdym miejscu po kilku rzutach, przyjmowałem pozycję do łowienia w taki śmieszny sposób. Żyłka w palcach, wobek na tafli wody, człowiek – słup soli.

Na trzeciej miejscówce, gdy nic kompletnie nie zainteresowało się maleńkim woblerkiem, pochyliłem kij, wystawiając go z 1,5m od linii zielska na krawędzi kanału i czekałem. I przypłynęły może po 20 sekundach dwa jaziole. Jeden byk – lekko 50+, ogromnie gruby. Drugi ciut krótszy, ale przede wszystkim znacznie szczuplejszy. Ten duży tylko nieznacznie zmienił kurs, natomiast ten drugi przyśpieszył i…stanął, opadając w toń. Puściłem linkę i wobek zniknął. Mimo niezamkniętego kabłąka poczułem lekkie pociągnięcie żyłki. Docisnąłem linkę i ryba wierzgała na powierzchni. Oj, dawno tak szybko nie starałem się umieścić zdobyczy w podbieraku. Miał 49cm, a ja miałem luzackie podejście do tego co będzie. Jedyny kłopot to woda, która w tych realiach po prostu znikała – piło się jak na pustyni.

Kuba przez cały swój czas miał jedno branie – spiął jazia.

Michał, który łowił w sąsiedztwie Bratka i nawet spotkaliśmy się przez chwilę też spiął jaziola 45+ i wyjął małego klenika. Poza tym namierzył żółwia, który komuś się znudził, bo to nie nasz błotny.

(fot. M.M.)

Jacek miał chwilę nadziei – niestety zdobyczą okazał się około 40cm szczupak.

(fot. J.Ś.)

Bartek zaliczył pięć pewnych brań, ale niewielkich klonków plus obcinkę szczupaka, ale sam twierdzi, że to nie było nic większego.

Maciek, który rok temu wygrał tu dwoma punktującymi rybami, tym razem zerował. Wyjął wprawdzie osiem okonków, dwa kleniki, wzdręgę i malutkiego jazia. Nie miał kontaktów z rybami dużymi. Podobnie, jak mnie skończyło mu się picie, a z zakupami nie było lekko bo to ten szurnięty wynalazek pod tytułem niehandlowej niedzieli.

Wojtek przez całą turę wyjął tylko dwie ryby [klonki], ale przez długi czas – od około 17.00  – zajmował drugie miejsce, gdyż jeden z nich miał te 31cm.

(fot. W.F.)

Potem może by coś jeszcze wycisną, ale daleko od auta dojechała go burza z taką ulewą, że wyglądał jakby cały wpadł do kanału. Skończył najwcześniej z nas bo około 19.30.

Tuż przed burzą i już blisko końca tury, szczęście uśmiechnęło się do Pawła. Złowił jazia 47cm. Podobnie jak wszystkie punktowane ryby tego dnia, przynętą był najmniejszy wobek Darka Lipki.

(fot. W.F.)

Ja miałem w tym mało agresywnym dla ryb dniu znacznie więcej okazji. Anemiczne ale co najmniej dwa pyknięcia jazia w wobler [widziałem ryby], po ostrych atakach spadły mi dwa klonki, raczej miarowe, choć niewiele większe niż trzy dyszki. Miałem piękne zatrzymanie, delikatne ale długie, zwiastujące grubego jazia – niestety nie zapiął się.

Wracałem tak spocony, że papierowa kasa w portfelu była wilgotna, a aparat zaparował na amen. Było koło 18.30.  Miałem na koncie punktowanego jazia plus drobnicę [8 kleników i wzdręgę]. Chciałem jeszcze raz spróbować w dwóch miejscach, gdzie na początku widziałem jazie. Niestety, miejscówki te zajęło łącznie czterech grunciarzy. Z braku innego pomysłu – burza dała się już słyszeć – poszedłem jakieś 500m powyżej auta, gdzie zaczynałem 5 lat temu zabawę z kanałem. Nie byłem tam od września 2013r. Tam zresztą chyba nikt nie był, bo po 300m dałem za wygraną; poziom chaszczy na czele z jeżynami był taki, że obawiałem się o spodniobuty.

Woda była tu wyraźnie głębsza, a nawet przy samym brzegu nurt wyraźny. Na drugim stanowisku, po chyba 20-ym poprowadzeniu woblerka mam przywalenie, jak klenia lekko 40+. Pierwsza myśl – jaź. Tyle, że ryba nieustępliwie, po pobiciu płynnie zjechała do dna. Ale może zaledwie 2m od brzegu. Mały sum? Na żyłce 0,12mm nie ma mowy by forsować hol. Długie sekundy i oceniam, przy już lekkiej szarówce spowodowanej nadchodzącą burzą, że jednak jakiś nadzwyczaj silny jaź. Kolejne sekundy i mam inny dylemat – leszek ma kotwiczkę w pysku, więc świta mi myśl, iż mam szansę wygrać. Trzy ryby w tych warunkach to dużo i raczej nikomu się nie trafiło. Ale by nie było niedomówień, ryzykuję i przed podebraniem w holu robię fotkę, by nie było wątpliwości, czy aby nie podcinka.

(fot. A.K.)

Lechu ma 46cm.

(fot. A.K.)

Patrzę w niebo, ale za bardzo nie ma co podziwiać. Ciemno jak jesienią.

Tylko co jakiś czas błyskawice, albo odgłosy wyładowań atmosferycznych. Idę szybko do auta i tu jakieś 20 minut czekam, czy przejdzie W międzyczasie dowiaduję się, że reszta chłopaków, będąc już w oku cyklonu, zakończyła łowienie.

Kiedy tuż przed 20.00 odpalam silnik auta, dzwoni Paweł. Prawie łamiącym się głosem relacjonuje, jak stracił niemałego szczupaka. Z racji ciemności zmienił wabik na ciut większy, biały. W mini zatoczce przynętę porwała szczupak pod 80cm. Wiadomo – szanse nikłe. Wędeczka do paru gram, plecionka 0,06mm, kawałek fluorokarbonu… Kolega daje rybie robić co ta chce, ale zębacz przy nijakim oporze totalnie zgłupiał. Wiatr mocno falował, wyglądało na to, że ryba nie bardzo kumała, że jest zacięta. Niestety Paweł nie miał ze sobą łososiowego podbieraka tylko taką niewielką, lipieniową siatkę. Za pierwszym razem szczupak się ześlizgnął. Był najzwyczajniej za duży. W drugim podejściu już dotarło do niego co się święci. Postawił się mocniej i najeżdżając na podbierak, linka poszła po zębach pod innym kątem i pękła…

(fot. A.K.)

Ostatecznie wyniki nie są bardzo skomplikowane:

Wszyscy nieobecni, czyli : Grzesiek, oba Tomki, Łukasz, Brandy, Majki, Sławek, Igor, Zygmunt, oraz obecni, lecz zerujący [Kuba, Maciek, Bartek, Michał i  Jacek] dostają po 10,5 pkt.

III miejsce Wojtek – 3 pkt [41 małych punktów]

II miejsce Paweł – 2 pkt [218 małych punktów]

I miejsce piszący te słowa -1 pkt [447 małych punktów]

Można się pokusić o małe podsumowanie. Jesteśmy na półmetku. Podobnie jak rok temu Maciek, mam wypracowaną bardzo dużą przewagę, tyle, że rok temu Maciek był sam, a mnie mocno depczą po pietach Wojtek i Paweł. Wiele będzie zależeć od tur lipcowej i sierpniowej [Wisła poniżej Krakowa i Raba od Gdowa]. Są to łowiska, gdzie przynajmniej ja z Pawłem nie czujemy się za pewnie, a Raby to wprost nie cierpimy. Jeśli nie przydarzy nam się zero na którejś z tych tur, to końcówka jest po naszej myśli – starorzecze. O łowisku komercyjnym Moszczanica nie myślę, bo to będzie mój debiut na takiej wodzie.

Na razie nie łowili, albo nie punktowali : Zygmunt, Igor, Grzesiek, oba Tomki, Łukasz i Majki  – mają po 45,5 pkt.

Przed nimi są Sławek – 41 pkt i Kuba – 40 pkt.

Sporo osób, które nic jeszcze nie miały do punktacji,  powoduje, że w środku stawki są Bartek – 39 pkt i Brandy – 38 pkt.

Od początku tegorocznej ligi idą łeb w łeb Maciek i Michał- obaj mają po 35,5 pkt.

Jacek, choć ma niewiele lepszy wynik niż Maciek i Michał, oddziela jednak pulę startujących, mających wyraźnie mniej punktów. Jacka na półmetku obciąża 33 pkt.

Potem jest jak na razie ścisła czołówka, która mocno urwała się reszcie:

Paweł – 15 pkt,  Wojtek – 14 pkt, a najmniejsze brzemię punktowe jest moje – 6 pkt.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *