Optymistycznie w skali mikro

No, zaczęło się. Sezon ruszył. Moją żonę znajomy wręcz rozczulił, gdy mówił, że tak się nie może doczekać  1 lutego, iż budzi się w nocy i nie mogąc spać, otwiera pudełko z przynętami, chwilkę w nim grzebie i sen przychodzi. Albo wyciąga nowo kupiony kołowrotek, pokręci sobie kwadrans i zasypia. Zaprawdę nasze hobby jest wspaniałe, a część z nas nieźle, ale pozytywnie „walnięta”.

Jakże inny był to start w porównaniu z beznadziejnymi sezonami 2016 i 2017. Wprawdzie cudów oczywiście być nie mogło, nie mniej było wyraźnie lepiej niż się spodziewałem.

Z pomocą kilku ludzi, umówiliśmy się z 41 wędkarzami, by podesłali nam króciutkie relacje z pierwszych dni łowienia. Na moją prośbę, na stronie, odpowiedziało dodatkowo 13 wędkarzy. Szczerze powiem – spodziewałem się większego odzewu i teraz nie wiem, czy ludzie po zeszłorocznej bryndzy nie mieli złudzeń i odpuścili, pojechali dalej w Polskę, gdzie pstrągi są, czy im się nie chciało nic napisać. Raczej nikogo nie podejrzewam o strach, by nie ujawnić jakiegoś tajnego łowiska. Czego można nie wiedzieć o rzeczkach naszego Okręgu, których jest raptem tyle, że dwa – trzy dni w sezonie wystarczą przeciętnemu wędkarzowi, aby się zorientować, co gdzie [nie] pływa. No i już miałem poprzestać na tych zebranych danych, gdy nagle zaczęły spływać informacje od innych.

Mam do dyspozycji  wiadomości od 82 osób. Dużo to, czy mało – niech każdy już osądzi jak uważa. Ogólny wniosek z tych doniesień jest taki, że stało się, to, co prorokowałem od jakichś czterech lat – tzw. wody „górskie” naszego okręgu umarły. Dosłownie. Nie przemawia przeze mnie defetyzm, sianie fermentu – tak po prostu niestety jest. Część wód taka była już od lat, chyba, że ktoś łowiący pojedyncze, małe pstrążki, albo od wielkiego dzwonu – miarowe, twierdzi, że taka powinna być norma. A tak było i jest w Głogoczówce, Cedronie i  Stradomce od wielu lat, od dwóch – trzech lat w Sance, aż katastrofa dotknęła rok temu wszystkie wody, nawet do tej pory obdarzone bardzo dużą ilością pstrągów, choć w ogromnej części bardzo małych [Białucha]. Światełkiem w tunelu jest w tej chwili wyłącznie Rudawa z Krzeszówką, bo było tu zaskakująco dobrze w stosunku do lutego 2017. Tu zwrócę uwagę tym wszystkim podejrzliwym, którzy trzy lata temu pisali, że specjalnie zrobiłem taki ranking, by odciągnąć ludzi od „mojej” wody.  Napisałem tak, jak wtedy oceniałem stan danej rzeczki. Nie najgorzej też wypada Raba, aczkolwiek dużo rumieńców dodają łowiącym w niej tęczaki. Samych potokowców na otwarciu nie złowiono dużo, nie były to ryby [jak na taką wodę] szczególnie duże, bo max około 40cm i ponoć w większości tarlaki wpuszczone, w jesieni zeszłego roku. Ale woda ta żyje. Nie jest ona zresztą w orbicie moich zainteresowań, bo to inna liga rzek, a ja koncentruję się na małych ciekach pstrągowych.

Jak więc to wszystko kształtuje się wg informacji, jakie udało mi się zdobyć?

Zacznę od Szreniawy, o której śmiało mogę rzec, iż jej nie znam. Dostałem dane tylko od Pana Jędrzeja,  który w imieniu  swoich trzech kolegów napisał jak było w te pierwsze dni [sam jeszcze nie był] oraz od Pana Andrzeja, który był tylko 1 lutego. Panowie pisali nawet jakie konkretnie odcinki zaliczyli, ale już w takie szczegóły się nie będę wdawał.

Otóż dwóch znajomych Pana Jędrzeja  było 1 lutego 4 godziny nad Szreniawą. Wynik – jedno branie i wyjęty potok 38cm.

Trzeciego i czwartego lutego, już w trójkę spędzili nad wodą łącznie 10 godzin. Bez kontaktu. Pan Andrzej z kolei 1 lutego zaliczył dwa  – śmiem twierdzić – kiedyś topowe odcinki tej rzeki, nie mając brania.

Kolejnych dwóch wędkarzy, którzy zaliczyli niedzielę nad Szreniawą, zeszło z wody o przysłowiowym kiju. Cóż – siedmiu łowiących na Szreniawie, która taka mała znowu nie jest, to niewiele, niemniej…

(fot. A.K.)

Do moim zdaniem tragicznego wyniku na Szreniawie – chyba nie przesadzę – jednej z kultowych niegdyś rzek pstrągowych w skali kraju, jako komentarz zamieszczę w całości mail, jaki dostałem od kolejnego wędkarza, który podzielił się nie tyle wynikami, co refleksją, dlaczego na Szreniawie jest tak kiepsko.

” Od 1995 roku mieszkam 200 m od Szreniawy, mój tata wędkował na niej od 1963 roku, a ja samodzielnie łowię od 1998 r.

Sytuacja na Szreniawie od kilku lat jest dramatyczna, chyba się przestała pogarszać, bo już gorzej być nie może. Doszło do paradoksu: byli wędkarze, byli kłusownicy, można było kupę lat łowić na robaka od ujścia Pokojówki = mnóstwo ryb. Od kilku lat nie ma wędkarzy, nie ma kłusowników (starzy kłusole pracują za granicą, a dzieciaki mają teraz tablety i nie wychodzą z domu) = pusta rzeka, stado pstrąga się nie odradza. Wg mnie za taki stan rzeczy odpowiada kilka czynników, w większości niezależnych od wędkarzy rybożerców i kłusowników:

  1. Postępujące od wielu lat skażenie gleby wzdłuż Szreniawy i Ścieklca. Przemysłowe rolnictwo rozwija się nad Szreniawą bardzo dynamicznie, do gleby (a po deszczach do rzeki) trafiają hektolitry szkodliwych substancji chemicznych. Od ok.15 lat w Proszowicach i okolicach drastycznie spada liczebność żab. Płazy są niesamowicie wrażliwe na zanieczyszczenie środowiska.
  2. Zamulenia Szreniawy z okresowych zamieniły się w długotrwałe. Kiedyś woda przez dłuższy czas była brudna 3 razy w roku – jak schodziły śniegi, janówka, powodzie lipcowe. Po większych deszczach rzeka czyściła się w kilka dni. Teraz wystarczy parę dni deszczu i Szreniawa jest zamulona przez miesiąc, wpuszczane pstrążki mają przerąbane. Łąki są zamieniane na pola uprawne, rolnicy orzą ziemię do linii drzew nad brzegiem rzeki. Po deszczach do rzeki spływa woda wymieszana z drobinkami gleby- żeby dbać o pola uprawne regularnie czyszczone są rowy melioracyjne. Luźna ziemia w czyszczonych rowach jest zabierana przez wodę deszczową i wszystko płynie do rzeki
  3. Postępuje spadek poziomu wody w rzece. Mniej wody równa się większe stężenie zanieczyszczeń.
  4. Zarybienia są nieporównywalnie mniejsze do tych z lat 90. Wpuszczano po 100-120 tys. ryb, teraz zarybienia są 4-krotnie mniejsze. W Szreniawie nigdy nie było pstrągów z naturalnego tarła. W tym temacie zawsze kłóciliśmy się z wędkarzami z Krakowa i osobami związanymi z UR w Krakowie. Obserwacje wędkarzy mieszkających nad samą rzeką są jednoznaczne – pstrągi idą w górę rzeki (ciąg tarłowy), gromadzą się na „tarlisku”, składają ikrę i polewają mleczem. Niestety, dno w obszarze szybszego nurtu jest ilaste (twarde), więc pstrągi nie mają jak budować gniazd i zasypywać ikry. Ikrę porywa woda, wyjadają ją ryby, a czasem przykrywa ją muł. Wg mnie tarliska na Szreniawie są nie do zrealizowania. Kupę kasy wyda się na żwir, a po roku zamulonej wody prawdopodobnie z tarliska nie zostanie nic. Regularne oczyszczanie tarlisk z mułu też raczej nie wchodzi w grę. Potencjał na dobre tarlisko ma tylko przyujściowy Ścieklec – niestety od mostu w Makocicach do zakrętu przy ul Racławickiej w Proszowicach rzeka jest rok w rok meliorowana (ujęcie wody pitnej dla Proszowic), więc na tym odcinku z tarlisk nic nie wyjdzie. Ale przyujściowy  odcinek o długości ok. 500 m nadałby się na tarlisko.”

Może nie czas w tym wpisie na dyskusję, ale pozwolę sobie na niedługi komentarz.

Ad1. Co do kwestii chemii rolniczej, to w pełni się zgadzam. Identyczna, a może nawet gorsza sytuacja panuje nad Uszwicą [Okręg Tarnów], gdzie całe kilometry wody są okresowo martwe z tego właśnie powodu.

Ad 2 i 3. Kwestia pogorszenia się jakości wody [zamulenia, całoroczny spadek przejrzystości, drastyczny całosezonowy spadek poziomu wody] to problem,  mam wrażenie nie do rozwiązania, a obserwujemy go chyba na większości rzek, od trzech lat na Krzeszówce [drastyczny spadek przejrzystości]. Kiedyś nie występował. W przypadku Szreniawy, która płynie po szczególnie łatwo poddającym się erozji podłożu, temat jest bezdyskusyjny, a odnośnie pstrąga strategiczny, jeśli idzie o ewentualne tarło i zarybienia szczególnie małymi  rybkami.

Ad 4. Co do skali zarybień, to bym oponował. Jeśli oprzeć się o papiery, to może i tak tam było napisane, ale pamiętajmy, iż były to czasy owego niesławnego, poprzedniego zarządu okręgu. Ja mam całkiem inne dane od człowieka który w tym siedział od lat. Zaprzeczają one skali zarybień tak z lat 90-ych, jak i wcześniejszych.  Po prostu tamte wystarczały przy skromnej mobilności przeciętnego Polaka.  Sytuacja zaczęła się zmieniać właśnie w latach 90-ych. A dziś? My trzy dni pod rząd podczas kontroli spotykamy tych samych wędkarzy z Wieliczki [mają do nas 50km w jedną stronę i Wilgę na miejscu], albo Sosnowca – podobna odległość… Co do tarlisk – w rejonie Proszowic budowa tarlisk na samej Szreniawie chyba faktycznie nie ma sensu. Wyższe partie rzeki, to wydaje mi się – kwestia sprawdzenia. Ja jako tako znam odcinek Jaksice – Smroków i niekoniecznie byłbym aż takim pesymistą, choć uczciwie powiem, że mnie tam nie było ładnych kilka lat.

Zaryzykuję i na koniec z własnej już inicjatywy poruszę temat Przyjaciół Szreniawy. Nie znam, poza pojedynczymi osobami ludzi z tego środowiska. Opinie o ich działalności są bardzo sprzeczne: od braku elastyczności i trudności współpracy, niezdolności pójścia na kompromis itp. [i to miało być powodem zaprzepaszczenia tak fajnej inicjatywy],  do opinii, że była to jedyna, a być może ostatnia szansa na utrzymanie jakiegoś odcinka tej rzeki z dostatecznym choćby pogłowiem pstrągów [sensowny plan działań]. Ja skłaniałbym się do tej drugiej opcji, ale tak naprawdę nie za bardzo znam temat.

Jak widać ja i pewnie większość, a może nawet całość młodych wędkarzy zgadza się z tym, co  Czytelnik napisał. Mnie najbardziej spodobało się spostrzeżenie, które sam lansuję odkąd prowadzę tego bloga. Otóż na okolicznych wodach, szczególnie pstrągowych prawie nie spotykam typowych kłusowników [byle kij i robal], co zauważa Autor tekstu. Twierdzę i twierdził będę, iż to sami wędkarze w wyniku zbyt liberalnych zapisów ile czego i kiedy można zabrać, oraz lekceważący regulamin, demolują nasze wody i w prawie 100% dotyczy to ludzi starszych i starych.  Są niereformowalni. Na koniec, od siebie dodam, coś czego wielu wędkarzy nie wie, a starszej części to w ogóle nie interesuje. Poza Krzeszówką/Rudawą i Prądnikiem w naszych „górskich” dziś rzeczkach, pstrągów nie było. To wynalazek czasów wojny [Dłubnia] lub lat powojennych. Wcześniej w wodach tych pływały okonie, płotki, szczupaki, klenie i dużo ryb typu strzeble, ślizy, głowacze, kiełbie… Masowe zarybienia pstrągiem dokonały istnego spustoszenia, co w efekcie stało się zagrożeniem dla samych pstrągów. Likwidują się same, spływają na oślep, poszukując lepszych warunków, nie rosną, jakby mogły…Pozostał kanibalizm i bezkręgowce. Zastanawiam się, jaki wpływ na niektóre populacje pstrągów miał ten fakt?

(fot. A.K.)

Wracajmy jednak do pierwszych dni lutego na innych rzeczkach. Teraz będzie szybko. Do łowienia w Rudnie i Brodle nikt się nie przyznał. Myślę, że nie było chętnych do tracenia czasu. Potoczek Brodło jest absolutnie pusty. Nie pływa w nim już nic. Ja bym tam wpuścił strzeble i ślizy – taki był pierwotny rybostan. Można by dodać kiełbie. I niech tak sobie to trwa. Rudno zaś od połączenia ze strumieniem płynącym z miejscowości Rybna, jest niespecjalnie pachnącą wodą.

Na Regulce był jeden wędkarz – miał kontakt. Też jeden. Ryba była tak mała, że nie jest pewien czy nie był to okonek.

Wśród informatorów było dwóch śmiałków, którzy pierwszy weekend sezonu zaczęli nad Cedronem.  Łącznie mieli cztery kontakty i wyjętego pstrążka około 20cm. Tu akurat zaskoczony nie jestem.

Zaskoczyła mnie za to relatywnie duża liczba osób [sześć], które „zaatakowały” Głogoczówkę. Ta przepiękna wizualnie rzeczka nie dała nawet brania pstrąga [zaliczyli kilka klonków].

Stradomka, jak na rozmiary jest od lat takim pstrągowym niewypałem, że brak mi słów. Czterech ludzi bez kontaktu…

Na Dłubni i Prądniku katastrofalnie było już rok temu. Niestety ten sezon nic tu nie wniósł. Odpowiednio: na Dłubni trzynastu spinningistów w pierwszy weekend złowiło 8 pstrążków do 20cm, bez kontaktu z czymś większym; Prądnik był podobnie niegościnny – piętnastu spinningistów i dwóch muszkarzy wyjęło 11 rybek w kropki. Jeden kontakt z rybą miarową.

Na obu rzekach spodziewałbym się wszystkiego, ale nie czegoś takiego. Przypomnę, jak w Dłubni, wprawdzie w pełni lata, trzy sezony temu złowiliśmy w 5 osób ponad 190 pstrągów, w pięć godzin. Koledzy w roku 2015 łowili ryby 35- 40cm na Prądniku niejako w standardzie i to w pierwszych dniach lutego. Nie wiem jaka plaga dotknęła nasze wody, ale jest dramatycznie.

Sanka mnie już absolutnie nie zaskoczyła. Rok temu ułaziłem się tam jak wariat i wyjąłem jednego 20cm pstrążka, mając jeszcze jeden kontakt z rybą pod miarę.  W tym roku nie było lepiej. Trzech łowiących i dwa kontakty z malcami.

Minimalnie lepiej było na Wildze, aczkolwiek jest to raczej wynikiem tego, iż nad rzekę tę wybrały się osoby w zasadzie nad nią mieszkające, bądź od lat znające ją rewelacyjnie. Ryby żyją tam w ogromnym rozproszeniu; nieliczne „skupiska” zajmują bardzo krótkie odcinki  Wilgi. Osiem osób zgłosiło mi łącznie: około 20 -30 kontaktów, wyjęte 16 pstrągów do 30cm [większość około 25-28cm], spadła jedna ryba około 35cm. Rybki typowe dla tej rzeki: takie pstrągi – szaraczki.

(fot. T.M.)

Nie ukrywam, że z satysfakcją stwierdzam: wodą na której od ręki ryby 35+ raczej nie złowimy, ale połowimy ilościowo bardzo dobrze, jak na początek sezonu, są tylko Rudawa i Krzeszówka, na czele z naszym no kill.

(fot. S.M.)

Tylko pierwszego dnia na górnej Rudawie i Krzeszówce osiem osób wyjęło ponad pół setki ryb. Dominują pstrągi około 25cm. Charakterystyczne, że im niżej, tym ryb zdecydowanie mniej ale większe; między Rudawą, a Zabierzowem złowiono 1 lutego cztery ryby 35cm, a pewnie nie były to jedyne. Miłym zaskoczeniem była zauważalna ilość kontaktów z pstrągami nawet na odcinku nizinnym. Wprawdzie podobnie jak na naszym no kill w pierwszy weekend nie słyszałem o rybie większej niż 32cm ale nudno nie było.

(fot. S.M.)

Ja swój sezon rozpocząłem dopiero 4 lutego w scenerii jak najbardziej zimowej [kto był 1 lutego ten miał plus pięć i scenerię marcową].

(fot. A.K.)

Byłem jak na razie dwukrotnie. Moje obawy i sceptycyzm zbudowany na dwóch, beznadziejnych, jak na koniec sierpnia wypadach w 2017r, na szczęście rozwiały się.  Za pierwszym razem zaliczyłem w 3 godziny 16 pewnych brań i 6 domniemanych ze wskazaniem jednak na ryby. Charakter brań różny: od ulotnych skubnięć, do uderzeń w letnim stylu. Ryby są w nieprawdopodobnej kondycji, jak na środek zimy, [niektóre sprawiają wrażenie odbytego tarła] i poza nielicznymi – niewiarygodnie wręcz ubarwione. Złowiłem pięć sztuk w tym jednego wyraźnie większego choć cienkiego jak tasiemka.

(fot. A.K.)

Zaliczyłem też lipienia. Wprawdzie ekstremalnie małego – około 8cm! Tej wielkości ryba może być sygnałem, że jakieś egzemplarze, wpuszczone w 2015 i 2016r przeżyły i odbyły tarło w zeszłym sezonie. Tak małych lipków nie wpuszczaliśmy.

Następnym razem było trudniej, gdyż temperatura na minusie. Kontaktów zdecydowanie mniej ale ryby większe.

Brania we wszelkich najgłębszych zastoiskach. Najwięcej kontaktów miałem na przynęty możliwie małe i lekkie [nawet 0,3g], wolniutko toczące się po dnie, lub tuż nad nim. Nie mniej największego pstrąga złowiłem na 4,5cm najnowszy ripperek Fishchaser „kiełbik”, choć mój kolorystycznie to raczej strzebla. Jest tak miękki, jakby był z żelatyny. Bardzo specyficznie układa się jego ogon podczas pracy w nurcie, całkiem inaczej niż w wabikach tego rodzaju.

(fot. A.K.)

Zapraszamy wszystkich i liczymy na zdrowy rozsądek i przestrzeganie przepisów. Poradzić sobie na bank poradzimy – przybyło nam kolejnych trzech strażników, tak, że jest nas siedmiu. Na razie wpadł jeden człowiek na odcinku no kill. Zwracamy uwagę i bardzo prosimy uwzględnić fakt, iż na odcinku no kill podbierak i bezzadziorowe haki są OBOWIĄZKOWE. Namawiamy też, by zbroić woblery czy błystki w pojedyncze haki , choć to oczywiście Wasza decyzja. Nie mniej jeśli wszystko pójdzie w tę stronę, to za rok może być naprawdę fajnie.

Serdecznie dziękuję wszystkim, którzy poświęcili parę minut i przysłali krótki mail, o tym jaki był ich początek sezonu.

(fot. A.K.)

15 myśli nt. „Optymistycznie w skali mikro

  1. Nie zgodzę z twierdzeniem,że przed wojną pstrągi były tylko w Rudawie i Prądniku…
    Niby czemu miałby np naturalnie nie występować np w Regulance, Rudnie czy Sance skoro niedaleko ich ujść do Wisły na przeciwległym brzegu uchodzi np Skawa, rzeka gdzie pstrągi były zawsze?Wystarczyła większa woda która „zmyła” ryby do Wisły i pewno na jesień pstrągi wchodziły później na tarło do czystych i dobrze natlenionych dopływów.
    Posiadam przewodnik wędkarski po woj. krakowskim z 1952 r,gdzie opisany jest rybostan nawet mniejszych dopływów Wisły i już wtedy we wszystkich dzisiejszych wodach pstrągowych występowały pstrągi…

    • Świetnie, że się odwołujesz właśnie do tego tekstu- jak pisałem to czasy powojenne. Proszę poczytać raporty gospodarcze GG z lat 1940-43. Niemcy nie stwierdzali pstrągów w rzekach okolic Krakowa,poza tymi co wymieniłem. Najbardziej szczegółowo udokumentowanym przypadkiem jest Dłubnia, gdy w 1940 [jeśli dobrze pamiętam w kwietniu – piszę z głowy], ludzie z przedwojennego krakowskiego towarzystwa zwrócili się z prośbą o możliwość zarybienia tej rzeki pstrągiem, który – co podkreślono – nie występował tam. Dokonano odłowów pod kontrolą okupanta i stwierdzono: okonie, szczupaki, płocie oraz drobne ryby głównie cierniki. Niemcy zakładając co najmniej tysiącletni pobyt na zdobytych ziemiach,oczywiście się zgodzili.

  2. Na temat Dłubni niewiele wiem, więc nie będę się upierał. Pisałem o wyżej położonych dopływach. W jednym z nich mój śp dziadek już przed wojną łowił potoki na robaka 😉gdzieś nawet kiedyś wyczytałem, że właściciele młynów musieli odprowadzać podatek w rybach (pstrągach) na rzecz biskupstwa krakowskiego… O ile też dobrze kojarzę to był jakiś zapis z XVII w.?

    • Powiem tak – w tym, co napisałem, bardziej chodziło mi o kwestie wpływu pstrąga na ekosystem, gdzie go wcześniej nie było. To kiedy i kto go wpuścił, to mniej istotne. Ale z ciekawości prosiłbym o konkret. Ja podałem: żaden z raportów gospodarczych GG dotyczący zasobów wód okolic Krakowa, nie wymienia w rzekach poza Rudawą i Prądnikiem pstrągów [nie pojawia się w nich Stradomka – może uznana za zbyt daleką od miasta?]. Akurat skończyłem też historię. Wprawdzie zakres dokumentów wszelkich jest nie do ogarnięcia, ale nigdy nie spotkałem się z płaceniem podatku konkretnie w pstrągach. Jeśli dokument był sporządzony po łacinie [w XVII w -niekoniecznie], to powinien być termin „trota” – i teraz można się licytować, co autor miał na myśli. Nie mniej NIGDY nie słyszałem/czytałem, by w czasach dawniejszych płacono podatek w rybach innych niż: łosoś, jesiotr i śledź [nad morzem]. Właściciele młynów faktycznie byli zobowiązani dostarczać ogólnie rozumiane ryby łososiowate nie biskupstwom [choć z obowiązku do nich], tylko lokalnym probostwom i było to na płn. Polski – głównie na Kaszubach. Czy coś takiego było na rzekach naszego okręgu – nie słyszałem, ale nie zjadłem wszystkich rozumów.

  3. Faktycznie pokręciłem trochę fakty, nie chodziło wcale o podatek od młynu, a od tzw „Sołtysowstwa”osadzonego na dwóch łanach ziemi, ofiarowanego jakiemuś chłopstwu,przez ówczesnego biskupa krakowskiego (1712r)
    Kazimierza Łubieńskiego. Chłopi ci byli zobowiązani do łowienia ryb i dostarczania w Ilości” 5 kop pstrągów na stół biskupa”
    Oczywiście wiele tu nieścisłości, może nie chodzi o pstrągi a o łososie albo trocie, nie wiadomo też gdzie mieli by je łowić, może nie w potoku, a w samej Wiśle. Poza tym jest to informacja z netu,nie miałem wglądu do tekstu „źródłowego”, poza tym faktycznie odbiegam trochę od tematu,potok i wioska o których mowa nie uchodzi do Wisły na terenie Krakowa 😉

    • W przypadku, który podałeś mogłoby chodzić rzeczywiście o pstrągi – kopa to 60szt. Razy 5 daje 300szt. Jak na łososia to niemało, nawet na dawne czasy.

  4. Na początek powiem że niestety pierwszy raz od kilkunastu lat nie otworzyłem jeszcze sezonu pstragowego i pewnie nie będę miał jak, z różnych powodów, ale z tego co czytam to nie mam czego żałować.
    Panowie trzeba powiedzieć szczere, jest dramat. Z roku na rok jest coraz gorzej, wg mnie do optymizmu to jest bardzo daleko.
    Znam bardzo dobrze wszystkie podkrakowskie rzeczki, sam zaczynałem na południu( dorzecze skawinki) i kilkanaście lat temu nie było wyprawy żeby nie wyciągnąć kilku ładnych rybek za kilka godzin( nie mówię tylko o pstragach ale były tam też piękne klenie). Teraz tydzień można tam chodzić i nic, no może jakaś drobnica. Z roku na rok, szreniawa, ścieklec, dłubnia czyli dawne „killery pstragowe” umierają, ryb jest nie tylko mniej ale też ciężej o okaz( nawet miarę).
    Klusownictwo, zanieczyszczenie jest od lat, teraz i tak jest dużo lepiej jeśli chodzi o stan wód bo większość wsi już jest zkanalizowana). Co do klusownictwa to sam nie wiem, dalej jest spore, nawet na no killu na Krzeszówce( kilka razy spotkałem faceta który ma domek na odcinku między ogrodzeniem od oczyszczalni a mostem, i wieczorkiem w pół godz na robaka jest w stanie wyciągnąć kilka 40 plus pstragów, wiem to z jego opowieści) ale tata opowiadał mi że w latach 70 tych i 80 tych to na ” ducki ” ludzie łapali ryby albo nawet na ręce bo tyle ich było. Mówię tutaj o małej rzeczce która dochodzi do harbutowki. Tylko że wtedy tam była woda a teraz. Nikt nie porusza tego tematu a prawda jest taka że mamy coraz mniej wody w naszych rzekach. No kill pomoże, ale wg mnie najlepszym rozwiązaniem byłaby komercjalizacja łowisk ale do tego musi minąć kilka pokoleń. Wytlumacz dziadkom żeby za coś płacić i nie móc zabrać ryby, nierealne albo np jedną na rok. Sam nie ukrywam lubię smak dzikiego pstrąga, ale nigdy nie brałem więcej niż 3 szt na sezon.

    Tym co się jednak nie poddają życzę udanych połowów. Trzymamy kciuki.

    • Trudno się nie zgodzić z tym co piszesz. Jedynie w temacie kłusownictwa jestem odmiennego zdania. Jest na tyle szczątkowe, że nie wnosi wiele do tematu – nie ma na co się zasadzić. Co do menela z no kill – bardzo dobrze nam znany – łowi, a raczej łowił wyłącznie w ramach swojego podwórka, na szczęście niewielkiego. W zeszłym roku nikt z nas go nie widział z teleskopem, a wcześniej normą było zastać go w trakcie. Nie tylko moim zdaniem odpuścił, bo się już boi. No, chyba że robi to już całkiem w nocy. Co do wielkości ryb jakie łowił – jego opowieści to bajdużenia menela. O tym 40+ to on gadał od gdzieś tak 2008r kiedy pierwszy raz go spotkałem, jeszcze na pokojowej stopie. Natomiast wszystko sprowadza się do tego, co napisałeś: przetłumaczyć dziadowi, że zapłaci i nie może zabrać, to misja niewykonalna. A presja jest niebywała. W ten weekend [piątek, sobota i dziś – niedziela] mimo bardzo słabych brań, a dziś i przedwczoraj mało przyjemnej aury – zawsze spotykamy wędkarzy. Raz dwóch, raz pięciu ale są. Po prostu presja jest za duża na te 30szt/rok.

  5. Powiem tak, trudno spotkać kogoś klusujacego. Klusujacy ludzie wychodzą wieczorkiem, łowią po ciemku, nie ukrywam że kiedyś tata zabrał mnie na takie łowienie. Wędka, bez splawika, tylko żyłka i na haczyku rosowka. Rzeka po zmierzchu zrobiła się eldoradem. Nigdy więcej czegos takiego nie widziałem. Oczywiście dodam że nie uznaję takiego połowu, a nawet gardzę ale tata jak bylem nastolatkiem zabral mnie na ryby. Złapałem bakcyl ale wolę spining, a w szczególności woblerki.
    Miejsc takich jak to o którym wspomnielismy na każdej rzece jest kilka, plot do samej rzeki i nawet pomosty.
    Na rybach przez kilkanaście lat byłem kilkaset razy, sam bądź z kolegą, nie spotkaliśmy ani jednego klusola ( no może raz na cedronce pan lapal pstrągi 10 cm do stawu w ogrodku) masakra ale bylem po drugiej stronie. Tak to pływał by w rzece.
    Gorzej bo przez tyle razy bylem kontrolowany tylko raz na dlubni, ale straż szła tak że widziałem ich z kilometra i uciekł bym 100 razy.
    Niestety na krzeszowce lowilem w ostatnich latach najczęściej i nikt mnie nigdy nie kontrolował. Dawniej ale i za czasów no killa.
    Rzeke znam dobrze a kolega jeszcze lepiej, nie znam jej z 2008 r bo łowię na niej od ok 7 lat. Opowieści były z ok 4 -5 lat temu. Były prawdziwe bo sam tam miałem takie pstrągi i większe nie raz. Po zatruciu było już gorzej ale pstrągi weszły.
    Rozeznanie macie dobre bo na krzeszowce tylko no kill obfitował w grube okazy.
    Presja ogromna, no kill zrobił swoje, ludzie dowiedzieli się o rzece i pstragach.
    Warto było jednak i tak, może ta jedyna ostoja pstrąga w naszym regionie nigdy nie umrze.
    Na szreniawie i Prądniku niestety się nie sprawdziły.
    Nie presja jest duża tylko limity chore, 3 szt na rok to max albo nawet 1. Żeby człowiek jak lubi nie zapomniał smaku pstrąga☺

    • Z jednej strony dużo w tych chorych limitach, z drugiej tak naprawdę w ich wyegzekwowaniu [ja się kiedyś niewiarygodnie ściąłem z pewnym nauczycielem-wędkarzem, który z końcem kwietnia chwalił się, że ma już z 30 pstrągów w zamrażarce. I nadal chodził i łowił. A to żaden prymityw, tylko sympatyczny w sumie gość.] Co do kłusownictwa w nocy to bym nie przesadzał – koleś o którym wspominaliśmy łowił w standardzie, w dzień. Teraz tak nie robi. Łowienie z jego akurat posesji nocą- jednak kaskaderka, tym bardziej, że on zazwyczaj był nieźle wypity, podobnie jak jego ojciec/teść. W ogóle na naszych wodach pstrągowych kłusownictwo z robalem odchodzi w niepamięć niezależnie od kontroli. Starzy nie mają sił, nie opłaca się im z perspektywy tego co pływa, a dzieciaki żyją bzdurami w necie. Ryby trzebią wędkarze w myśl – jak napisałeś – chorych limitów, a często ponad nie.

  6. Wędkarstwo, a w szczególności pstragowe zimą to sport dla wytrwałych. Młodzi ludzie siedzą przez komórkami i komputerami a nie nad rzekami.
    Bakcyla ciężko im złapać bo nie ma już gdzie się uczyć, chyba że na dlubni z pstrągami 15 cm.
    Niestety nasze pokolenia i starsze tak jak piszesz wychodzą z założenia że się należy jak zaplacili.
    Pstrąg jak trafisz dzień to ” wali” na byle co i w jeden dzień można kilkanaście miarowych złapać. Wtedy to co jest to do bagażnika i dalej i dalej aż zamrażarka pełna.
    Kiedys pamietam w Tyńcu, jeszcze wspólnota była na podgorkach złapałem przypadkiem pod koniec kwietnia pięknego szczupaka na białe robaki.
    Ludzi jak to po zarybieniu karpiem było mnóstwo, śmiali się ze mnie że go wypuscilem. Namawiali mnie żebym do bagażnika do zabrał. Sami mieli po kilkanaście karpii w nich. Tak kiedyś działało pzw. Karp wpuszczony w stawie był może z tydzień.
    Ale do czego zmierzam, jeśli tam się nie bali to tym bardziej w krzakach pstragowych rzeczek. Tak wygląda dzisiejsze klusownictwo.

    Ale powodzenia życzę utrzymaniu tej pięknej rzeczki. Oby znowu jej nie zatruli.

  7. Problem jest w tym że większości spiningistów się nic nie chce… tylko ci z Krzeszowic to jakieś wyjątki 😉 mamy w okręgu masę wód które mogły by być świetnymi łowiskami. Brakuje tylko grup zapaleńców którzy wezmą je pod swoją opiekę i niestety problem nie jest w odległości od łowisk czy za małej ilości ludzi tylko w zwykłym nieróbstwie. Na Rabie działa grupa muszkarzy rabianie100 i pomimo tego że większość ludzi jest z Krakowa a nawet dalszych zakątków polski to nie ma co narzekac na brak ryb jest kasa na dodatkowe zarybienia, są akcje sprzątania, powstała właśnie grupa ssr + pewne niespodzianki dla kłusoli 😉 , w okresie zimowym codziennie bez wyjątku ktoś płoszy kormorany i widać tego efekt… a poniżej Gdowa im dalej tym większa pustynia 😠 kolejny przykład Prądnik rzeka banalna do upilnowania bardzo blisko miasta a na sporym odcinku w mieście. Przy takiej ilości spiningistów jaka mamy w okręgu nie mieści mi się to w głowie ze tam nie potrafi zebrać się chociaż kilkadziesiąt osób i wziąć sprawy w swoje ręce. Każdy narzeka a robić nie ma kto… co jakiś czas tylko słyszy się głosy rozżalonych spiningistów ze oni powinni mieć prawo łowić na odcinku Dobczyce-Gdów ale niestety nic za darmo nie dostaniecie. Możliwości są dwie albo sami stworzycie sobie łowisko swoich marzeń (proponuje rabe poniżej gdowa) albo pozostanie wam łowienie pstrazkow po 15cm…

    • To fakt, że przytłaczającej większości nic się kompletnie nie chce. Jest też część osób maksymalnie wyrachowanych i z założenia nie poświęcają czasu, energii na to, co bezpośrednio i od zaraz im samym korzyści nie da. Tak mają. Mniejszą, choć nie małą grupę stanowią ludzie młodzi, chcący zmian i nawet chętni popracować za darmo, ale nie mają nawet szansy. Powód jeden: kołami rządzą stare pryki dzielące się na dwa gatunki: „betoniarzy” emocjonalnie związanych z przeszłością, a przy tym całkiem inteligentnych; drugi gatunek – prymitywne i bezczelne typy, skore do brutalnych dysput, jak dres do bijatyki. I jedni i drudzy są ciężkimi przeciwnikami dla osób najzwyczajniej słabo wykształconych, słabo wygadanych. Naprawdę trzeba mieć sporo samozaparcia i lekkie desperado w głowie, by w skrajnych wypadkach, jak mnie było dane kilka lat temu, stanąć w pojedynkę przeciwko ówczesnym prezesom okręgu i mojego koła. Ludzie na sali patrzyli na mnie jakby mnie po…liło. Zero poparcia. Uczucie niefajne. Tyle, że już pół roku później wyleciał Stryszowski, a dwa lata później kilka osób z koła przyszło pogadać, bym pomógł pozbyć się naszego prezesa. Wystarczy że znajdzie się jeden człowiek, który jest w stanie albo podyskutować na argumenty, albo przyjąć zasady słownej nawalanki bez sensu, to dość szybko okazuje się iż jest w kole kilku innych inteligentnych ludzi, którzy ośmieleni, też zabierają głos, a i podnosi się kilkanaście rąk tych niewygadanych, ale rządnych zmian. Niestety w większości przypadków, czynnikiem zmian jest tylko czas, a „dziady” niestety trzymają się ziemskiego padołu dzielnie. Przykład Prądnika, który podajesz jest chyba sztandarowym przykładem – jakim cudem ta rzeczka [nomen omen piękna i gościnna dla pstrągów] nie ma jakiejś grupy fanatyków, to w głowę zachodzę. Wszystko na miejscu: ludzie i woda. Trochę nacisków, próśb i obecny Zarząd Okręgu raczej poszedłby na rękę. Niestety młodzi ludzie nie są nastawieni dziś na konfrontację. Chcieliby grać, ale bez opcji, że przegrają…Poza tym jest okropny problem w organizowaniu się, współdziałaniu, ale to już ogólnosłowiańska przypadłość na wszelkich polach.

  8. Wiem, że to znowu trochę z ” inne beczki „,ale wczytałem się ostatnio w ten przewodnik wędkarski z 1952 r i doczytałem, że w dolnym odcinku Rudawy w tych czasach występowały nawet łososie, ciekawi mnie czy było to możliwe i czy w tych komunikatach gospodarczych też jest o tym wzmianka? Prosiłbym też o jakiś link, o ile są one dostępne w formie elektronicznej.

    • Dostępne nie są – o ile pamiętam kilka w formie elektronicznej jest na portalu historycy org. ale akurat o rybach nic nie ma. Jedynie Jagiellonka. Co do łososi to wydaje mi się to jak najbardziej realne. Jeśli idzie o działalność Niemców, to są dane źródłowe [właśnie te, którymi się podpierałem], że celowo wpuszczali do Rudawy trocie. Nie było sprecyzowane na jakim odcinku.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *