Kalendarz spinningisty

Następnym razem będzie tylko o pstrągach. Już, już miałem dodać tekst o rozpoczęciu sezonu pstrągowego na naszych wodach, będąc ciut zawiedzionym, bo poza umówioną czterdziestką wędkarzy, którzy zobligowali się przysłać info, jak było, zrobiło to tylko kilkanaście innych osób.  Ale wczoraj i dziś zaczęły fajnie spływać maile w całkiem pokaźnej ilości. Po prostu większość osób, podobnie jak i ja, wystartowała „pstrągowo” dopiero w sobotę – niedzielę, co jest zrozumiałe. Podliczam więc powolutku to wszystko.

Poniższy tekst miałem już rok temu, ale jakoś nie było okazji, a teraz się przydał, tylko kilka fotek podmieniłem.

Dziś będzie o wędkarskim kalendarzu spinningisty. Znajomy mnie zainspirował pytaniem „jakie mam plany na ten rok?” A, że jak chyba każdy – jakieś mam, to w pewnym momencie złapałem się na tym, jak one mają się do aktywności/łatwości kontaktu z danym gatunkiem.

Żeby była jasność – nie mam zamiaru powielać dziesiątków takich tekstów, a chciałbym się skoncentrować na tym, jakby można na „chłodno”, możliwie najbardziej intensywnie wykorzystać sezon w naszym okręgu, biorąc pod uwagę możliwości, [a czasem ich brak], jakie dają nasze wody. Użyłem określenia „na chłodno” gdyż, raczej nie ma szans sztywno trzymać się nawet obiecujących wytycznych, głównie z dwóch powodów:

– mamy swoje ulubione gatunki ryb

– mamy swoje ulubione/najlepiej poznane łowiska

I to często z powyższych powodów jedziemy nad daną wodę w porze, która wcale nie rokuje szczególnych sukcesów w połowie danego gatunku…

Ale spróbujmy być twardzi 🙂 i tworzymy super plan. Mający dać nam szansę osiągnąć możliwie największe efekty.

Z perspektywy spinningisty, to mam lekki kłopot ze startem w sezon. Wszystko zależy od aury. Są tu dwie opcje. Pierwsza – jeśli zima jest lekka, a w zasadzie nie ma jej, jak dwa lata temu, to spokojnie można zacząć bardzo lekkim spinningiem w zbiornikach ze stojącą wodą. Nastawiałbym się głównie na płocie. A biorą dobrze i w skali danej wody – duże, jakich raczej później nie spotkamy.

(fot. A.K.)

Opcja druga – gdy zima jednak jest – pstrągi. Hmmm… no i już widzę, jak wielu się zastanawia, nad sensownością takich wypadów, no chyba, że z sentymentu. Sam mam  wątpliwości, bo dla mnie akurat zimowy pstrąg, to taka średnia atrakcja, aczkolwiek, gdyby była szansa na w miarę liczne kontakty z rybami, choćby te skromniutkie 30+, to właśnie z sentymentu, te kilka razy bym poczłapał nad jedną czy drugą rzeczkę.

(fot. A.K.)

Biorąc pod uwagę ostatnie trzy lata, a szczególnie sezon 2017, to jestem sceptykiem.

Więc jednak wybiorę wariant nr 1. Z tymi płociami to jest nieźle tak do końca lutego, max początku marca. Potem na spinning złowić je w powtarzalny sposób już ciężko. Równocześnie z płociami biorą wspaniałe wzdręgi, tyle, że one są wdzięczniejszym obiektem w tym sensie, że te duże biorą dobrze o miesiąc dłużej niż płocie. Tak że styczeń – luty, to płocie i zazębiające się czasowo z nimi wzdręgi [styczeń – marzec]. Naprawdę można się nałowić pięknych ryb obu gatunków. Co więcej – wielokrotnie z satysfakcją zauważyłem, że w tym okresie są o wiele łatwiej dostępne spinningiście z dobrze dobranym sprzętem niż wędkarzom gruntowym. Te płocie i wzdręgi to jedno z moich postanowień na ten rok i akurat pewnie się zrealizuje.

(fot. A.K.)

Końcówkę marca i początek kwietnia można przeznaczyć na żmudne, ale powtarzalne łowienie linów w tych samych zbiornikach, co wcześniej krasnopiórki. Najlepsze są właśnie takie niezbyt atrakcyjne pogodowo dni, gdy wzdręgi za nic nie chcą żerować. Więcej o tym w marcowym, albo kwietniowym numerze WŚ i wcale nie będzie to tekst na Prima Aprilis.

(fot. A.K.)

Kwiecień. Na szczęście z jaziami u nas nie jest najgorzej. Tu nic nowego nie powiem. Rządzi Wisła, a najlepiej sąsiedztwo ujścia jej wszystkich dopływów, nawet śmiesznie małych. Można jeszcze się pokusić o niektóre wody stojące, bo i w nich umiarkowana ale sensowna liczba jazi pływa [np. Bagry, choć jazie małe lub Brzegi – tu spotkać się można z trochę większymi]. Trzeba wziąć pod uwagę, że nie wiem czemu, ale bywa tak, iż mimo, że wiosna szybka i ciepła, to jazie na moich łowiskach biorą powtarzalnie dopiero od drugiej dekady kwietnia.

(fot. A.K.)

Często sezon ten mocno zazębiał mi się z początkiem łowów boleniowych, gdyż rewelacyjne wyniki miałem właśnie tak do połowy maja. Standardem było, że brałem dwa kije i od zazwyczaj południa do około 18.00 łaziłem za rapami, a wieczór należał do jazi, kilka kilometrów niżej.

(fot. A.K.)

Ponieważ od paru lat nie jeżdżę  za boleniem, odpadł mi dylemat na co się zdecydować.

Maj to boleń, albo szczupak. Tego drugiego sobie odpuszczę, bo niezależnie od tego, iż co roku tu i ówdzie w naszym okręgu padnie jakaś metrówka, to uważam, że liczebność tego gatunku [w sensie sztuk 60+] jest mała, a w wodach płynących żałośnie niska. Z kolei z boleniem mam tak, jak z pstrągiem: owszem z sentymentu dla rytmu sezonu chętnie bym jakiegoś potarmosił, ale dla mnie boleń to ryba pełni lata. Nie mniej w naszych, około krakowskich wodach [czytaj w Wiśle], pięknie bierze w maju i ryb tych jest zadowalająca ilość, choć znów powiem – raczej poniżej Krakowa.

(fot. A.K.)

Niestety pod wyżej położonymi progami, nagromadzone zimą stadka rap, są masakrowane w pierwsze dwa tygodnie przez nadal liczny zastęp debili z kartami wędkarskimi. No i w tych akurat miejscach szybko robi się pusto, co przekłada się również na odcinki Wisły oddalone od progów [ciągle myślę o fragmencie powyżej Krakowa].

Tu dygresja – dla mnie początek maja będzie całkiem inny, wręcz egzotyczny jak dla spinningisty. Mianowicie nastawiam się na karpie. To drugie moje mocne postanowienie i wprawdzie wyniku pewien nie jestem, to sam plan mam zamiar zrealizować i ostatecznie się przekonać, czy jest to powtarzalne. Po prostu ciągle mam przed oczami  dzikiego, smukłego jak sazan z Dunaju karpia długości około 80cm, który agresywnie na płyciutkiej wodzie wciągnął jak odkurzacz larwę ważki, dla jazi. A potem woził mnie pół godziny na pontonie, tyle, że sprzęt na jazie nie dał rady. Próbowałem później, ale woda była już zdecydowanie cieplejsza [czerwiec], z lekkim zakwitem i słabą widocznością. Karpie natomiast nastawione raczej na „trawę” 🙂 niż coś mięsnego. Mam jednak już ustalone miejsce z regularną  obecnością tych ryb.

Przychodzi czerwiec, lipiec i sierpień. Cały czas zakładamy, że chcemy iść i na ilość, i na jakość. Gdyby pogłowie pstrągów było jak jeszcze 4-5 lat wstecz, to właśnie teraz bym zachęcał. Nawet małe ryby tego gatunku [tak do 40cm] są w cudownej kondycji, może bardziej wybredne niż po zimie, ale wg mnie to jest to. A raczej to byłoby to…

Z perspektywy spinningu pozostałbym więc latem na dwóch przeciwległych biegunach. Mocny zestaw i bolenie, oraz aksamitny ekwipunek i wzdręgi. Rapa 70+ w pełni lata to kawał rybska, a i mniejsze egzemplarze nie rozczarowują.

(fot. A.K.)

Poza tym, choć ostrożniej, to biorą i jak uświadomili mi znajomi w zeszłym roku – wszystko sprowadza się do mało obczaskanego przez innych miejsca. A na szczęście latem w Wiśle rapy są prawie wszędzie.

(fot. A.K.)

Wzdręgi to polecałbym z jednego powodu poczatkującym. Śmiało można liczyć na masę brań. Krótko mówiąc łatwo się wprawić w tak skrajnie lekkim spinningowaniu. Minusem wielkość rybek – dominują maluchy, dlatego jeśli ktoś liznął wzdręg dużych, wczesnowiosennych, to może być zawiedziony.

(fot. A.K.)

Tu znów dygresja. Trzecim moim postanowieniem są pstrągi przez duże „P”. Poświęcę pewnie 3-4 dni, ale będzie to o setki km od Krakowa. Za to na bank nie zawiodę się, bo przynajmniej kontakty z rybami koło 50cm pewne, a wszystko w rzeczkach wielkości Prądnika, Krzeszówki. Tak, jak lubię. I totalne pustkowie, w zasadzie zero konkurencji.

Dobra, przychodzi wrzesień i sandacz. Tutaj w parze z tym idzie moje kolejne postanowienie. Taki pewien już nie jestem, czy wytrwam. Choć jeśli się wstrzelę w bolenie latem, to pewnie mi zostanie. Chciałbym choć trochę powrócić do Wisły, która od jakichś 6 lat prawie zupełnie znikła z mojego wędkarskiego horyzontu. Odnośnie sandaczy: tu znów zmobilizowało mnie kilku starych i kilku nowych znajomych, pokazując wielokrotnie, powtarzalnie i skutecznie, że warto.

(fot. T.M.)

 Już nawet nie o okazach mówię, ale jednak o rybach zdecydowanie miarowych.

(fot. T.M.)

Ten okres przejdzie potem w październik, a jeśli nie będzie bardzo zimno, to i w listopad. Tyle, że zamiast woblera w końcówce tego okresu rządzić będzie guma [zamierzam naśladować kumpli].

No, a co z listopadem [przy niełaskawej aurze] i grudniem? Odpowiem krótko – klenie.

(fot. P.S.)

Z premedytacją pominąłem ten gatunek, gdyż – znów – jak pokazują moi koledzy, w tym kilku mieszkających nad Wisłą, lub mających od dłuższego okresu namierzone stanowiska tych ryb, łowią przepiękne sztuki CAŁY bez przesady rok. Na okrągło.

(fot. P.S.)

Jak prezentowane powyżej i poniżej – wszystkie ze stycznia tego roku.

(fot. P.S.)

Nie uwzględniłem tu suma, ale nie mam pojęcia o łowieniu tych ryb.

Tyle suchych, sztywnych założeń, by bazując tylko na wodach Okręgu Kraków, połowić jako spinningista. Jak widzicie nie ma tu okonia. Z dziesięć lat temu nie uwierzyłbym, ale to co jest, a raczej czego nie ma, woła o pomstę do nieba. Nie ma za bardzo jak połowić w hurtowych ilościach kolczaków z przedziału 20-25cm! Jeśli już, to w większych ilościach są egzemplarze niewiele przekraczające  10cm. To po prostu przygnębiające. Oszem, kilka razy mam zamiar dać szansę wodom stojącym i na pontonie pod koniec sezonu spróbować złowić coś pasiastego w okolicach 40-ki [to kolejne postanowienie]. Mam nadzieję, że nie zmarnuję czasu. Tyle, że właśnie wątpliwość sukcesu na tym polu, powoduje, iż nie wiem, czy jak w minionym sezonie, pomysł ten nie przegra z jakimś starorzeczem.

Drugi wniosek wynikający z powyższych rozważań też nie jest wesoły, ale za to krótki: Wisłą stoją dla spinningisty wody Okręgu Kraków i powiem szczerze, że bez tej rzeki nie wydałbym grosza na składkę krakowską. Dlatego  Zarząd Okręgu powinien w możliwie szerokim spektrum dbać o nią, szczególnie temperując zapędy mięsiarzy i naciskając na rozwiązanie problemu kormoranów.  W innym wypadku to wszystko się skończy. Kasa ze składek także. By nie być gołosłownym i ktoś nie posądził mnie o defetyzm, podam przykład: cztery lata temu zgłosiłem wniosek, by zawiesić na dwa sezony możliwość zabierania pstrągów potokowych. Wywołało to u niektórych ironiczne komentarze w stylu „kolejny nawiedzony koleś spod znaku C&R”. I co? – tu kieruje słowa do owych „ekspertów” – czy ktoś ma jeszcze wątpliwości jakie wielkie g…..o mamy w tym temacie? Z okoniem dzieje się to samo niestety, choć samemu wierzyć mi się  nie chce. Dziś z postulatów, by zakazać zabierania pstrągów przez dwa lata śmieją się tylko ignoranci, oraz ci, co nad rzeczką pstrągową byli ostatni raz 10 lat temu i żyją tym, co było wtedy…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *