Liga spinningowo – muchowa. VII tura – Wisła

Kto nie był niech żałuje! Mimo nieszczególnej aury, uważam iż ta tura miała jakąś magiczną otoczkę. Być może zaważyły na tym takie czynniki jak senny, jesienny klimat dnia, pastelowy spokój wieczoru i tajemniczość zmroku, który zaskakująco szybko ogarnął otoczenie rzeki. No, bez wątpienia dla mnie spore znaczenie miało „przeproszenie się” z Wisłą, nad którą, nie licząc wypraw na pontonie – prawie nie łowię. Do mojego entuzjazmu przyczyniła się pewnie miejscówka w jakiej łowiłem – przecudnej urody miejsce, choć z całą pewnością świetne na ryby ale w upalną, słoneczną i letnią pogodę.

Jakie były więc wyniki? Jak na Wisłę to bardzo słabiutkie. Trudno zresztą było oczekiwać cudów gdy, jakby nagle z dnia na dzień skończyło się lato i nastała jesień. Z ranka na ranek. Z 30 stopni na 15… Łowiliśmy w ten pierwszy dzień załamania aury i były to zmagania wieczorowo – nocne.  Bez naprawdę dobrej znajomości wody, bycia na bieżąco w zmianach jakie zachodzą, ciężko było o wynik, chyba że przypadkowo. Wisła poniżej Krakowa, której zwyczajnie nie znam, nie licząc może 3 km poniżej progu Przewóz [Kujawy], ma taką cechę, że czasem w na oko książkowym miejscu jest pusto, a kilometr dalej na bezpłciowej prostce  z jakichś powodów ryby są.

Niezależnie od zmian w aurze, wszelkie kalkulacje zapowiadały się optymistycznie. Sam Maciek, dla którego, jako jedynego z nas jest to woda w jakimś stopniu osobista, twierdził, że w tej turze padnie więcej ryb punktowanych, niż we wszystkich pozostałych razem wziętych. Niewiele się pomylił, tyle, że złowione ryby z punktami przypadły zaledwie na dwie osoby… W każdym razie treningi kolegi, jeszcze przy ciepłej pogodzie, zwiastowały niemałą ilość ryb na fajne punkty. Nikt nie miał raczej wątpliwości, iż z Maćkiem ciężko będzie tu wygrać, ale równocześnie wyniki jakie miał, dawały nadzieję wszystkim. W każdym razie nasz lider „obstrzelał” kilka miejscówek i wybrał tak mało uczęszczaną, że bolenie brały mu w niej na zwykłą wirówkę…

(fot. M.K.)

Klenie 35+  były zaś standardem.

(fot. M.K.)

Jak napisałem, załamanie pogody musiało wpłynąć na mieszkańców Wisły, nie mniej nie traciłem nadziei. Wiedziałem, że kluczowym będzie znalezienie miejscówki, nie tyle książkowej, co faktycznie zamieszkałej przez ryby. O ile miałem miejscówkę na noc, darzącą średnio jednym sandaczem 70+ na trzy wyjazdy [ostatnim tam razem w zeszłym roku we wrześniu, dwie godziny z małym hakiem biegałem po nocy za ogromnym sumem, który nawet raz mi się  nie pokazał podczas holu i do końca anonimowy –  poszedł w diabły]. No ale sandaczowy sprzęt raczej nie jest na sumy.

Kłopot był z miejscówką na jeszcze dzienne łowienie, bo jak napisałem – kompletnie nie znam tego odcinka Królowej. W dniu zawodów po prostu przejechałem się pooglądać co i jak. Szczęśliwie już pierwszy wytypowany odcinek utwierdził mnie, że to będzie to. Wprawdzie wyglądał kompletnie inaczej niż wyobrażałem go sobie, patrząc na zdjęcia satelitarne, ale uznałem, że powinno być ok.

Nastawiłem się bardzo poważnie. Miałem po dwa zestawy na dzień [lekki „kleniowy” – miękki kij do 20g z żyłką 0,20mm i arsenałem wirówek nr 0 – 2, woblerów typowych na ten gatunek, oraz boleniowy kij do 35g z plecionką 0,12mm na rapy]. Uznałem, że nie będę się rozrywał na inne gatunki. Na noc też miałem dwa zestawy: ten boleniowy tyle, że z woblerami 10-13cm na sandacza i pancerny kij do 100g z żyłką 0,40mm i woblerami jak mały krąp na suma]. Akurat w takim nastawieniu nie byłem odosobniony, choć niektórzy łowili tylko na jeden kij i wyraźnie lżej, nawet w porównaniu z moim zestawem na klenie.

Godzina 17.00. Zaczynamy. Jacek, jak się okazuje jedzie w dół rzeki, naprawdę nisko. Najwyżej jest Maciek. Paweł wytypował sobie kilka ostróg ze cztery kilometry powyżej mnie, a ze trzy km poniżej Maćka, nastawiając się tylko na bolenia. Ja jestem z Wojtkiem, który nie znając rzeki jeszcze bardziej niż ja, pojechał za mną z dżentelmeńską umową, że pokażę mu te plus minus 300m, które chcę mieć dla siebie. Piszę o tym, bo przekombinowałem i gdy kolega zapytał mnie gdzie bym poszedł na jego miejscu, wskazałem fragment rzeki, który finalnie był o niebo lepszy niż mój…Tak to płaci się czasem za pazerność 🙂

Tarabanienie się z dwoma kijami nie jest łatwe nawet jeśli nie mam żadnych innych torb, plecaków. Docieramy z buta po dobrym kwadransie, a to zaledwie z 400m w linii prostej od samochodu. Teren jest niełatwy.

(fot. W.F.)

Jestem w miejscu bajkowym. Na bank nie dziewiczym, gdyż po drugiej stronie jest jakiś wędkarz, ale wizualnie jest imponująco. Instaluję się na granicy zwężenia, powyżej którego jest szeroki na całe koryto przelew, ze spienioną wodą, licznymi jęzorami wiodącego nurtu i mini zastoiskami między nimi.

(fot. A.K.)

Poniżej zaś woda znów się szeroko rozlewa, marszcząc potężnie na wielkich głazach. Brzeg przeciwległy  jest płaski i piaszczysty, a mój to dzika, zarośnięta jak nie wiem co stroma opaska, z której spore kamienie same z siebie co jakiś czas lecą w wodę. Przycupnąłem na małym cyplu między dwoma zatoczkami. Trzecia jest jeszcze niżej. Woda ostra i głęboka na jakieś 1,5 – 2m już krok od brzegu.

(fot. M.K.)

Wojtek przepycha się dobre 150-200m wyżej. Na oko ma do pokonania naprawdę niezły busz. Jego łowisko to będzie, jak się potem okazuje – bardzo spokojny, szeroki na pół koryta napływ. Około 1m głębokości, choć miał tam pojedyncze większe dołki, jakby po wielkich głazach.

Oglądam wodę, podziwiam. Jest pięknie pomimo sino – szarego nieboskłonu i mało zachęcającego  wiatru. Wisła wyraźnie trącona ale poziom wody malutki, choć całą noc tłukło deszczem bez opamiętania. Wilgoć i delikatny chłód w powietrzu. Jesień.  Na wodzie absolutna cisza. No, prawie. Pod przeciwnym brzegiem jakiś nieduży drapieżnik sieje popłoch raz i drugi wśród narybku. Chyba bolek – jest tak płytko, że nawet z daleka miga rybi grzbiet. Gdzieniegdzie małe oczko po kleniku czy uklejce.

Przez około kwadrans bezsterowym woblerem, spokojnie, jakieś pół metra pod powierzchnią, penetruję wszystkie prawdziwe i pozorne mini zastoiska w tej lawinie bystrzy. Szczególnie obławiam końcówki prądów na styku ze spokojną wodą. Zwijam z nurtem. Nic.

Ponieważ wygląda na to, iż boleń powierzchniowo raczej nie będzie szaleć, przesiadam się na lżejszą wędkę. Zatoczka nr 1 – ta bezpośrednio poniżej mnie. Przy brzegu lekki wsteczny nurt. Cierpliwie przez chyba kolejne 15 minut czeszę toń kilkoma woblerami i wirówkami na zmianę. Nawet trącenia.

Schodzę w dół. Po mniej więcej 15 metrach zaczyna się kolejna zatoczka, trochę bardziej wcięta w ląd. Złoty Mepps kręci gdzieś tam pod metrową warstwą zielonej toni. Nadal nic. Puszczam małą, głęboko nurkującą Alaskę. W pierwszym rzucie, na granicy nurtu i spokojnej wody włazi między jakieś wybijające się nad dno głazy i tracę ją. Nie chciałem schodzić poniżej zaczepu by nie spalić miejscówki, a wszystkie inne sposoby zawiodły. Tak poległ po kilkunastu latach użytkowania jeden z lepszych wiślanych wobków na głębsze klenie.

Zakładam wyraźnie większy wobler. Typu „oldskulowa” glapka. Złoty z czarnym grzbietem, wąski patrząc z przodu ale o wysokim boku. 5cm, pływający. Pod spokojnym lecz wyraźnym uciągiem lekko schodzi na ponad metr. Drga często ale wychylenia są nieznaczne.

Mam w niego takie wyraźne pyknięcie. Wobler zamiera, a żyłka miękko odjeżdża w nurt i staje. Bardzo miękki kij ugiął się przepięknie. Brzana?

Po jednej czy drugiej próbie zdecydowanego ruszenia ryby, ta jednak zaczyna nerwowe zrywy. Wpływa w zatokę i wywija jakieś akrobacje. Nadal nie wiem jaki to gatunek. Na powierzchni tylko niewielkie wiry burzą spokojny wsteczny nurt zatoczki.

W końcu go widzę. Naprawdę fajny kleń! Ledwo wisi na tylnej kotwiczce. Bardzo spokojnie wprowadzam rybę do podbieraka chyba w trzeciej próbie. Jest!

Dzwonię do Wojtka, bo umówiliśmy się, że jak się trafi cokolwiek lepszego, to zrobimy sobie na wzajem foty. Kolega rusza przez krzaczory, a ja z satysfakcją oglądam okaz, który rozpycha już trochę podbierak.

(fot. M.K.)

Zasapany kumpel, cały w resztkach zielska na głowie robi mi  krótką sesję z rybą. Mierzę zdobycz – 47cm. Ponad 200 pkt w jednej rybie – nieźle. Nie minęła jeszcze godzina 🙂 Jestem pełen optymizmu.

(fot. A.K.)

Choć o tym nie wiedziałem, byłem w tym momencie na zdecydowanym prowadzeniu. Co więcej – tak pozostało do około godziny 20.00.

W tym czasie Jacek nie odnotował brania. Wojtek trafił na wspomniany jakby dołek po wielkim głazie w napływie i seryjnie wyłowił z niego 12 okoni.

(fot. W.F.)

Żaden nie miał jednak tych 25cm, które u nas dają punkty za ten gatunek [jednemu okoniowi brakło centymetra].

Tymczasem Maciek  lekko zaniepokojony kombinował na swoim terenie jak skusić cokolwiek większego do akcji, bo brań nie miał za wiele i jeśli cokolwiek wyjął, to ryby były małe. Stracił pierwsze 20 minut z powodu potężnego splątania żyłki. Poza tym wodę, którą ja oceniłem jako niżówkę, on nazwał sporym przyborem. Jego sprawdzone płycizny, były wyraźnie zalane.

Ja wróciłem do pierwszej zatoczki, by dać odpocząć tej, gdzie wpadły punkty. Doczekałem się brania, ale ten klenik był malutki. Po kwadransie znów kilkanaście rzutów za boleniem. Bez efektu. Schodzę więc niżej. W miejscówce gdzie złowiłem pierwszą rybę, mam ewidentne dwa – trzy skubnięcia. Moim zdaniem też niemałe klenie – to się czuło, że to nie trącenia malców. Żaden nie dał się jednak nabrać.

Około 18.30 dzwoni Paweł i mówi, iż jest w takim miejscu, że wciąż nie wierzy, że nie miał jeszcze brania bolenia. W ogóle nie miał brania czegokolwiek.

W tamtej chwili, rejestrując po raz kolejny ciszę na wodzie, nieśmiało myślę, że może wygram nawet tym jednym kleniem, a jestem prawie pewien, że moja ryba będzie największa w tym gatunku.

Kończę rozmowę, bo Wojtek macha rękami. Z tych około 150m widzę jak kij ma wygięty w absolutne koło. Kumpel dzwoni do mnie. Relacjonuje, że nagle coś miękko zawinęło przynętę, bez większych perturbacji odpłynęło kilka metrów i stoi. Mówię, że idę do niego, może uda się choć fotkę zrobić, co to takiego [kolega łowił żyłką 0,16mm]. Gdy ruszam, Wojtek znów macha – tym razem zniechęcająco, a jego wędka jest prosta.

Znów telefon. Okazuje się iż ryba się odczepiła. Ponoś raz spokojnie się przewaliła. Jakieś 70cm. To daje prawie pewność iż miał najechaną brzanę. Zacięta w pysk, raczej by dała się wyholować, albo urwała.

W tym mniej więcej czasie Maciek łapał wiatr w żagle. Doczekał się pięknego brania z wyskokiem nad wodę. Zaliczył klenia 38cm – skusiła go srebrna Aglia nr 1. Na razie tylko jednego, bo znów nastała przerwa, nie licząc skubań małych rybek.

(fot. M.K.)

Umówiliśmy się z Pawłem, że damy mu znać, jak będziemy zmieniać stanowisko na nocne, by się przyłączył. Tu podziały się, jak to mówią – jaja, a mój pomysł na zmianę miejscówki z obecnej perspektywy oceniam jako mega błąd, który z dużym prawdopodobieństwem pozbawił  mnie i kolegów dalszych punktów. Błąd strategiczny.

Plan był taki, że pół godziny przed zmierzchem zbieramy się i poprowadzę ich  na nocną miejscówkę jeszcze przy względnej widoczności. Tymczasem zaczyna się coś dziać. Wojtek na swoim napływie ma non stop jakieś trącenia – widzę zresztą z mojego stanowiska, spokojne spławy ryb na  jakby uśpionym lustrze napływu. Ja bagatelizuję ten fakt, uważając iż kolega nie zacina ryb, bo to maluchy. Szczerze kusi mnie pójść powyżej kolegi, ale z kolei znajomość i potwierdzona skuteczność planowanej na noc miejscówki wygrywa.

Tymczasem u Maćka dzieje się podobnie – woda ożywa.

Wojtek dociera do auta już dość późno, ale nie mógł się oderwać. Wyjął cztery klonki, tyle że malutkie.

(fot. M.K.)

Czekamy na Pawła, czekamy… Telefon – Paweł pomylił kierunki i pojechał w przeciwną stronę.

Zmrok zapadł tak szybko, że na nic już nie było szans.

Nasza zbiórka i droga na nowe miejsce z przejazdem na drugą stronę Wisły była niełatwa, bo początkowo nie byłem pewien, czy to w ogóle tu. Trwała od mniej więcej 19.45 do 21.00.

Maciek ma dokładnie w tym przedziale czasowym chwile chwały. Najpierw namierza na mieliźnie stadko pięciu dużych ryb. Takich koło 50cm i większych. Na nic nie reagują. W którymś momencie jedna przypływa mu prawie do nóg. Piękny kleń.

Około 20.00 wrócił w miejsce gdzie rozpoczął łowienie. Założył Brombę Lipińskiego na koniec zestawu. Wg mnie jak na smużaka to wobler – taran, ale jak widać  – mylę się w ocenie.

I się zaczęło! Maciek ustrzela kleniowy hat trick w ciągu kilkunastu minut.

Najpierw 43cm.

(fot. M.K.)

Potem nokautuje wszystkich kleniem 51cm.

(fot. M.K.)

Na sam koniec dodaje 32cm.

(fot. M.K.)

Wszystkie trzy ryby złowił jedną po drugiej. Łowił sztywnym kijem na sandacze i żyłką 0,23mm. Sporo ryb mu spadło.

U nas szanse były ale… Ja popełniam drugi błąd. Wprawdzie zrezygnowałem z tarabanienia się z dwoma wędkami po ciemku ze skarpy liczącej  4-5m, ale zbyt późno podjąłem decyzję, by zdecydowanie ruszyć ku zatopionym drzewom. Tam było jedyne miejsce, gdzie dało się słyszeć, tak do 22.00 żerowanie jakichś większych ryb. A woda rosła i rosła…

Gdy dotarłem do miejscówki obławiając po drodze całość brzegu było około 22.30, a poziom podniósł się o jakieś kolejne 50cm i każdy rzut kończył się w jeden sposób.

(fot. A.K.)

Raz dopadła wobler taka kupa zielska, że o mały włos zerwałoby linkę. Staliśmy na brzegu, przy którym walił główny nurt…

Gdybyśmy zostali na miejscówce Wojtka [spokojnie zmieściłoby się i czterech spinningistów co 50 – 70m ], to cały syf leciałby pod drugim brzegiem, a zapewne większość ryb spłynęłaby wręcz pod nasze nogi, szukając spokoju. Czegoś się znów nauczyłem.

Jacek zrezygnował po 20.00 bez ryby.

Paweł skończył z dwoma klonkami tuż pod miarę o 23.00.

Wojtek wprawdzie z 12 okoniami i czterema klonkami, lecz bez punktów, kończy wraz z Pawłem.

Ja dałem spokój o 23.30  – mam dwa klenie z tym że punktuję jednym – 218 pkt.

Niekwestionowanym zwycięzcą jest Maciek. Złowił 18 kleni i okonia. Cztery punktujące ryby dały mu 608 pkt, co jak na razie jest absolutnym rekordem  wśród wszystkich tegorocznych i zeszłorocznych tur naszej zabawy.

W klasyfikacji ogólnej nic się nie zmieniło, poza tym, że Maciek z 24 punktami umocnił się na prowadzeniu. Jak mogę tak ścigam wynik kolegi – mam 32 pkt i także dość wyraźnie odgoniłem pozostałych.

Za nami są: Darek – 40,5 pkt, Szymon – 41,5 pkt i Wojtek – 42 pkt. Pozostali mają po 47 pkt.

Taka refleksja na koniec. Wiem, że brak ryb i zerowanie w kolejnej turze z rzędu, jest okropnie deprymujące. Powiem szczerze, że po rundzie na Rabie, to miałem chęć rzucić się do rzeki i pierwszy raz od – nie pamiętam kiedy – lekko zwątpiłem w sens całej, nie tylko zabawy w ligę, ale w ogóle w całe hobby z wędkami. Serio! Potem, gdy ciut ochłonąłem, to na spokojnie wziąłem pod uwagę trzy argumenty:

– zdarzają się dni, takie jak na Bagrach, gdzie to nie my, a łowisko dało kompletną plamę, a nie mam wątpliwości, że to świetna woda na spinningowy kwiecień i białoryb; ot – taki dzień i na to nikt, nic nie poradzi; trzeba wziąć pod uwagę iż startujemy w dniach które sami wyznaczamy i okrutnie często te dni są słabe lub wręcz FATALNE, niezależnie od tego co pływa w wodzie; czy ktoś z nas pojechałby na Skawę przy notorycznej ulewie jak w turze nr 6?….

– „kulawy” dobór łowisk – tu kłania się i brak doświadczenia, i uleganie ułudom pod wpływem pojedynczych sukcesów; po prostu część łowisk jest do bani albo w całości, albo w danej porze roku, dlatego, co już zamieściłem w poprzednim tekście – będziemy łączyć łowiska z miesiącami na „pewniaka” i dopiero z nich losować o ile do danego miesiąca przypiszemy świadomie więcej niż jedną wodę

– szczęście, los, fuks – jak zwał tak zwał  – trzeba je mieć i w wędkarskie ma ono milion razy większe znaczenie niż w piłce nożnej, hokeju, czy innych dyscyplinach, naprawdę sportowych

Tak więc ochłonąłem i łowię. Dwie tury temu byłem piąty. Jestem drugi. Do końca rozgrywek jeszcze trzy rundy. Spokojnie może się jeszcze bardzo wiele zmienić, może poza tym, iż z Maćkiem chyba tylko ja mam jeszcze realne szanse wygrać. Ale kwestia II i III miejsca są otwarte dla wszystkich. Nie można rezygnować! Podobnie nad wodą, gdy z nikim nie rywalizujemy. Analizowanie wszystkich czynników, błędów i cierpliwość.

4 myśli nt. „Liga spinningowo – muchowa. VII tura – Wisła

  1. Gratuluje Maćkowi piękny wynik … a było zostać dłużej niż do 20.00 może i na moim odcinku koło Dalanowa coś by się ruszyło. Choć raczej i tak nie celowałbym w smużaki :).

  2. Czekałem na opis tej rundy. Bardzo ciekawiły mnie wieczorne połowy, ponieważ sam dużo jeżdżę na ryby zwłaszcza późno po południu i po zmroku.
    Uważam , że wyniki zaliczyliście całkiem dobre . Niby rzeka poniżej Krakowa jest rybna , ale o branie wcale nie jest łatwo. Miejsc jest pełno ale trzeba beczkę soli zjeść żeby je poznać…
    Wydaję mi się że okres wakacyjny i zaraz po jest lepszy dla lżejszego łowienia. Ja postanowiłem sobie w tym roku że łowię tylko na duże przynęty i szczerze guzik złapałem w lipcu i sierpniu ( na suma się nie nastawiałem ).
    Będę kontynuował moja teorię do końca sezonu i dam Wam znać co z tego wyszło.
    Chrzanić to że nie zostaliście na letniej miejscówce. Przecież każdy z Was chciał tej nocy złowić sandacza. Przynajmniej spróbowaliście !

    • Mnie jest trochę łyso, bo jestem pewien, że niechcący pozbawiłem kolegów punktów. Sam miałem szczęście, bo złowiłem cokolwiek jeszcze w dzień…

  3. Mnie to przypomina wypady nocne, na sandacza, z osta dwóch lat. Kiedy na finiszu, na pusto, mówiłem koledze ” zlowie sobie jednego klenia, żeby nie zejsc o kiju,. I spadamy”.
    Fakt , że to były pojedyncze ryby, ale zawsze 40+.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *