Duże ryby…

Niestety nie moje, tylko moich kolegów. Podeprę się nimi z dwóch powodów. Pierwszy – czasem przy opisach naszej zabawy w ligę, wspominam, że jeden czy drugi uczestnik łowi duże ryby. Drugi powód, to fakt, iż niestety, pech jaki mnie prześladował nad wodą, był wręcz filmowy. Przykład pierwszy. Piątek po południu. Musiałem w pracy zostać dłużej. Norma w dzisiejszych czasach. Wypadłem z roboty jak z procy i po nieco ponad godzinie jestem nad wodą. Bez przynęt, kołowrotków. No zero. Wracam z mocnym postanowieniem, że na dziś wystarczy… Godzinę później idę najszybciej jak się da po dzikiej wiślanej burcie. Staram się nadrobić choć parę minut. Trach! Nie na kiju, nie na drucie, a na jakimś anemicznym badylku wyrywam w spodniobutach, tuż pod kolanem dziurę wielkości palca. Zaliczyłem grubo ponad 100km. Ciśnienie tak mi skoczyło, że myślałem, iż własnej głowy będę szukał w krzakach. Przykład drugi. Cały majdan załadowany, silnik, Czytaj więcej [...]