Jak na wiosnę przystało

W ostatni weekend w końcu przyszła wiosna. Ta prawdziwa i choć trochę w moich stronach sucha, to jednak pachnąca. W ciągu dnia, to już było lato. Ale ranki  nie były takie lekkie – sobota, 6.00 – zaledwie 3 stopnie na plusie.

Tym razem wybrałem wody prawie stojące, a to głównie z myślą o tym, że powinny już ruszyć jazie. Nie tak przypadkowo, pojedyncze sztuki, tylko już globalnie w letnim stylu.

Weekend nie był równy. Do południa w sobotę w moim łowisku ryby brały umiarkowanie dobrze, między 12.00 – 13.30 słabo, a potem do 18.00 była cisza. Temat odżył właśnie na te dwie ostatnie godziny. Niedziela, przynajmniej wieczorem była bardzo słaba, co mnie zaskoczyło, gdyż po wszystkich czynnikach rzekłbym, iż powinno być lepiej niż przed nocką dzień wcześniej.

Przynętami dnia były: wiróweczka a`la streamepps, 18mm wobek, oraz czeburaszka.

(fot. A.K.)

Początek, to była niezła podpucha. Licząc jeszcze na płocie [jak się okazało bezpodstawnie, bo już bardzo ciężko skusić je na spina], w ruch poszła duża „muchowa” larwa jętki. Drugi rzut i miękki, silny opór. Za uszami mam te 37cm Pawła, który w zeszłym tygodniu ustrzelił z taką łatwością. Nie mam tego wyniku, ale wzdręga też jest wyraźnie 30+.

(fot. A.K.)

Podochocony rzucam i rzucam i tak straciłem na tym stanowisku z godzinę, zanim dotarło do mnie, że przecież nie ma brań. Czy najlepszą tego ranka, to nie wiem. Zacząłem kombinować z przynętami, jednak tymi sprawdzonymi. No i dołożyłem jeszcze ze cztery stanowiska, które bardzo gruntownie obrzucałem. Poza małym szczupaczkiem – nic więcej.

Około 9.30 zobaczyłem daleko od brzegu, około 30-40m mikro spławy i jakby powierzchniowe żerowanie jakichś bardzo licznych i bardzo malutkich rybek. Upewniła mnie w tym rybitwa, która pozorując, lub realnie dokonując przerwanego ataku, wywołała jednak spore poruszenie na powierzchni. Zastanawiało mnie tylko to, że tak daleko od brzegu.

Jedyne czym byłem w stanie osiągnąć ten dystans był bardzo przeciążony jig od Szymona. Kilka przepuszczeń było pustych – inna sprawa, że tego nie dało się prowadzić powoli tuż nad dnem, ale w końcu znów niezły opór.  Kolejna niemała krasnopiórka. Jakbym się wstrzelił, tylko, że sporo brań spudłowanych, ale to raczej wynikało z za szybkiego prowadzenia. Sporo też pustych przepuszczeń.

Zmieniam więc na czerwony, sprawdzony wabik, też dość ciężki, ale nie aż tak.

(fot. A.K.)

Jest lepiej i gorzej zarazem: brania pewne, ale znacznie rzadsze, bo brakuje tych paru metrów.

I tu w zasadzie mógłbym skończyć, bo dzień byłby bardzo konwencjonalny, ale w końcu okoliczność zmusiła mnie do spróbowania czeburaszki. Akurat jedyny zestaw jaki miałem to główka 1,5g. Ale i tak leciało to wspaniale. Na haczyk założyłem mikro kopie dość znanych w ostatnim czasie przynęt. Oczywiście na wzdręgi – czerwień ponad wszystko.

Woda się otwarła choć ciągle trzeba było kombinować z głębokością prowadzenia wabika. Ryby z jakichś powodów przebywały z dala od brzegu, przy czym niezależnie, że łowisko miało 4-5m całkowitej głębokości, to miało się wrażenie, iż brania są raz z metr nad dnem, a innym razem w pół wody. I po zazwyczaj kilku rybach z rejonu dna, następowała cisza, którą przerywało prowadzenie gumki z półtora –dwa metry wyżej.

Serią doskonałą były trzy brania  pod rząd, dosłownie z jednego mniej więcej metra kwadratowego, każde bardzo pewne i kończące się holem świetnych już okazów krasnopiór.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

W którymś momencie miałem ewidentnie inną, znacznie większa rybę i prawie na bank nie podciętą, ale po niezłym odjeździe i nawrocie, wypięła się.

Koło 11.00 ruszył się wiaterek. Niestety wschodni lub pd.-wsch. Po krótkiej przerwie dołowiłem kilka jeszcze krasnopiórek i pierwszego jazika – 33cm.

(fot. A.K.)

Ta końcówka to był jakiś deser, bo reagowały wyłącznie na półgramowy mikrojig ze sztuczną ochotką. I dotyczyło to ryb w płytkiej zatoczce.

(fot. A.K.)

Potem przy brzegach nie znalazłem ryb, a daleko od lądu nic nie interesowało się przynętami. Żadnymi z tych, co miałem.

W sumie zaliczyłem około 60 pewnych brań z czego wyjąłem okonia, dwa szczupaczki, jazia i 25 wzdręg z czego koło 12-u, to ryby wyraźnie powyżej trzydziestu centymetrów. Choć kumpla nie dogoniłem z tymi trzydziestoma siedmioma centymetrami.

Zmieniłem odcinek łowiska na ciut bardziej nurtowy. Nadal ze ślimaczą wodą, ale jednak nawet na oko płynącą. Wiało nadal dość mocno, było po prostu gorąco. Lustro wody z rzadka i raczej nieśmiało marszczyły małe rybki: głównie uklejki i kloneczki. Niezbyt liczne. Jedynie cierniki masowo uwijały się  przy samych trawiastych brzegach.

Ponieważ roślinność ma postać zeszłorocznych szczątków, to tu, na płyciznach ryby mogą mnie oglądać choćby ze 100m. Rzucałem więc w głębszą wodę licząc, na jakiegoś wygłodniałego desperata. Z konieczności używałem zestawu na wzdręgi [krótki kijaszek do 5g, leciutki młynek, zamieniłem tylko szpulkę plecionki na żyłkę 0,12mm]. Dwie pierwsze godziny to była absolutna kiszka. Jazi ani nie widziałem, ani tym bardziej nie miałem ich brań. Trafiły się dwa małe klenie.  Pierwszy kontakt był koło 18.00. Ustał już wiatr, choć nie wiem, czy ten czynnik miał znaczenie. Ryba stała w letnim stylu pod nawisem zielska na może 20cm wody. Nie była duża – góra 40cm. Na wszelki wypadek zawsze jeden rzut oddawałem najdalej jak się dało wzdłuż brzegu, by idąc w dół wody nie spłoszyć czegoś.  No i wyskoczył prawie jak pstrąg. Wszystko było na tyle blisko, że mogłem zobaczyć – nawet nie otworzył pyska. Stuknął zdecydowanie i tyle. Potem już nie dał się sprowokować, choć nie widziałem by uciekł.

Cokolwiek zmieniło się na wyraźny plus, kilka minut później. Woda nie co ożyła, małe ryby zawzięcie ściągały coś z powierzchni, leniwie przesuwającego się lustra wody. W jakby przedłużeniu ujścia małego dopływu, miałem niemrawe skubnięcie. Ponawiam rzut. Coś potrąca wobek. W około 9-12 rzutach sytuacja się powtarza poza chyba jednym razem, gdy nic nie zakłóciło pracy przynęty. Zniecierpliwiony założyłem na agrafkę rodzimej produkcji streamepps’a. Dla odmiany jest czarny. Był w partii przynęt rewelacyjnych, o których wspominałem, a które bez wątpienia opiszę, bo jest nad czym cmokać i się zachwycać.

Jaź wziął w drugim podaniu, już dość blisko mnie, jakby każdy wcześniejszy rzut kusił go o metr w moją stronę. Śmiesznie się czuło kilową rybę na wzdręgowej witce, ale jaź, jak to jaź – nie jest szczególnym wyzwaniem w holu. Taki trochę mniejszy niż zazwyczaj udawało mi się złowić, ale nie grymaszę. Sezon ruszył.

(fot. A.K.)

Potem miałem dwa brania. Jedno podobnie niemrawe, a drugie… Jaziowa poezja i zarazem rutyna. Piękny garb spokojnie 50-o cm ryby, branie, kij się gnie, wyczekuję z zapartym tchem, a tu nagle jak nie targnie, kołowrotek oddał z 20cm żyłki i jaź się spiął 🙁  Jak one to robią – Nobla temu, kto to sfilmuje.

Już prawie o zmierzchu trafiam kolejne dwa klonki, ciut większe i jaziowego przedszkolaka.

Dzień później było słabiej. Już kolega nie miał ilości brań, jak ja poprzednio. Nie mniej ryby były, jak na łowienie super UL bardzo okazałe. Znów trafił krasnopiórkę 37cm.

(fot. P.K.)

Potem dołożył ładnego 35cm okonia – samicę pełną ikry.

(fot. P.K.)

Skusił też fajnego linka 30+, ale fotki nie dam, bo w tle znaki szczególne – wiecie o co idzie. Natomiast ryb i brań miał mało.

Mimo to wieczorem postanowiłem spróbować. Spłoszyłem cztery duże jazie, z czego trzy po wejściu na ich stanowiska przy brzegu. Tyle, że wcześniej moje wirówki, wobki czesały ich stanowiska po 10-20 razy. Ryby po prostu nie żerowały. Przynajmniej nie na takim pokarmie. Tylko jeden na dosłownie dwie sekundy poczuł rządzę i płynął za woblerkiem z 70cm, po czym garb wody zaczął opadać, a ryba stanęła i nie miała ochoty na dalszą zabawę.

Nie mniej wyszły już na płycizny i warto na jazie celowo się nastawiać.

2 myśli nt. „Jak na wiosnę przystało

  1. Kurde a ja chodzę, chodzę i kompletnie nic się nie dzieje.. Jedyny „sukces” miałem w niedzielę, gdy zlokalizowałem na Bagrach stado w miarę fajnych wzdręg, ale po dosłownie kilka rzutach miałem 2 niezacięte brania i 2 wyjęte, ok 25cm ryby. Były większe, ale wtedy stadko się spłoszyło i spłynęły gdzieś za trzciny, bez możliwości rzutu. Pokręciłem się jakiś czas w okolicy, ale już nie wróciły. Ogólnie kupa ludzi była, głośno, duży ruch – nie wychylały się z bezpiecznych kryjówek. A tak to Rudawa lipa, Prądnik lipa, a na jakimś bajorze – starorzeczu wisły podciąłem małego karaska…

    • Naprawdę warto odwiedzić wszelkie wiślane płytkie wolniaki, zatoki z trawą dochodzącą do wody. Byle nie wiało za mocno.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *