Wyjazd II – dzień III – Hollywood

Siedzę sobie na tarasie ciepło opatulony, sącząc powolutku wino. Spore modrzewie przestały już rzucać cień, a cykające świerszcze ogłaszają nadejście pełni nocy. Zapatrzony w ciemność przywołuję tamto uczucie – już nie brania, holu, nie zdjęć. Tylko tego co było potem, gdy klapnąłem  sobie w absolutnej ciszy na płyciźnie z czyściutkiego, białego piasku, otoczony kobiercem wodnych roślin. I tak z podkurczonymi nogami na ile pozwalają na to spodniobuty,  zapadłem się w czasie. Spokojnie rozważałem dziwną po pół godzinie spinningowania myśl – czy łowić dalej?  Miałem w sobie jakiś taki dawno nie odczuwalny rodzaj spokoju. Nie satysfakcji, nie poczucia wygranej, tylko spokoju. W sumie nie wiem jak długo tak sobie trwałem, ale jak na razie był to najfajniejszy moment w moim wędkarstwie od chyba trzech lat. Dla takich dni się żyje, gdy wszystko zaczyna się tak, jak w meczu z silnym rywalem o stawkę, a nasza drużyna w krótkim czasie prowadzi Czytaj więcej [...]

Wyjazd II – dzień II – Nowe wody

Planowana 4.00 rano jako czas pobudki, to pobożne życzenie. Mówię do Pawła czy śpimy jeszcze pół godziny – rzuca krótkie „dobrze” i zapada w sen. Nad wodą jesteśmy przed 6.00. Dzień jest pochmurny i senny. Zero wiatru – tak zresztą zostanie do wieczora. Z rana chłodno. Tylko 12 stopni. Po szybkiej naradzie idziemy na odcinek, gdzie byłem wczoraj. Wydaje nam się, iż tutaj będzie największa szansa na kontakt z czymś dużym.  To kawał wody i dzielimy go na pół. Paweł bierze leśny początek, a ja mniej więcej od połowy – łąkowy. W powietrzu wisi deszcz i niebo wygląda tak, że nie będzie to kapuśniaczek tylko porządna ulewa. Montuję kij i już wiem czemu wydawało mi się, że idąc do auta mam coś za bardzo puste ręce. Zapomniałem neoprenowych skarpet, których nie zostawiłem w aucie, by schły w możliwie optymalnych warunkach. Cóż, trzeba wracać. Około 7.30. Mam pierwsze branie, a łowię od godziny. Coś nieprawdopodobnego. Krótki Czytaj więcej [...]

Wyjazd II – dzień I – Obiecująco

Pojechałem bez większej napinki. Wiem już, że dwa lata temu  miałem po prostu niewiarygodne szczęście, gdy za każdym razem [trzy wypady] miałem szanse mierzyć się z okazowymi pstrągami, jeśli coś około pół metra lub więcej uznajemy za granicę, gdy o kropkowańcu mówimy „duży”. Wtedy spartaczyłem, nazbyt ufając sile sprzętu, mając równocześnie znikome doświadczenie w starciu z rybą poza tym, że dużą i bardzo silną, to nieprawdopodobnie szybką, biorąc pod uwagę niewielkie rozmiary rzeczek, gdzie na nie trafiłem. Skończyło się i tak chyba na niezłym wyniku – 46cm. Nie najkrótsza podróż skradła więcej czasu niż planowaliśmy, gdyż silne opady parę dni wcześniej spowodowały jakieś lokalne podtopienia dróg i podmycia małych mostów, zmuszając nas do dość długich i kłopotliwych objazdów w środku nocy. Nie mniej, nad wodą stanęliśmy planowo -  tuż po piątej. Dzień okazał się maratonem, jakiego nie miałem od chyba 15 Czytaj więcej [...]

Kropki przed oczami – cz.II

Dzień drugi – popołudnie. Jestem nad rzeczką nr 1. Znam ją najlepiej z tych czterech, które widziałem. Jest usypiające późne popołudnie. Tu jednak nie ma nic z duchoty, ani upalnego słońca. Woda zimna, a wokół łagodny cień mnóstwa drzew i większych krzewów. Zanosiło się na potężną burzę, bo w drodze, gdy przemieszczaliśmy się z pierwszej rzeczki, w tej około czterdziestominutowej jeździe [z małym przystankiem], na niebie pojawiły się wielkie szare bałwany i parę razy tak walnęło w asyście nagłych porywów wiatry, że … Ale na huku się skończyło. Wybieram odcinek no kill. Nie czuję tego jedynego w swoim rodzaju dreszczyku, gdy staję nad nową wodą, ale mimo iż nie byłem tu dwa lata, a spędziłem wcześniej zaledwie z pięć półdniówek, to prawie wszystko pamiętam. Oczywiście że są zmiany, ale niewielkie. Nie mniej rzeczka, szczególnie w półmroku zakrętów, wygląda tajemniczo z jej jak się zdaje gliniasto – popielatą wodą. Czytaj więcej [...]