Powolniaki

Bardzo lubię dwie opcje wędkarstwa: polowanie na ryby duże, gdzie mam dwa – trzy kontakty na wyprawę, ale bardzo realnym jest, że moje ścieżki przetną się ze sporym okazem danego gatunku; drugi wariant, to łowienie drobnych ryb, byle brania były liczne. No i jednak, żeby to nie był narybek. Ponieważ wariant drugi ostatnio mi się kompletnie nie sprawdził [dwukrotnie, na dwóch różnych wodach, gdzie taka zabawa jest w zasadzie pewna], pozostała opcja bardziej wymagająca, czyli ryby duże. Tyle, że w moim przypadku sprowadza się to na razie wyłącznie do jazi. Wprawdzie myślę, że w tym sezonie pochwalę się nie jednym przyzwoitym sandaczem, ale na to muszę jeszcze troszkę zaczekać. Owo nowe sandaczowe łowisko – mam nadzieję, że da też – jeśli nie większe, to choć troszkę liczniejsze bolenie, niż ma to miejsce powyżej Krakowa [sandacz jest pewniakiem, jak to, że podatki nie będą niższe 🙂 ].

Wspaniałe dzikie i niezmiernie trudne bagno szczupakowe, zostało w tajemniczy sposób spustoszone. Tak to przynajmniej wygląda. Niby jest jeszcze okoń, ale to na zbiornikach, których nie lubię odwiedzać latem, bo dziesiątki ludzi leżą jak foki; co więcej, niektórzy są agresywni, a ja mam swoje lata i już niechętnie lubię być przepytywany z boksu. Czyli okonie pójdą na późną jesień. Oczywiście mam zamiar popływać i to ostro w tym sezonie nie czekając na jesień, ale w moim wypadku gdy robię to na Wiśle – nie sposób mi do końca powiedzieć, gdzie i co będę próbował łowić. Kolega skompletował mega zestaw na sumy. Jak mu dobrze pójdzie, to pewnie go skopiuję…

Pozostają więc jazie. Żerują rewelacyjnie, szczególnie późnym popołudniem i wieczorem. Niezły też jest świt, tyle, że mamy z Pawłem wrażenie, iż to poranne żarcie ma jakby delikatniejszy przebieg i na bank trwa wyraźnie krócej niż kolacja. Kłopot jest w jednym: ten gatunek zdecydowanie przestawił się na „letni”,  praktycznie niespinningowy pokarm. Owszem – jaźki chętnie skubną świeży narybek, tyle, że ten tegoroczny, czyli iskierki po 10-15mm i cienkie jak nitka. Trochę trudne do podrobienia. Robimy więc wszystko by udawać owada, larwę itp. Byle możliwie małe.

Na ostatnich trzech – czterech wypadach miałem okazję dosłownie z metra – dwóch  [czyli mniej niż długość kija] obserwować, jak jazie biorą. Przy obecnym ich żerowaniu i mega zielsku na granicy wody i lądu, które już za góra dwa tygodnie kompletnie uniemożliwi łowienie, dają się podejść na bardzo krótki dystans. Wręcz niewiarygodnie blisko.  Często nie rzucam, tylko podstawiam przynętę. Pod przysłowiowy nos.

Jaziowy „nos” nie jest wybredny, za to bardzo ciekawski. Ma jednak dwie, może nie tyle wady, co trudności z punktu widzenia wędkarza.

Pierwsza to awersja na wszelki wyraźny ruch. Jeśli damy się zaskoczyć, czyli jaź zobaczy nas pierwszy z bardzo krótkiego dystansu podczas nawet łagodnego ruchu wędką – zawsze ucieka w panice. Tak przynajmniej wygląda to w moim przypadku. Gdy poruszam się powściągliwie, np. ruszam rękami zmieniając wabik, to ryby jakby przyglądają mi się zaciekawione, by potem zdecydowanie odpłynąć ale bez paniki. One często wracają w to samo miejsce. Bywa, że po kilku minutach, częściej po około kwadransie. Wędkarstwo generalnie jest dla ludzi cierpliwych, ale ta „odmiana” spinningu wymaga ogromnego samozaparcia. Tym bardziej, że sterczy się w błocku, pośród trzcin i trawsk mnie przerastających już o głowę i rojów wszelkich owadów. Jak wracam, to przez kilka minut ciszy w aucie, w głowie wciąż brzęczą mi komary.

Jaziola trzeba uprzedzić, czyli zobaczyć go zanim on zobaczy nas.

Tu pojawia się kłopot nr dwa – dla mnie znacznie trudniejszy. O ile że tak powiem – wyspecjalizowałem się w odczytywaniu subtelnych ruchów bardzo płytkiej wody i w zasadzie bardzo rzadko się mylę, czy dane drgnięcie powierzchni, to półmetrowy żarłok, czy ciernik, to nadal mam kłopot w doczekaniu się, by do mnie dopłyną. Powolność i nieprawdopodobna metodyczność z jaką jazie przeszukują okolice lądu, mogą wykończyć chyba każdego. Zazwyczaj dostrzegam takiego z odległości nie większej niż 10 – 15m. W zasadzie nie ma szans podejść bliżej w tych warunkach, bo zachowanie ciszy jest niemożliwe. Gadanie, że chodzi się jak kot, można sobie… Nie w tych okolicznościach. Więc się czeka, czeka i czeka. Tyle, że jednym rybom, zazwyczaj mniejszym, te kilka metrów dopłynięcia w zasięg rzutu [a ostatnio częściej wystawienia tylko kija z metrem żyłki] zajmuje pięć minut, a innym  piętnaście. I w zasadzie nie można się ruszać. Co gorsza, zdarza się, że obserwowany jaziol jest po długim czasie tuż, tuż, po czym zawraca, spływa w dół i znów rozpoczyna swoją wędrówkę w naszą stronę. Wszystko zaczyna się od nowa. Jazie w moim łowisku zazwyczaj żerując, płyną pod prąd. Rzadko trafia się złośliwiec, który poszukuje pokarmu, spływając w dół i za takim trzeba iść, choć większość tak zachowujących się sztuk nie udaje mi się podejść.

Zapytacie, ile takich okazji jeden na jednego, oko w oko mam podczas wypadu? O tej porze roku, jeśli jest fajna dla jazi aura [ciepło, bez jaskrawego słońca, bezwietrznie i przy niskim stanie rzeki i  ciśnienia], to przez zazwyczaj cztery godziny wędkowania, mam od trzech do nawet ośmiu szans. Bywa więc trochę monotonnie, ale częściej jest co robić, choć nie zawsze z ostatecznym sukcesem.

Jak kiedyś napisałem – testuję różne wabiki, które powinny być na jazia dobre. Duża część z nich jest predysponowana właśnie do takiej letniej pory, gdyż albo rzuca się tym tylko na kilka metrów, albo podaje maksymalnie na długość kija. Stąd w moim przynajmniej przypadku ponad 3m wędka. Tyle, że „fabrycznie”  przeznaczona do takiego łowienia, tego rodzaju ryb. A więc wygodna i poręczna. Najważniejsze, że pozwala bez lęku o hol, stosować żyłkę 0,10mm. Choć kolega zaczął łowić plecionką 0,06mm i takim samym kijem. Ja jestem sceptykiem, ale na razie trudno wyciągać ostateczne wnioski. W każdym razie przy łowieniu na tak mały dystans Paweł ma porównywalną ilość zacięć/spadów jak ja.

Oczywiście nadal próbuję podrzucać wabik na większy dystans, ale ma to coraz mniejszy sens. Trafienie centymetrowym wobkiem z powiedzmy 10m w kilkucentymetrowej szerokości szczelinę roślin wodnych, gdzie można i tak bez złapania zielska poprowadzić przynętę przez niecały metr, jest dla mnie bardzo trudne, szczególnie kijem o tak wielkiej bezwładności.

Podsyłam też wabik bardziej w kierunku otwartej wody, czyli tak do 10m od brzegu. Bardzo rzadko cokolwiek się dzieje. Ja już nie wiem, czy jazi nie ma w tych „szerokościach” nurtu, nie żerują tam, czy żerują na czymś kompletnie innym.

Na jednej z ostatnich, jeszcze majowych wycieczek, ciśnienie po rzucie w nurt podniósł mi klonek. Całkiem fajny jak na tę wodę. Ale daleko mu było, szczególnie wagą do tych jaziowych byczków.

(fot. A.K.)

Kilka razy, jego dużo mniejsi koledzy w ostatniej chwili sprzątali sprzed nosa upatrzonym jaziom woblerek.

Pozostało głównie wypatrywanie powolniaków, czekanie aż podpłyną i tylko stukanie kotwiczką o powierzchnię, już wcześniej wystawioną nad taflę wody wędką. Czyli łowienie „na głupka” jak mawiamy z kumplem.

Jedna z ryb podczas tej wyprawy zrobiła mnie totalnie w konia. Zobaczyliśmy się chyba równocześnie, ale że nie ruszałem się gwałtownie, to żarłok łypnął przez kilka sekund i nerwowo odpłyną. Lekko w skos pod prąd. Było prawie pewnym, że ryba powróci za trudne do sprecyzowania „zaraz”.  Ryba miała typowe dla tej wody 45+. Czekałem, czekałem i czekałem wypatrując cwaniaka jak znów będzie sobie obwąchiwał rośliny, płynąc pod prąd leniwego nurtu. Kij musiałem podać za siebie, bo stanowisko uniemożliwiało cofnięcie się, a potrzeba było może dwóch metrów z tych ponad trzech, które liczy mój jaziowy spinning na tę wodę. Pod szczytówką z 70cm żyłki z woblerkiem, który na wszelki wypadek robi mikro kółeczka na wodzie – staram się cały czas, by dotykał lustra wody, ale że tonie, to musi być kontrolowany.

Z usypiającego zagapienia się w trawska kilka metrów niżej, wyrwał mnie silny plusk i lekkie szarpnięcie kijem. Już tylko kątem oka widziałem, jak spanikowany jaź [chyba ten sam] ucieka, niewątpliwie ostatecznie w główny nurt. Pewności nie mam, ale jeśli była to ta sama ryba [wg mnie tak było], to wrócił na stanowisko, nie od dołu, jak zazwyczaj,  a spływając z nurtem. Prawdopodobnie wobek w momencie brania, którego w ogóle nie zauważyłem, uniósł mi się ciut nad wodę, bo ileż da się stać absolutnie jak posąg? I ryba chyba mocniej się napięła i jakoś tak wychynęła z wody, że cokolwiek musnęła kotwiczkę, prawdopodobnie lekko się kłując.  I tak przepadło z w sumie z pół godziny.

Któregoś tam spaślaka jednak oszukałem. Ryba podeszła pod szczytówkę, chwilkę tylko obserwowała burzącą powierzchnię kotwiczkę i dosłownie sam koniec wobka, po czym zdecydowanie zassała. Po pierwszym totalnym chaosie na krótkim dyszlu, jaź odszedł na parę metrów i się uspokoił. Mogłem cyknąć pierwsza fotkę.

(fot. A.K.)

Potem była druga fala szaleństwa.

(fot. A.K.)

Ostatecznie około  1,5kg misiek był mój.

(fot. A.K.)

To zassanie jazia jest zawsze, jak widzę takie samo: ryba wyciąga wargi jak pęsetę i dość zdecydowanie, aczkolwiek błyskawicznie zaciska je na potencjalnej ofierze. Mam wrażenie, że ryby same wbijają sobie maleńkie kotwiczki. Natomiast jakakolwiek „pomoc” z naszej strony, uniemożliwia im to.

Przy blisko dziesięciu w ostatnich dniach, takich spotkaniach na długość wędki, miałem okazję oglądać coś takiego z udziałem mikrojiga na końcu zestawu. Korzystając z doświadczeń znajomego muszkarza, zaserwowałem im haczyk ze sztuczną ochotką, pykając o lustro wody. Skuteczność takiej prowokacji niebywała, ale niestety odwrotnie proporcjonalna do skuteczności samego zacięcia. Tyle, że prawie we wszystkich wypadkach chciałem „pomóc”. Więcej o tych i innych mniej typowych niż woblery wabikach na jazie, napiszę zimą.

Ciekawe było to iż chyba pierwszy raz nie tyle połowiłem, bo wyjąłem tylko jednego, ale miałem kilka jeszcze kontaktów z dużymi jaziami przy centralnym dniu pełni, ale może dlatego, że warunki były idealne, a i ryby nie łowione konwencjonalnie.

(fot. A.K.)

Dniem odskoczni od takiego spinningowania była wyprawa nad jedną z podgórskich naszych rzek z Grzegorzem, którego już jakiś czas temu poznałem przez internet, a teraz miałem okazję połowić z Nim w realu.

Cała wyprawa była jedną wielką klapą, gdyż trafiliśmy na okropnie niesprzyjające warunki. Widać to było zresztą po wędkarzach, a raczej ich braku nad wodą.

Od znajomego miałem info o dużej wodzie i fajnych okoniach w starorzeczu. Ponieważ Grzesiek był zainteresowany takim właśnie lekkim łowieniem, jakie ja zazwyczaj praktykuje, uznałem, że jest super okazja. Tymczasem będąc blisko celu, przejeżdżając przez most, okazuje się, iż rzeka ma typowy stan, choć mokre obszary żwiru pokazują, że rzeczywiście woda była pokaźna.

To mnie nie zmartwiło, bo normalny stan pozwoliłby połowić na bank dużo okoni, małych kleni, a może i pięknych jelców i co by tam się jeszcze przydarzyło. Niestety, zanim zmontowaliśmy wędki, woda podniosła się o dobre…2 m. Czyli „jeżdżą” z wodą i cudów raczej nie ma co się spodziewać.

Choć zaświtała mi nadzieja. Szybko montuję cięższy kij i idziemy kilkaset metrów w górę rzeki. Przy takim stanie boleń jest tu bardzo prawdopodobny. Wszystko się zgadza: piękny warkocz, silny wsteczny prąd, piękne wirki i zaburzenia nurtu.

(fot. A.K.)

Oddałem jakieś 50 rzutów z których może w pięciu wobler miał czyste kotwiczki. Płynęło tyle wszelkich małych śmieci, że cała sprawa straciła sens. Poszliśmy na starorzecze.

Tu – „sajgon”. Krzaki i chaszcze w pełni rozkwitu, woda porozlewana gdzie popadnie. Jak zwykle przy tak zmieniających się warunkach, ryby zdezorientowane chyba nie mniej niż my.

Ostatecznie nie uciekłem przed jaziami, bo były to jedyne, a i tak niezbyt liczne ryby, które dawały się nabrać. Łowiłem głównie fioletowym robalem na główce 0,5g. A więc ekstremalnie lekko.

Pierwszym, który dał się skusić, był 30cm leszczyk.

(fot. A.K.)

Potem zaliczyłem jakieś mikro okonki i jazgarza plus klenik – osesek. Dopiero w zagłębieniu terenu o powierzchni 50m kwadratowych [wody jakiś metr], w zalanych pokrzywach i co tam tylko rosło, udało mi się wyjąc cztery jazie. Tyle że maluchy, bo największy miał może 35cm. Choć gdyby te ryby brały liczniej to byłoby ciekawie, bo łowisko trudne jak diabli, a nawet takie ryby na kijku – zapałce robią co chcą w pierwszych sekundach.

(fot. A.K.)

Niestety tylko w tym jednym rejonie jazie były skumulowane. Miałem jeszcze dwa spudłowane ataki. Rybki zresztą bardzo gwałtownie zasysały ten śmieszny wabik.

W desperacji próbujemy jednak jeszcze na rzece, w jednej ze sporych zatoczek. O dziwo, nic się tam nie schroniło. Zaliczyłem kilka skubnięć, wyjąłem typowej wielkości okonia.

Ostatecznie ratowaliśmy się kanałkiem, w którym było teraz aż 1,5m wody. Niestety i tu ryby strajkowały. Skończyło się na kilkunastu okoniach. Byłem, znając tę wodę kosmicznie wręcz rozczarowany, bo tu niezmiernie rzadko trafia się na takie niegościnne warunki, połączone z ewidentnym, niezmiernie słabym żerowaniem wszystkich gatunków. Był to chyba jednak właśnie taki niewędkarski czas, gdyż na dwóch, różnych zbiornikach nie połowiłem wzdręg. Zaliczyłem absolutne zero, a przy tych rybach to coś znaczy, bo praktycznie żerują ciągle w ciepłej porze roku. Przynajmniej te małe. A tu lipa była…

Powróciłem więc do jazi. Tych „na głupka”. Ostatnie, którymi się pochwalę [50 i 49cm], złowiłem w minioną niedzielę. Zerwałem się o 3.00. Potem modląc się by na drodze nie stanął mi jakiś jeleń czy dzik, gnałem nad wodę. Zacząłem tuż przed piątą. Łowiłem do 8.30. Potem nie widziałem sensu, bo nie widziałem jazi. Były jakby dwie tury żerowania. Pierwsza miej więcej do 6.30 – trochę bardziej energiczna i drugie śniadanie, zdecydowanie bardziej powściągliwe około 8.00. To drugie trwało może pół godziny.

Początkowo, mimo przyzwoitej grubości ubioru szczękałem zębami – tylko 9 stopni, czyli jak na czerwiec to zimno, nawet, jeśli mamy na myśli nocną porę. Gdy kończyłem, to prawie wypływałem ze spodniobutów [20 stopni w cieniu a z pięć  – siedem więcej w pełnym słońcu].

Okazji miałem z dziesięć z tym, że tylko dwie ryby udało mi się podejść. Miałem jeszcze jedno branie spod kija, podobnie jak dwa tygodnie temu, ale znów jaź podszedł mnie gdy prawie usnąłem w oczekiwaniu i ryba jedynym, znanym  sobie sposobem – złapała i  puściła. Prawie wpadłem do wody, tak mnie zaskoczyła.

Pierwszego udało się skusić konwencjonalnie. Żerował ciut dalej i w mniejszej plątaninie roślin wodnych. Rzuciłem mocno w nurt, doprowadziłem wobka tuż przed pierwsza linię zielska, wyszarpnąłem z wody, jakoś tak zręcznie, że wpadł w lukę gdzie żerował jaź i po przeciągnięciu wabika z pół metra nastąpił atak. Nawet fala nie poszła jak zwykle tylko zabujało kijem.

(fot. A.K.)

Kolejny, skusił się właśnie pod koniec drugiego etapu żerowania. Chyba mnie uznał za zagrożenie mimo kamiennej postawy, bo wyraźnie zaczął odpływać od brzegu. Nieznacznie kiwnąłem szczytówką i podrzuciłem mu wobek. Ryba jakby to zignorowała, ale żyłka przewiesiła się przez jakąś łodygę i wobler zawisł na chwilę w toni. Jaziol zwolnił, podpłynął i zassał. Walka z nim była z tych cięższych i tylko bezrozumność tego gatunku w temacie ucieczki pozwala łowić je tak cienko, bo każdy kleń 30+ zerwałby mi tę żyłeczkę w takich zaroślach.

(fot. A.K.)

Paweł łowi równocześnie ze mną tyle, że ze 3 km niżej. Trochę inny charakter wody – mam wrażenie, że mniej zarośnięta. U niego jazie jakby bardziej ochocze – ma pięć wyjść, choć nie wszystkie zakończone atakiem. Też wyjmuje rybę 45+.

(fot. P.K.)

Jazie są tuż po tarle, dlatego mimo ostrożności, żerują często i w sumie dość długo w skali doby. Za jakiś tydzień będą jeszcze trudniejsze, bo podpasą się trochę i znów będzie trzeba poczekać do drugiej połowy września, gdy obfita roślinność w wodzie nieco zmarnieje, a powolniaki nabiorą drapieżnego wigoru, czując zimę na tłustych karkach.

(fot. A.K.)

2 myśli nt. „Powolniaki

  1. Kolejny super tekst. Zauważyłem, że wszystkie Pana wyprawy mają miejsce w dzień (poranek,wieczór). Ma Pan jakieś doświadczenie z jaziami (lub klenio-jaziami) ale nocnymi? Próbował Pan tego na swoich rewirach? Ostatnio kilka nocnych jazi złowiłem i szukam jakichś prawidłowości.
    Do zobaczenia nad wodą!
    Mariusz

    • Nigdy nie próbowałem w środku nocy. Wielokrotnie po zmroku i przed świtem, ale gdy ewidentnie ciemno. Nie wiem czemu, ale w przypadku jazi – wyniki bardzo słabe. Klenie, owszem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *