Czy jeszcze łowię ryby?

Przed niektórymi tematami nie da się uciec. Po ostatnim tekście znów wpadło do mnie kilka maili. Fajnie, że parę osób odsunęło ode mnie obawy, że mam coś ze wzrokiem. Na co innego chciałem jednak zwrócić uwagę. W tych mailach sporo było na temat nie tyle zarybień, co samego sportu; zresztą w jednym wpisie też jest na ten temat parę słów. Z tzw. sportem w wędkarstwie to ja mam duży kłopot.

Zacznę od tego, że dla mnie wędkarstwo ma elementy sportu, przy równocześnie tak dużej ilości czynników niesportowych, że wg mnie nigdy sportem nie będzie. Może być co najwyżej rywalizacją. I mógłbym tu przytoczyć sporo wywodów różnej maści ludzi naprawdę utytułowanych [etyków, filozofów, teoretyków sportu], ale nie o to mi w tej chwili chodzi. Podam tylko jeden przykład: to nieszczęsne wpuszczanie ryb tuż przed zawodami. Z jednej strony to zrozumiałe, gdy panuje w danym cieku/zbiorniku rybna Sahara. Coś tam trzeba wpuścić, bo inaczej łowiących będzie więcej niż ryb. Z podobnych przyczyn sam ze znajomymi  przed pierwszym etapem zabawy, jaką z kolegami sobie zorganizowaliśmy, mamy sporo wątpliwości.  Wychodzi na to, że najsensowniej byłoby ustawić się w te kilkanaście osób przy tym jednym mostku, gdzie wpuszczono u nas trochę ryb i kto pierwszy ten lepszy. Przecież nie będziemy sobie punktować ryb 25cm, co zresztą ma miejsce na oficjalnych zawodach i to niemałej rangi, a większych ryb na Rudawie poza odcinkiem no kill praktycznie nie ma…

Ale teraz to „nasycanie” wody rybą przed zawodami, to trochę tak, jakby przed meczem odgórnie ustalić, że będzie np. – nie wiem – pięć karnych. Tak, nie mam wątpliwości, że wędkarstwo sportem nie jest. Rywalizacją może być. Oczywiście w PZW robi się dużo, by zawodów małych i większych było możliwie wiele, gdyż tzw. sport jest obecnie jedynym w miarę solidnym filarem podtrzymującym obecny kształt PZW, jako właśnie związku sportowego. Ta strona aktywności ma też tę zaletę dla działaczy, że nigdzie, obok zarybień, nie da się wpompować w sumie dowolnej ilości kasy, bez obaw, że czegoś się nie da wytłumaczyć. Z kosmicznymi kwotami na delegacje już tak nie da się zrobić. To znaczy da się, tylko ktoś może zapytać, jak to możliwe, że kilkanaście osób przejechało – wymyślam, aczkolwiek nie bezpodstawnie – dwieście tysięcy zł czy więcej w rok. Przy zawodach można wykazać tyle czynników pożerających kasę, że w zasadzie każda kwota przejdzie. I oczywiście bardzo nie podoba mi się fakt, iż w tzw. sport, bawi się mniej wędkarzy, niż jest tych, co przyznaje się do C&R. Czyli innymi słowy, mniej niż 8% bawi się za naszą kasę. Jest to niestety typowe dla naszego kraju, gdzie ogół jest zwyczajnie zmuszany płacić jakieś tam pieniądze, które realnie są wykorzystane przez małą grupkę. I nawet zakładając, że jest tak, jak w moim kole, gdzie i tak ilość „sportowców” przekracza średnią innych kół, to wychodzi z tego, iż za pieniądze 100% wędkarzy, bawi się nie więcej niż 15% [realnie w skali Polski to pewnie jakieś 5%]. A przynajmniej u mnie w Krzeszowicach  większość zawodów ludzie sami sobie finansują.

Nie mniej logicznym jest, iż powinno to zostać rozdzielone. Niestety, a może stety – bardzo szybko okazałoby się, iż po pierwsze – „zawodników” nie stać będzie na utrzymanie się przy swojej zabawie, bez dramatycznego podniesienia ich składek, bo przeciętny wędkarz zapytany co zrobić z jego składką, na pewno nie powie, by finansować kolegę, który ma żyłkę do rywalizacji; po drugie – działaczom odpadnie łatwe pole do wiadomo czego. Dlatego póki co, nie doczekamy się dwóch związków: realnie „sportowego” i dla przytłaczającej większości pozostałych.

Jak na początku napisałem – mam kłopot z tzw. sportem, szczególnie na szczeblu wyższym niż koło wędkarskie [tu na ogół wszystko jest klarowne], gdyż o ile absolutnie nie zgadzam się na finansowanie z moich pieniędzy zabawy, w której sam nie biorę udziału, to tzw. sportowcy mają jednak duży plus. Otóż w żadnej innej grupie wędkarzy nie ma jednak tak dużej świadomości o kwestiach takich jak zależności panujące w wodzie, zagrożenia, czyli to wszystko, co wiąże się z ekosystemem, biotopem. W konsekwencji tego, relatywnie najwięcej ludzi wypuszczających ryby jest właśnie wśród tych, którzy startują w zawodach. Najzwyczajniej – oni właśnie chcą mieć w miarę powtarzalną, stabilną sytuację w  wodzie, by taka rywalizacja miała w ogóle sens. Osobiście nie znam zawodnika [choć akurat znam ich niewielu], którzy wyjmując rybę mają na pierwszym planie patelnię, gdyż te osoby mają na ogół tę świadomość, iż nie stać naszych wód w obecnej sytuacji, na tego typu zachowania [siata, pała, patelnia] rozumiane jako norma, standard. A wiemy przecież, że zabieranie ryb u nas jest taką samą regułą, jak ich wypuszczanie w Anglii. No i stąd taka różnica w tym, co wodzie jest, albo nie. W naszych realiach 90% spotkań z rybami powinno się kończyć jak na poniższym zdjęciu. Nieważne jakiego gatunku była zdobycz i czy była mała, czy duża.

(fot. W.F.)

Dużo więcej osób było zainteresowanych nie dywagacjami na temat sportu, co tym, czy ja w ogóle jeszcze jeżdżę na ryby. No, jeżdżę i przez marzec byłem tylko trochę mniej razy niż zazwyczaj, bo przecież „darmowa” służba zdrowia działa tak, iż ktoś z dużym problemem sto razy umrze, zanim dożyje spotkania z medykiem. Na szczęście u nas tylko ryba nie bierze i wiele spraw da się przyśpieszyć. To taka ponura w sumie refleksja…

Ale na rybach oczywiście bywałem, choć z konieczności [musiałem być pod ręką] raczej blisko. Na pstrągach byłem tylko opisywany już ten jeden jedyny raz na otwarciu sezonu i sądząc po dziesiątkach sms-ów, czy maili – dobrze zrobiłem, bo szkoda się denerwować. Oczywiście można było „uderzyć” gdzieś poza nasz okręg i to niekoniecznie daleko, choć też nie zawsze musi to być Przemsza. Mój kumpel ma fajną dziką rzekę, fakt, że gdzieniegdzie zmasakrowaną przez regulatorów [ale może dzięki temu unikają jej miejscowi wędkarze] i praktycznie zawsze ma co najmniej kilka [trzy – cztery to ekstremalnie słabo] kontakty z dzikimi rybami miarowymi.

(fot. P.K.)

Przy czym relatywnie łatwo tam o te 35+ a i kilka 40+ miał na kiju, plus zerwana żyłka, choć tu akurat pewności nie ma, czy to był pstrąg. Ja na dniach mam zamiar iść w jego ślady, choć nie jest blisko, aczkolwiek też nie trzeba jechać pół dnia w jedną stronę.

Miłe jest to, iż wprawdzie sporadycznie, aczkolwiek coraz bardziej regularnie, szczególnie młodzi wędkarze, choć nie tylko, podsyłają mi takie obrazki.

(fot. D.D.)

Dlaczego głównie młodzi? Otóż odniosłem namacalny sukces, jeśli to tak można nazwać. Obecnie ilość osób w okręgu krakowskim jaka zainteresowała się najlżejszą formą spinningowego UL jest co najmniej pokaźna i są to głównie ludzie wyraźnie przed 30-ką. Na ostatnich wypadach spotkałem zawsze kilku takich ludzi, niektórzy rozpoznają mnie i przyznają, że spróbowali tak łowić pod wpływem moich tekstów. To miłe. Twierdzą, że wśród ich znajomych jest coraz więcej takich fascynatów. Oczywiście nie małe znaczenie ma też i to, że co można robić w styczniu, lutym, czy marcu nawet jak niezła aura? Szukać pstrąga widmo? Ludzie na szczęście nie jarają się przerzucaniem bez opamiętania dwudziestek, a i chętnie zrezygnowaliby z przerzucania 30-ek na rzecz większych, gdyby takowe były w ilości choćby dopuszczającej, a nie śladowej, czy wręcz legendarnej. W każdym razie na mikrojigi trafiają się fajne lipienie.

Ja dałem się namówić na spinningowanie w mocno zurbanizowanym otoczeniu. W moim przypadku rządziły płocie [tak do połowy marca], a potem już głównie wzdręgi. Świetne łowisko tych ryb wystawił mi Tomek – dzięki Ci! – który w tej samej wodzie, cierpliwie, bo wielu brań nie było, łowił bardzo przyzwoite okonie.

(fot. T.M.)

Przy okazji wyjaśniła się „zagadka” obfitości większych okazów białorybu w płytkich wodach, w bezpośredniej bliskości brzegów. Pogadałem ze spławikowcami i paroma osobami, które kiedyś uprawiały wędkarstwo podlodowe. I jest to podobno regułą, że w okresie, gdy powinien być ostatni lód, duże płocie i wzdręgi buszują w zasięgu ręki. Z chwilą wyraźnego ocieplenia odchodzą dalej od brzegów, być może idą na tarliska. W każdym razie zdjęcia ryb tych gatunków z tego tylko roku, bardzo wyraźnie przekraczających 30cm, dały mi dużo do myślenia. Co więcej z wiarygodnego źródła wiem o wzdręgach pod 40cm i myślę, że ustanowienie przez kogoś nowego, oficjalnego rekordu w tym gatunku jest kwestią czasu.

Ja pokrótce opiszę dwie sytuacje, gdyż na przełomie marca i kwietnia, przynajmniej w moich łowiskach zaszła w zachowaniu ryb duża zmiana.

W marcu łowiłem ryby raczej głęboko. Nie było ich już na płyciznach jak w lutym. To głęboko, to jakieś 3 -5m. Był to w zasięgu rzutu z brzegu dość stromy spad. Tak do połowy marca wzdręgi były przyłowem, a dominowały płotki.

(fot. A.K.)

Co ciekawe: gdy prowadziło się wabik od podstawy spadu, ku powierzchni, brań miałem mało, ale za to bardzo pewne. W ustawieniu odwrotnym [akurat tu było to możliwe] – sprowadzając jig w dół, w około pięć godzin bywało na pewno nie mniej niż ze 100 kontaktów. Zacinać udało się jednak tylko około 1/3 z nich. Łowiłem tu, szczególnie gdy wiało jigiem 1,5g. Lżejszy bardzo długo tonął, a silny wiatr powodował ciągłe dryfowanie wabika wysoko nad dnem. Cięższy jig eliminował też brania rybek jak palec. Od czasu do czasu poszczęściło się i wyjmowane ryby miały bardzo słuszną wielkość, jak na krasnopióry, choć nie było to częste.

(fot. A.K.)

Miałem też trzy spotkania z zębaczami. Za pierwszym razem, jakiś szczupaczy desperat i to nie z tych najmniejszych obciął mi przedostatniego jiga z tych najbardziej łownych. Te przynęty są tak niewielkie, że poza narybkiem szczupaków, bardzo, bardzo rzadko jakiś się nimi zainteresuje. Ale się zdarza. Drugi przypadek, to atak kilowca na holowaną wzdręgę. Przeciąganie linki trochę trwało i zbój wcale nie odpuścił, zrywając mi z haczyka swój obiad. Tym razem nie straciłem przynęty. Najbardziej mi szkoda przepięknego około 40cm okonia, który wprawił mnie w zdumienie, gdy po kilkudziesięciu braniach około 25cm krasnopiór nie byłem początkowo w stanie ryby nawet ruszyć, choć od razu wiedziałem, iż to nie zaczep.  Branie było blisko brzegu i tak mocne, że z 50cm napiętej plecionki momentalnie „klapnęło” na wodzie. Niestety maleńki haczyk wbity w sam koniec rybiej wargi nie utrzymał zdobyczy. Szkoda, bo o tej porze roku dużego okonia nigdy nie złowiłem.

Kwietniowe już podchody do wzdręg miały kompletnie inny klimat. Chyba większość ryb była blisko powierzchni i grzała się w słońcu. Niestety, mimo, iż te ryby rzadko kapryszą w te dni miały ochotę tylko na ciepło. Z dna brań nie było, a jeśli już to aktywne były ryby, które moim zdaniem są mieszańcami płoci z krąpiem, ewentualnie z leszczem.

(fot. A.K.)

Znów z konieczności stosowałem najmniejszy jig, ale z agrafką, by jednak rzucić tym ten metr dalej. Dwie larwy sztucznej ochotni należało dość szybko ściągać po powierzchni, by wyraźnie ją zaburzały, a gdy zauważyło się sunący w stronę przynęty garbik wody, gdy ten był już bardzo blisko – przestać zwijać, lekko [około 20cm] opuścić kij i po sekundzie zaciąć w ciemno. Ilość brań nie była w te pierwsze ciepłe dni jakoś oszałamiająca ale wyjęcie około 30 ryb w dwie godziny nie stanowiło kłopotu. Tyle, że okazów tu nie było; co więcej, gros wzdręg nie przekraczało 20cm.

No i jazie ruszyły się już na całego. Wprawdzie pojedyncze złowienia tych ryb  [całkiem pokaźnych lub wręcz bardzo dużych – do 55cm] wśród moich znajomych miały miejsce jeszcze w czasie kalendarzowej zimy, ale teraz żerują, wprawdzie krótko, ale już regularnie. Paweł podsyła mi już pierwsze foty. Wszystko z najbardziej leniwych odcinków  krakowskiej Wisły. Widać na rybach trudy chłodnej pory roku, aczkolwiek większość ma bardzo słuszną, około półmetrową długość. Warto próbować.

Na koniec jedna prośba.  Kiedyś, na początku marca był taki kiepski pogodowo dzień. W zasadzie nadawał się wyłącznie na pstrągi. Byłem jednak tak zniechęcony doniesieniami z naszych wód, że w ogóle nie pojechałem na ryby, tylko zaliczyłem dłuższą trasę nad jedną z większych rzek, po to, by nazbierać sobie fajnych korzeni do akwarium. Nawiasem mówiąc nie pamiętam, czy kiedykolwiek zrezygnowałem z ryb na rzecz innych zabaw [pomijam zajęcia zarobkowe] w wolny dzień. Mam takie miejsce, gdzie w zasadzie gotowe, wymagające tylko wygotowania drewno leży i czeka. Widać było, że jeszcze krótko przed moim przyjazdem płynęła wysoka woda, która gwałtownie opadła [jakieś 20km wyżej jest duża zapora]. Idąc w kierunku znajomego miejsca, minąłem w wymytej przez większą wodę rynnie dziesiątki martwych, jak mi się zdawało rybek. Korzenie zebrałem w pół godziny. Wracając tą samą trasą zauważyłem, iż jedna z rybek jeszcze się porusza. Zacząłem podnosić kamienie i okazało się, że są pod nimi dziesiątki sztuk. Wprawdzie nie było tam kropli wody, jednak wilgotny piasek jakoś pozwolił niektórym osobnikom przeżyć. No i zakwitłem tam na ponad godzinę. Zebrałem kilkadziesiąt rybek kilku gatunków. Najwięcej było uklejek i te w większości albo były martwe, albo na wpółżywe i raczej już nie wróciły do równowagi, podobnie jak mniej liczne malutkie jelce i płoteczki. Drugie co do liczby były brzanki – góralki; te dla odmiany były w bardzo przyzwoitej kondycji – większość przeżyła, pewnie dlatego że najskuteczniej wbijały się pod kamienie. Oprócz nich było co najmniej kilka [chyba] maleńkich jazi, jeden boleń, przepięknie ubarwiona duża strzebla potokowa… Jeśli coś takiego znajdziecie – poświęćcie choć kilkanaście minut. W takich okolicznościach w naszych, polskich realiach giną zapewne tysiące ryb w tym bardzo pożądanych przez nas gatunków. Ja jakoś obojętnie nie jestem w stanie takiego miejsca zostawić…

(fot. A.K.)

W następnym tekście szczupakowy falstart, ale te ryby powariowały i łowiąc na 1,5cm jigi zmuszony byłem zakładać stalkę. A nie były to maluchy. No i zaliczyłem kilkadziesiąt krasnopiór w tym z dwanaście sztuk po 30cm lub ciut większe.

4 myśli nt. „Czy jeszcze łowię ryby?

  1. Znowu z przyjemnością czytam kolejny Twój tekst, ale tym razem muszę się odnieść w końcu do metody „mikrojiga”. Podziwiam Twoje umiejętności i niezłe wyniki tylko osobiście mam wrażenie iż jest to wszystko takie wędkarstwo „zamiast” . Zamiast normalnego spinningu na slusznej wielkości rybie. Powiedz tak szczerze – gdyby wody były pełne sporego drapieżnika i wszelakiej innej ryby słusznych rozmiarów miałbyś ochotę łowić te płoteczki;)? A i zainteresowanie innych wedkarzy tą metodą oscylowało by nie w procentach a w promilach ogółu moczykijów. Gdyby w Rudawie pływały pstrągi od 45cm w górę a obok nich trocie, czy (tu już całkiem odlecę) łososie to chciałoby by ci się mrozić jajka w jakimś bajorku z okonkami wielkości paznokcia zamiast przemierzać brzegi rzeki w pościgu za salmonidem? Gdyby w Wiśle sandacze, szczupaki i sumy były tak pospolite jak ukleje czy leszczyki to szukał byś kleników w zapomnianych starorzeczach? Tak niestety zaczyna wyglądać rzeczywistość wędkarska w naszym kraju. Jak się nie ma co się lubi… to się kombinuje by łowić cokolwiek. Strach jednak pomyśleć co będzie jak metodę mikrojiga opanuje coraz szersza rzesza wędkarzy i to nie koniecznie mająca czysto hobbystyczne podejście do wędkarstwa. No chyba, że jest jeszcze metoda nanojiga, którą dopiero opracowujesz w tajemnicy bo zwyczajnie umiesz realnie patrzeć w przyszłość. Jak tak dalej pójdzie i w PZW nie nastąpi zmiana pokoleń i to od razu z dziadka na wnuczka z pominięciem syna to pozostanie nam łowić gupiki w akwariach na rzeczonego nanojiga. To taka dygresja z mojej strony nie mająca na celu krytyki autora tekstu, którego bardzo cenię ale spojrzenia przez pryzmat właśnie takiej metody połowu na ogólny stan organizacji wędkarstwa i co jest absolutnie tego pochodną rybności wód w Polsce.

    • Tak jednym zdaniem odpowiem w ten sposób: na pewno w chłodnej porze roku nie chciałoby mi się łazić za tak w sumie niewielkimi rybami. Co więcej – jak w ostatnią niedzielę – nie miałem brania. To był dzień ewidentnie na pstrągi, gdyby było ich więcej. Ja nie jestem człowiekiem nastawionym na to, że od razu 50-ki i to trzy na wypadzie. Ale biorąc pod uwagę możliwości naszych wód normą powinien być kontakt z 40-ką plus co najmniej 2-3 szt. 30+. To chyba nie za wiele?
      Natomiast gdy jest ciepło nie byłbym w stanie nie zaliczyć choć paru godzin z delikatnym zestawem i wzdręgami. Warto zwrócić uwagę, że obecnie np w USA czy Australii taki typ łowienia przeżywa prawdziwy rozkwit, ale w dwóch opcjach:
      1. łowienia na bardzo delikatne zestawy i maleńkie wabiki relatywnie małych gatunków lub żerujących na drobnym pokarmie
      2. łowienie na finezyjne, ale silne zestawy [plecionki] i malutkie przynęty typowych drapieżników w czasie gdy np. nie reagują na większe wabiki
      Sam zresztą przypadkiem, dwa dni temu na niesamowicie lekki zestaw wyjąłem 7 szczupaków [50 – 60cm] przy łowieniu wzdręg tylko dlatego, że z zimowego przyzwyczajenia nie zrezygnowałem z plecionki 0,04mm. Szczęśliwie żaden nie przegryzł linki. Ale bardzo spokojne hole, nie licząc pierwszego – trwały po 5-10min. Gdybym jak zwykle miał żyłkę 0,10mm – raczej nie miałbym szans.

  2. A tak szczerze co powodowało Tobą aby tak poważnie zająć się ultralekkim spinningiem? Brak dużych ryb, chęć popróbowania czegoś nowego czy chęć złowienia czegokolwiek na spinning? Jak mówi przysłowie „Potrzeba matką wynalazku”. Czy to determinowało Twoje eksperymenty wędkarskie? 😉

    • Trzy główne powody to:
      – faktycznie coraz mniej dużych ryb
      – łatwiejsze oszukiwanie pstrągów
      – podobają mi się i fascynują wszystkie inne ryby [liny, karasie, płocie, jelce itd.], które na normalny spinning ciężko łowić w powtarzalny sposób

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *