Trzy energetyczne godziny

Biorą! Jasne, że nie pstrągi. Jak mają brać, jak ich nie ma? Tam gdzie są, to coś się dzieje. Nie mniej –  można się pocieszyć. W ogóle to ogłaszam koniec zimy. Może będą jeszcze jakieś jej podrygi ale i mam nadzieję, i wszystko na to wskazuje – wiosna tuż, tuż. Natura wprawdzie nie jest nieomylna i czasem da się podpuścić, ale na ogół wie co się dzieje. Ja już z dwa tygodnie temu zastanawiałem się, czy małe drzewko [ma tak na razie z 1,7m], które wyłoniło mi się wśród modrzewi dopiero jak te straciły igły na zimę – czy owo drzewko zwariowało, bo ewidentnie powolutku puszcza pąki. Nie mając pewności, czy nie rośnie na jakiejś cieplnej rurze, tak się tylko łudziłem, ale w ostatnią niedzielę zastałem taki widok.

(fot. A.K.)

Nie gdzieś na osiedlu, przy ścianie bloku gdzie zawsze cieplej, czy właśnie na jakiejś rurze z ciepłą wodą, tylko dzikie kamienisko, daleko poza miastem. I poza tą gromadką na fotce, było sporo pojedynczych kwiatków.

Pamiętacie może bagienne łowisko wzdręg, gdzie te rybki żerowały nieźle jeszcze w listopadzie, a  nawet w grudniu? Zamiast się dręczyć jednym czy dwoma braniami pstrąga na Rudawie przez kilka godzin, postanowiłem sprawdzić, czy czasami… A jak nie to wracam do domu i tyle.

Dodatkową motywacją było sprawdzenie w praktyce mojej Montany po remoncie, bo właśnie wróciła z Bielska.

Pogoda była fantastyczna jak na luty. To znaczy rano u mnie nie było ciepło – ledwie dwa stopnie i zachmurzenie, ale koło 9.30 niebo dosłownie eksplodowało i zrobiło się na maksa słonecznie. Temperatura realna momentalnie wzniosła się na poziom ośmiu stopni, choć w słońcu było pewnie z piętnaście. Panowała praktycznie bezwietrzna aura z rzadkimi, anemicznymi podmuchami z pd. – zach. Ciśnienie było tylko z tych ekstremalnie niskich, bo zaledwie 962hPa.

Nad wodą byłem tuż przed południem. Korzystając z tego, że szkoda marznąć za pstrągami w moich stronach, poświęciłem trochę czasu i zmontowałem jigi, możliwie najlżejsze jakie potrafiłem. Mając próbkę brań rybek z bardzo już późnej jesieni, założyłem, że o ile w ogóle będą w łowisku, to nie mam co liczyć na typowe pobicia.

Mój zestaw składał się  kijka do 6g, plecionki Varivas 0,04mm [w zasadzie jej resztek, ale to naprawdę dobry produkt, tyle, że nie tani] – linka nawinięta na maleńki kołowrotek Quantum. Najważniejszą częścią zestawu był jednak jig: delikatny, muchowy, bezzadziorowy haczyk nr 12 z główką – tu już mam kłopot, ale nie więcej niż 1/8g. Śmiem twierdzić, iż gramatura tego cuda to zaledwie jakieś 0,1g. Na to założone dwie sztuczne ochotki w jednym kawałku. Jedna cała nanizana na haczyk, a druga stanowiąca jakby jej przedłużenie, wystająca niecały centymetr poza łuk  kolankowy. Pisze o tym, bo inne sposoby założenia syntetycznej ochotki przynosiły mi puste brania, ale częściej ich brak. Wyjątkowo nie zastosowałem żadnej agrafki, chcąc możliwie odciążyć sam wabik. Podobnież brak zadziora daje większe szanse na zacięcie nieprawdopodobnie delikatnych skubnięć.

Całość przetestowałem w warunkach domowych. Spokojnie rzucałem tym po 3-4m. Okazało się iż w terenie, gdy pozwoliłem sobie na większy wymach, bez kłopotu osiągałem 5-7m [bez wiatru w plecy]. To najlżejszy zestaw jakim do tej pory łowiłem i chyba lżejszego, typowego do zarzucania, [a nie np. spławiania] chyba nie da się zastosować w spinningu. Ja w każdym razie niżej już raczej nie zejdę, bo bym sobie nie poradził.

Oczywiście nad wodą nie było nikogo. Labirynt korytarzy w trzcinach i zatoczek, po tych dwóch miesiącach nawet takiej niby – zimy, sprawiał wrażenie większych niż ostatnio. Po prostu wszystkie trzciny pousychały, pokruszyły się i połamały. Jeszcze tydzień wcześniej zakładałem się z kumplem, iż połowię; on twierdził, że nie ma szans. Wtedy by wygrał ale ze względów technicznych – w nocy był wyraźny przymrozek i cały dzień utrzymywała się cieniutka lodowa błonka, która stopiła się dopiero późnym popołudniem.

Teraz takiej przeszkody nie było. Okazało się iż po ostatnich deszczykach poziom wody podniósł się wyraźnie o jakieś 10cm. Efektem tego głębokość łowiska wahała się w zależności od miejsca od 0,5 do 0,9m mało przejrzystej wody [ widoczność do 20cm]. Do tego trzeba doliczyć 10 – 15cm mułu w którym się osiadało. W każdym razie spodniobuty przydały się.

Nauką ostatniej tu, grudniowej wizyty, nie wchodzę do wody w jednym z trzech możliwych miejsc, tylko wykonuję z brzegu  pierwszy rzut w wąską przestrzeń między trzcinami. W miejscu, gdzie wąskie gardło trzcinowych ścian rozchyla się w większą przestrzeń, na wodzie robi się maleńkie, bezgłośne „plum” po upadku przynęty. Unoszę kijek. Plecionka wyraźnie się napina. Jeszcze ciut podciągam i zielona fluo nitka minimalnie przesuwa się po powierzchni. Przytrzymanie, więc prostuję wędeczkę łagodnym ruchem, a w odpowiedzi mam dość zdecydowany opór.

Wyjmuję płoć. Taką z 23cm. Pierwsza nawet przypomina swój gatunek,ale następne są okropnie chude, bardziej przypominające jelca gdyby nie inna mordka i czerwona tęczówka oka.  Jeszcze jedna wygląda jakby miała tendencje do welonowatych płetw – po prostu zima ją odchudziła do tego stopnia, że płetwy,szczególnie ogonowa są jakby za duże.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Popełniłem błąd, gdyż po około 4-5 kolejnych podaniach przynęty i braku brań, wszedłem powoli do wody. Błąd polegał na tym, iż wszystkie ryby, niezależnie od gatunku brały tuż przy samych trzcinach. Dobrze było nawet wrzucić w ich pas przynętę i jeśli, [co było trudne do uzyskania] nie było zaczepu, to atak był pewny. W każdym razie ryby sprawiały wrażenie, że siedzą w tym gąszczu zeschłych łodyg i wystają im tylko głowy.

W ogóle zastanawia mnie jedna rzecz: czy te ryby, to część populacji tego zbiornika, która upodobała sobie bajorowaty system zatoczek, korytarzy w zielsku i oczek wodnych i żyje tu cały rok [tu kwestią jest, co te ryby robią, jak są duże mrozy,  a takowe były przez parę dni i tafla lodu sięgała 15cm – wody miejscami zostało może 30cm], czy uciekają na głęboką wodę, którą mają w zasięgu dwudziestu paru metrów przy dłuższym czasie mrozu, a wracają, gdy tylko lód zniknie? Być może ten las trzcin sprzyja wymianie gazowej i mimo płytkiej wody źle tu nie jest nawet pod lodem?

Tak więc, zamiast rzucić jeszcze kilka razy, to zapewne przepłoszyłem te ryby, co były w tym miejscu. Kolejne podania wabika na otwartą przestrzeń oczka wody nie przyniosły nawet dotknięcia. Już, już myślałem, że jak zwykle pierwsze szybkie branie to podpucha, gdyby nie mniej udany rzut pod same trzciny. Natychmiastowy atak, jeszcze w toni i niewielka ale pierwsza tego roku krasnopiórka zaliczona.

(fot. A.K.)

Kontakt z rybami miał dwie formy. Albo przy niemrawym przesuwaniu przynęty po mule, linka lekko się napinała – ryba zasysała wabik, albo gdy nieruchomo tkwiłem z ochotką w jednym miejscu, plecionka powolutku przesuwała się w prawo lub w lewo, chyba wtedy,  gdy okaz był ciut większy- ryba odwracała się już z przynętą w pysku.

Tak było przykładowo przy rybie dnia. Doszedłem do kolejnego zwężenia przechodzącego w wąski korytarz. Przy lekkim podmuchu w plecy okruszek poleciał ze dwa metry dalej niż zwykle. Napiąłem plecionkę ale tak by o ile się da nie przemieszczać przynęty. Po kilku dłuższych sekundach plecionka najpierw się ciut zluzowała, a potem znów napięła i zaczęła obracać w kierunku trzcinowej ściany, jakby ryba miała zamiar w nią wpłynąć. Łagodne uniesienie kija i…zaczyna się niezła jazda.  Jestem pewien, że mam leszcza. Coś błyska szeroko i w porównaniu z płotkami zawzięcie próbuje wbić się w rośliny. Kijek gnie się praktycznie na całej długości. No cudnie. Kilkanaście sekund i wszystko jasne.

(fot. A.K.)

Nawiasem mówiąc, kij po renowacji pracuje identycznie niż wcześniej [mam zdjęcia z ugięciem pod 15dkg  obciążeniem przed złamaniem]. Nie wiem jak oni to robią – nie jestem w stanie obecnie powiedzieć, czy to, co mam to wklejka [wcześniej była to pusta końcówka] – w każdym razie warto podsyłać uszkodzone wędki do Robinsona w Bielsku.

Wracając do wzdręg – szkoda, że tylko tę jedną tak okazałą udało mi się wyjąć. Miałem jeszcze branie krasnopióry co najmniej tej samej wielkości, ale w letnim stylu przecięła wolną przestrzeń tuż pod powierzchnią tak, że do połowy cały czas wystawała, po czym rozpędzona, autentycznie wskoczyła na trzciny i się spięła…

(fot. A.K.)

Nie mniej po to tu przyjechałem.

Dlaczego warto było „męczyć „ dłużej jedno miejsce? Otóż trafiłem tu pierwszy raz, a od chyba czterech lat na dużą  aktywność płoci w ogóle, a one nie mają tego paskudnego zwyczaju pociągania do ucieczki wszystkich koleżanek, gdy  jakąś się wypuści. Dlatego po każdej płotce, miałem w około kilku minutowych odstępach jeszcze dwa – cztery brania kolejnych.

Finalnie w niespełna trzy godziny zaliczyłem nie mniej niż trzydzieści pewnych brań. Wyjąłem szesnaście płotek [te większe, które z ciekawości mierzyłem miały od 25 do 27cm], pięć wzdręg i jednego krąpia.

(fot. A.K.)

(fot. A.K.)

Była też leszczowa podcinka. Miałem również dwie większe ryby na kiju, raczej po braniach, ale natychmiast się wypięły i nie zdziwiłbym się, gdyby to były duże karasie, liny, czy nawet mniejsze karpie.

Podsumowując – takie spędzanie czasu ma dla mnie jednak sto razy większy sens, niż tropienie pstrąga  – widmo, a jak się jakiś trafi to super jeśli ma miarę…

(fot. A.K.)

Jeszcze raz przypominam chętnym, by podesłali swoje statystyki pstrągowe z zeszłego sezonu. Na razie nie ma tego za wiele, choć zdziwili mnie ludzie z muchówkami, bo dostałem aż dwanaście takich zestawień od muszkarzy.

Na koniec powiem, iż jak się okazało, mój poprzedni wpis nie był skowytem frustrata, tylko krakowskie PZW będzie miało kolejnego konkurenta, niestety wiele się nie różniącego od tego, co już mamy. I być może na tym się nie skończy. Ale o tym w następnym tekście.

2 myśli nt. „Trzy energetyczne godziny

  1. Zarówno podziwiam ,jak nie do konca rozumiem Twoją pasję do łowienia bialorybu na spin w wydaniu XUL. W jakimś tam przybliżeniu korespondujemy wiekiem, a mimo to czasem czuję się jak dziadek osiadly w poprzedniej epoce spinningu – i wcale nie jest to złe, raczej humorystyczne. Ba, znam faktycznych dziadków (sensu stricte, posiadających wnuki w wieku 60+) , łowiących bardziej nowocześnie ode mnie.
    Zarazem stosujesz szeroko jakże tradycyjną wachadłówke, czego już szczerze zazdroszczę, bo mam świadomość niesamowitej uniwersalności tej przynęty, a moje umiejętności niestety kończą się na szczupakach. Mimo że umiem „sklepać” blachę lepszą niz sklepowa, to z jej animacją mam zdecydowane problemy.
    Co do konkurencji dla PZW – i czekam z nadzieją, i z obawą. Bo elitarny klubik, który odbierze PZW Szreniawę, Rudawę i Dlubnie, zarządzi opłatę 1200 rocznie i wprowadzi drakońskie ograniczenia – mnie nie ucieszy. Z prostych, ekonomicznych względów. Z drugiej strony, każda konkurencja jest zdrowa i wskazana, i może, choć mało prawdopodobnie, zmusi PZW do jakiś działań szerszych niz obecne. Był KTWS, i po paru latach działalności znikł. Czy wpłynął jakoś na politykę PZW? Nieszczególnie.
    Powstanie MZW, czyli konkurecji w branży karpiowego mięsa , juz jakoś poruszyło okręgiem, jakkolwiek też bez rewolucji. To daje obraz mentalności władz okręgu. Nawet systematyczna utrata kolejnych zbiorników nie zmienia wiele, bo na „górze” wiedzą doskonale jak wygląda portfel przeciętnego wędkarza i nieubłagana ekonomia zmusza 90% do jednego wyboru. W moim wypadku poza ekonomią dochodzi czynnik nudy – nie wyobrażam sobie sezonu spędzonego na 2-3 rzekach, bez nowych odkryć, wrażeń, wędrówek, podróży. A stowarzyszenia pasjonatów nie ogarniaja nigdy więcej niż 2 rzeczki. Dla niezrzeszonych dniówki PZW są drogie i cała zabawa zaczyna szarpać budzet ponad możliwości przeciętnej rodziny.
    Moim osobistym pechem jest fakt, że poglądami i postawą nie identyfikuję się ani z oficjalną linią PZW, ani w pełni z „mlodymi wilkami” spod znaku nokill, choć zdecydowanie blizej mi do drugiej opcji. Choć najlepiej identyfikuję się z „starą gwardią” pstrągarzy, prekursorami C&R, z osobami bez ortodoksji ale zarazem wypuszczającymi 90% ryb.

  2. Co do białorybu – chyba rzeczywistość mnie trochę zmusza.Gdyby było sensownie z pstrągiem, to pewnie za nim bym łaził. Ale samo łowienie tak delikatnie nawet małych rybek szczerze mnie cieszy,pewnie dlatego, że łatwe nie jest.
    Co do dalszej części – ja w ciemno kupiłbym podejście jak napisałeś starej gwardii, gdyby było powszechne, ale ludzie nawet tak nieortodoksyjni są niestety znaczną mniejszością. Moje obawy co do konkurencji wobec PZW są podobne do Twoich. W każdym razie moje propozycje są traktowane z pewną nieufnością. Szerzej o całej sprawie już wkrótce.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *