Woblery Izumi – pierwsze wrażenia nad wodą.

Poniżej nieco szersze wrażenia z łowienia kolejnymi przynętami Izumi.

Malicious. [Czepliwy, jak diabli.]

Mam z nim pewien kłopot. Posiadam jego mniejszy rozmiar – 28mm ale nie mam pojęcia ile mój waży. W necie znalazłem aż pięć różnych gramatur [2,5 – 6g]. Mój, jak na tak niewielki wabik, jest kosmicznie ciężki. Wg mnie trochę przeciążony. W opcji, w jakiej go mam, przynętę z czystym sumieniem polecę każdemu, kto lubi łowić klenie i ewentualnie jazie, ale irytuje go spinningowanie przesadnie lekkim sprzętem. Ten „maluszek” świetnie się sprawdzi na kiju do 20g – 25g z żyłką 0,16 – 0,20mm. Zapewniam, że nawet na takich linkach można nim pierdyknąć naprawdę daleko. Leci jak kamień. Generalnie, jak na razie wabiki Izumi zaskakują mnie in plus lotnością, ale Malicious jest tu, przy swoich gabarytach nie do pobicia. To najdalej latający woblerek  tego typu z seryjnej produkcji jaki mam w kolekcji, a mam takich koło setki.  Mój egzemplarz ma jednak dość wąskie zastosowanie: mianowicie nadaje się fenomenalnie do obławiania  wielkich [długich] przelewów, na naprawdę dużej rzece, albo podniesionej wodzie.

(fot. A.K.)

Wobler mimo kształtu jaki ma, nie pracuje w sposób typowy dla „bąków”. Wychylenia przynęty są szybkie, ale subtelne – nie ma się odczucia zawiązania na końcu linki małego silniczka, jak przy podobnych wabikach. Dlatego można go stosować ze znacznie lżejszymi kijkami, niż podałem wcześniej. Niestety, przy wadze, jaką ma mój model, potrzeba albo grubej wody z silnym uciągiem, albo, jeśli mamy płytki przelew, to woda musi naprawdę zapierniczać, inaczej łatwo o zaczep. Wobler bardzo szybko tonie.

Nie ma co sobie utrudniać nim życia i raczej z prądem łowić się nim nie da. Natomiast do spinningowania w poprzek nurtu [wachlarzem], lub pod prąd, jest świetny. Jeszcze raz napiszę – jeśli mamy ostry nurt i/albo głęboko.

Ja wybrałem sobie kolory zbliżone do naturalnych. Przynęta w zależności od kąta patrzenia ma boki niebieskie, albo lekko fioletowe, przy białym brzuchu i czarnym grzbiecie.

(fot. A.K.)

Paradoksalnie, nie mam jak na razie żadnych zdjęć kleni złowionych na ten wabik, ale wynika to właśnie z tego, co napisałem wcześniej: nie mam  w aktualnie panujących warunkach miejscówek, gdzie mógłbym go zastosować , bez robienia czegoś na siłę, a nie zwykłem łowić ryb na wabik X i prezentować ich na zdjęciach z wabikiem Y. Łowię, jak jest. Zero ściemy. Próbowałem, ale nurt na ten wabik był za słaby.

(fot. A.K.)

Mam wrażenie, iż będzie moją tajną bronią na jaziowe, pontonowe łowisko nr 2, gdzie jest właśnie spokojny ale wyraźny uciąg i 2m wody. I często jaziole siedzą tam przy dnie i nijak nie idzie podać im małych, typowo powierzchniowych przynęt, a gumki ignorują. Na pewno wrócę do tego, jak w końcu wypłynę, ale o powodzie mojego powściągliwego w tym roku wędkowania z pontonu napiszę innym razem i nie tylko łażenie koło pstrągowej rzeczki na tym zaważyło.

A, przy okazji – pstrągi. Jak jeszcze było na czym [przed zatruciem], zrobiłem szybkie testy tego woblerka.  Znów się powtórzę: na ostry i ciut głębszy nurt z grubszym sprzętem – fajny. Oczywiście łowiąc pod prąd. Nieźle penetruje doły. Wystarczy zaprzestać zwijania linki i leci do dna jak kamień, co akurat przy małej powierzchni pstrągowych dziupli może być atutem. Pstrągi reagują na niego bardzo dobrze. Nie zamieszczam fotek maluchów, bo te skaczą do prawie każdej małej przynęty. Miarowe też dają się skusić.

Wszystkie swimbaity i woblery Izumi, jakie mi przysłano mają doskonałe haki, ale ten najmniejszy ma kotwice, jak z jakimś magnesem ukierunkowanym na ciało. Już kilka razy dziabnąłem się nim, ale szczytem była niżej opisana, moja przygoda z tym woblerkiem i kapkę większym pstrążkiem.

„Ożenione” w łapę przynęty widziałem kilka razy, ale przez prawie 40 lat zabawy z wędką, sam takiego kuku sobie nie zrobiłem. Aż do tego roku.

Któregoś dnia penetrując mało uczęszczany odcinek rzeczki [relatywnie bardzo mało ryb, ale jak coś się trafi, to ma przynajmniej wymiar], zauważyłem wyskakującego w powietrze przyzwoitego, jak na moje strony pstrąga. Wyskoczył jakoś tak histerycznie i nie przypominało to pełnego gracji skoku za owadem. Pomyślałem sobie, że nadarza się kolejna okazja, by sprawdzić, czy na „maluszka” nabierze się jakiś dzikus. Obszedłem miejscówkę z dużym zapasem i powolutku zbliżyłem się idąc w dół rzeki. Niewiele jest w tej wodzie fragmentów do wygodnego zastosowania tak małej, ale zarazem ciężkiej przynęty. Tutaj fajny, wąski, głęboki wlew, po lewej stronie wymył przepastną dziurę pod wielką olchą. Niżej nurt rozlewał się szeroko jak na rzeczkę, na oko niewiele tracą ze znacznej głębokości i siły uciągu wody.

Kilka rzutów z około 15m pozostało bez echa. Zbliżyłem się na około 8m i wykonałem kilka już znacznie bardziej precyzyjnych podań przynęty. Zero. Trochę rozczarowany, założyłem najpierw 5cm twister, a potem podobnej wielkości jiga. Opukiwanie kamienistego tu dna, a potem stromych burt trwało chyba z 10 minut. Nadal nic. Raczej byłem pewien, że go nie spłoszyłem. W desperacji skorzystałem z przynęt, za którymi nie przepadam w temacie tego gatunku, ale o których skuteczności nie ma co dywagować i do wody poleciała maciupka wirówka, a za nią, bo jak się domyślacie –  nie znalazła uznania – wobler. Pięciocentymetrowym, skromnie ale nie co fantazyjnie ubarwionym „głowaczem” buszowałem w rozlewisku i w samym zwężeniu kolejne kilka minut. Bez rezultatu. Trudno. Gdybym pstrąga nie widział, to pewnie po kilku minutach dałbym sobie spokój. Na odchodne jeszcze raz perłowy twister. Przy poderwaniu z nad dna lekkie przytrzymanie. Bez wątpienia coś żywego.  Pełen nadziei, raz jeszcze posłałem woblerek w wodę.  Ryba wzięła. Nie ma co pisać o jakichś wyskokach, choć były [w ostatnim ryba już nie wpadła do wody, tylko – jej pech – do podstawionego podbieraka], bo to żaden okaz. Ot, fajny już jak na graniczące prawie z Krakowem rzeczki  – kropkowaniec blisko 40cm. Cyrk zaczął się potem. Oczywiście chciałem mu zrobić zdjęcie. Biorąc pod uwagę, że woblerem będę łowił jeszcze klenie, nie usunąłem zadziorów. Ryba była zapięta za bodajże jeden jedyny haczyk tylnej kotwiczki. Chciałem poprawić pstrąga do zdjęcia, by był lepiej wyeksponowany w podbieraku zanurzonym w wodzie i wsadziłem rękę w siatkę. Bach! Niemiłe ukłucia, a  kropek odzyskawszy siły, znów trzepie się jak zwariowany, spięty tym razem z moją dłonią.

(fot. A.K.)

Zapewniam – uczucie paskudne, szczególnie jak ochłonąłem i czułem jeden grot na kości, przy każdym podrygu ryby. Nie, nie myślcie, że to koniec! Jak się ma super pecha, to może być jeszcze „zabawniej”. Trzymając trzonek podbieraka miedzy nogami, wolną ręką próbuję wyswobodzić tylną kotwiczkę, ze szczęki pstrąga. Nie wiem tylko  czemu  nie robię tego szczypcami… Kolejne szarpniecie się ryby i…mam przypięty do tylnej kotwiczki kciuk drugiej ręki. Jakaś maskara [ta krew na rybie to moja]. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Ryba, jakby zrozumiała, [albo się zmęczyła?], że jak nie będzie współpracować, to źle skończy, jadąc, [raczej nieżywa] ze mną na pogotowie. Kuriozalnie – ten jeden grocik za nic na świecie nie chciał się wyswobodzić z pstrągowego pyska, mimo, iż dziesiątki razy tak się dzieje w czasie holu. Jak pech, to pech. Mając dosłownie związane ręce, uznaję, że mam do wyboru tylko na siłę oswobodzenie którejś dłoni. Pójście przez łąki do auta z nieżywą rybą, albo i bez niej jak w kajdankach  – średnio fajne.

Grot w kciuku, w przeciwieństwie do drugiej dłoni utkwił w opuszku palca, tuż pod skórą. Udało mi się, ciągnąc na siłę, jakby rozciąć haczykiem skórę i prawa ręka była wolna. Uuu, teraz dopiero to krew się lała! Ale, co tam – początek czerwca,  woda jeszcze zimna. Uważając aby nie upaprać kamizelki, wyciągam szczypce i potok jest wolny. Na wszelki wypadek odkładam go w podbieraku w głębszą spokojną toń. Niech dojdzie do siebie na 100%. Teraz zostaje druga ręka. Ludzka skóra jest nieprawdopodobnie silna. Plan polegał na tym, by przebić skórę na wylot i obciąć groty małymi kombinerkami [zawsze takie wożę ze sobą, na takie właśnie okazje]. Nic z tego. Gdyby haki były większe , to może by się udało. Efekt był taki, że zagłębiłem kotwice jeszcze bardziej w ciele. Następnie próbowałem, chyba z 10 minut na siłę wyszarpnąć haki szczypcami. Za Chiny. Mimo niewielkiego w sumie już bólu, skóra naciągała się jakby była z gumy, a groty tkwiły nadal. Po którejś tam próbie, jeden z grotów sam się jakoś wymsnął, gdy chciałem dać odpocząć ręce i ją opuściłem. No i jeszcze parę minut babrałem się z tym ostatnim, zanim się uwolniłem.  A pstrąg, który z niecierpliwości chciał chyba przegryźć siatkę odpłynął wypuszczony do swojego rozlewiska. Tak, że na kotwiczki Maliciousa trzeba uważać szczególnie.

(fot. A.K.)

Bleak.

Chyba jednak głównie boleniowa przynęta w polskich realiach. Piszę, w „polskich”, bo tam gdzie by było sporo szczupaków, takich trochę większych, to miałby wzięcie albo w niegłębokich zbiornikach, albo przy podpowierzchniowym żerowaniu drapieżców. Usprawiedliwiając się brakiem bolenia na fotce, powiem, że testowałem go dwa razy: raz przy fajnej wodzie ale może po 20 minutach zgoniła mnie silna burza, a drugi raz – w ostatni weekend, gdy panowały warunki jak poniżej.

(fot. A.K.)

 Nie liczę wypadów opisanych poprzednio, gdzie małe bolki się zdarzyły, bo tamto łowisko i przede wszystkim same ryby, na ogół do 50cm, nie na tak „poważny” wobler.

Mimo, że znalazłem jako taki kawałek Wisły z wodą głębszą niż metr, to jednak miałem kłopot z nurtem. Rzeka ślimaczo toczyła swoje nurty i boleń uderzył dosłownie cztery razy przez pół dnia i moim zdaniem była to jedyna przebywająca tu sztuka. Generalnie nic się nie spławiało. Nie widziałem nawet dorosłych uklei, choćby pojedynczych. Tylko malutkie, chyba płoteczki z tegorocznego wylęgu. Natomiast do łowienia na krakowskich progach ze względu na w przytłaczającej większości wędkarską dzicz, to nie mam ochoty od jakichś czterech sezonów, a od trzech to jestem abstynentem.

Mogę jednak przekazać, jak mi się „ukleją” rzucało i jakie mam spostrzeżenia. Po pierwsze – przynęta ta ma niewiele wspólnego z innymi bezsterowcami jakie znałem do tej pory na bolenia. Zaliczyć ją można do szerokiej rodziny gliderów.  Ciągnięcie jej w jednostajnym  tempie, już nie istotne – mniej, czy bardziej szybkim – jest chyba raczej mało skuteczne. Natomiast trochę bardziej finezyjne podejście pozwoliło mi uzyskać dwa rodzaje pracy woblera. Od razu też zaznaczę, że do tej przynęty potrzebny jest dość  mocny kij, około 30g wyrzutu, lub jeśli maksymalna granica wyrzutu jest mniejsza, to wędka powinna być względnie sztywna. Druga sprawa – niełatwo wprawić w sensowny ruch ten wabik kijem długim. Meczymy rękę, poza tym trudno zmieniać kierunek i tempo prowadzenia. Idealny jest kij około 2 – 2,4m.

Pierwszy sposób, zalecany zresztą przez producenta, to łagodniejsze lub szybsze, krótkie lub dłuższe podciągnięcia po linii prostej. Nic trudnego. Wobler podpływa wtedy pod powierzchnię, na chwilę zastyga i łagodnie, choć zauważalnie zaczyna nurkować. Z tego nurkowania znów trzeba go poderwać. Czasami [często] poderwany Bleak „dziubie” wodę dokładnie tak, jak to robią większe ukleje, albo małe klonki, czy jelce. Do takiego prowadzenia nie nadają się, raczej kojarzone z rapą ostre nurty. Czyli może być to alternatywa na trudniejszego bolka ze spokojnych rozlewisk. Byle ryb było więcej niż jedna na 3km rzeki.  Dla mnie do sprawdzenia ale znów raczej z pontonu.

Drugi sposób jest trudniejszy i bezwzględnie wymaga sztywnej i krótkiej wędki. Polega na zdecydowanym podniesieniu głowy przynęty nad  powierzchnię i przy dość szybkim zwijaniu linki, krótko podszarpywać raz w prawo, raz w lewo. Nie jest to łatwe i sam się nadal uczę, ale jak się złapie rytm, to przynęta chodzi zygzakiem, jak czasem widzi się to na filmach wędkarskich.  Z racji szybszej pracy, da się tak łowić także na mniej spokojnej tafli wody.

(fot. A.K.)

W długości rzutu, można tą przynętą bić rekordy, choć mam rękodzieła latające podobnie daleko, a ciut smuklejsze.

Na pewno nie rozstanę się z tym woblerem i zdecydowanie nadal będę go próbował używać. Mam tylko nadzieję, że trafię na bardziej boleniodajną wodę niż Wisła powyżej Krakowa, gdzie jest okropnie słabo nie zwalając już na niżówkę.

Eimann Roll.

Dość oryginalny wobler. Z wyglądu na pewno możemy uznać, iż jest to typowa sztuczna ryba, mająca udawać powszechny dla drapieżników pokarm [uklejkę, jelca, płotkę, choć tę ostatnią mniej]. Niby ma ster, ale niewielki, choć całkiem inny niż dedykowane na bolenia woblery ze sterem. Dość uniwersalny wabik jeśli chodzi o miejscówkę. Fajnie pracuje w spokojnej toni, podobnie w wyraźnym uciągu. Zakładam że w silniejszych zwarach też sobie poradzi. W takich nie miałem okazji go użyć. Jak na coś, co waży 7g i ma ster, to lata fajnie. Pracuje blisko powierzchni. Ma bardzo delikatną, choć bez problemu zauważalną nawet dla ludzkiego oka pracę. Chyba ze względu na specyficzny ster trochę zamiata ogonkiem, przy równoczesnym jakby wkręcaniu się w wodę. Ma rzeczywiście odmienną pracę, niż większość woblerów. Łowiłem nim żyłką 0,20mm i pozornie delikatnym  kijem 2,85m o wyrzucie do 10g jak  i wędką 3m [5 – 35g]. W obu wypadkach nie było problemów. Nie wiem wprawdzie, jakby Eimann zachowywał się ciągnięty w silniejszym nurcie pod prąd na tej pierwszej, lżejszej wędce, ale takiego nurtu nie znalazłem w ostatni weekend.

(fot. A.K.)

Przynęta zostawia świetne ślady na wodzie, mocno podrywana  szczytówką tuż nad powierzchnią rzeki. Wolno, naprawdę wolno tonie, nie tracąc nic z trzymania pozycji. W wolnym nurcie, nawet puszczony na luźnej lince, na chwilę zastyga i trwa to na tyle długo, że nawet aparatem z typowym czasem ustawiania ostrości, można zrobić mu zdjęcie w wodzie. Takie „zamieranie” tego wabika, też powinno znaleźć się w wachlarzu zagrywek tą przynętą.

(fot. A.K.)

Tak, naprawdę nie wiem tylko, co ryby na to, aczkolwiek nie mam czasu zjechać wyraźnie poniżej Krakowa, a od znajomych mam informację, że tam jest bardzo przyzwoicie. Myślę jednak, że od czasu do czasu pochwalę się fajnym okazem, złowionym na powyższe wabiki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *