Błota, bagna, bajora…

No, nie będzie ten tekst takim, jakim chciałbym aby był. Nie dodam do niego zdjęć prezentujących wody, na których łowiłem. Ani kawałeczka. Sami wiecie czemu. Tyle, że braknie bez tego „ducha”.  Nie chodzi mi o doznania estetyczne, malowniczość  itp. Braknie tego idącego w parze z podziwem dla piękna przyrody, wędkarskiego oszacowania wody. Patrzymy i myślimy: o kurde, może być nieźle. Dla nas to się równa, że woda jest piękna. Nawet jakby nie była. Napomknąłem już o tym bagnie późną jesienią. Nie wiem, co jest większym cudem: w naszej polskiej rzeczywistości, że jeszcze nikt nie wpadł na pomysł osuszenia tego bajora [choć tu brak argumentu – daleko od skupisk domostw, czy nawet pól uprawnych]; w naszej wędkarskiej rzeczywistości, że są tam ryby i to jakie! Bo biorąc pod uwagę kubaturę kałuży [to dobre słowo], mimo, że dość rozległej, to jednak ekstremalnie płytkiej... W sumie jest tam podobnie jak na niektórych naszych rzeczkach Czytaj więcej [...]

Agresja – zero

Tak w skrócie mogę podsumować stosunek ryb do moich przynęt podczas ostatnich wyjazdów. „Zimni Ogrodnicy” dali się we znaki. Byli wręcz wzorcowi, tak do czasu, jak i efektów. W tym okresie zazwyczaj miewałem liche wyniki, ale ten maj jest najgorszym...odkąd łowię. Praktycznie każdego roku mam taki jeden „kulawy” weekend, kiedy nie ma o czym w ogóle napisać. Tym razem miałem takie trzy weekendy z rzędu. Z drugiej strony jak to się zdarza, nie bardzo miałem wpływ na wolny czas i mimo iż było go sporo, to w takich porach, że wybierałem łowiska, gdzie nawet w niezły dzień cudów się nie wykrzesze. By jednak w pełni przyznać się do porażki – krótkie streszczenie. Przy okazji dwa zdania na temat niektórych łowisk, bo też i zaliczyłem takie, których przez lata nie odwiedzałem. 8 maja zaliczyłem wyjazd z kolegą. Facet zaczyna na poważnie bawić się w spinning ale jeszcze nie zakupił ani woderów, ani spodniobutów. Nie chcąc być totalnym Czytaj więcej [...]

Progi, jazy…

Dziś temat drażliwy, czyli progi. Od zawsze ściągają jak magnes wędkarzy, pseudowędkarzy i zwykłych kłusowników.  Sam mam bardzo mieszane odczucia, co do przepisów regulujących wędkowanie w pobliżu takich miejsc. Osobiście jestem zwolennikiem przepisów jak najmniej ograniczających ludziom wędkowanie [ale nie zabieranie ryb] w takich miejscach. A jak wiadomo są tu różne restrykcyjne zapisy, związane z odległością powyżej i poniżej takich budowli. I jak to często bywa -przepisy te generalnie respektuje tylko część osób, patrząca ze złością, jak ci bez skrupułów korzystają na tym, często w biały dzień. W każdym razie ryby w tych rejonach nie dość, że bezpieczne raczej nie są, to śmiem twierdzić, iż są nawet bardziej narażone na zakusy ludzi niż w innych miejscach. Wszelkie tłumaczenia, że te wszystkie strefy ograniczenia, to dla naszego bezpieczeństwa jakoś mnie nie przekonują, bo akurat w tych rejonach człowiek wpadnie do wody, jak Czytaj więcej [...]

3 x pech

Czasem opowiadamy sobie różne anegdoty, jak to tam komuś coś nie poszło. Jedne mniej, inne bardziej wiarygodne. Ja miałem  pechową majówkę do sześcianu. Pierwszy raz od trzech lat zdarzyło się, że nie tylko nie wypłynąłem nigdzie 1 maja [faktem jest, że prawie nigdy nic nie łowiłem przy tej okazji], ale nawet nie byłem na rybach. Przeżyłem chyba tylko dlatego, że na otarcie łez coś tam się skromnie uwiesiło 2 i 3 maja, ale przede wszystkim dlatego, że wśród moich znajomych połowili albo tacy, którzy postawili na łowiska komercyjne, mieli szczęście połowić w dobrze strzeżonych wodach no kill, albo zawitali nad wodę znaną tylko wąskiej grupie ludzi. U pozostałych bez szału. Poza tym był centralny dzień pełni 2 maja i uparcie trzymałem się tej świadomości, by nie zwariować. W każdym razie moja majówka przypominała wędkowanie, jakie praktykowałem mając 13 lat, a nie wyprawy maniaka, który jednak celuje w cokolwiek większego, a jak Czytaj więcej [...]